.

Rozdział 2

Duchy wychodzą spod kurtyny

.

Kiedy mówił prawdę, nikt nie chciał go słuchać, twierdzili: wariat, twierdzili: prowokator i nie potrafił zrozumieć, dlaczego przejmuje się światem, który wyśmiewa go, kiedy stara się go ostrzec przed niebezpieczeństwem. Mógłby przecież uznać, że umywa ręce, mógłby powiedzieć: „to nie tak, że zmuszam was do zachowania środków ostrożności", mógłby powiedzieć: „jeśli nie chcecie się ubezpieczyć na życie — i śmierć, byłby skłonny dodać — nie musicie", ale nie mówił, bo wiedział, że z głupotą się nie dyskutuje. I tylko kiedy wchodził wczesnym rankiem, chłodnym popołudniem, późnym wieczorem do Wielkiej Sali, starając się trzymać głowę prosto i nie ugiąć karku, czuł na sobie pokpiwające spojrzenia i szydzące głosy pobrzmiewające za swoimi plecami, a to jego serce było dziwnie wzdęte, kiedy silił się na utrzymanie uprzejmego zainteresowania niesięgającego oczu na swojej poszarzałej z niewyspania twarzy.

— Zapewne cudownie jest być sławnym Harrym Potterem — przeszył go kiedyś słowami Snape, mijając go na krętym korytarzu, a słysząc jego głos ociekający jadem, Harry'ego męczyła tłumiona ochota, aby mu odpowiedzieć:

— Weź sobie kawałek mojego życia, jeśli masz chęć.

Mimo tego spuścił wzrok na szarą posadzkę i wyminął go milcząco na zakręcie, nie odwracając się za siebie.


-VVV-


Harry przeżywał podjęte kroki bardziej, niż gotów był to przyznać przed samym sobą; serce zdawało się dudnić mu pod grdyką, jakby siłą właziło mu do gardła, a nocne niebo pełne gwiazd było jego całkowitym przeciwieństwem - tak ciche i tak spokojne.

— Kiedyś był geniuszem — wymamrotał do swoich stóp chyba tylko po to, żeby samego siebie usprawiedliwić. — Wyróżniał się, był wyjątkowy. — Z nerwów zaczynał liczyć płyty chodnikowe, skacząc po nich rozbieganym wzrokiem.

Snape spojrzał na niego przeciągle, ale się nie zatrzymał.

— On dalej jest wyjątkowy — powiedział tak cicho, że Harry, unosząc wzrok na jego ziemistą twarz, nie był pewien, czy dobrze usłyszał. W czarnych oczach było coś niepokojąco znajomego - Harry nie był w stanie w nie patrzeć; ich głębia nakręcała gdzieś w jego piersi osobliwe uczucie, którego nie potrafił zrozumieć - coś jakby strach, ale nie do końca. — Jeśli chcesz się wycofać, zrozumiem.

Harry był świadom, że jeśli teraz zrezygnuje, nie będzie miał odwagi wejść po raz drugi do tej samej rzeki.

— Dlaczego on tak wygląda? — zapytał, niepewny, czy powinien, wiedząc, że Snape zauważy wymawianie się od odpowiedzi. Uniósł wzrok, kiedy cisza po jego słowach - zagłuszana jedynie stukotem ich stóp i szelestem peleryn - zaczęła się przedłużać. — Jakby nie był człowiekiem — sprecyzował.

Snape przetarł palcami chudą brew, marszcząc nieznacznie czoło.

— Jest taki, odkąd tylko pamiętam — przyznał niechętnie, a szorstki ton jego głosu zdawał się mówić, żeby nie zawracać mu głowy pytaniami bez odpowiedzi.


-VVV-


— A jeśli mnie zaatakuje?

— Chyba nie spodziewasz się, że wkroczę pomiędzy ciebie a zaklęcie?


-VVV-


Patrzył jak chuda, nieco zbyt koścista dłoń wskazuje mu drogę przez ciemny, długi korytarz, który widywał czasami we śnie, a czasami we wspomnieniach (wciąż się nie przyzwyczaił do rozpamiętywania miejsc, w których jego stopa nigdy nie postała) i coś ciężkiego przewierciło mu się na dnie żołądka. Powietrze było lepkie od wilgoci, jakby proporcje pary wodnej co do tlenu były w nim nienaturalnie naruszone.

Nigdy nie był w tym cichym, ciemnym budynku, nie na jawie w każdym razie, a jednak zdawało mu się, że wie, dokąd wiedzie każdy z korytarzy, że rozpoznaje na pozór skryty w cieniach odprysk na betonowych murach pokrytych tynkiem, każdą rysę na drewnianej klepce ułożonej na podłodze. Spodziewał się nienaturalnego chłodu podobnego do lodowatego oddechu dementora, jakby ściany pomieszczeń były pozbawione izolacji, ale wnętrze - o kuriozum! - było ciepłe, a im głębiej zanurzał się w labirynty tego miejsca, tym powietrze było mocniej nagrzane - jakby zmierzał ku centrum jakiegoś domowego ogniska.

— Do końca tego korytarza — wskazał mu Snape, zatrzymując się za jednym z zakrętów i spoglądając oczyma bez wyrazu w zamknięte drzwi majaczące pośród głębokich cieni. — Polecam zapukać, nim wsadzisz tam swój ciekawski nos. — Jego głos wydał się Harry'emu dziwnie pusty.

— Pan nie idzie? — zapytał z niepokojem, pełen obaw przestępując z nogi na nogę.

Nieprzeniknione, czarne oczy zlustrowały go przeciągłym spojrzeniem i Harry zrozumiał, że Snape się waha. Coś zdawało się nadszarpnąć zwyczajową obojętność tego zamkniętego w sobie człowieka.

— Nie będę tańczył przed publiką, Potter — warknął na niego po chwili, a jego gardłowy, wibrujący głos zabrzmiał ostrzegawczo - przywodził tym na myśl wilka pilnującego swojego terytorium.

— Rozumiem — zgodził się Harry, spuszczając głowę; i naprawdę potrafił to pojąć - był nie w ciemię bity i wiedział, że po jednej stronie szali leży jego - zapewne nieco złudne - pragnienie poczucia choć namiastki bezpieczeństwa, a po drugiej godność Snape'a.

Odetchnął głęboko i zebrał w sobie odwagę, a potem - czując na karku ciężar czarnookiego spojrzenia - ruszył wyprostowany ku wskazanym drzwiom.

Podniósł dłoń zdającą się ważyć tony, aby zapukać.

— Niech cię szlag — splunął Snape, doganiając go (nie wiedzieć kiedy) i odpychając jego knykcie.

Uczynił mu samarytańską przysługę pukając delikatnie w gładkie drewno i usłyszawszy słowa pozwalające mu wejść, popychając drzwi bez oglądania się na zaskoczonego biegiem wydarzeń, nieco speszonego młodzieńca.


-VVV-


Nie nawykł do tego, że ktoś podaje mu pomocną dłoń - zawsze radził sobie sam z przeszkodami stawianymi na jego drodze i było tak, odkąd tylko pamiętał (ścigające go dzieciaki, obrzucające go kamieniami jak psa, wuj Vernon unoszący swoją nieforemną pięść, ciotka Marge wygrażająca mu pulchnym paluchem), nie potrzebował litości, nie żebrał o nią - tak na marginesie mówiąc, to szczerze nią gardził. Liczyło się tylko to, czy będzie wystarczająco szybki, wystarczająco sprytny, wystarczająco bystry: wiedział, że jeśli sam nie podyktuje rozwoju zdarzeń, przegra.

Kiedy miał dziesięć lat, banda Dudleya tropiła go jak psy gończe (i nawet w połowie nie była aż tak rzetelna), a Harry poznawał miejsca, w które mógłby umknąć bez szwanku. Myślał, że jak struś zakopuje głowę w piasek, kiedy wciskał się w przesmyki między budynkami, kiedy uciekał w pośpiechu, przeskakując przez niskie ogrodzenie placu zabaw, kiedy - kryjąc się - przykucał za samochodami na podłużnym parkingu jednej z ulic, przylegając plecami do nagrzanej w słońcu karoserii, a jego palce odciskały się tłustymi plamami na bocznej szybie (Gryffindor! — wykrzyknęła Tiara Przydziału rok później i Harry naprawdę nie wiedział, jakie to męskie cnoty w nim dostrzegła).

Może była to osobliwa forma pomocy - kiedy Snape, wchodząc przed nim do komnaty, zdecydował się pójść na pierwszy ogień, jak pomyślał o tym Harry, ale najlepsza, jaką - zważywszy na okoliczności - mógł wówczas otrzymać.


-VVV-


— On da ci przedsmak tego, czego mógłbyś przy nim skosztować — powiedział mu wcześniej tego wieczora Snape, odgarniając włosy z czoła i Harry poczuł się dziwnie na myśl o tym, że ten tłustowłosy, zgorzkniały łajdak go przestrzega. — Możesz spróbować się do niego zbliżyć — dodał po chwili, wykrzywiając kwaśno wargi — ale uważaj, Potter, bo będziesz przy nim jak mucha przy rosiczce - kiedy podejdziesz za blisko, dasz mu pretekst do tego, żeby mógł cię skrzywdzić.

Harry, wsłuchując się w jego głęboki, zastraszający głos, nie był pewien, czy Snape pochwala jego zamiary, czy je potępia.

— A co najważniejsze, Potter — warknął na niego Mistrz Eliksirów, przymrużając oczy — nie zgadzaj się na żadną cholerną rzecz, do której cię będzie namawiał, bez zastanowienia, jasne?

Harry westchnął nie bez rozdrażnienia, zastanawiając się, za jak wielkiego imbecyla mają go ludzie, którzy oceniają go po pozorach.

— Nie wdaję się w pakty, których nie rozumiem — odburknął, wykrzywiając się kwaśno, nie paląc się do ciągnięcia tej dennej konwersacji.


-VVV-


Nie podpisałby cyrografu, który byłby dla niego niejasny - to jedno jest pewne - a już z pewnością nie podpisałby go z uosobieniem demona o czerwonych oczach patrzących na niego z chciwością. Nie poszedłby na układy, których nie byłby pewien, ale w całej tej ostrożności istniała pewna skaza, rysa łamiąca zdrowy rozsądek na pół.

Przywiązywał się do ludzi, których nie znał. Tak bardzo łaknął okruchów uwagi.

Jego wzorzec dorosłego człowieka był zachwiany od najmłodszych lat (ciotka Petunia wymyślająca mu nawał domowych obowiązków, nieustannie przyrównująca go do swojego syna, do swojego ideału - jak z krzywego zwierciadła, wuj Vernon zdrowo pociągający ze szkła, porzucający butelki przy drzwiach do jego komórki, oboje odnoszący się do niego z pogardą). Definiował człowieka dorosłego, jako jednostkę, której należy się podporządkować, jako kogoś, kto wydaje polecenia bez poparcia ich racjonalnymi argumentami, jako kogoś, kto wymaga, nie prosi, ale oczekuje, kogoś, kto daje, w zamian żądając - wdzięczności, posłuchu, układności - i zabiera, jeśli nie sprosta jego oczekiwaniom. Od najmłodszych lat nauczył się chodzić przy dorosłych jak szwajcarski zegarek, czekając na chwilę samotności jak na zbawienie.

I kiedy w swoim marnym życiu natrafił na kogoś, kto wykazał nim zainteresowanie, wykazał wobec niego sympatię i to ze względu na to, kim jest, a nie na to, jaką twarz stara się przywdziać dla sprostania określonym wymogom, uchwycił się go, zagarniał jego uwagę pełną garścią z mocno bijącym sercem, przywiązał się do niego bardzo mocno. To trochę tak, jakby skosztował czegoś słodkiego i nie potrafił tego odstawić na dłuższy czas, trochę tak, jakby spróbował psychotropów i nie umiał się im oprzeć, czując nieprzyjemne ssanie w żołądku, kiedy ich zabrakło.

I co z tego, że przezabawny Hagrid był pół-olbrzymem, rozmyślny Dumbledore lekkim dziwakiem, czuły Remus wilkołakiem, a jego niespodziewane, życiowe szczęście, jego poniekąd nierozważny chrzestny ojciec, nieco lekkoduszny, nieco - pomimo swoich lat - niedorosły, którego cechował wybuchowy temperament i frywolny język, więziennym zbiegiem. Przymykał oko na wszystkie te - dosyć namacalne - niedoskonałości, bo był tylko dzieckiem, które tak bardzo tęskniło za okazaniem mu odrobiny ciepła.

Jesteś czarodziejem" — zagrzmiał Hagrid, puszczając mu oko, „blizny mogą się przydać" — zachichotał Dumbledore, patrząc na niego z błyskiem w źrenicy znad okularów-połówek, „pozwól mi wyjaśnić" — poprosił cicho Remus, spoglądając na niego tak zmienionymi, złotymi oczyma, przyprawiającymi o drżenie, „nigdy nie zdradziłem Lily i Jamesa" — zapłakał Syriusz, tak rozpaczliwie starając się zrehabilitować, a Harry ich wysłuchał, wybaczył im, zaufał, ot tak - po prostu, bo kiedy masz jedenaście, dwanaście, trzynaście lat, życie wydaje się takie nieskomplikowane.


-VVV-


Harry jak ognia bał się straconych szans i może to właśnie dlatego przestępując za Snape'em niewysoki próg, jego zmiękłe kolana nie zadrżały.


-VVV-


— Możesz się pochwalić ciekawym życiem, Harry — stwierdził tej nocy Voldemort, patrząc na niego ponad głową Snape'a; a potem się uśmiechnął - i Harry poczuł ciężar tego uśmiechu osiadający na jego ramionach i karku jak blade światło księżyca.


-VVV-


Jest pewien problem z potężnymi czarodziejami — pomyślał Harry, gdy Snape, spoglądając wprost w białą jak trupia czaszka twarz Voldemorta, opadł na kolana (jego szata - czarna jak heban - wzbiła się w powietrze jak gawronie skrzydła i zafalowała jak teatralna kurtyna) — spodziewają się, że rzuci się dla nich wszystko i przyklaśnie na najmniejsze słowo, że będzie się ich wielbić i podziwiać bezwarunkowo, bezgranicznie, bezpretensjonalnie, że na to zasługują, ponieważ są wyjątkowi. To raczej typy egocentryczne, z samouwielbieniem podchodzącym pod narcyzm stąpające po ziemi. I - trzeba się zgodzić - budzące respekt wśród rzeszy ludzi.

— Przyszedłeś — wyszeptał Voldemort, ogniskując na nim migoczącą parę czerwonych oczu; przeciągnął dłonie przed swoją twarzą, jakby chciał coś uchwycić, jakby rozcierał zamgloną szybę. — Czekałem na ciebie. — W jego głosie była pewna, zastanawiająca powściągliwość - jakby starał się go nie spłoszyć.

Czekał na niego. Oczywiście, że czekał; Harry milczał, nie będąc pewnym, co powiedzieć. Rozejrzał się po pokoju wypełnionym pustką, jakby nie do końca zagospodarowanym, zastygłym gdzieś pomiędzy stanem surowym a próbą umeblowania go jak należy. Krzesła z ciemnego drewna i z szarym obiciem, podłużny stół - ciężki prostokąt błyszczący od wosku, grube kotary, układające się falami na niedokładnie przysłoniętych, wysokich oknach - styl prowansalski.

— Potter prosił, żeby go przyprowadzić — odezwał się cicho Snape (coś w sercu Harry'ego drgnęło, gdy usłyszał ten gładki jak tafla niezmąconego jeziora, aksamitny głos, który brzmiał zupełnie inaczej, niż do tego przywykł - tak potulny, tak pokorny); Voldemort nie opuścił wzroku na klęczącego przed nim mężczyznę. — Ciężko było nie spełnić tak ciekawego... życzenia. — Grał - Harry wyłapał to jak zapach siarki w powietrzu - jakby jego zgorzkniały profesor zostawiał sobie niedomknięte drogi, którymi w razie konieczności mógłby się bez większych trudów wycofać i Harry zaczął się zastanawiać, po której stronie barykady stoi Severus Snape - tak naprawdę.

Tylko jeden dywan - włóknisty i gęsty, i chyba miękki, sądząc po fakturze; kolana Mistrza Eliksirów zanurzały się w nim na milimetry.

— Trochę ubogo — przyznał Voldemort, przechylając głowę, brzmiąc, jakby nie słyszał produkującego się do niego Snape'a (Harry czuł się dziwnie, kiedy tak stał w jednym pomieszczeniu z dumnym, wyniosłym Mistrzem Eliksirów, upadlającym się na kolanach).

Snape umilkł, jakby zrozumiał, że jest tu niczym więcej, jak piąte koło u wozu, i spuścił głowę, jakby się z tym godził - Harry miał ochotę podejść do niego, złapać za łokieć i pociągnąć na nogi jak dzieciaka, który przewrócił się na nierówności w brukowanej alei, ale tego nie zrobił, bo jeszcze nie zdołał oszacować, na jak wiele może sobie pozwolić.

— Ostatni raz, kiedy cię widziałem — powiedział miękko Voldemort, powolnym krokiem wymijając Snape'a, jakby ten był jedynie nieznośną, materialną, nieożywioną przeszkodą na jego drodze — powiedziałem ci: „pokłoń się śmierci".

Snape obrócił nieznacznie głowę i zerknął na niego - milczącego, stojącego w bezruchu - kątem oka, zza kurtyny opadających mu na twarz, przetłuszczonych włosów - jakby go pilnował, jakby kontrolował przebieg sytuacji (coś raptownego i dokuczliwego migotało w zagłębieniu gardła Harry'ego); nie dostrzegał napięcia na jego ziemistej twarzy, ale czarne jak węgle oczy błyszczały czujnie.

— A ty — kontynuował Voldemort, nieuchronnie się do niego zbliżając — odpowiedziałeś mi: „jak sobie życzysz" i wystąpiłeś przeciw mnie.

Był zdecydowanie za blisko, by nie czuć się przy nim osaczonym.

— Podkopałeś mój autorytet, Harry — wyszeptał, przechylając głowę, aby uchwycić spojrzenie jego zielonych oczu; leniwy szept brzmiał jak odgłos uciekający z wężowych szczęk.

Harry nie opuścił wzroku z tych czerwonych, migoczących jak rubiny oczu tak mało podobnych do ludzkich.

— Leży ci to na sumieniu? — zapytał, a jego głos zabrzmiał jak gong w niemal pustej, cichej komnacie.

Chyba bardziej wyczuł, niż usłyszał, jak gdzieś za plecami Voldemorta Severus Snape wstrzymuje powietrze.

Na moment zapadła cisza, ciężka i duszna jak niepokój. I kiedy Harry, zaciskając zęby, stwierdził, że przed tym właśnie ostrzegał go Snape, mówiąc, żeby trzymał swój niewyparzony język na wodzy, Czarny Pan obecnej epoki zaczął się śmiać: z początku cicho, później coraz głośniej i głośniej, i głośniej i Harry'emu przemknęło przez myśl, że igra z ogniem.

Blada poświata księżyca przedzierała się przez nonszalancko, krzywo zasłonięte zasłony, tańcząc drżąco na porysowanej podłodze. Spoglądając w okno, Harry widział, jak nad tym pustym, wielkim domem, niosącym echo ich głosów, rozpościera się niebo sine jak cienie pod jego oczami.

— Niespecjalnie — odpowiedział Voldemort i wyciągnął dłoń, jakby chciał go dotknąć, zupełnie jak tam - na cmentarzu pogrążonym w mroku, obok wzniosłej rzeźby kamiennego anioła; tym razem Harry miał ten przywilej, że mógł się cofnąć i jego mięśnie zareagowały, zanim procesy myślowe je nadgoniły.

Dłoń Czarnego Pana zawisła w powietrzu, jego oczy rozbłysły szatańską uciechą.

— Boisz się mnie? — zagaił niemal konwersacyjnie, cofając rękę.

— Nie ufam ci — sprostował Harry, przepychając słowa przez nieznacznie zaciśnięte gardło i siląc się na obojętność, zaczął kontemplować nieregularne plamy zżółkniętych zacieków rozlewających się na stykach ścian i sufitu jak ślady krwi.

Czarny Pan obrócił głowę, podążając za jego spojrzeniem.

— To stary dom — powiedział cicho, jakby to wszystko wyjaśniało.

— Do kogo należał?

— Nie do mnie — odrzekł lakonicznie, a Harry wolał nie pytać o więcej.

Patrząc na chłodną satysfakcję znaczącą tą twarz upodobniającą się do węża, Harry wciąż nie wiedział, na czym stoi, choć nie robił nic innego, jak starał się to wybadać.


-VVV-


— Traktuje cię przedmiotowo — zauważył Harry, niepewny, czy się odezwać, czy udać obojętność, kiedy wyszedł z tego spotkania bez uszczerbku na zdrowiu; czarne oczy łypnęły na niego jak na pasożyta, który zaczął się rozwijać na brudnej ścianie.

— Wynoś się stąd, Potter — wycedził przez zęby Snape, który - dla odmiany - wyszedł z tego spotkania z uszczerbkiem na własnej dumie.


-VVV-


Snape nalał sobie whiskey do literatki, kiedy pewnego wieczora Harry przyszedł do niego na sesje zajęć z obrony umysłu i przyjrzał mu się, jakby coś rozważał, dorzucając powoli lodu do niewysokiej szklanki.

— Moim największym grzechem było to, że nigdy go nie zawiodłem — powiedział cichym głosem, a Harry nie potrafił ocenić, co miał wówczas na myśli.


-VVV-


Zarobił niezliczoną ilość szlabanów, które Snape skrupulatnie nadzorował, jakby starał się mu przypomnieć, że w murach Hogwartu to on jest profesorem, a Harry jest mu winny szacunek.

— Dlaczego nie wyprawił mnie na tamten świat? — zapytał Harry podczas jednego z nich, kiedy czas dłużył mu się na zeskrobywaniu jakiegoś zaschniętego obrzydlistwa z pękatego kociołka.

Snape długo mu nie odpowiadał, kreśląc coś na kawałku pergaminu rozłożonym przed sobą na biurku; Harry przez moment nie był pewien, czy w ogóle usłyszał jego pytanie.

— Zdaje się — wyjawił w końcu, zniżając ton — że cię nie lekceważy. — Snape podniósł na niego głowę zza blatu, a jego spojrzenie było niecodziennie intensywne, kiedy skupiło się na jego twarzy. — To otwiera przed tobą multum możliwości, Potter — orzekł miękko, przechylając głowę — ale uważaj na to, na czym stawiasz swoje ciekawskie stopy, jasne?

Harry oblizał nerwowo dolną wargę i odłożył szpachelkę na nieco zabrudzony kompletem tłustych odcisków, szeroki stół.

— Myślisz — zawahał się, nie wiedząc, czy nie przekracza granicy, po której Snape go potępi; zmarszczył brwi — że nie widzi w tobie zagrożenia?

Po jego źrenicach przemknął cień, a ziemistą twarz uchwycił ledwo dostrzegalny skurcz. Spoglądając w te bezdenne oczy, Harry miał nieodparte wrażenie, że widzi skłębiony, gęsty dym spajający skrytą duszę.

— Kiedy się wreszcie nauczysz, że do starszych i mądrzejszych nie mówi się na: „ty"? — Jego głos był lodowaty, co samo przez się krzyczało uchylaniem się od odpowiedzi.

Przeszedł przez pokój z tym spojrzeniem, na którego widok Harry miał nieodparte wrażenie, że przyszło mu zamykać się w gabinecie ze srogą bestią z piekła rodem, i zaczął coś przestawiać na wąskich półkach; szklane fiolki postukiwały o siebie dźwięcznie pod jego długimi palcami.

— Niewiele o panu wie, bo niewiele pan o sobie mówi — spróbował zagaić Harry, ściszając głos, pilnując się, by zachować odpowiednie formy, i mógł zobaczyć, jak szczęka jego profesora napina się, kiedy zaciskał zęby. — Jest pewien, że ma pańskie oddanie, bo wkłada mu pan je do rąk. Traktuje pana jak powietrze, jakby nie dostrzegał, że to powietrze ma oczy i uszy otwarte.

— Zniewalająca spostrzegawczość, Potter — warknął Snape, jakby spluwał; kiedy się do niego odwrócił, coś w jego czarnych oczach lśniło obsesyjnie. — Masz jeszcze jakieś genialne przemyślenia?

Harry chciał się wycofać, ale słowa same wychodziły mu z ust.

— Prowadzi pan z nim jakąś grę, której nie rozumiem.

Snape prychnął cicho, ale w jego słowach była stabilna ostrożność:

— Najwyższy czas, żebyś sobie przyswoił, że nie wściubia się nosa w sprawy, które cię nie dotyczą, wiesz, Potter? — zbeształ go jak niedorosłego dzieciaka i Harry dałby głowę, że wokół niego dzieje się coś, czego nie potrafi zrozumieć.


-VVV-


Harry, gryząc wargę, dobierał słowa, jakimi mógł porozmawiać ze Snape'em - tym zamkniętym w sobie łotrem spod ciemnej gwiazdy, który warczał na niego, gdy tylko otwierał usta - o tamtym nadzwyczajnym spotkaniu, ale nie potrafił się przemóc, nie będąc przekonanym, jak zacząć.

— Rozmawiasz z nim — powiedział mu raz Snape, ku głębokiemu niedowierzaniu Harry'ego sam podejmując dręczącą go kwestię — jakbyś się go nie bał.

— Pan również — odparł głupio Harry i na tym rozmowa się skończyła.


-VVV-


— Polazłeś sobie do Czarnego Pana — warczał niekiedy Snape, obnażając zęby, a iskry sypały się z jego różdżki jak konfetti; cały dywan w jego gabinecie był już zroszony wypaleniami czarnymi jak smoła - jak dziury po papierosie — więc przyłóż się wreszcie do tej przeklętej Oklumencji i...

— Przecież ja...

— Nie śmiej mi przerywać! Mówiłem, żebyś się przyłożył i podszedł do tego na poważnie...

— Ale...

— Zamknij się! Bądź konsekwentny, Potter, choć raz i weź się za...

Mam coś do powiedzenia! — nie wytrzymał Harry, a Snape zmrużył oczy i zbliżył się do niego jak za mrugnięciem powieki, chwytając go bez skrupułów za kołnierz.

— Każdy z nas ma coś ważnego do powiedzenia, do cholery, i przeświadczenie, że twoje słowa są ważniejsze od moich, jest - doprawdy - absurdalne.

W jego oczach było coś dzikiego, coś pierwotnego i Harry wycofał się, dochodząc do wniosku, że najlepiej będzie pozwolić się Snape'owi wykrzyczeć; może to był właśnie jego sposób na to, żeby sobie przypominać, że żyje? I że jest coś niecoś wart na tym świecie czarnych stron, białych stron i wojennych liderów.


-VVV-


Harry znał ludzi, którzy musieli przytupnąć na innych, żeby poczuć, że ich życie ma sens. Którzy do otaczających ich osób - mających mniejsze kwalifikacje i mniejsze doświadczenie - odnosili się chłodno, nieprzystępnie i z rezerwą, którzy stawiali wokół siebie piedestały i rozmieszczali na nich przeróżne indywidua wedle własnej oceny. I Severus Snape należał do tej grupy.

— To, że pan na mnie krzyknie — powiedział mu raz Harry, kiedy za późno ugryzł się w język — nie znaczy, że mnie pan przekona.

Spodziewał się, że po tych słowach Snape go wyrzuci, że jego wybuchowy temperament posypie się na niego serią drzazg, że jego chude dłonie z rozpędem cisną w niego słoikiem z jakąś obleśną, przyprawiającą o mdłości substancją, ale Snape jedynie zazgrzytał zębami i spuścił z tonu, wprawiając tym Harry'ego w głębokie zdumienie.


-VVV-


Kilkakrotnie kazał mu się dotychczas wynosić z jego gabinetu i nie pokazywać mu się więcej na oczy - a Harry coraz rzadziej traktował podobne słowa jak ultimatum, a coraz częściej jak motywację; bo Snape nie zachęcał, nie prosił i nie chwalił, Snape przeciągał go przez te zajęcia, choć Harry wzbraniał się przed nimi rękami i nogami, dawał mu impulsy do podjęcia wysiłku, mobilizował go na swój dziwaczny, opryskliwy sposób, stawiał mu wyzwanie, żeby podniósł rękawicę. I Harry nie żywił żadnych wątpliwości, że gdyby Snape nie pchał go - oszczerstwami, zgryźliwością, rozkazami - do działania, utknąłby w martwym punkcie i tyle by było z całej jego nauki. I jeśli zaczął dostrzegać jakieś - choćby mizerne - efekty tej pracy, to Snape'a była w tym zasługa, nie Harry'ego - bo Harry o to nie dbał: nie przykładał się, nie ćwiczył, nie wysilał się, jeśli nie widział potrzeby - a nie widział.

Po co — truł czasami Snape'owi głowę, podczas gdy ten warczał na niego, żeby wysilił swoją denną mózgownicę i się skupił — skoro i tak już poszedłem do Voldemorta...?

— Do Czarnego Pana!

— Tak, właśnie do niego — machał ręką Harry. — Więc po co, skoro do niego poszedłem, a on mnie przyjął, nie zabił i pozwolił odejść, żebym później mógł wrócić?

Harry - patrząc w jego błyszczące furią, czarne oczy - byłby skłonny wyjść i trzasnąć drzwiami na do widzenia - ale już raz to zrobił i wiedział, że Snape był zdolny wypaść za nim z gabinetu w porywach powietrza i wypluwanych przekleństw i siłą przytargać go z powrotem (po ostatnim razie Harry wciąż miał komplet sinych odcisków na nadgarstku).

— Dlatego właśnie, że do niego poszedłeś — warczał na niego Snape, mrużąc wściekle oczy — jest to teraz pilniejsza potrzeba, niż kiedykolwiek wcześniej.

Zaciskał więc zęby i podejmował się od nowa tej syzyfowej pracy.


-VVV-


— Widziałam się dzisiaj z Dumbledore'em — powiedziała Nimfadora Tonks, doganiając go na korytarzu i zarzucając mu rękę na ramiona, a Harry zerknął na nią kątem oka, wyginając sceptycznie wargi, kiedy kilka chłopaków z siódmego roku z Hufflepuffu uniosło wymownie brwi, zezując w jej wycięty w serek dekolt i gapiąc się otwarcie na jej tyłek wciśnięty w ciasne jeansy.

— Mhm — mruknął Harry, patrząc, jak zawija ciemnoróżowawe kosmyki spadające jej na policzki wokół palca, zastanawiając się, dlaczego dotychczas nie zwrócił uwagi na wpadających do zamku członków Zakonu Feniksa (był raczej nienawykły do napotykania ich w szkolnych murach, a ostry ucisk zamykał się wokół jego gardła, gdy zaczął go zżerać nagły niepokój, że Syriuszowi strzeli coś do łba i pod postacią czworonoga również zawita w zamkowe mury) i nie mogąc zrozumieć, z kim - na bogów - przychodzą się spotkać, skoro dyrektora już od dawna nie ma w jego zagraconym gabinecie. — To ciekawe, że się z nim widziałaś — pozwolił sobie na sarkazm — bo, popatrz, ja tu tkwię non stop, a jego obecność w zamku mi jakoś umknęła.

Złapał ją za łokieć i odsunął ze środka korytarza, nie dopuszczając do jej bolesnego zderzenia z jakimś drugorocznym Gryfonem.

— Nie, nie — pokręciła gwałtownie głową, dając mu - dosyć potężnego - kuksańca w bok (Harry aż się wykrzywił, zastanawiając się, czy na drugi dzień nie wykwitnie tam kształtny siniak). — Widziałam się z nim w... no wiesz. Nie w Hogwarcie, w każdym razie.

— Aha — burknął Harry, całkowicie niezainteresowany, próbując ułożyć sobie w myślach, jak to możliwe, że Tonks nie zauważa spoglądających między nimi, starszych uczniów - z góry szufladkujących ich wedle własnych podejrzeń i - zdaje się - już rozpowiadających półszeptem o nowej, starszej dziewczynie sławnego Pottera.

Cóż, dwadzieścia trzy lata to wciąż całkiem niedużo w stosunku do piętnastu, patrząc na to, jak Dora spoglądała na dwanaście lat od siebie starszego Remusa.

— Prosił, żeby ci przekazać — oznajmiła Tonks, przyciszając głos, przerzucając spadające jej na ramiona włosy na plecy — że lata temu znał jakiegoś chłopca, który postawił na złą kartę. — Wygrzebała z kieszeni gumę balonową (wściekle różową, oczywiście) i wepchnęła sobie do buzi. — Chcesz jedną? — zaproponowała i ćlamiąc, podsunęła mu opakowanie pod nos.

— Nie, dzięki — pokręcił głową Harry, marszcząc się kwaśno. — I co to niby miało oznaczać? No wiesz: chłopiec, zła karta, Dumbledore?

Tonks wzruszyła chaotycznie ramionami.

— A bo ja wiem? — odparła. — Ostatnim razem, kiedy rozmawiałam z nim na osobności, twierdził, że w Hogwarcie w jego imieniu ścianami wstrząsa piorun i to dokładnie tymi słowami — powiedziała, a Harry - czując dziwne zawroty w żołądku - spojrzał na nią z ukosa, myśląc, że stary Dumbledore - omijający go wzrokiem od początku roku, ignorujący jego istnienie i usilnie wybierający ścieżki, które nie przetną się ze ścieżkami Harry'ego - śledził o wiele skrupulatniej, niż mu się zdawało, poczynania Gwardii Dumbledore'a. — Dziwny facet — zawyrokowała Dora, wygrzebując kolejną gumę z niedużego, plastikowego opakowania.


-VVV-


— Słyszałem, że masz nową dziewczynę — powiedział z pomrukiem Snape, uśmiechając się parszywie jeszcze tego samego wieczora o osiemnastej.

Harry westchnął, bardziej zmęczony, niż zirytowany.

— Ja też to słyszałem — wzruszył ramionami, spoglądając ze znużeniem w jego ziemistą twarz. — Ciekawych rzeczy się o sobie dowiaduję z tych papierowych brukowców.


-VVV-


Jednego wieczoru, wstając z dywanu w gabinecie Snape'a, zamknął oczy, przykładając dłoń do twarzy, a powietrze uciekło z jego płuc jak z przebitego balona.

— Morgano, jestem za młody — wymamrotał na wydechu, a jego słowa zabrzmiały jak westchnienie — na to, żeby czuć się tak zmęczonym.

Snape się chyba poruszył, sądząc po szeleście szaty i dźwiękach podeszew dudniących głucho o posadzkę.

— Czy ty mi się uskarżasz, Potter? — prychnął; w jego głosie dudniła zjadliwość.

Przez chwilę trzymał powieki opuszczone i w jego głowie szemrał alarmujący głosik: coś w nim samym zaczynało działać w sprzeczności z jego dotychczasowymi poglądami - nie powinien móc stać naprzeciw Snape'a z zamkniętymi oczami i nie odczuwać przy tym dyskomfortu.

Był więc w gabinecie Mistrza Eliksirów, trzymając powieki opuszczone - jakby śnił - a w dłoni nie miał różdżki, choć wiedział, że stojący przed nim człowiek nieustannie obraca swoją własną w palcach (słyszał charakterystyczny szmer skóry przesuwanej po drewnie), a rozmowa przebiegła tak:

— Dlaczego mnie pan wpuścił, kiedy wróciłem?

— A dlaczego w ogóle wróciłeś?

Harry wrócił, bo nie poradziłby sobie sam, ale czuł się głupio na myśl, że miałby przyznać, że potrzebował pomocy.

— Przecież nie musiał mnie pan wpuszczać.

— A ty nie musiałeś przychodzić.

Nie musiał, to prawda, ale do kogo innego miałby się z tym zwrócić?

— Myślałem, że nie lubi pan, kiedy zawraca się panu głowę niepańskimi problemami.

— Myślałem, że nie lubisz, kiedy grzebie ci się w umyśle.

Wobec czego Harry wyszedł z tych zajęć z namnożoną listą pytań, znacznie przekraczającą rozmiarowo tą, z jaką na nie wszedł.


-VVV-


Harry'emu wydawało się, że skoro przyszedł do Voldemorta - sam, z własnej woli - nie będzie już gościł go dłużej w głębinach swojej podświadomości.

Mylił się.


-VVV-


Jego czoło zdawało się mieć mniejszą ilość zmarszczek, a oczy pobłyskiwały mniej intensywną czerwienią niż zazwyczaj - nie przywodziły już na myśl dwóch, ostrych błysków w ciemności, dwóch strug skupionych laserów.

Spójrz, Harry" — mówił i Harry'emu zdawało się, że te czerwone ślepia zerkają wprost w jego duszę — „magia to nie wymachiwanie dłońmi i wykrzykiwanie niezrozumiałych słów przez zdzierające się gardło". — Przykładał coś chłodnego i zdecydowanie niematerialnego do jego świadomości, a Harry wzdrygał się, czując bijącą od tego potęgę. — „Spędziłem mnóstwo czasu na studiowaniu zasad magii, grzebałem w jej źródłach, naginałem granice". — I Harry próbował to sobie wyobrazić - a brzmiało to w jego uszach jak piękna abstrakcja, niemożliwa do urzeczywistnienia się.

— A gdyby magia się wyczerpała? — zapytał go pewnego dnia - może tylko w swoich snach i tylko w głębi swojego umysłu, ale zapytał; a Voldemort długo mu nie odpowiadał.

— Musielibyśmy się zmagać z brakiem podstawowych środków do życia.

— Jak to? — zdziwił się Harry, napierając na tę obcą świadomość buszującą po jego umyśle, starając się zrozumieć jej punkt widzenia. — Przecież mugole radzą sobie bez magii. I to całkiem nieźle, o ile się orientuję. A, uwierz mi — zastrzegł — orientuję się.

Voldemort westchnął - głęboko, powoli i niejako z rezygnacją.

— Wyobraź sobie — powiedział cicho, zdając się niespiesznie i z namysłem dobierać słowa — nasze magiczne społeczeństwo jako taki wieki, żywy organizm. Ten organizm posiada pewną określoną strukturę, na którą składają się różne układy: oddechowy, powiedzmy, czy też krwionośny, nerwowy. Aby każdy z tych układów pracował prawidłowo, potrzeba jakiegoś czynnika, który przez nie przepływa: powietrza, krwi, impulsów nerwowych. Czy wyobrażasz sobie, Harry, co nastąpi w momencie, w którym któregoś z tych czynników raptem zabraknie?

Harry nie odpowiedział, bo i granice jego wyobraźni nie sięgały tak daleko.

— Magia jest jak jeden z tych czynników, krążących po swoim obiegu — ciągnął Voldemort. — Nie nabyłeś jej w żaden sposób, urodziłeś się z nią. Nie mógłbyś jej stracić, ona żyje w tobie, a jeśli zaszłoby coś nienaturalnego, co odebrałoby ci magię, nie jestem pewien, czy w ogóle byś to przeżył.

— Ale — wykłócał się Harry, bo w tej skomplikowanej układance istniały puzzle, które nigdzie nie chciały się dopasować — istnieją przecież charłaki — zauważył, a Voldemort zamruczał przytakująco.

— Owszem, istnieją — zgodził się — ale oni nigdy nie utracili magii, Harry. Nie można stracić czegoś, czego się nie posiada — tłumaczył i przez chwilę wydał się Harry'emu błyskotliwym człowiekiem intelektu; próbował z nim utożsamić tego potwora o czaszce przywodzącej na myśl wężową paszczę i okrucieństwo zakorzenione w genach, ale nie potrafił. — Różnica polega na tym, że charłaki urodziły się już bez magii. To trochę jak taka choroba wrodzona, zmiana genetyczna, ujawniająca się co któreś pokolenie.

— Choroba genetyczna? — nie zrozumiał Harry, a Voldemort milczał przez chwilę.

— Spójrz na to w ten sposób — odezwał się po chwili, a magia kłębiąca się w jego podświadomości zdała się zgęstnieć, zbić w bardziej zwartą substancję. — Jeżeli w rodzinie czarodziejów urodzi się dziecko nieposiadające w sobie ni krztyny magii, a później sparuje się z mugolem, ich dziecko najpewniej nie będzie magiczne.

— No, tak — przyznał Harry, nie będąc pewnym, do czego Voldemort zmierza.

— Jednak okazuje się, że po kilku latach w rodzinie - na pierwszy rzut oka - całkowicie niemagicznej, pojawiają się ewenementy. Czasem następuje to po wielu pokoleniach, kiedy obecność czarodzieja w drzewie genealogicznym będzie już zapomniana. I nagle w rodzinie mugolskiej rodzi się czarodziej pochodzący w prostej linii od charłaka, urodzonego w rodzinie czarodziejów, który to odsunął się od czarodziejskiego świata, by uniknąć dyskryminacji.

— Mugolak — wyszeptał niedowierzająco Harry.

— Otóż to — potwierdził Voldemort; brzmiał, jakby samym głosem nagradzał go za spostrzegawczość. — Moc magiczna potrafi się w nich odnowić. Jakby była w ich rodzinnej linii przez cały ten czas, uśpiona, przyczajona, a potem pojawia się nagła iskra, która rozpala ją na nowo. Trochę jak ogień padający na benzynę.

— Trochę tak, jakby magia była genem recesywnym.

Voldemort się roześmiał - a choć Harry spodziewał się wykpienia, był to niespodziewanie przyjemny dla ucha śmiech; byłby skłonny nazwać go figlarnym.

— Szybko się uczysz, Harry — przyklasnął mu miękkim tonem, a Harry - choć przeklinał się za to bez zachwytu - poczuł się mile połechtany.

Dziwnie było odkrywać umysł zakopany pod otoczką pogłosek.


-VVV-


— Czy to jest jakaś dziwaczna forma testu? — zapytał podczas jednych z tych mglistych snów Harry, a Voldemort spojrzał na niego czerwonymi jak rozżarzone węgle oczami i uśmiechnął się swoimi pozbawionymi warg ustami. — Sprawdzasz mnie, tak? — prychnął Harry, szukając luk w obłapiających go pasmach czarnej magii, przez które mógłby się wywinąć.

— Spójrz prawdzie w oczy — wyszeptał Voldemort, przechylając głowę — jesteś po prostu interesującym... okazem.

Harry skrzywił się, rozważając porzucenie nieudolnych prób wyrwania się ze snu.

— Nie jestem — oznajmił jak coś oczywistego.

— Okazem?

— Nie jestem interesujący — sprostował Harry, a Voldemort uniósł brwi na blade, wysokie czoło.

— Pozwól, że sam to ocenię.

Rysy twarzy Czarnego Pana wydawały mu się dziwnie zniekształcone: jakby rozmywały się jak kadzidłowe dymy, wypalone i zmatowiałe, mimo że jego bladą twarz okalaną nagą czaszką widział bardzo wyraźnie, ostro - jakby spoglądał przez perfekcyjnie do niego dobrane szkła okularów.

Harry - rozpraszany przez miliony rzeczy, które nie powinny go interesować - próbował usilnie zatrzasnąć swój umysł; Voldemort musiał to wyczuć - jego śmiech brzmiał abstrakcyjnie we wnętrzu jego czaszki - trochę jak odległe echo, ale niezupełnie.

— Myślę, że w końcu widzę wyraźnie — powiedział cicho i odetchnął głęboko, jakby smakował jego myśli. — Ach, i wiesz co, Harry? — zagaił, a coś lepkiego, gęstego i nieprzyjemnego - jakby wężowe cielsko - przesunęło się w jego percepcji, czyniąc to niemal ostentacyjnie. — Wcale nie jesteś tak słaby. Ty po prostu za małą wiarę pokładasz w swoje własne możliwości.

Harry był tą oceną tak zaskoczony, że na moment przestał szukać dziury w całym.

— Jeśli nie potrafisz uwierzyć, że coś jest możliwe — wyszeptał Voldemort, rozmywając się jak refleks na szkle — sam nakładasz na siebie nieprzekraczalne granice.

Czarna mgła zalała mu umysł jak rozlana z przewróconej szklanki woda.

— Przestań się ograniczać, Harry — zadudnił cichy głos w jego głowie, a Harry zaczął się zastanawiać, czy nie stoi przypadkiem na jakimś fantastycznym, iluzyjnym krańcu świata; może wystarczyłoby uczynić jeden krok, aby sprawdzić, co znajduje się za nim?

Przekraczanie krańców powinno nie być możliwe, ale Harry zrobił krok przed siebie w tą ciemną otchłań wołającą go po imieniu i...


-VVV-


Zbudził się, potrząsany niecierpliwymi rękami, widząc przed oczami rudą, poczochraną czuprynę.

— Ruszże się — poganiał go znajomy głos — bo spóźnimy się na śniadanie.

Harry spojrzał na wstający do życia pokój, dziwiąc się, że bez okularów, świat jest równie rozmyty, co twarz z jego najgłębszych snów.


-VVV-


Harry wiedział, że balansuje na krawędzi przepaści, wiedział to za każdym razem, kiedy Severus Snape zerkał na fioletowe cienie rozlewające się pod jego oczami, mizernie przykryte szkłami okularów, a na jego ziemistą twarz wstępował wyraz tłumionej białej gorączki.

— Zwinąłeś żagle? — bulwersował się Mistrz Eliksirów, kiedy wpadał na niego na korytarzu. — Tak teraz zachowują się Gryfoni? — szydził. — Kulą pod siebie ogony?

— Zostaw go, ty tłustowłosy draniu! — bronił go Ron, nie wiedząc najwyraźniej, z czym igra.

Szlaban z Filchem, Weasley! — pieklił się Snape, bluzgając wokół śliną. — I dwadzieścia punktów od Gryffindoru!

Harry spuszczał jedynie wzrok i milczał.


-VVV-


Potter — wyrzucił z siebie jak westchnienie Snape, podczas którejś z lekcji Oklumencji, wycofując się niezbyt delikatnie z jego umysłu — wytłumacz mi, dlaczego wszystkie wspomnienia związane z twoim wujostwem są negatywnie nacechowane?

Harry skrzywił się, pocierając palcami bliznę; na jego palcach zostawały plamy krwi.

— To nie są... mili ludzie — oznajmił, nie zamierzając się z niczego tłumaczyć. Wystarczy, że jego aspołeczny profesor widział w jego głowie przebłyski jego - jakże rodzinnych - relacji z Dursleyami. Już sam ten fakt sprawiał, że czuł się zanadto odsłonięty.

Snape posłał mu długie, ostrożne spojrzenie; na ziemistej twarzy coś drgnęło.

— Nie są mili — powtórzył cicho, zaglądając mu w oczy, a Harry zacisnął zęby i umknął spojrzeniem w bok; kontemplując pełną odprysków ścianę, wzruszył ramionami. — Wyjaśnij mi — powiedział powoli, a w jego głosie zabrzmiało coś, co Harry nie do końca umiał zaszufladkować pod jakimś konkretnym terminem; spodziewał się jakiejś kontynuacji tego: „wyjaśnij mi", ale takowa nie nadeszła.

— Co mam panu wyjaśnić? — zazgrzytał zębami tak mocno, że poczuł ból w szczęce. — Gdzie pan niby był przez cały ten czas, w którym grzebał mi pan w głowie, co? Myślał pan o niebieskich migdałach? — Chwilowo przestało go obchodzić, że jego ton zszedł na opryskliwe nuty, jednak ku jego lekkiej konsternacji, Snape go za to nie złajał.

— Twój wuj — odezwał się cicho; jego głos obniżył się o kilka oktaw — był obrzydliwym pijakiem — zauważył, a Harry całą siłą woli zmusił się do zachowania obojętnego wyrazu twarzy — a ciotka wymagającą hipokrytką.

Stał, bawiąc się różdżką, udając, że nic, co mówi Snape, go nie rusza.

— Dlaczego nigdy nie uciekłeś? — zapytał po kilku chwilach milczenia Mistrz Eliksirów, a Harry zachichotał nerwowo, co zabrzmiało nienaturalnie w jego ustach.

— Och, ależ uciekłem — oznajmił i wreszcie spojrzał we wpatrujące się w niego bacznie, czarne oczy, uśmiechając się bez rozbawienia — i to trzykrotnie. — Prychnął, na myśl o tym, że były to bezcelowe starania - próby wyrwania się z tego patologicznego więzienia. — Za pierwszym razem miałem osiem lat — wzruszył ramionami, myśląc, że robi to chyba automatycznie - przez zżerające go nerwy — i zasadniczo nie miałem dokąd uciec. Spakowałem jakieś drobiazgi, poczekałem do nocy i przeczołgałem się przez parapet. — Harry zmrużył oczy, przypominając sobie, jak bardzo poharatał sobie wówczas dłonie. — Miałem... — zawahał się — pokój — powiedział, jakby wkładał to słowo w usta z jakichś wzniosłych wyżyn; nie leżało dobrze na jego języku — na parterze, a oni spali na górze. Wszyscy troje zawsze mieli mocny sen, więc nie słyszeli, jak wychodziłem.

— I dokąd poszedłeś? — zapytał Snape tak cicho, że Harry mógłby podejrzewać, że się przesłyszał, gdyby nie śledził poruszających się, wąskich warg.

— Do sąsiadki z naprzeciwka — prychnął i wykrzywił kwaśno wargi. — Gówniarz był ze mnie, profesorze, i uciekłem z tej wylęgarni nienawiści bez żadnego planu. I to nie tak, że miałem dokąd iść. — Harry przełknął coś ciężkiego zalegającego mu w gardle i ze sceptycznością wypisaną na twarzy jak czarny na białym, zaczął się przyglądać swoim poobgryzanym paznokciom. Nie był pewien, dlaczego w ogóle opowiada Snape'owi to wszystko i kiedy przeszło mu przez myśl, że nawet dobrze wyrzucić to z siebie po piętnastu latach noszenia w sercu, chciało mu się śmiać z własnej beznadziejności.

— Wspominałeś, że uciekłeś trzykrotnie — przypomniał mu Snape, a Harry przygryzł wnętrze dolnej wargi i rzucił pobliskim półkom niechętne spojrzenie.

— Aha — powiedział opryskliwie. — Za drugim razem miałem jedenaście lat.

Ach, rozumiem...

— Tak — burknął, wykrzywiając sceptycznie kącik warg — i - jakby nie spojrzeć - sądziłem, że już nigdy tam nie wrócę.

Wrócił, bo takie właśnie jest życie. Nic nie trwa wiecznie, wszystko ma swój początek i ściśle określony koniec - nawet chwile, dla których warto go przeżyć. Powinien dziękować opaczności, że dostał szansę wyrwania się z tej mętnej dziury, którą Dumbledore nazywał jego domem. Powinien być wdzięczny za każdy piękny dzień, który przeżył w zamkowych progach i każdą iskrę magii, która przesunęła się po jego skórze.

Oczy jedenastoletniego chłopca inaczej odbierają otaczający go świat. Dla jedenastolatka liczy się tylko to, co dzieje się w tu i teraz, jedenastolatek nie wygląda w przyszłość i szybko przystosowuje się do zmian, jedenastolatek zapomina o tym, co robił wczoraj, gdy ma przed sobą tak barwne i otwierające przed nim multum nieznanych dotychczas możliwości dzisiaj. Dla jedenastolatka zamek jest większy, jezioro głębsze, a odbijające się w jego tafli gwiazdy jaśniejsze. Tyle że...

— Bajka się kończy, czar pryska, a książęta znowu zamieniają się w ropuchy — oznajmił, bębniąc palcami w udo — czy coś w tym stylu — dodał i nagle zachciało mu się śmiać.

Stał na środku gabinetu Snape'a i śmiał się tak, jakby chyba tylko śmiali się więzienni uciekinierzy, złapani na drodze ucieczki i na powrót wtrąceni w izolację i pustkę, śmiał się do rozpuku i to tak długo, że rozbolała go szczęka. A Snape mu na to pozwalał. Przyglądał mu się milcząco, jakby rozumiał coś, co - Harry był o tym święcie przekonany - nie jest możliwe do objęcia rozumem, w każdym razie nie dla kogoś, kto nigdy nie był w sytuacji analogicznej do jego własnej.

Wreszcie odetchnął głęboko, wypuścił ze świstem powietrze i zaczął rozmasowywać kość szczękową kolistymi ruchami palców. Gardło go piekło.

— Kiedy uciekałem trzeci raz, było lato przed trzecim rokiem, a ja wyfrunąłem z Privet Drive w towarzystwie buzującej, przypadkowej magii, ścigającego mnie w ataku furii wuja i jego nadmuchanej jak balon siostry, odbijającej się od ścian pobliskich domów.

Harry czuł się dziwnie pod wnikliwym, zdającym się go oceniać spojrzeniem tych czarnych, głębokich oczu.

— Dlaczego ją nadmuchałeś? — zapytał Snape, zniżając głos do szeptu, a Harry wzruszył ramionami i odparł:

— To bez znaczenia.

— Czyli istniał powód — bardziej ocenił, niż spytał Snape.

— To bez znaczenia — powtórzył Harry i nie powiedział tego wieczora już niczego więcej.


-VVV-


— Nadmuchałeś swoją ciotkę — odezwał się cicho Snape pewnej nocy, kiedy Harry stał na szczycie Wieży Astronomicznej i spoglądał na świat leżący u jego stóp, a zielonooki drgnął i odwrócił się od wyszczerbionych blanek — bo powiedziała coś, czego nie powinna.

Harry odetchnął głęboko nocną bryzą i zmrużył sceptycznie oczy, wpatrując się w jego ziemistą twarz skrytą w mroku.

— Co takiego mogła powiedzieć, co aż tak cię ubodło, że uaktywniły się reakcje obronne młodego, zdrowego, magicznego dziecka?

Harry zmarszczył brwi i odwrócił się do Snape'a plecami, spoglądając w niebo zroszone miliardami srebrnych punktów, czując się tak, jakby mógł rozwinąć długie skrzydła i skoczyć na wiatr - poczuć się wolnym, młodym, czystym jak łza.

— Sam potrafię przygadać ci dosyć dosadnie, Potter, a jakoś nigdy nie poruszyłem kamienia, który wywołałby lawinę — drążył - nie wiedzieć po co - Mistrz Eliksirów.

— Najwidoczniej — odparł Harry, pragnąc, aby Snape już sobie poszedł — nie szturchał pan wystarczająco mocno. — Uśmiechnął się pogardliwie, patrząc w gwiazdy. — Siostra wuja zrobiła panu konkurencję, co? — zapytał Harry, przeciągając palcami po rysach znaczących metalową, chłodną pod jego dłonią barierkę.

Z gardła Snape'a uciekł ostrzegawczy pomruk godny dzikiego, drapieżnego zwierzęcia.

— Uważaj, Potter — powiedział cicho — czyżby nikt cię nie nauczył, że do starszych odnosi się z należytym szacunkiem?

— Jakoś nikt nie miał okazji.

Nie w tym świecie rozbitych luster i krzyku topionego we wnętrzach dłoni. Drobin szkła rozsypanych po podłodze, odbijających dziecięcą twarz z siniejącym już śladem na kości policzkowej i krwią skapującą z przeciętej wargi - Harry nauczył się rozpoznawać ten metaliczny posmak na języku we wczesnych latach tego, co ogół społeczeństwa nazywa dzieciństwem. Wciąż pamiętał słodkawy zapach powietrza w zatęchłej komórce pod schodami i popękane linie na zmatowiałych ścianach. Materac na wpół zeżarty przez mole i nieustannie zacinającą się, pożółkłą roletę z pomarańczowymi plamami rozlewającymi się po starym płótnie jak światło zachodzącego słońca. Czerwone palce od zbyt długiej pracy w ogrodzie pod kurtyną prażącego słońca i skórę złażącą ze spalonego karku. Dudniący odgłos kroków na skrzypiących schodach i drobne pyłki tynku sypiące mu się na twarz, które wdychał powoli wraz z rozgrzanym, parzącym płuca powietrzem. Pamiętał to wszystko, jakby komórkę pod schodami opuścił najdalej wczoraj.

Czego mógł się nauczyć o życiu chłopak dorastający bez miłości?


-VVV-


Harry czuł, że cały się trzęsie, kiedy dostał nieokreśloną, dziwną wiadomość od Snape'a, której treść przeraziła go jak wizja pożaru w Hogwarcie. Upuścił pergamin z krótką adnotacją zapisaną pochyłym pismem, który wypadł mu z drżących palców, a ten zajął się ogniem, gdy tylko dotknął zimnej posadzki i chwilę potem - jak niesiony na skrzydłach - biegł już po stromych schodach prowadzących do lochów. Bez pukania przelał się przez próg, nie zauważając nawet, że Snape wplótł jego magiczną aurę w swoje osłony, a bariery przepuściły go, jakby przechodził przez ścianę wody, a potem zamknął pospiesznie drzwi, przylegając do gładkiego drewna, jakby własnym ciałem chciał je zaklinować. Rąbek własnej szaty uderzył go w kostki, kiedy się odwrócił, szukając wzrokiem szarych, doskonale sobie znanych oczu.

— Syriusz, odbiło ci? Jeśli ktoś cię zobaczy... — Głos mu się trząsł; Harry odniósł wrażenie, że nie jest w stanie zapanować nad słowami przesuwającymi się po jego języku, ześlizgującymi się z niego jak kostka lodu; wszystko w jego piersi szumiało z niepokoju.

— Życie byłoby nudne — odrzekł dziarsko jego ojciec chrzestny, błyskając na niego białymi zębami — gdyby nie cechowała go odrobina brawury.

Harry czuł krople zimnego potu sunące ospale po jego szyi; spojrzał na milczącego, przyglądającego się wszystkiemu sceptycznie Snape'a, stojącego z założonymi rękami, tak, jakby mówił: „jak mogłeś mu na to pozwolić?", a ten wykrzywił się paskudnie w odpowiedzi, jakby chciał mu tym przekazać, że te odwiedziny także nie są mu na rękę.

— Chciałem ci coś dać — powiedział jego chrzestny ojciec; podszedł do niego i zacisnął mu palce na ramieniu - Harry czuł jego opuszki rozmasowujące jego napięte mięśnie. — Wyciągnij rękę — poprosił; jego szare oczy zabłysły psotnie.

Wyciągnął. Jego palce dygotały bez opamiętania.

Syriusz zaśmiał się szczekliwie i włożył mu coś w dłoń: coś małego, chłodnego i obłego. Harry, nie cofając dłoni, rozwarł palce i przez krótką chwilę gapił się oniemiały na to, co w niej znalazł.

— Przyszedłeś dać mi kasztana, idioto? — Serce podeszło mu pod gardło.

— Na szczęście — zaśmiał się szczekliwie Syriusz, a Harry uniósł na niego wzrok, czując, jak jego twarz pęka jak porcelana, w którą ktoś cisnął kamieniem. — Zachowaj go.

Harry - z umysłem plączącym się w czaszce jak kłębowisko splątanej waty, z sercem, które utkwiło mu w gardle jak kołek, z żołądkiem zbitym, jakby jego zawartość ktoś potraktował brykieciarką - rozpłakał się jak dziecko, zanim udało mu się zdusić to ciepłe, przyduszające, połykające go uczucie i wepchnąć na powrót w szczelne ściany opanowania.

Wiedział, że nie daruje sobie tego do końca życia - że to właśnie Snape był świadkiem tego, jak wszelka kontrola wypada mu z rąk.

Kiedy ciepłe ramiona Syriusza owinęły go niczym miękki koc, Harry ukrył łzy w jego przyjemnej w dotyku szacie i zacisnął mocno palce na tym nieprzeciętnym, cudacznym wyrazie miłości spoczywającym jak twardy dowód w jego rozdygotanej, zdrętwiałej dłoni.


-VVV-


— Jest jedna rzecz, której Voldemort nie potrafi zrozumieć — powiedział mu kiedyś Dumbledore, rozgryzając ze smakiem cytrynowego dropsa.

Harry miał jedenaście lat i dopiero zaczął uczyć się świata na nowo, poznawał go od fundamentów, odkrywał jego podstawowe budulce.

— Co to takiego? — zapytał cicho, a Dumbledore zerknął na niego znad okularów-połówek; jego niebieskie oczy rozbłysły jakąś niewysłowioną iskrą.

— Miłość, Harry — rzekł miękko, uśmiechając się, jakby mówił coś oczywistego. — Miłość.


-VVV-


Miłość nie widzi barier. Nie powstrzymają jej ciężkie mury i twarde ściany. Nie powstrzymają jej zakazy i niedogodności. Przebije się przez największe ograniczenia. I kiedy huknie do bram ludzkiego serca, przypomni o sobie, wołając i krzycząc, że dysponuje mocą, której inne dziedziny magii nie znają.