Filigrance serdecznie dziękuję za komentarz. Dziękuję także Panterze, która zbetowała poniższy rozdział.
Lucjusz Malfoy siedział za biurkiem w swoim gabinecie i nerwowo przerzucał stos papierów. Piętrzące się przed nim wezwania, nakazy, rozliczenia, rachunki, oświadczenia i wszelakie listy oficjalne i prywatne aż prosiły się o uporządkowanie. Dotychczas całą tą papierkową robotą zajmował się jeden ze skrzatów, ale obecnie w Malfoy Manor pozostało tych stworzeń bardzo niewiele. Dość liczna służba znacznie przerzedziła się już w zeszłym roku z powodu Bellatrix, która w napadach szału miała zwyczaj bezmyślnie ją zabijać, gdy tylko coś jej się nie spodobało. W dodatku Nagini szczególnie upodobała sobie na nią polowania. Jakby tego było mało niedawno zmarła także wiekowa skrzatka Narcyzy, która zajmowała się nią od urodzenia, i pani Malfoy stanowczo zażądała nowej pomocnicy. Niestety, zdobycie skrzata domowego nie było wcale takie łatwe. Lucjusz dla świętego spokoju oddał do usług żony własnego służącego i został sam z całą stertą przemieszanej korespondencji, która w obecnej chwili stanowiła zresztą jego najmniejszy problem.
Nic nie szło tak, jak powinno. Lucjusz sądził, że z upływem czasu będzie coraz łatwiej, tymczasem sprawy ciągle się komplikowały. Nazwisko Malfoy pojawiało się zaskakująco często w zeznaniach ludzi, którzy mieli do czynienia z Czarnym Panem. Nie dało się ich uciszyć pieniędzmi, bo o wiele bardziej cenili sobie wolność, którą mogli kupić sypiąc starych znajomych. Aurorzy zadawali coraz więcej niewygodnych pytań, a ostatnio nawet przeprowadzili kolejną rewizję w Malfoy Manor. Oczywiście nic nie znaleźli, zarekwirowali tylko kilka podejrzanie wyglądających, choć niewinnych przedmiotów, ale ich przeszukanie pozostawiło dom w opłakanym stanie. Narcyza — według Lucjusza nie do końca słusznie — uznała, że to wszystko jego wina i urządziła mu potworną awanturę. Na widok swojego ulubionego saloniku, który został dosłownie przewrócony do góry nogami, wpadła w histerię i uspokoiła się dopiero, kiedy Cordice zaaplikował jej jakieś leki. Oczywiście skrzaty prędko wszystko wysprzątały, ale pan domu i tak był zmuszony przez kilka następnych nocy spać w pokoju gościnnym.
Pozostawał jeszcze ów nieszczęsny Cordice... Wiedział bardzo dużo, co czyniło go niebezpiecznym człowiekiem. Przekonująco grał ich sojusznika i sprawiał wrażenie lojalnego, ale Lucjusz nie miał pewności, co tak naprawdę siedzi mu w głowie. Niestety, na razie był zbyt użyteczny, by się go pozbyć, choć Malfoy niczego bardziej nie pragnął... Ach, za jednym zamachem usunąć Cordice'a i przyczynę, dla której go zatrudniał, a która stała się kolejnym problemem, jaki Lucjusz nieopatrznie na siebie ściągnął, jakby mało miał innych! Problem ten, co prawda, powinien wkrótce się rozwiązać i pomóc jego rodzinie odzyskać dawną świetność i mir, jednak póki co pozostawał tylko problemem.
Malfoy odsunął od siebie papiery i ze zmęczeniem odchylił się na oparcie fotela, wsłuchując w bębnienie deszczu o okno za jego plecami. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. To pewnie kolejny z jego kłopotów...
— Proszę — zawołał, prostując się.
Drzwi otworzyły się i w progu gabinetu stanął Draco. Chłopak był wyraźnie niezadowolony i krzywił się, wyglądając przy tym zupełnie jak jego matka.
— Chciałeś mnie widzieć, ojcze — oznajmił chłodnym tonem. — Trochę mi się śpieszy, więc byłbym wdzięczny, gdybyś...
— Zamilcz — przerwał mu Lucjusz z irytacją. — Wejdź, chcę z tobą porozmawiać.
Młody Malfoy uniósł ironicznie brwi, ale spełnił życzenie ojca. Stanął przed biurkiem, zaplatając ręce na piersi, jakby chciał okazać lekceważenie. Gdyby Lucjusz znał go nieco lepiej, z pewnością dostrzegłby w tej postawie także niepewność.
— Usiądź, synu — rozkazał mu spokojnie. — Chciałbym wiedzieć, co planujesz? — zapytał.
— To znaczy? — zdziwił się Draco, osuwając się na fotel z ostentacyjnym znudzeniem.
— Co zamierzasz teraz robić?
— Idę do Zabiniego, a potem...
— Co zamierzasz robić przez resztę życia, Draco?
Chłopak wydawał się być zaskoczony tym pytaniem. Po chwili wahania wzruszył ramionami.
— No właśnie — sarknął Lucjusz. — Nie wiesz! Ja w twoim wieku miałem przynajmniej jakąś wizję przyszłości! — ciągnął z goryczą. — Pomnażanie majątku, kariera w Ministerstwie, walka o wykluczenie mugolaków z naszej społeczności i... cóż, muszę przyznać, że była równie idealistyczna, co głupia. Ale przynajmniej była! Miałem marzenia! Plany! Wiedziałem, do czego dążę i co chcę osiągnąć! A ty? — Spojrzał na chłopaka z pogardą. — Siedzisz przede mną rozwalony jak jakiś lump... Nie mówiąc już o twoim stroju...! Gdybym ja kiedykolwiek zaprezentował się tak przed moim ojcem, oberwałbym taką klątwą, że rodzona matka by mnie nie poznała!
Zaskoczony Draco odruchowo podciągnął się w fotelu i usiadł prosto. Lucjusz co prawda nigdy nie podniósłby różdżki na syna — Narcyza niechybnie by go zamordowała, gdyby dopuścił się czegoś takiego — ale postraszyć go mógł. Doszedł do wniosku, że przydałoby mu się porządne lanie, żeby przestał stroić fochy. Jemu jakoś bicie nie przeszkodziło w wyrośnięciu na ludzi.
— Nie nalegałem, byś poszedł na studia, chociaż nasza rodzina liczy się jeszcze na tyle, że przyjęto by cię wszędzie, gdzie tylko byś chciał — kontynuował Lucjusz spokojniejszym tonem. — Ale ty uparłeś się, że nie będziesz studiował, a twoja matka prosiła, bym dał ci trochę czasu, więc odpuściłem. Jednak nie mam zamiaru pozwolić, żebyś przez całe życie siedział bezczynnie w domu, okazyjnie spotykając się ze znajomymi, jak to robiłeś przez ostatnie miesiące. Potrzebuję dziedzica, a nie bezużytecznego darmozjada.
Draco skrzywił się lekko, ale milczał zacięcie.
— Jak zapewne wiesz — powiedział Lucjusz — w Hogwarcie odbywają się dodatkowe kursy przygotowawcze do owutemów.
Chłopak wzruszył ramionami.
— Dlaczego nie miałbyś z nich skorzystać?
— Bo nie.
— To nie jest żadna odpowiedź. W czerwcu mógłbyś przystąpić do egzaminów, a potem spróbować dostać się na studia. Nie mogę obiecać, że za rok wciąż będę miał takie wpływy jak obecnie, ale gdyby udało ci się uzyskać dobre oceny...
— Nie — przerwał mu Draco. — Nie wrócę do Hogwartu.
Lucjusz uniósł brwi.
— A to dlaczego, wyjaśnij mi, proszę?
— Nie potrzebuję litości zdrajców krwi i szlam.
— Powściągnij język, Draco. Nawet w domu nie powinieneś wyrywać się z takimi poglądami — skarcił go Lucjusz. — Nie chcemy, by wciąż kojarzono nas z tymi uprzedzeniami. Przegraliśmy tę wojnę. Czy nam się to podoba, czy nie, to od zdrajców krwi i szlam zależy, jak będzie wyglądało nasze życie, więc konieczne jest, byśmy pozostawali z nimi w dobrych stosunkach.
Draco spojrzał na niego z nienawiścią i odrazą.
— Mam się przed nimi płaszczyć jak ty? — wycedził.
— Mnie też się to nie podoba, Draco, ale zrozum... Walka nie ma sensu. Kiedyś oni sami się wykończą, rozrzedzą swoją krew i nie pozostanie w nich ani kropla magii, a wtedy my będziemy górą. Tylko rody takie jak nasz przetrwają. Nie łudzę się, że tego dożyję ani nawet że ty dożyjesz, ale może twoje dzieci, wnuki... W ostatecznym rozrachunku i tak zwyciężymy, synu...
— Mieliśmy zwyciężyć teraz! Mówiłeś, że wygramy, że z czasem odzyskamy względy Czarnego Pana! Zmusiłeś mnie, żebym przyjął Mroczny Znak! Obiecywałeś władzę, potęgę, zaszczyty... A teraz musisz lizać buty zdrajcom i szlamom, żeby nie skończyć w Azkabanie!
— Draconie!
— A może to nieprawda? — Draco pochylił się w swoim fotelu, podnosząc głos. — Płacisz im rodowymi skarbami i nadskakujesz jak skrzat domowy! Usiłujesz zaprzyjaźniać się z ludźmi, którym jeszcze rok temu nawet nie podałbyś ręki, a oni udają, że wierzą w twoje kłamstwa i gardzą tobą! A on... Sprowadziłeś go tutaj i pomagasz, zamiast zabić za to, co zrobił!
— Dość! — przerwał mu Lucjusz zimnym tonem, jednocześnie zdumiony wybuchem syna i wściekły na jego ignorancję. — Najwyraźniej jesteś za głupi, by to zrozumieć.
— Świetnie! W takim razie nic tu po mnie — warknął chłopak, zrywając się z miejsca.
— Nie skończyliśmy — zawołał za nim Lucjusz, ale Draco nie słuchał. Trzaskając głośno drzwiami wyszedł z gabinetu.
Malfoy potrzebował chwili, by otrząsnąć się z szoku, w jaki wprawiło go zachowanie syna. Draco nigdy nie był potulnym dzieckiem, ale dotąd szanował rodziców i nie okazywał im tak jawnego nieposłuszeństwa. Mężczyzna poczuł narastającą złość. Miał nadzieję tego popołudnia jakoś dogadać się z tym smarkaczem, ale jeśli ten tak stawiał sprawę, to nie było na to szans. Co gorsza Lucjusz nie miał najmniejszego pojęcia, co z tym zrobić.
xxx
Auriga prawie wpadła na Severusa na schodach prowadzących do lochów.
— Och, zaczynasz patrol? — zapytała rozczarowana. — Nie mógłbyś go przełożyć? Właśnie chciałam wprosić się do ciebie na herbatę...
— Właściwie to zamierzałem się przejść — odparł mężczyzna spokojnie, zapalając różdżkę. W jej świetle Sinistra z niejakim zdziwieniem zauważyła, że rzeczywiście miał na sobie ciepły płaszcz i szalik, jakby wybierał się na zewnątrz. — Możesz się przyłączyć, jeśli masz ochotę — dodał, zupełnie ją zaskakując.
Po chwili wahania Auriga wzruszyła ramionami i skinęła głową. Co prawda wolałaby raczej ogrzać się przy kominku i wypić kubek gorącego Earl Greya, ale nie mogła odmówić takiemu zaproszeniu. Owszem, czasem wybierała się z Severusem nad jezioro albo do Zakazanego Lasu po jakieś zioła czy grzyby, ale zwykle spotykała go, gdy już wychodził z zamku i po prostu stwierdzała, że dotrzyma mu towarzystwa. Nigdy wcześniej sam nie zaproponował jej spaceru i tak naprawdę rzadko kiedy opuszczał zamek o tej porze.
Zaintrygowana ruszyła za nim, otulając się płaszczem, który na szczęście zabrała ze sobą po lekcji. Noc była zimna, ale pogodna, a niebo usiane gwiazdami. Pękaty księżyc świecił jasno, rozpraszając mrok. Panującą wokół ciszę mącił jedynie dźwięk ich kroków. Snape bez słowa przeciął dziedziniec i skierował się w stronę boiska do quidditcha. Najwyraźniej nie zamierzał wyjawić powodu, dla którego nagle zachciało mu się włóczyć nocą po błoniach, a Auriga stwierdziła, że nie ma sensu go o to wypytywać. Zamiast tego zaczęła opowiadać o swoich najnowszych obserwacjach i pomyśle na wykorzystanie ich do ulepszenia pewnego eliksiru, nad którym Severus ostatnio pracował, co zresztą było głównym powodem, dla którego chciała się z nim dziś zobaczyć. Oczywiście Mistrz Eliksirów nie zgodził się z jej teorią, ale chętnie dał się wciągnąć w burzliwą dyskusję na ten temat. Pochłonięta bronieniem swoich racji Sinistra nawet nie zauważyła, kiedy zdążyli oddalić się od zamku i dotrzeć aż na skraj Zakazanego Lasu. Kiedy wreszcie skończyły jej się argumenty, Snape nie wyglądał na ani trochę bardziej przekonanego, a Hogwart prawie zupełnie zniknął im z oczu.
— Lepiej wracajmy — powiedziała, zatrzymując się raptownie, nieco zaniepokojona i zdziwiona, że sam Severus nie zaproponował tego wcześniej.
— Jeszcze kawałek.
Spojrzała na niego zdumiona. W odpowiedzi tylko wzruszył ramionami.
— Przecież lubisz długie spacery, prawda?
— Och, bo lubię, ale jest już trochę późno i... nie żebym ci nie ufała, Sev... ale... — Rozejrzała się niepewnie, nagle zdając sobie sprawę z tego, że nie ma pojęcia, gdzie się znajduje.
Mężczyzna uśmiechnął się drwiąco.
— Sądziłem, że masz nieco lepszą orientację w terenie — zauważył.
— Trzeba było mnie nie zagadywać — fuknęła Auriga obronnym tonem. — Myślałam, że to będzie krótki spacer, a nie, że mnie wyprowadzisz nie wiadomo gdzie...
— Nie martw się, nie zgubiliśmy się. Chodź.
Nie pozostało jej nic innego, jak posłuchać.
— Więc... powiesz mi wreszcie, gdzie idziemy? — spróbowała po chwili milczenia, raczej bez większych nadziei.
— Na miejsce pierwszego zadania — odparł Snape, a widząc jej zdziwioną minę, dodał: — Nie pytałaś.
Sinistra prychnęła cicho. Mogła się założyć, że droczenie się z nią w ten sposób sprawiało mu przyjemność... Z lekkim opóźnieniem dotarło do niej, co właściwie powiedział. Znów przystanęła w pół kroku.
— Ale... jesteś pewien, że możemy? Chyba nie powinniśmy... — Tym razem Snape się nie zatrzymał i musiała podbiec, żeby go dogonić.
— Daj spokój, chyba nie zamierzasz o tym nikomu powiedzieć? — zapytał kpiąco. — Zresztą zarówno dyrektorzy, jak i zawodnicy już to widzieli, jeśli to cię pocieszy.
— Ale to...
— Oszustwo, tak. — Severus spojrzał na nią z rozbawieniem zmieszanym z irytacją. — Na Merlina, Aurigo, naprawdę chcesz wrócić do zamku?
— Nie, skąd — zaprzeczyła szybko, na co mężczyzna tylko wymownie przewrócił oczami.
Przez chwilę szli w zupełnej ciszy. Wiatr szumiał ponuro w nagich gałęziach drzew w Zakazanym Lesie, podrywając do tańca mokre liście zaścielające ziemię i szarpiąc ich płaszcze.
— Pewnie nie ma sensu nawet pytać cię, na czym będzie polegało pierwsze zadanie? — odezwała się Sinistra.
— Zobaczysz.
— Tak myślałam — westchnęła. — Sev... A skąd ty właściwie o tym wiesz?
— Czy to ważne?
— Od Karkarowa, prawda?
Snape zerknął na nią ze zniecierpliwieniem.
— Znowu zaczynasz? Nie, nie od Karkarowa. Naprawdę sądzisz, że powiedziałby mi cokolwiek, co mogłoby zwiększyć szanse Hogwartu?
— Cóż, odniosłam wrażenie, że jesteście raczej w dobrych układach — zauważyła Auriga niby to od niechcenia. — Poza tym musiałby być głupi, żeby założyć, że zechcesz pomóc Cedrikowi Diggory'emu albo tym bardziej Harry'emu Potterowi.
Ku jej irytacji, Severus tylko uśmiechnął się enigmatycznie i nie ciągnął tematu.
— To czego on właściwie od ciebie chce? — zaryzykowała jeszcze raz.
— To nie twoja sprawa.
W tym przypadku akurat miał rację, ale Auriga nic nie mogła poradzić na to, że zwyczajnie paliła ją ciekawość. Gryzło ją to od kiedy po raz pierwszy zauważyła, że Karkarow i Severus się znają, co więcej, że ten ostatni wyraźnie nie jest z tego faktu zadowolony. Snape jak zwykle nie chciał o tym mówić, mimo że uparcie próbowała wyciągnąć z niego jakikolwiek strzęp informacji. Teraz także nie zamierzała odpuszczać, nim jednak zdążyła zadać kolejne pytanie, Snape uciszył ją obcesowym machnięciem ręki.
— Już prawie jesteśmy — szepnął, za nic mając jej oburzenie, a potem wszedł między drzewa, nakazując jej gestem, by ruszyła za nim. Po chwili pomiędzy zaroślami dało się dostrzec światło. — To tutaj. Mam nadzieję, że nie pożałuję, że cię tu przyprowadziłem... — mruknął.
Auriga zatrzymała się obok niego i zamarła.
Przed nimi, na oświetlonej szeregiem ognisk polanie ogrodzonej płotem z grubych bali, spał smok. Jego smukłe, wężowe ciało pokryte było błyszczącymi, czerwonymi łuskami, złożone skrzydła gładko przylegały do unoszących się w rytm oddechu boków, a koniuszek owiniętego wokół ciała ogona poruszał się rytmicznie, jakby stworzeniu coś się śniło. Głowa zwierzęcia spoczywała między jego przednimi łapami, zakończonymi kilkunastocalowymi pazurami, a z nozdrzy wydobywały się strużki pary...
„Na Merlina... co... jak...?" — pomyślała Auriga i spojrzała na Snape'a. Na jego twarzy błąkało się coś w rodzaju uśmiechu. Otworzyła usta, by o coś zapytać, ale pokręcił głową. Znów popatrzyła na smoka, zupełnie skołowana i przez dłuższą chwilę obserwowała go urzeczona, nie potrafiąc odwrócić wzroku. Nigdy w życiu nie widziała czegoś tak pięknego i pełnego jakiejś niewysłowionej potęgi i grozy jednocześnie.
Poczuła delikatne szarpnięcie za rękaw. „Chodź" — wyszeptał bezgłośnie Severus, więc posłusznie ruszyła za nim wzdłuż ogrodzenia.
— Chiński ogniomiot — wyjaśnił mężczyzna, kiedy oddalili się nieco od smoka. — Tam jest szwedzki krótkopyski, walijski zielony i rogogon węgierski — wyliczył.
Auriga skinęła głową, czując się cokolwiek słabo.
— Dalej jest obozowisko smokerów — powiedział Severus. — Za dnia kręci się ich tu mnóstwo, ale teraz tylko kilkoro będzie miało dyżur, więc możemy się rozejrzeć... jeśli chcesz.
— Nie będziemy mieli kłopotów?
— Nie jesteśmy uczniami, Sinistra, smoki śpią, a smokerzy na nocnych zmianach z radością witają gości.
— Byłeś już tutaj?
— Wczoraj, zaraz po tym, jak je przywieźli — odparł i dodał wyjaśniająco: — Wiesz, jak trudno zdobyć w Anglii smocze łuski?
Sinistra roześmiała się cicho, po czym odwróciła się, by jeszcze raz spojrzeć na ogniomiota.
— Ale chyba nie będą musieli ich pokonać? — wystraszyła się nagle. — Przecież to tylko dzieci, nie zdołają...
— Zawodnicy będą musieli jedynie obok nich przejść, poza tym będzie ich pilnować cała grupa wykwalifikowanych smokerów, tak więc naprawdę musieliby się postarać, żeby zrobić sobie krzywdę, Aurigo — wykpił jej obawy.
Sinistra uśmiechnęła się z lekkim niedowierzaniem.
— To naprawdę miłe z twojej strony, że mi je pokazałeś, Sev — szepnęła. — Dziękuję. — Nie musiała patrzeć, żeby wiedzieć, że mężczyzna uniósł ironicznie brwi.
— Nie mam pojęcia, o co ci chodzi, Sinistra — powiedział.
xxx
— Ten człowiek jest naprawdę niesamowity! — oznajmiła Auriga ze śmiechem, kiedy po popołudniowych lekcjach spotkała Lizę w pokoju nauczycielskim i opowiedziała jej o Gustawie i hipogryfach.
— Ach, tak — odparła Vector lekceważąco, upijając łyk herbaty. — Zdaje się, że wspominał kiedyś, że lubi latać.
— I nie zastanowiło cię to? — zdziwiła się Sinistra.
Liza namyślała się przez chwilę.
— Nie. Wiesz, jakoś miałam na głowie mnóstwo ważniejszych rzeczy. Choć przyznaję, to nieco dziwne, charłak i hipogryfy... — Zmarszczyła lekko brwi. — Skąd w ogóle Minerwa go wytrzasnęła?
Auriga nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie.
— Właściwie od początku mogłam się domyślić, że coś z nim będzie nie tak — dodała Liza pokpiwającym tonem, odstawiając filiżankę na stolik. — Mieliśmy tu już mnóstwo świrów, psychopatę, wredną ropuchę szpiegującą dla Ministerstwa, napuszonego narcyza i paranoicznego aurora, który okazał się śmierciożercą... O czymś zapomniałam? Ach, tak, jeszcze jąkający się facet z Voldemortem z tyłu głowy i wilkołak — wyliczyła. — Co prawda zgodnie z tradycją to Powell powinna mieć jakiś poważny mankament, ale niestety, poza tym, że jest starą, złośliwą jędzą, wydaje się być całkiem normalna, więc musiało paść na kogoś innego.
Auriga pokręciła głową z politowaniem, na co Liza tylko wzruszyła ramionami.
— Szkoda, bo jednego charłaka już mamy, choć trzeba przyznać, że ten jest wielce oryginalny — stwierdziła. — Teraz tylko czekać, kogo Hogwart przyciągnie w przyszłym roku. Może wampira?
— Jesteś niemożliwa, Lizzie — skwitowała Sinistra, jednak dalszą dyskusję na temat Gustawa przerwało wejście samego zainteresowanego w towarzystwie Hailey i kilku innych nauczycieli, którzy właśnie skończyli zajęcia. Wraz z ich przybyciem pokój nauczycielski w jednej chwili wypełnił się zwyczajnym gwarem rozmów, brzękiem filiżanek i gwizdem czajnika.
W tym samym momencie w szybę zapukała sowa. Auriga chciała wstać i wpuścić ją do środka, ale Liza powstrzymała przyjaciółkę skinieniem dłoni, sama zerwała się z miejsca i podeszła do okna, gdzie pospiesznie odebrała od ptaka list. Patrząc na kopertę nieodgadnionym wzrokiem, wróciła na swoje miejsce. Wyraźnie widać było, że czekała na tę wiadomość, mimo to zawahała się przed jej otwarciem. Sinistra z zaskoczeniem obserwowała zachowanie Vector. Taktownie powstrzymała się jednak od pytań.
— Jeszcze herbaty? — rzuciła tylko i otrzymawszy jakąś zdawkową odpowiedź, zostawiła Lizę samą z listem, i podeszła do kredensu, by przygotować napój.
— Widziałaś? — zagadnęła ją Poppy, machając jej przed nosem porannym wydaniem „Proroka". — Pewnie cię to zainteresuje. Piszą, że aurorzy złapali Notta.
Auriga pokręciła głową i wzięła od niej gazetę. Miała ją w rękach przy obiedzie, ale rzuciła tylko okiem na okładkę, z której krzyczała wielce sensacyjna wiadomość o nowym romansie wokalisty Fatalnych Jędz, i darowała sobie dalszą lekturę. Ostatnio jakoś miała coraz mniej cierpliwości do przedzierania się przez bzdurne, obliczone na wywołanie skandalu artykuły w poszukiwaniu sensownych informacji. Spojrzała na wskazaną przez pielęgniarkę stronę. „Theodor Nott Senior złapany przy próbie użycia nielegalnego świstoklika do Nowego Jorku" — głosił nagłówek.
— Chociaż jeden mniej na wolności, przynajmniej tyle — westchnęła Pomfrey.
— Ciekawe, co z jego rodziną — zastanowiła się na głos Auriga. — Jego syn, Theo, w zeszłym roku chodził do mnie na zaawansowaną astronomię — wyjaśniła.
Poppy skinęła głową.
— Pamiętam go. Szkoda chłopaka, nigdy raczej nie przejawiał skłonności do pójścia w ślady ojca. Piszą tu, że przeniósł się na ostatni rok do Durmstrangu...
Rozmawiały jeszcze przez chwilę, a potem Sinistra z gazetą pod pachą i dwoma filiżankami w dłoniach wróciła do swojego fotela. Liza z roztargnieniem podziękowała za herbatę, ledwie odrywając wzrok od pergaminu. List nie był długi, więc musiała czytać go już kolejny raz.
Auriga usiadła i zagłębiła się w lekturę artykułu, ale nie znalazła w nim zbyt wielu szczegółów. Pewnie gdyby Nottowi udało się uciec albo przynajmniej przy próbie aresztowania zabić parę osób, „Prorok" chętniej by się o tym rozpisał.
Sinistra uniosła głowę, by zobaczyć, czy Liza już skończyła, chcąc podzielić się z nią tą informacją, ale na widok jej miny zapomniała, co miała powiedzieć. Przez chwilę przyglądała się przyjaciółce zaintrygowana, zresztą nie ona jedyna. Wreszcie nie wytrzymała.
— Zdajesz sobie sprawę, że uśmiechasz się do pergaminu, Lizzie? — szepnęła z rozbawieniem. — Niektórzy zaczynają dziwnie na ciebie patrzeć.
Liza zerknęła na nią półprzytomnie, a potem rozejrzała się po pokoju nauczycielskim. Rolanda i Pomona natychmiast odwróciły wzrok i zaczęły udawać, że są pochłonięte ożywioną dyskusją, Hailey zasłoniła się dziennikiem lekcyjnym, a Gustaw po prostu uśmiechnął się do niej z sympatią. Vector przewróciła oczami, złożyła pergamin na cztery części i wsunęła go do kieszeni sukni.
— Jakieś dobre wiadomości? — zaciekawiła się Sinistra życzliwie. — Od kogo?
Heloiza zwlekała z odpowiedzią.
— To od Julesa — wyznała w końcu cicho. — Tak, wiem, że to dureń — dodała szybko, nie patrząc na przyjaciółkę. — Ale może zbyt pochopnie go oceniłam. W sumie nie jest taki zły, a tamto... Cóż, każdemu zdarzają się błędy.
— Błędy? — zdumiała się Sinistra. — Ten człowiek za twoimi plecami spotykał się z inną kobietą, uważasz, że to błąd?
— Na Merlina, Aurigo! Przecież ja sama nie wiem, jak to naprawdę wyglądało! Być może postąpiłam głupio, nie pozwalając sobie niczego wyjaśnić, zareagowałam zbyt impulsywnie...
— Przecież mówiłaś, że go nienawidzisz!
— Och, wiele rzeczy mówiłam i nie zawsze było to rozsądne i prawdziwe — ucięła Vector, uśmiechając się do niej pobłażliwie.
Auriga z rezygnacją stwierdziła, że dalsza dyskusja nie ma sensu. Liza, jeśli raz coś postanowiła, potrafiła być uparta jak osioł i jakiekolwiek próby przemówienia jej do rozsądku wywołałyby tylko sprzeczkę. Sinistra nie chciała się kłócić.
— Jak długo ze sobą korespondujecie? — zapytała tylko.
— Nieco ponad dwa tygodnie.
— Spotkałaś się z nim?
— Jeszcze nie. — Vector spojrzała na nią ironicznie. — Na litość, Aurigo, nie jestem dzieckiem! Wiem, co robię, naprawdę.
xxx
Liza opadła na fotel, wyciągając z kieszeni papierosy. Wreszcie była sama, z daleka od smrodu medykamentów, żałobnej ciszy i zabieganych ludzi... Ze zmęczeniem odchyliła głowę na oparcie i przymknęła oczy.
Poppy odesłała ją ze skrzydła szpitalnego, nakazując trochę odpocząć. Vector wiedziała, że pielęgniarka miała raczej na myśli, by coś zjadła albo zdrzemnęła się, a nie zaszyła w pokoju nauczycielskim i truła papierosami, ale ona nie czuła głodu, a nie chciało jej się wracać do własnych komnat. Nie miała siły stawiać czoła Auridze, którą Pomfrey już kilka godzin temu wyrzuciła z infirmerii po tym, jak o mało co nie zemdlała przy dawkowaniu eliksirów dla pacjentów. Poppy wpadła w szał i natychmiast chciała wpakować ją do jednego z łóżek, które zwolniły się kilka godzin wcześniej, ale w końcu stanęło na tym, że Sinistra wróci do mieszkania Lizy i nabierze sił.
Vector wcale nie dziwiła się, że przyjaciółka jest tak słaba. Ostatnio prawie nie jadła i spała jedynie po kilka godzin na dobę — a i to tylko po wypiciu eliksiru nasennego — cały czas dręczona koszmarami. Resztę dnia spędzała pomagając przy chorych albo przy sprzątaniu zamku, nie dając sobie ani chwili wytchnienia, jakby ciężką pracą chciała zagłuszyć uczucia, które się w niej kłębiły. Jakby tego było mało, Sinistra zgłosiła się do Biura Aurorów, żeby złożyć zeznania przeciwko śmierciożercom. Liza, w przeciwieństwie do innych nauczycieli, a także samych śledczych zajmujących się sprawą, nie była zaskoczona tym, że Sinistra posiadała tak wiele informacji na temat popleczników Voldemorta, nie rozumiała jednak, dlaczego przyjaciółka postanowiła się nimi podzielić. Każda wizyta w Ministerstwie — a aurorzy nie omieszkali wzywać ją do siebie po kilka razy w tygodniu — kosztowała ją mnóstwo nerwów i bólu, których w obecnej sytuacji Auriga powinna sobie raczej oszczędzać, a nie dokładać.
Liza jako jedyna miała pełny ogląd sytuacji, w jakiej znalazła się Sinistra, i wiedziała o rzeczach, których inni nawet nie podejrzewali, ale to niczego nie ułatwiało. Wszelkie jej wysiłki, żeby jakoś pomóc przyjaciółce, spełzały na niczym, poza tym Vector, choć wstydziła się tego uczucia, była już mocno znużona bezradnym patrzeniem, jak Auriga się miota. Czasem, gdy w środku nocy budziła się z własnych koszmarów i słyszała za ścianą jej tłumiony płacz albo niespokojne kroki, żałowała, że nie jest dla niej zupełnie obcą osobą, przy której Sinistra potrafiłaby lepiej nad sobą panować. W innych chwilach, widząc jak Auriga usilnie stara się udawać przed ludźmi, że wszystko jest w porządku, miała ochotę na nią nawrzeszczeć. Ledwie powstrzymywała się, by nie wykrzyczeć jej w twarz, żeby wreszcie przestała się zadręczać i wzięła się w garść. Bo Liza ledwie radziła sobie ze swoimi demonami i nie miała już siły zmagać się z jej...
— Zasnęła pani?
Liza gwałtownie otworzyła oczy, by zobaczyć Julesa Sheparda, który przyglądał jej się siedząc na oparciu fotela Minerwy. Jak mogła go nie zauważyć?
— Co pan tu robi? — zapytała, prostując się szybko. — To pokój nauczycielski.
Mężczyzna machnął lekceważąco ręką.
— Tak, wiem — powiedział lekkim tonem, a Liza uniosła brwi.
— Więc po co pan tu przyszedł? Zdawało mi się, że przesłuchał pan wszystkich mieszkańców zamku i zajrzał w każdy jego kąt. Nic więcej pan tu chyba nie znajdzie.
Jules błysnął zębami w uśmiechu. Intensywne spojrzenie jego ciemnoszarych oczu zdawało się przenikać ją na wylot.
— Jestem tu z pani powodu — oznajmił bezczelnie, wyciągając z kieszeni srebrną papierośnicę. — Zamierza pani zapalić? — zmienił temat.
Liza zorientowała się, że rzeczywiście o tym zapomniała. Sięgnęła po różdżkę i nowego papierosa, bo ten, który bezmyślnie mięła w palcach nie wyglądał zbyt zachęcająco.
— Czy to mugolska marka? — zdziwił się Jules, patrząc na pudełko.
Kobieta wzruszyła ramionami. Papierosy dostała od jednego z robotników, bo jej własny zapas skończył się wczoraj wieczorem, a nie miała czasu odwiedzić sklepu w Hogsmeade ani nawet wysłać sowy z zamówieniem. Shepard wyglądał na oburzonego.
— Nie pozwolę pani palić takiego świństwa! — wykrzyknął, podchodząc do niej. — Proszę wziąć ode mnie, najlepszy tytoń z trafiki na Pokątnej. Będę nalegał.
Vector najchętniej posłałaby go do stu diabłów, ale była zbyt zmęczona na dyskusje. Poza tym w pewien sposób schlebiało jej jego zainteresowanie. Zdawało się, że całe wieki minęły, od kiedy jakiś mężczyzna próbował z nią flirtować. I chyba lata świetlne, od kiedy pozwoliła się któremuś poderwać...
Czasem Heloiza nie potrafiła uwierzyć, że wojna tak naprawdę trwała zaledwie niecały rok. Towarzyszący jej przez ten czas nieustanny niepokój i strach sprawiły, że ona sama czuła się o co najmniej kilkanaście lat starsza. Kiedy patrzyła w lustro, na próżno starała się przypomnieć sobie tamtą pewną siebie, zdecydowaną i pełną życia kobietę, jaką była przed rokiem. Zdawało jej się, że tamta Liza już nie istniała, a ta obecna — przemęczona, zrezygnowana i przerażona — wcale jej się nie podobała.
To zabawne, jeśli pomyśleć, że niespełna dwadzieścia lat temu wręcz błagała Dumbledore'a, by pozwolił jej dołączyć do Zakonu Feniksa i walczyć w pierwszym szeregu. Teraz czuła irytującą wręcz wdzięczność, że nie dopuścił, by wtedy wlazła w sam środek tego piekła. Choć może gdyby to zrobił, teraz byłaby mądrzejsza i uciekła jak najdalej, kiedy jeszcze miała taką możliwość?
Połączone z porządną dawką nikotyny odkrycie, że mimo tego wszystkiego, co się ostatnio wydarzyło, wciąż może się komuś wydawać interesująca, nieoczekiwanie poprawiło kobiecie humor.
— Dobre — mruknęła z uznaniem, zaciągając się papierosem. — Więc po co naprawdę pan tu przyszedł? — zapytała nieco łaskawszym tonem. — Tylko proszę nie kłamać, spędziłam pół dnia w ambulatorium i nie mam siły na słowne przepychanki.
— Mówiłem poważnie, pani Lizo, jestem tu z pani powodu. Czekałem dobrą godzinę, żeby się z panią spotkać, bo nie chciałem przeszkadzać pani w pracy...
Heloiza uśmiechnęła się nieznacznie, wydmuchując powoli dym.
— Nawiasem mówiąc — ciągnął Jules — widać, że pani pracowała, i to ciężko. Choć przypuszczam, że nawet gdyby siedziała pani bez ruchu, nie udałoby się utrzymać pani włosów w upięciu.
Roześmiał się, kiedy jej dłoń odruchowo powędrowała do warkocza, który po kilku godzinach bieganiny warkocza już nie przypominał. W odpowiedzi spojrzała na niego ostrzegawczo.
— Wciąż pani uroczo wygląda, nawet z potarganymi włosami i tą złą miną — powiedział Shepard z entuzjazmem. — A teraz do rzeczy! Zabieram dziś panią na kolację!
Heloiza uniosła brwi i powoli wydmuchała dym, szczerze zaskoczona.
— Skąd pomysł, że się na to zgodzę? — spytała.
— Nie pytałem o zgodę — odparł gładko. — Ale nim pani przeklnie mnie za bezczelność, proszę posłuchać. Oboje doskonale wiemy, że potrzebuje pani w końcu się stąd wyrwać, ale poczucie obowiązku nie pozwala pani opuścić zamku choć na chwilę... Ja, jak już wspomniałem, nie daję pani wyboru, więc pani sumienie pozostaje czyste, całą winę przyjmuję na siebie. Wpadnę po panią o siódmej.
Liza, która w pierwszym odruchu rzeczywiście chciała go spławić, nie mogła powstrzymać śmiechu, słysząc tak pokrętne rozumowanie. Zwykle nie znosiła u mężczyzn graniczącej z bezczelnością pewności siebie i niewątpliwie w innej sytuacji jej odpowiedź byłaby na tyle zjadliwa i nieprzyjemna, by nieszczęsny podrywacz pożałował, że w ogóle śmiał pomyśleć, że ma u niej jakiekolwiek szanse... Ale Shepard miał cholerną rację mówiąc, że potrzeba jej chwili odpoczynku, poza tym wyglądał całkiem przystojnie z ciemnym dwudniowym zarostem i łobuzerskim błyskiem w oku...
— Dziś nie mogę, muszę wracać do pracy — powiedziała.
— Proszę wybrać inny wieczór, dostosuję się.
— W piątek powinnam znaleźć trochę czasu... — stwierdziła, z satysfakcja obserwując, jak Jules rozpromienia się w nieco niedowierzającym uśmiechu.
— Zatem piątek — powtórzył. — O siódmej.
xxx
Liza wiele by dała, by to, co powiedziała Auridze o Julesie, było prawdą. W rzeczywistości nie miała pojęcia, co robić. Listy, które otrzymywała teraz od Sheparda, stały się bardziej powściągliwe, mniej napuszone i patetyczne, a w dziwny sposób prawdziwsze. Nie wypełniały ich puste wyznania i tandetne komplementy, Jules nie usiłował wkupić się w jej łaski, nie prosił o kolejną szansę, a jedynie o to, by Liza nie chowała do niego urazy. Z każdego jego słowa biła rezygnacja i smutne pogodzenie z losem, a jednocześnie szczere pragnienie uzyskania wybaczenia i zgody.
Vector sama nie wiedziała, dlaczego właściwie odpowiedziała na tamten list, otrzymany kilka tygodni temu. Na pewno nie dlatego, że zrobiło jej się żal mężczyzny. Nie poruszyły jej też jego wynurzenia — to przyszło później, wtedy jeszcze czuła jedynie irytację i złość. Chyba po prostu potrzebowała raz jeszcze okrutnie przypomnieć mu, że to jego wina, że to on wszystko zepsuł. Nie pamiętała już, co dokładnie napisała pod wpływem złości, frustracji i bezradności, którą tylko wzmagała w niej sytuacja panująca w szkole. Kiedy Jules odpisał — nie tłumacząc się, nie wyszukując wymówek, a potulnie znosząc wszelką krytykę — w Lizie coś drgnęło. Jej następny list był już spokojniejszy, utrzymany we wciąż chłodnym, ale uprzejmym tonie. Kolejne, które ze sobą wymienili, obudziły w kobiecie coraz więcej wątpliwości i zachwiały jej dotychczasowymi przekonaniami.
Nie dało się zaprzeczyć, że poznała Julesa w momencie, kiedy była kompletnie rozstrojona psychicznie i najchętniej uciekłaby gdzieś daleko, gdzie nikt nie wymagałby od niej siły i cierpliwości do radzenia sobie z koszmarem wojny i odbudowywania zburzonego świata. Shepard zdawał się doskonale ją rozumieć i wiedzieć, czego jej potrzeba, a ona, nie zastanawiając się długo, pozwoliła mu się sobą zaopiekować. W roli pocieszyciela — musiała to przyznać — spisywał się idealnie. Był miły i ujmujący, a poza tym kompletnie nią zauroczony. A przynajmniej tak sądziła do czasu, kiedy pewnego sierpniowego popołudnia zupełnym przypadkiem i w najgłupszy z możliwych sposobów dowiedziała się o jego zdradzie.
Kilka godzin spędziła wtedy na Pokątnej, gdzie pomagała w skompletowaniu szkolnej wyprawki jednemu z pierwszaków i jego mugolskim rodzicom. O pierwszej była umówiona z Julesem na lunch w jednej z nowo otwartych po wojnie kawiarni, jednak zakupy poszły szybciej niż zwykle i do spotkania zostało jej sporo czasu, więc postanowiła odwiedzić Sheparda w pracy i zobaczyć, czy nie uda mu się wyrwać na przerwę wcześniej. Gdyby nie to, nie przyszłaby wtedy do jego biura i pewnie nigdy nie zobaczyłaby go w towarzystwie tamtej chudej, jasnowłosej kobiety. Oczywiście sama jej obecność o niczym nie świadczyła, po prostu rozmawiali — co z tego, że stali tak blisko siebie i że ona śmiała się uroczo, podczas gdy on pochylał się i opowiadał jej o czymś, niedbale paląc papierosa. Liza nie poczuła zazdrości, nawet jej przez myśl nie przeszło, że powinna. A potem spojrzała na pracującego przy biurku obok kolegę Julesa, żeby się przywitać, i jego zakłopotana, pełna współczucia mina powiedziała jej wszystko. Ostatecznym dowodem było spłoszone i winne spojrzenie samego Sheparda, który na dźwięk jej głosu odwrócił się prędko i na moment zamarł, a potem powiedział najgorsze, co w takiej sytuacji mógł powiedzieć: „to nie tak, jak ci się wydaje, Liz".
Właściwie miał rację, bo wydawało jej się, że ją kocha i że mu na niej zależy, a okazało się, że wcale nie, a przynajmniej nie na tyle, by być jej wiernym.
Nie powiedział nic więcej, tylko patrzył na nią bezradnie, ze skruchą. Blondynka, naturalnie, natychmiast zażądała wyjaśnień. Kolega auror ulotnił się dyskretnie. Liza stała bez ruchu, nie odczuwając wściekłości ani żalu. Mogła myśleć jedynie o tym, że ta druga wcale nie jest ładniejsza od niej, wręcz przeciwnie, jest zwyczajnie brzydka. I sporo młodsza, co gorsza.
Jules znów się odezwał, zaczął nieskładnie wyjaśniać, tłumaczyć. Blondynka, widząc, że to nie ją zamierza przepraszać, wybiegła ze łzami w oczach. Liza nigdy więcej jej nie spotkała, nie poznała nawet jej imienia. Shepard powiedział, że poznał ją przypadkiem w jakiejś knajpie, gdzie pracowała. Kilka razy się z nią przespał, ale nic do niej nie czuł, po prostu oboje byli tak bardzo samotni... Chciał zakończyć znajomość z nią, ale to ona, oczywiście, nie dawała mu spokoju i nachodziła go nawet w pracy. To nie było tak, że obie je oszukiwał.
Przez kilka chwil osłupiała Vector słuchała tego spokojnie, choć niewiele z jego słów w ogóle do niej docierało. Potem przerwała mu i zaczęła na niego wrzeszczeć. Wreszcie wymierzyła mu siarczysty policzek i także wyszła, z pulsującą od uderzenia dłonią i wysoko uniesioną głową.
Wspomnienie tamtego dnia wciąż wywoływało taki sam ból i gniew. Wtedy nie miała wątpliwości, że to koniec. Mężczyzna, któremu zaufała, zdradzał ją z inną. Nawet jeśli jej serce gotowe było wybaczyć taki cios, to duma nigdy nie pozwoliłaby darować tak wielkiej zniewagi.
Vector nie pozwoliła Shepardowi niczego więcej sobie wyjaśniać. Zaczęła robić wszystko, by zapomnieć, że ktoś taki kiedykolwiek był w jej życiu. Nawet się nie zdziwiła, kiedy później dowiedziała się od Rosmerty o Frankie. Właściwie to wydawało się całkiem prawdopodobne — dlaczego miałby się ograniczać tylko do jednej kochanki? Liza nie chciała się nad tym zastanawiać.
Teraz jednak, wraz z kolejnymi jego listami, zaczynało ją dręczyć dziwne pytanie, czy aby w całej tej sprawie nie było czegoś, czego dotąd nie wzięła pod uwagę. Dlaczego Jules to zrobił? Przecież wydawał się tak bardzo w niej zakochany! Nie mógł udawać. Liza nie była zaślepiona na tyle, by nie dostrzec w jego zachowaniu fałszu, gdyby się jakiś pojawił. Czyżby więc Shepard tak nagle się znudził? W jednej chwili przeszło mu całe wielkie uczucie? A może — dotąd Vector nie brała tego pod uwagę — to ona zrobiła coś nie tak?
Ta myśl nie dawała Heloizie spokoju. Czy aby na pewno ona w jakiś sposób nie zraniła Julesa? Nie była przecież idealna, doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Sądziła jednak, że Shepardowi to nie przeszkadza. Zawsze spokojnie znosił jej humory, napady złego nastroju, depresji czy gniewu, cierpliwie pozwalał jej wypłakiwać mu się na piersi, pocieszał ją i skutecznie odwracał uwagę od dręczących ją spraw. Liza przyjmowała to za całkiem naturalne. Po tym, co przeszła, słusznie należała jej się jego troska i podziw.
Tylko że przecież on także przetrwał wojnę i musiał mierzyć się z tym samym, co i ona. Jules tak samo potrzebował wsparcia i pomocy, a ona — zajęta przeżywaniem własnych koszmarów, skupiona bez reszty na pracy, szkole, uczniach, Auridze i tysiącu innych rzeczy — mogła czasem o tym zapominać. Liza żałowała, że nie uświadomiła sobie tego wcześniej. Może to ostatnie wydarzenia w szkole otworzyły jej oczy na to, jaką była egoistką.
Tak czy inaczej, zdawała sobie sprawę, że to wcale nie usprawiedliwiało Sheparda, i wciąż czuła ogromny żal, złość i upokorzenie z powodu tego, co zrobił. Nadal uważała go za drania, mimo to coraz częściej łapała się na myśli, że to jej nie przeszkadza. Bo ten drań najwyraźniej naprawdę ją kochał.
Choć nigdy by się do tego nie przyznała, Liza z niecierpliwością zaczęła wypatrywać kolejnych sów i listów. Dyskusje z Julesem stały się nagle niezwykle pociągające; subtelny flirt i język niedomówień były o wiele ciekawsze od płomiennych wyznań, jakie otrzymywała od niego wcześniej. Mimowolnie zaczęła tęsknić do jego towarzystwa, wspólnych wyjść do Trzech Mioteł, rzucanych na każdym kroku komplementów, rozmów o niczym i sprzeczek, po których dochodzili do porozumienia dopiero w sypialni, do silnych, bezpiecznych ramion, przytrzymujących ją, gdy bez końca wirowała na parkiecie w Trzech Miotłach i gdy w środku nocy budziła się przerażona z kolejnego koszmaru...
Liza wciąż nie była przekonana, czy w ogóle powinna zastanawiać się nad daniem Julesowi drugiej szansy, ale doszła do wniosku, że przecież samo porozmawianie z nim nie mogło jej w niczym zaszkodzić. Nie znaczyło to, że już wszystko mu wybaczyła i o wszystkim zapomniała. Nie pozwoli mu się znowu zranić, nigdy w życiu! Zamierzała zachować ostrożność i podejść do sprawy z chłodną głową i bez żadnych oczekiwań, żeby nie narażać się po raz kolejny na gorzkie rozczarowanie. Była całkowicie pewna, że jeśli zachowa dystans i opanowanie, z pewnością wszystko ułoży się dobrze.
xxx
Auriga zapukała, ale nikt nie odpowiedział. Nie zaskoczyło jej to. Ostatnimi czasy Severus notorycznie gdzieś znikał i od czasu trzeciego zadania turniejowego, które miało miejsce ponad dwa tygodnie temu, prawie ze sobą nie rozmawiali. Sinistra miała tego serdecznie dosyć. Czyżby celowo jej unikał? Zapukała jeszcze raz, a potem pod wpływem głupiego impulsu nacisnęła klamkę, narażając się na oberwanie jakimś nieprzyjemnym urokiem przeznaczonym dla intruzów.
O dziwo, drzwi ustąpiły.
„Coś musiało się stać!" — wystraszyła się. — „Sev nigdy nie zostawiłby otwartych drzwi..."
Usiłując stłumić uczucie niepokoju, weszła do środka. Pierwszym, co rzuciło jej się w oczy, była czarna peleryna, rzucona byle jak na podłogę. Przypominający gadzią skórę materiał poznaczony był ciemniejszymi plamami, a spod niego wystawał kawałek czegoś, co wyglądało jak biała maska. Auriga gwałtownie zaczerpnęła powietrza.
„Na Merlina, Severusie, co ty zrobiłeś?" — pomyślała.
Powinna się wycofać, wymknąć cicho na korytarz, a potem wrócić na Wieżę Astronomiczną i zająć się własnymi sprawami, zapominając o Snape'ie i jego tajemnicach. Jej życie byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby tak postąpiła...
Jednak zamiast to zrobić, ostrożnie przestąpiła nad peleryną i skierowała się do salonu. Na wszelki wypadek wyciągnęła z kieszeni różdżkę — nie obawiała się, że Severus mógłby zrobić jej krzywdę, podejrzewała jednak, że nie będzie zadowolony, że tu weszła. Nie wiedziała, jakiej reakcji może się po nim spodziewać, tym bardziej jeżeli był ranny... Na myśl o tym Aurigę przebiegł dreszcz i mocniej zacisnęła dłoń na chłodnym drewnie. Merlinie, żeby tylko nic mu się nie stało.
W salonie nie zastała nikogo, ale drzwi prowadzące do pracowni były uchylone. Zawahała się, a potem pchnęła je ostrożnie.
To, co zobaczyła, sprawiło, że zamarła ze zgrozy. Severus siedział na podłodze, opierając się ciężko o szafkę na eliksiry, żeby się nie przewrócić, otoczony przez rozrzucone bezładnie fiolki i potłuczone szkło. Koszulę miał potarganą i zakrwawioną; przez obszarpany rękaw wyraźnie dało się dostrzec lśniący smoliście na jego lewym przedramieniu Mroczny Znak.
— O Boże! — wyrwało się Sinistrze mimo woli.
Severus natychmiast odwrócił się, chwytając różdżkę lewą ręką i celując nią prosto w jej głowę. Auriga jeszcze nigdy nie widziała, by ktokolwiek ruszał się aż tak szybko, w dodatku będąc w tak opłakanym stanie. Wyraz twarzy mężczyzny przywodził jej na myśl zaszczute zwierzę, przerażone, ale zdeterminowane i gotowe w każdej chwili zaatakować. Jego źrenice były nienaturalnie rozszerzone, wzrok pociemniał. Wpatrywał się w nią z nienawiścią, zupełnie jakby widział w niej zagrożenie.
— To tylko ja — powiedziała cicho Auriga. — Opuść różdżkę, proszę...
Zdawało jej się, że minęła cała wieczność, nim Severus ocknął się z tego dziwnego omamienia i spojrzał na nią świadomie. Powoli opuścił dłoń. Nagle przez jego twarz przebiegł skurcz bólu, a różdżka wymknęła mu się z palców i uderzyła o podłogę.
Sinistra bez namysłu podbiegła do przyjaciela i uklęknęła obok niego, nie zważając na odłamki szkła.
— Na Merlina, Sev...
— Co tutaj robisz, Sinistra? — warknął. — Jak tutaj weszłaś?
— Drzwi były otwarte.
— I uznałaś to za wystarczające zaproszenie? — prychnął. — Nie powinnaś...
— Nie teraz, Severusie — przerwała mu. — To nieważne. Co się stało? Jak mogę ci pomóc?
— Wracaj do siebie i zapomnij o tym, co widziałaś.
— Sev...
— Wynoś się stąd!
— Chyba zwariowałeś, jeśli myślisz, że pozwolę ci się tu wykrwawić! — odparła ze wzburzeniem. — Choć widzę, że nie jest z tobą jeszcze aż tak źle, skoro masz siłę się ze mną kłócić — dodała, przeglądając ocalałe fiolki. — Czym oberwałeś?
Nie pytała, gdzie był i kto go tak potraktował. Nie chciała wiedzieć. Starała się nie myśleć o tym, co oznacza peleryna i maska porzucone w przedpokoju. Z pewnością Severus będzie potrafił to jakoś wyjaśnić, a ona powinna postarać mu się pomóc zamiast go osądzać, nawet jeśli dowody mówiły same za siebie.
— To nie twoja sprawa — wysyczał Snape. — Nie potrzebuję twojej pomocy, Sinistra... — urwał, a jego ciałem wstrząsnął dreszcz.
— Właśnie widzę. Masz, wypij to. — Podała mu jeden z podstawowych eliksirów leczniczych, który powinien podziałać wzmacniająco i uzupełnić krew, której najprawdopodobniej stracił sporą ilość. Jego ręce i twarz pokrywało mnóstwo drobnych skaleczeń, na boku musiał mieć jakąś większą ranę, bo koszula w tym miejscu przylegała do ciała i była przesiąknięta czerwienią. Poza tym jego prawa ręka wyglądała na złamaną.
Auriga żywiła tylko nadzieję, że obeszło się bez żadnych ciężkich obrażeń wewnętrznych. Gorączkowo usiłowała przypomnieć sobie wszystko, czego kiedykolwiek nauczyła się o pierwszej pomocy, ale na uzdrowicielstwie znała się raczej słabo...
— Może poślę po Poppy — zaproponowała z rozpaczą. — Coś się wymyśli, Sev, powiesz, że miałeś wypadek przy eliksirze...
Ku jej zaskoczeniu, Snape roześmiał się chrapliwie.
— Nie miałabyś wyrzutów sumienia kryjąc śmierciożercę? — zapytał drwiąco.
Auriga zamarła, bo wypowiedział na głos to, czego tak bardzo się obawiała.
— Sev, przecież ty nie jesteś taki jak oni... — zaoponowała łamiącym się głosem. — Nie możesz... Nie chcesz... Och, z pewnością jest jakiś sposób, żeby cię z tego wyplątać!
Za wszelką cenę starała się nie rozpłakać z bezsilności i złości na niego. Jak mógł zrobić coś tak koszmarnego? Znała jego przeszłość, wiedziała, że w młodości popełnił błąd, ale przecież minęło tyle czasu, a on zmienił się, dorósł. Dumbledore mu ufał! Zatrudnił go w szkole, przekonał wszystkich, że przeszedł na właściwą stronę...
„Ach, tak, łatwo przyszło mu zmienić strony, kiedy Voldemort był martwy!" — odezwał się jakiś gorzki głosik w jej głowie.
Wiedziała, co powinna zrobić, ale nie potrafiła się do tego zmusić. Severus był jej przyjacielem, do diabła! Najpierw powinna zająć się jego ranami, potem zadecydować, co dalej.
Ignorując nieprzyjemne spojrzenia, jakie jej posyłał, uniosła różdżkę i rzuciła proste zaklęcie diagnozujące. Oprócz ręki miał połamane także żebra, jednak poza tym, płytkimi cięciami zadanymi jakąś klątwą i licznymi siniakami na szczęście wydawał się być cały.
— Episkey — mruknęła, przesuwając różdżką nad jego prawym ramieniem. Powtórzyła zaklęcie kilkukrotnie do chwili, aż mężczyzna był w stanie swobodnie poruszać ręką. Bez słowa podała mu jego różdżkę, zastanawiając się nad kolejnym zaklęciem, jakie powinna rzucić.
W tej samej chwili rozległo się ciche skrzypnięcie otwieranych drzwi, a zaraz potem zaniepokojony głos Albusa Dumbledore'a, wołający:
— Severusie?
Auriga zamarła ze zgrozy. Snape jednak nie wyglądał na przejętego.
— W pracowni! — odkrzyknął chrapliwie.
Sinistra spojrzała na niego zdumiona, a potem przeniosła wzrok na dyrektora, który właśnie stanął w drzwiach. Podniosła się prędko, wygładzając nerwowo sukienkę i szukając odpowiednich słów, by jakoś to wszystko wytłumaczyć...
— Dobry wieczór, Aurigo — powiedział Albus bez większego zaskoczenia, za to z lekkim znużeniem w głosie. — Jak się czujesz, Severusie? — zwrócił się do Snape'a. — Wybacz mi, przybyłem najszybciej, jak mogłem. Widzę, że na szczęście otrzymałeś już pomoc... — Czyżby w jego tonie Sinistra słyszała karcącą nutę?
— Nie prosiłem o nią — prychnął mężczyzna. — Trzeba będzie...
— Pomyślimy o tym później. Najpierw twoje obrażenia, pozwól...
Dyrektor uklęknął obok niego, wyciągając różdżkę. Osłupiała Auriga obserwowała bezmyślnie jego poczynania do chwili, kiedy nagle odwrócił się do niej i spojrzał ze zdziwieniem, jakby zaskoczony, że wciąż tam była
— Lepiej będzie, jeżeli teraz pójdziesz do swoich komnat, moja droga. Obaj jesteśmy ci wdzięczni za twoją pomoc, ale pozwól, że teraz sam się nim zajmę — powiedział, a potem, widząc jej wahanie, dodał: — Jest w dobrych rękach, zaufaj mi. Dobranoc.
xxx
Moi drodzy,
Spieszę zapewnić, że jestem cały i zdrowy, oraz że mnie nie „porąbało", o co martwiliście się w Waszym ostatnim liście. Wręcz przeciwnie, czuję się lepiej niż świetnie! Ostatnimi czasy praca pochłania cały mój czas i... No dobra, może nie cały, ale resztę pochłania tysiąc innych rzeczy, przez które list do Was musiał zostać odłożony na wieczne jutro.
Hogwart jest wspaniały. Jestem tu od ponad miesiąca, ale wciąż wydaje mi się, jakbym codziennie był po raz pierwszy. Zamek jest dosłownie nieobliczalny i niezmiennie zapewnia mi rozrywkę i nierzadko solidną dawkę adrenaliny. Wyobraźcie sobie, że mają tu nawet hipogryfy!
Moi uczniowie są cudowni. Sam się sobie dziwię, bo nigdy nie podejrzewałem się o jakiekolwiek zdolności pedagogiczne, ale muszę powiedzieć, że nieźle mi idzie i — szczególnie po ostatnich wydarzeniach — czuję się tu coraz pewniej. Tyle się dzieje! Niby co dzień to samo: lekcje, posiłki, plotki w pokoju nauczycielskim, żmudne sprawdzanie prac domowych i przygotowywanie kolejnych lekcji — ale zarazem tu jest tak... Cóż, do takiej monotonii chyba mógłbym się przyzwyczaić...
x
Strugi deszczu nieprzerwanie zalewały Hogwart już od kilku dni, zmieniając błonia i drogi w rozmiękłe bagno. Zieleziński zaczynał żałować, że zawczasu nie wykorzystał pogodnych dni na dokładniejsze zwiedzanie okolicy. Szczególnie interesowało go pobliskie Hogsmeade, ale wyprawę do niego musiał odłożyć na inną okazję, gdy wystąpią bardziej sprzyjające warunki.
Tymczasem pogoda, która skutecznie zatrzymywała w zamku nawet takiego łazika jak on, nie straszna była drużynie Hufflepuffu, trenującej z coraz większym zacięciem. Termin meczu ustalono na drugą sobotę listopada, a Puchoni wciąż mieli pewne problemy — niektórzy nawet z utrzymaniem się na miotłach. Byli w tak kiepskiej formie, że po obejrzeniu jednego z ich treningów Ślizgoni odpuścili sobie codzienne ćwiczenia, najwyraźniej przekonani o łatwym zwycięstwie.
— To będzie katastrofa — marudziła Hailey.
Rolanda, do której ta uwaga była skierowana, jedynie uśmiechnęła się enigmatycznie i wróciła do rozwiązywania krzyżówki we wczorajszym „Proroku".
— Oni kompletnie sobie nie radzą! — ciągnęła zrozpaczona dziewczyna. — Gdybym ja była kapitanem, nigdy bym na coś takiego nie pozwoliła... No powiedz, Lizzie?
Vector wzruszyła ramionami i potrząsnęła głową z irytacją na znak, żeby jej nie przeszkadzać. Od kilkudziesięciu minut zajmowała się z uzupełnianiem dzienników lekcyjnych i najwyraźniej to zajęcie nie należało do jej ulubionych, bo minę miała iście męczeńską.
Hailey tylko przewróciła oczami i znów odwróciła się do Rolandy. Zieleziński, który właśnie pisał list do rodziny, jednym uchem przysłuchiwał się jej narzekaniom na źle dobrany skład, brak współpracy między zawodnikami i odpowiedniej strategii.
…i po tamtym przedstawieniu z boginem, wszystko układa się dobrze — przeczytał ostatnie zanotowane zdanie i po chwili wahania dopisał: — No, może nie wszystko...
Nauczyciele robią co mogą, żeby szkoła funkcjonowała, a uczniowie czuli się w niej jak najlepiej i najbezpieczniej, zastanawiam się jednak, kto zadba o nich? Wciąż jest w nich jakiś dziwny smutek i żal; coś, czego — nie mając ich doświadczeń — nijak nie potrafię określić. Rozumiem, że to wszystko jest za świeże, za mocno jeszcze tkwi w pamięci, niezatarte przyjemniejszymi wspomnieniami, ale dziwnie patrzy się z boku na to, jak ze wszystkich sił próbują udawać, że wszystko jednak jest w porządku, że wcale nie przeraża ich to, w co zamienia się bogin; że te puste miejsca i zawalone ściany to nic, że tak właśnie ma być... Cały czas zastanawiam się, co jeszcze mógłbym zrobić...
Kątem oka zauważył, że Liza z trzaskiem zamknęła dziennik lekcyjny trzeciego roku i odsunęła go od siebie, krzywiąc się z odrazą i sięgając po papierosy. Nie włączyła się jednak w rozmowę z Hailey, tylko wstała energicznie i podeszła do okna. Od kilku dni sprawiała wrażenie dziwnie zamyślonej i niespokojnej. Gustaw zastanawiał się, co jest tego przyczyną. Nie mógł się powstrzymać, by nie zerknąć na nią po raz kolejny. Miała na sobie wąską spódnicę i luźną błękitną koszulę; szatę wierzchnią zostawiła przerzuconą przez fotel. Oparła się niedbale o parapet, przechylając lekko głowę, tak że ciemne włosy opadały jej miękko na ramiona. Wyglądała na zmęczoną.
Zieleziński zawahał się, a potem schował do torby niedokończony list i podszedł do niej.
— Bez przerwy quidditch i quidditch — westchnął z uśmiechem. — Panią też już chyba nuży ten temat?
Liza spojrzała na niego z zaskoczeniem.
— Nie, skądże — odparła nieuważnie.
— A jednak nie włącza się pani w dyskusje. Nie ma pani swojego typu?
Kobieta wzruszyła ramionami.
— To nie tak. Po prostu opiekunce Gryffindoru nie wypada kibicować Slytherinowi — wyjaśniła, a widząc minę Zielezińskiego, uniosła lekko brwi.
— Naprawdę sądzi pani, że Ślizgoni wygrają? — zapytał z powątpiewaniem.
— To chyba oczywiste.
— Nie byłbym tego taki pewien. Puchoni ostro trenują już od września.
Vector lekceważąco machnęła ręką.
— Szkoda ich czasu. Nie mają żadnych szans ze Slytherinem. Pewnie, że będą się starali i może nawet nie poniosą tak spektakularnej porażki jak zazwyczaj, ale o wygranej nie ma co mówić.
Gustaw nie mógł powstrzymać uśmiechu, widząc jak ożywiła się, mówiąc na ten temat. W jej oczach zamiast przygnębienia błysnął upór i zdecydowanie. Tylko z tego powodu Zieleziński był gotów kontynuować dyskusję, choć tak naprawdę wcale nie sądził, by Puchoni mieli realne szanse w zbliżającym się meczu.
— Mogę się założyć, że Puchonom pójdzie lepiej, niż ktokolwiek się spodziewa — powiedział bez namysłu.
Liza popatrzyła na niego kpiąco.
— Aż taki pan pewny siebie? Świetnie, w takim razie jeśli przegrają, do końca semestru będzie pan się za mnie zajmował tą całą papierologią.
Gustaw spojrzał na nią z zaskoczeniem, a potem uśmiechnął się.
— A jeśli wygrają?
— A jeśli wygrają, co jest baaardzo wątpliwe, pan sobie coś wymyśli. W granicach rozsądku, rzecz jasna.
Zieleziński pokiwał głową i wyciągnął rękę.
— Tylko to tak nieoficjalnie, między nami — zastrzegła jeszcze Liza, ściskając jego dłoń. — Naprawdę wolałabym, żeby się nie rozeszło, że jestem za Ślizgonami.
x
Po kolacji Gustaw udał się do swojego gabinetu ze szczerym zamiarem ocenienia wypracowań, które czwartoroczni oddali mu już w zeszłym tygodniu, oraz zabrania się za przygotowanie materiałów lekcyjnych na przyszły tydzień, a najlepiej także na kilka kolejnych. Miał nadzieję, że wreszcie zdoła się z tym uporać i przestanie zostawiać sobie ten niezbyt przyjemny obowiązek na ostatnią chwilę. Jak dotąd częściowo improwizowane zajęcia wychodziły mu całkiem nieźle, ale wciąż solennie obiecywał sobie, że zacznie pracować bardziej systematycznie. Podobnie zresztą było z uzupełnianiem dzienników lekcyjnych, o czym wciąż zdarzało mu się zapominać.
Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy po wejściu do gabinetu, to nienormalny porządek. Najwyraźniej jego skrzat domowy uznał, że potrzebne są tu gruntowne zmiany. Gustaw, który całkiem lubił kontrolowany bałagan na swoim biurku, westchnął z rezygnacją. Naprawdę chciałby wreszcie poznać swojego nadgorliwego pomocnika — nie chciał używać słowa „służący", choć wydawało mu się ono o wiele bardziej odpowiednie — i ustalić z nim pewne zasady, z których pierwsza brzmiałaby: biurko nigdy nie powinno być zbyt czyste, bo wtedy wygląda, jakby nikt przy nim nie pracował.
Zieleziński potrzebował chwili, by odnaleźć stosik esejów czwartego roku — znajdowały się w szufladzie, starannie ułożone, spięte spinaczem i opatrzone żółtą karteczką z opisem kogo i czego dotyczą. Podniósł je i wtedy jego wzrok przyciągnęła cienka broszura w zielonej okładce, leżąca pod nimi. Wyciągnął ją zaskoczony: był to regulamin rozgrywek quidditcha, który na początku roku wręczyła mu dyrektor McGonagall. Książeczka już dawno powinna trafić do panny Powell — jemu i tak się nie przydała, ale nauczycielka obrony unikała go jak ognia, a potem zupełnie o niej zapomniał...
Gustaw podniósł ją i przekartkował niedbale. Narysowany u dołu stron złoty znicz zatrzepotał skrzydłami, zupełnie jakby był kolejną zaczarowaną ilustracją, a nie zwyczajnym ozdobnikiem. Zieleziński już wcześniej zauważył, że broszura chyba jako jedyna spośród materiałów przekazanych mu przez dyrektor McGonagall nosiła ślady dość intensywnego czytania. Niektóre punkty regulaminu zostały popodkreślane i opatrzone wykrzyknikami, inne starannie zamazane ołówkiem, jakby ktoś w złości chciał je usunąć. Zieleziński uśmiechnął się pod nosem.
„Cóż, widać quidditch od zawsze budził w tej szkole duże emocje" — pomyślał, przypominając sobie współpracowników zaaferowanych treningami domowych drużyn.
Nagle przed oczami stanęła mu Liza, pewna zwycięstwa Ślizgonów w najbliższym meczu i proponująca zakład. Co też go podkusiło, żeby się zgodzić i przystać na tak idiotyczne warunki? Jeśli Puchoni przegrają, pewnie będzie musiał spędzić mnóstwo czasu na uzupełnianiu dzienników lekcyjnych i innej równie pasjonującej papierkowej robocie, której nie znosił tak samo jak Vector. Za to jeśli im się uda... Gustaw potrząsnął głową, śmiejąc się z samego siebie.
„Co wtedy? — pomyślał kpiąco. — Umówiłbyś się z nią? Akurat! To nie twoja liga, człowieku!"
Owszem, Liza Vector niewątpliwie była szalenie atrakcyjną kobietą, ale także prawdziwą wiedźmą pod względem charakteru. Poza tym wyglądało na to, że już kogoś miała — te wszystkie listy, które ostatnio otrzymywała, czerwone róże w gabinecie... Nie, żeby Gustawa to dziwiło — byłby raczej zaskoczony, gdyby okazało się, że jest samotna.
„A nawet gdyby, to przecież nie przyjechałeś tutaj, żeby romansować z czarownicami." — Mężczyzna pokręcił głową, stanowczo odpędzając od siebie kuszące, ale zupełnie nieracjonalne marzenia. Jeszcze raz przekartkował książeczkę.
Sam kiedyś grał w quidditcha, dawno temu, jako dziecko, razem z Klarą i Janem, który jeszcze zanim został mężem Klary, był najlepszym przyjacielem Gustawa. Całkiem to lubił; latanie pozwalało mu poczuć się jak normalny, zdrowy czarodziej... Nawet liczne upadki, stłuczenia, a czasem i złamania nie odstraszały go od mioteł, zresztą matka za pomocą eliksirów i tak potrafiła wszystko szybko wyleczyć, choć zawsze zarzekała się, że to ostatni raz i że następnym nie będzie mu pomagać czarami. Potem Gustaw dorósł i zdrowy rozsądek zaczął wygrywać z pragnieniem udowodnienia sobie czegoś, co nawet nie było prawdą. Siedemnastoletni Zieleziński zamienił miotłę na hipogryfy ze stajni dziadka. Zwierzęta, jeśli się je odpowiednio traktowało, nie były niebezpieczne, poza tym nie dało się na nich szaleć, a przyjemność czerpana z lotu i świstu powietrza między aksamitnymi piórami przewyższała wszystko inne. Mało co potrafiło tak zrelaksować i uspokoić Gustawa, pozwolić mu choć na chwilę oderwać się od rzeczywistości i problemów.
W Hogwarcie najwyraźniej nie doceniano tych zwierząt. Za to quidditch... Zieleziński uśmiechnął się nagle. Quidditch cieszył się niezwykłą popularnością.
xxx
Na popołudniowe zebranie kadry Severus przyszedł mocno spóźniony. Wsunął się do pokoju nauczycielskiego tak dyskretnie, że Auriga pewnie nie zwróciłaby na niego uwagi, gdyby go nie wypatrywała. Jeśli do tej pory miała trudności ze skupieniem się na tym, co mówi Albus i Minerwa, to po jego przybyciu przestała nawet próbować ich słuchać. Mężczyzna wyglądał... zaskakująco normalnie i gdyby sama nie widziała go wczorajszej nocy, nigdy nie przypuszczałaby, że stało się coś złego. Jak zwykle zaszył się w kącie, wspierając się niby to od niechcenia o ścianę. Był może tylko odrobinę bledszy niż zwykle, a w jego postawie dało się dostrzec więcej zmęczenia i bólu niż zwyczajnego znudzenia... Nagle, jakby czując na sobie jej wzrok, uniósł głowę i spojrzał na nią przez pokój. Auriga drgnęła niespokojnie i odwróciła się szybko, jak przyłapana na czymś niedozwolonym uczennica.
Do końca zebrania starała się obserwować go dyskretniej. Kiedy wreszcie oficjalna część została zamknięta i w pokoju podniósł się szum rozmów, zauważyła, że Severus wychodzi, równie cicho i niezauważenie, jak wszedł. Korzystając z zamieszania przepchnęła się między współpracownikami i wymknęła za nim na korytarz.
— Severusie, zaczekaj! — poprosiła, a on zatrzymał się i spojrzał na nią niechętnie, choć bez zaskoczenia.
— Czego chcesz, Sinistra? — zapytał nieprzyjemnym tonem. — Powinnaś zostać z pozostałymi, to ostatnie zebranie przed zakończeniem roku.
Czarownica wzruszyła ramionami, czując, że serce ściska jej się boleśnie.
— Chciałam porozmawiać z tobą — odparła cicho. — O wczorajszym dniu.
— Zdaje się, że powiedziałem ci, że to nie twoja sprawa...
— Och, Sev, to Albus poprosił cię, byś tam poszedł, prawda? — przerwała mu, nim zdążyła opuścić ją cała odwaga.
Snape spojrzał na nią z irytacją.
— Nie tutaj — syknął. — Chodź.
Zaprowadził ją do jednej z nieużywanych klas i dopiero tam pozwolił mówić.
— Wybacz mi — zaczęła — nie wiem, jak choć przez chwilę mogłam pomyśleć, że ty... Powinnam od razu się wszystkiego domyślić! Znikasz na całe godziny, a potem wracasz skatowany... Nie, proszę... — powiedziała, widząc, że chce zaprzeczyć. — Nie kłam, Severusie. Jeśli to wszystko prawda... jeśli on wrócił, musiałeś... — urwała, nie znajdując słów. — Bardzo jest źle? — spytała po prostu, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak idiotycznie musi to brzmieć.
Mężczyzna przez chwilę wyglądał, jakby walczył sam ze sobą. W końcu najwyraźniej postanowił dać za wygraną, bo ze złością wzruszył ramionami i powiedział:
— A jak myślisz?
— On nie powinien cię o to prosić.
— Mogłem odmówić.
— Nie zrobiłeś tego.
— Ale mógłbym, gdybym tylko chciał.
Auriga gwałtownie pokręciła głową.
— Nie zrobiłbyś tego! Jesteś zbyt... czy ja wiem?... Uparty i... honorowy... — Przy tych słowach Severus skrzywił się paskudnie. Sinistra mówiła dalej: — Dumbledore wiedział, że się zgodzisz, nie było żadnego wyboru...
— Tak trzeba — stwierdził mężczyzna bezbarwnie.
— Nie jestem idiotką, Severusie! — zdenerwowała się Auriga. — Myślisz, że nie zdaję sobie sprawy z tego, co to oznacza? Jakie to dla ciebie niebezpieczne? Widziałam, jak wczoraj wyglądałeś! Nie przywitali cię tam serdecznie, co? Iloma czarnomagicznymi klątwami już oberwałeś? Ile musiałeś rzu... — urwała gwałtownie, zasłaniając sobie usta dłonią. — Przepraszam, Sev, nie chciałam!
Wściekłość w jej oczach znów ustąpiła miejsca rozpaczy.
— Daj spokój, Aurigo — poprosił Snape ze znużeniem.
— Możesz zginąć...
— Wiem.
— Czy naprawdę tak mało o to dbasz?
— Moje życie nie jest tu najważniejsze. Zresztą, gdybym nie stawił się na wezwanie, Czarny Pan i tak zabiłby mnie za zdradę. ...Na Salazara, nie płacz mi tutaj, kobieto! Gdyby to ode mnie zależało, rzuciłbym na ciebie Obliviate! — dodał ze złością.
— Dlaczego tego nie zrobisz?
— Dumbledore twierdzi, że można ci zaufać.
— A ty? Co sądzisz?
Spojrzał na nią groźnie.
— Nie powinnaś się o tym dowiedzieć. Jeśli komuś powiesz...
Sinistra szybko pokręciła głową.
— I nie życzę sobie żadnego użalania się nade mną, jasne?
Czarownica przygryzła wargę i otarła oczy wierzchem dłoni, starając się opanować. Skinęła głową i jakoś zdobyła się na ponury uśmiech.
— Wszystko się teraz zmieni, prawda, Severusie?
xxx
