Podziękowania dla Filigranki za komentarz pod poprzednim rozdziałem i dla Pantery za zbetowanie poniższego.


Przykro mi, Hailey, ale to nie wypali — powiedziała Rolanda Hooch, nalewając sobie kawy. — Też kiedyś o tym myślałam, ale spróbuj zmusić tu kogokolwiek do wysiłku fizycznego większego niż przejście z gabinetu do Wielkiej Sali na obiad i z powrotem. Jeśli tak bardzo chcesz pograć, zaproponuj którejś drużynie, że z nimi poćwiczysz. Jestem pewna, że uczniowie nie będą mieć nic przeciwko...

— Daj spokój, Rolando! — wykrzyknęła Hailey, podążając za nią do jej fotela. — Mówisz, jakby w tej szkole pracowali sami zgrzybiali starcy! Jestem pewna, że trochę ruchu wszystkim nam dobrze zrobi.

— Przecież i tak część kadry ćwiczy z drużynami domowymi — wtrącił nieuważnie Gustaw znad dziennika lekcyjnego drugiego roku. — Choćby profesor Flitwick... Twierdzi, że nadzoruje treningi, ale trzeba przyznać, że robi to dość aktywnie.

— No widzisz — ucieszyła się Hailey, coraz bardziej zapalona do przedsięwzięcia.

Hooch wciąż nie wyglądała na przekonaną, ale najwyraźniej połknęła haczyk.

— No dobrze — powiedziała sceptycznie. — Nawet gdyby, to będzie nas troje...

— Dodaj jeszcze Aurigę, na pewno chętnie się zgodzi — dorzuciła Hailey.

— Nawet jeśli, to cztery osoby to wciąż za mało.

— A profesor Vector? — zaproponował Gustaw, przygryzając lekko końcówkę długopisu.

— Fakt, kiedyś chyba nawet grała w drużynie — przyznała Rolanda. — No, to jeszcze przynajmniej jedna osoba i moglibyśmy się pobawić. Trzech na trzech, bez pałkarzy i szukających...

Hailey prawie podskoczyła z radości.

— Tylko lepiej zapytaj Minerwę, czy nie ma żadnych obiekcji. Zdaje się, że ostatnia inicjatywa nauczycielska niezbyt przypadła jej do gustu.

Zieleziński, który dotąd dość nieprzekonująco starał się nie wykazywać zainteresowania rozmową, wbił wzrok w dziennik, udając zaprzątniętego nim bez reszty. Szczerze wątpił, by pani dyrektor zgodziła się na coś takiego, mimo że, jak słyszał, uwielbiała quidditcha. Miał nadzieję, że może nie będzie gniewać się na Hailey, tak jak z pewnością gniewałaby się na niego, gdyby to on, hipotetycznie, rzecz jasna, wyrwał się z podobnym pomysłem.

Wciąż czując na sobie przenikliwy wzrok Rolandy, uniósł głowę i spojrzał na nią pytająco. Czarownica przewróciła oczami.

— ...poprosimy jeszcze Pomonę... — ciągnęła tymczasem niezrażona Hailey.

— Nie ma mowy! — odezwała się kategorycznie nauczycielka zielarstwa, która w kącie pokoju troskliwie podlewała zmizerniałego filodendrona.

— Tylko polatałabyś przed obręczami, nie miałabyś zbyt wiele do roboty... No dobrze, to może Poppy...

— Równie dobrze możesz poprosić Eskarne — zadrwiła Rolanda. — Ale niech będzie, pogadam z Filiusem i resztą, choć niczego ci nie obiecuję...

Dziewczyna zbyła jej wątpliwości machnięciem ręki i zaczęła planować najbliższe spotkanie. Gustaw uśmiechnął się pod nosem, usiłując ponownie zająć się wystawianiem ocen, choć przy jej radosnej paplaninie trudno było się skupić.

xxx

Severus był ostatnią osobą, jaką Auriga spodziewała się ujrzeć na Wieży Astronomicznej tej nocy. Minęły już dwa dni odkąd wróciła do Hogwartu, ale jeszcze nie mieli okazji się spotkać, a ona sama nie zdołała zebrać się w sobie na tyle, by odwiedzić go w lochach. Zastanawiała się nad tym, rzecz jasna. Prawdę mówiąc, Severus nie opuszczał jej myśli przez całe wakacje. Po tym, co wydarzyło się w czerwcu, nie potrafiła przestać się o niego martwić. Nie mogła się doczekać, żeby znów się z nim zobaczyć i porozmawiać, ale teraz, kiedy wreszcie miała do tego okazję, coś ją powstrzymywało. Nie rozstali się przecież w przyjaźni. Od czasu, kiedy dowiedziała się o jego podwójnej roli, nie rozmawiali ze sobą już wcale. Przez tych kilka dni, które pozostały do końca roku szkolnego, Severus jej unikał, ona zresztą także nie szukała jego towarzystwa, niepewna, jak się przy nim zachowywać i co mówić. Później wyjechała, mając nadzieję, że kiedy wróci, wszystko między nimi jakoś samo się poukłada. Niestety, tak się nie stało, a ona coraz bardziej obawiała się, że jeśli nic nie zrobi, może po prostu stracić przyjaciela.

Naprawdę nie sądziła, że to Severus przyjdzie do niej pierwszy. Na jego widok drgnęła niespokojnie, czując jednocześnie radość i niepokój.

O, Sev. Cześć — przywitała go zaskoczona, przerywając kalibrowanie teleskopu. — Nie spodziewałam się... To znaczy, coś się stało? — wypaliła niezręcznie.

Mógłbym zapytać cię o to samo — odparł sucho, a widząc jej zaskoczoną minę, dodał: — Dane astronomiczne do eliksirów dla skrzydła szpitalnego. Zwykle przysyłałaś mi je wcześniej, żebym zdążył z warzeniem przed rozpoczęciem roku szkolnego.

Potrzebowała chwili, żeby zrozumieć, o czym mowa. Snape przyglądał jej się ze zniecierpliwieniem.

Na Merlina... — jęknęła. — Wybacz! Zupełnie o tym zapomniałam! Myślałam zresztą, że ty... w obecnych okolicznościach...

Jestem zatrudniony w tej szkole jako Mistrz Eliksirów, Aurigo — przerwał jej. — W tej kwestii nic nie uległo zmianie.

Sinistra zmieszała się.

Przygotuję dla ciebie notatki jeszcze dzisiaj — obiecała szybko.

Wystarczy, jeśli dostarczysz mi je do końca tygodnia.

W porządku. Naprawdę przepraszam.

Severus pokręcił lekko głową na znak, że nie ma o czym mówić. Auriga przygryzła wargę. Powinna się domyślić, że będzie chodziło mu tylko o eliksiry...

Mężczyzna wyglądał jednak, jakby na coś czekał.

Potrzebujesz czegoś jeszcze? — zapytała z wahaniem.

Nie, to wszystko — odparł natychmiast. — Dobranoc, Sinistra...

W takim razie może chciałbyś wypić ze mną herbatę, Sev? — wpadła mu w słowo, zanim zdążył się odwrócić. Z zakłopotaniem splotła przed sobą dłonie. Nawet jeśli odmówi, przynajmniej spróbowała...

Chętnie.

Spojrzała na niego zdumiona.

Naprawdę? — wyrwało jej się.

Wzruszył ramionami.

I tak nie mam nad czym pracować — zauważył złośliwie.

Auriga uśmiechnęła się i z uczuciem dziwnej lekkości i ulgi odwróciła się, by wyczarować dla przyjaciela fotel.

Kiedy jednak kilka minut później siedzieli obok siebie, pogrążeni w pełnej napięcia ciszy, po jej radości nie został nawet ślad. Teoretycznie wszystko było jak dawniej: ona, Sev i herbata w środku nocy. Mimo to Snape wciąż wydawał jej się równie nieosiągalny i odległy jak migocące na niebie gwiazdy.

Sinistra nerwowo obróciła w dłoniach filiżankę, zastanawiając się, co powiedzieć.

Hm... jak ci minęły wakacje? — zagadnęła w końcu.

W porządku. Nigdzie nie wyjeżdżałem. A ty?

Też. Byłam na trochę u rodziców, nic ciekawego... — umilkła, zakłopotana i zła na samą siebie. Nie chciała przecież rozmawiać z nim o podobnych nic nie znaczących głupstwach!

Między nimi znów zapadło niezręczne milczenie. Sinistra nie wiedziała, jak podjąć dręczący ją temat. Zerknęła na Severusa, który w zamyśleniu gładził brzeg filiżanki i najwyraźniej nie zamierzał niczego jej ułatwiać. Poczuła się nagle bardzo żałosna.

Nie uważasz mnie za godną zaufania, prawda, Sev? — wypaliła bez zastanowienia.

Snape spojrzał na nią dziwnie, a ona z goryczą opuściła wzrok.

Daj spokój, wiem, że masz mnie za naiwną i sentymentalną. Gdyby nie dyrektor, wyczyściłbyś mi pamięć i nie odczułbyś z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.

Gdyby nie dyrektor, ty bez problemów uwierzyłabyś, że ponownie dobrowolnie przyłączyłem się do Czarnego Pana — skontrował ironicznie.

Sinistra gwałtownie uniosła głowę, rumieniąc się lekko.

Ja wcale nie...! Byłam zaskoczona i wystraszona... Gdybym choć przez chwilę się zastanowiła...

W kącikach jego ust zaigrał złośliwy uśmiech. Auriga westchnęła z rezygnacją.

Wygląda na to, że tylko Dumbledore naprawdę ufa i wierzy w nas wszystkich — powiedziała.

Czasem myślę, że aż za bardzo — stwierdził mężczyzna bezbarwnym tonem, ale Sinistrze zdawało się, że nie myślał w tej chwili o niej.

Sev... Skoro nie ufasz mnie, to może mógłbyś chociaż zaufać Dumbledore'owi? — zaproponowała nieśmiało.

Nie odpowiedział.

Oczywiście nie musisz mi nic mówić — westchnęła ponuro po chwili. — Sama widzę, że nie jest najlepiej. Czytałeś, co wypisują w „Proroku"? Że dyrektor oszalał i jest starym głupcem, który dał się oszukać Harry'emu Potterowi? Wyrzucono go z Wizengamotu i Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów, wiesz? Liza mi mówiła, że niektórzy rodzice wahali się, czy posyłać do nas dzieciaki. Nawet trudno im się dziwić. Po tym, co wydarzyło się ostatnio... po śmierci Cedrika Diggory'ego... — Głos jej zadrżał. Upiła łyk herbaty, żeby się uspokoić i ciągnęła złudnie opanowanym tonem: — Nawet Hagrid nie wrócił do zamku. Jutro ma przyjechać Wilhelmina, żeby go zastąpić. Wiesz, Sev, zwykle cieszę się na rozpoczęcie roku szkolnego, ale teraz... Możesz sobie myśleć, że jestem przewrażliwioną idiotką, ale naprawdę się niepokoję...

Mocniej objęła dłońmi filiżankę i zapatrzyła się w niebo przed sobą. Widok gwiazd, stałych i niezmiennych, zwykle ją uspokajał, ale w tej chwili potęgował w niej tylko uczucie kompletnej bezradności i bezbronności. Pamiętała, co działo się ostatnim razem, kiedy Voldemort znajdował się w pełni sił. Wtedy jednak była zbyt młoda i beztroska, by się tym naprawdę przejmować, skoro nie dotyczyło jej to osobiście, zresztą głęboko wierzyła, że pod opieką rodziców i nauczycieli jest całkowicie bezpieczna. Teraz to ona była nauczycielką, zupełnie nieprzygotowaną do chronienia kogokolwiek, a wojna zaczęła zagrażać jej ukochanemu Hogwartowi i osobom, które znała i na których jej zależało.

Nie uważam cię za idiotkę, Aurigo — mruknął cicho Snape. Na dźwięk jego głosu kobieta o mało nie upuściła filiżanki. — Byłabyś nią raczej, gdybyś się tym wszystkim nie przejmowała.

Och... — Spojrzała na niego zdziwiona, ale z jego twarzy nie wyczytała żadnych emocji.

Na razie Czarny Pan zbiera siły — powiedział neutralnym tonem, jakim się mówi o pogodzie albo czymś równie nieistotnym. — Przyłączyła się do niego większość śmierciożerców, którzy pozostali na wolności, ale na razie nie planuje ujawniać swego powrotu. Dopóki Ministerstwo nie otworzy oczu i nie podejmie żadnych kroków, bardziej opłaca mu się działanie z ukrycia.

Auriga nie do końca rozumiała, dlaczego Severus nagle postanowił jednak podzielić się z nią tymi informacjami, ale nie zamierzała ani o to pytać, ani na to narzekać.

A Dumbledore? Czy on także zbiera ludzi? — zapytała szybko, chcąc jak najlepiej wykorzystać tę chwilę szczerości. Snape spojrzał na nią z powagą i ledwie dostrzegalnie skinął głową.

Może i na niego podziałała atmosfera nocy?" — zastanowiła się przelotnie. W końcu w ciemnościach człowiek zawsze robi się bardziej wylewny... A może po prostu on też tego potrzebował? Zerknęła na niego niepewnie. Ostatecznie eliksiry zawsze były pretekstem...

Reaktywuje Zakon? — szepnęła nieco ośmielona.

Na szczęście nie zaprzeczył i nie udawał, że nie wie, o co chodzi.

Skąd wiesz o Zakonie? — zapytał, jednak bez zdziwienia.

Od Lizy. Sama także słyszałam różne rzeczy... Ostatnim razem, kiedy działał, byłam jeszcze w szkole i nie miałam możliwości... Ale teraz...

Powinnaś porozmawiać o tym z Dumbledore'em, nie ze mną — przerwał jej.

A co z tobą? — spytała wreszcie. — Jak sobie radzisz, Sev? Skoro i tak już wiem o wszystkim... Czy jest cokolwiek, co mogłabym dla ciebie zrobić?

Popatrzył na nią nieodgadnionym wzrokiem. Dopiero po chwili Auriga z niejakim zaskoczeniem zorientowała się, że jest nie tyle zirytowany, co zwyczajnie zakłopotany jej słowami. Nie był przyzwyczajony do tego, by ktoś naprawdę się o niego troszczył.

Ja... doceniam propozycję, ale wbrew pozorom nad wszystkim panuję — odpowiedział kpiąco, ale jego głos pozostał dziwnie łagodny. — Jeśli chcesz być pomocna, po prostu dalej rób to, co do ciebie należy w Hogwarcie. Na rzucanie się na oślep do walki jeszcze przyjdzie czas, Aurigo. Na razie naprawdę nie musisz się martwić. Przypuszczam, że prędzej czy później każdy z nas będzie miał do tego lepsze okazje.

xxx

Kolejne dni Zieleziński spędził na rozpaczliwych próbach nadgonienia zaległości w papierkowej robocie i przygotowania sobie na zapas materiałów na kolejne lekcje. Zupełnie nie myślał o quidditchu i dlatego kiedy w sobotni poranek zszedł do pokoju nauczycielskiego, nieco zdziwił się, widząc panujące w nim niecodzienne poruszenie. Rolanda rozprawiała o czymś z Filiusem i Poppy, przy czym ta ostatnia tylko sceptycznie kręciła głową, a w pewnym momencie nawet wymownie postukała się w czoło.

— Kompletne wariactwo! — usłyszał Gustaw, kiedy koło nich przechodził.

— O co chodzi? — zapytał, podchodząc do Hailey, która siedziała po turecku na podłodze i z wypiekami na twarzy czyściła swoją miotłę: najnowszy model Nimbusa z rączką z wypolerowanego na błysk jasnego drewna i witkami, które wyglądały jak zdjęte prosto z taśmy produkcyjnej.

— Gramy dziś popołudniu, wpadnij na trybuny — poinformowała go wesoło.

Nieco go tym zaskoczyła. Owszem, wiedział, że Hailey nie brakowało entuzjazmu, ale że udało jej się namówić wszystkich, w tym dyrektorkę... Cóż, był pełen podziwu. Widząc ożywienie swoich współpracowników, nie potrafił ukryć uśmiechu satysfakcji. Trochę ruchu i zdrowej rywalizacji z pewnością świetnie im zrobi, pozwoli choć na chwilę rozerwać się i odpocząć od problemów. Po ostatnich miesiącach, podczas których zajmowali się wszystkim tylko nie sobą, z pewnością na to zasłużyli.

— Brakuje nam jeszcze jednego obrońcy. — Z zamyślenia wyrwał go nagle głos Lizy.

Zieleziński odwrócił się i spojrzał na nią pogodnie, a ona leniwie zaciągnęła się papierosem i powoli wydmuchała dym, mrużąc oczy, jakby się nad czymś zastanawiała.

— Najwyżej poprosimy jeszcze jakiegoś ucznia, no bo co innego nam zostało — odparła niezrażona Hailey z poziomu podłogi.

Liza wzruszyła ramionami, strzepując popiół do stojącej na parapecie popielniczki.

— A może pan zagra? — zapytała beztrosko.

Zdumiony Gustaw nie miał pojęcia, co odpowiedzieć.

— Cóż, nie mam nawet miotły... — zaczął nieco rozpaczliwie.

— Och, to żaden problem — zapewniła usłużnie czarownica. — Znajdziemy coś panu, o to proszę się nie martwić.

— Naprawdę nie wiem, czy to dobry pomysł, Lizzie — wtrąciła sceptycznie Hailey.

Vector wzruszyła ramionami.

— Nie nalegam, to tylko propozycja — rzuciła obojętnie. — Choć może rzeczywiście lepiej będzie poprosić kogoś innego...

— Nie trzeba — odezwał się Zieleziński, nim zdążył ugryźć się w język. — Chętnie zagram. Dawno tego nie robiłem, ale myślę, że co nieco pamiętam, ostatnio widziałem kilka treningów, a Hailey przypomniała mi zasady, więc czemu nie?

Liza uśmiechnęła się z lekkim powątpiewaniem. Mężczyzna dzielnie wytrzymał jej ironiczne spojrzenie i powiedział stanowczo:

— Będę wdzięczny, jeśli załatwi pani dla mnie jakąś miotłę.

— Oczywiście — odparła, gasząc papierosa o dno popielniczki. — Zatem do zobaczenia na boisku — dodała, wychodząc z pokoju nauczycielskiego.

Gustaw odprowadził ją wzrokiem, zastanawiając się, co najlepszego właśnie zrobił.

— Jesteś pewien? — odezwała się Hailey z wahaniem.

Zieleziński spojrzał na nią i spróbował uśmiechnąć się uspokajająco.

— Jasne — zapewnił. — To przecież nie może być trudne... — mruknął, zerkając na drzwi.

Dziewczyna przewróciła oczami.

— Chcesz potrenować latanie, zanim zagramy?

x

W ten właśnie sposób, sam wciąż nie do końca pojmując jak i dlaczego, Gustaw znalazł się na zalanym słońcem boisku do quidditcha. Wiał mocny wiatr, ale przynajmniej nie padało, choć ziemia była rozmoknięta po poprzednich deszczach. Zieleziński wyciągnął jedną nogę z błota, czemu towarzyszyło głośne mlaśnięcie i postawił ją na niewiele suchszym gruncie — dla odmiany z chlupotem. Spojrzał na Hailey, krążącą wokół niego na swoim Nimbusie, na którym chwilę wcześniej przypominał sobie, jak w ogóle się lata.

Że też dał się tak podpuścić! Cała pewność siebie, którą odczuwał, gdy zgodził się na propozycję Heloizy, dawno go opuściła — właściwie już w chwili, gdy kobieta wyszła z pokoju. Jednak dopiero teraz Gustawa zaczynało ogarniać irytujące uczucie paniki. Owszem, kiedyś grywał w quidditcha, ale na Merlina, to było ponad dwadzieścia lat temu! Łudził się, że z lataniem na miotle będzie jak z jazdą na rowerze — że tego się nie zapomina — ale niestety zmienił zdanie, kiedy tylko wzniósł się nad ziemię. Obawiał się, że nawet jeśli jakimś cudem uda mu się nie spaść z miotły i nie zabić, to z pewnością zrobi z siebie kompletnego durnia... Sam nie wiedział, co byłoby gorsze.

Nie miał czasu, by się nad tym zastanowić, bo od strony zamku nadeszli pozostali zawodnicy z panią Hooch na czele.

— Piękny dzień na dokopanie paru Gryfonom i Krukonom — oznajmiła nauczycielka latania, zezując wymownie na Lizę, Aurigę, Filiusa i Minerwę, która także przybyła razem z nimi, chcąc obejrzeć grę.

Gustaw zauważył, że pani dyrektor stara się wyglądać na sceptyczną i zdystansowaną, ale ironiczny uśmieszek, który pojawił się na jej twarzy po słowach koleżanki, przeczył wszystkiemu.

— Zaraz zobaczymy, kto komu dokopie — stwierdziła spokojnie.

— To dla pana, panie Gustawie — powiedziała tymczasem Heloiza, podając Zielezińskiemu miotłę, którą razem ze swoją przyniosła na ramieniu. — Proszę się nie bać, będziemy pilnować, żeby pan nie spadł — dodała odrobinę złośliwie.

— Będę niezwykle wdzięczny — odparł Zieleziński, odbierając od niej sprzęt, od którego w dużej mierze zależało jego przeżycie przez najbliższe godziny.

Miał on nieco wygniecione witki i rączkę z jasnego, lekko wytartego drewna z wyrytym napisem Nimbus 1000. Nie był najnowszy, ale na szczęście wyglądał całkiem pewnie i bezpiecznie.

— To szkolna miotła? — zainteresowała się Hailey, unosząc się na wysokości ich głów.

Vector spojrzała na nią ze zgrozą.

— Nie, skąd! — odparła, upewniając się, że nie słyszy jej Rolanda. — Przecież nie chcemy, żeby się zabił. Nie mamy zastępstwa.

Hailey zachichotała, a potem uniosła się trochę i dla zabawy zawisła do góry nogami. Liza spojrzała na nią z lekkim politowaniem.

— To miotła Charity — dodała dziwnym tonem. — Zostawiła ją w zamku. Chyba nie miałaby nic przeciwko, żebyśmy ją pożyczyli...

Vector zawiesiła miotłę kilka cali nad ziemią, żeby jej nie pobrudzić, i zajęła się poprawianiem stroju. Zapięła guziki kurtki, a z kieszeni wąskich wełnianych spodni wyciągnęła rękawiczki.

— Jakieś zaklęcie, panie Gustawie? — Auriga podeszła do nich, trzymając przed sobą różdżkę.

Ona z kolei miała na sobie niebieski sweter o grubym splocie i dżinsy. Z całej ich zbieraniny jedynie pani Hooch założyła coś, co przypominało strój do gry w quidditcha i zapewne było nim piętnaście lat temu, kiedy Rolanda kończyła karierę ścigającej w Armatach z Chudley.

— E... nie, dzięki... — Zmieszany Zieleziński pokręcił głową.

— Dajcie spokój — mruknęła Liza. — Wysusz mu buty i rzuć zaklęcie ocieplające, Aur — nakazała, podpinając wsuwką kosmyk włosów, który zdążył już wymknąć się z jej ciasnego koka.

— Mogę? — spytała Sinistra.

Vector popatrzyła na nich kpiąco, więc Gustaw bezradnie wzruszył ramionami i rozłożył ręce, żeby poddać się czarom. Po chwili jego buty i skarpetki znów były cudownie suche, a porywisty wiatr zatrzymywał się gdzieś na materiale spodni i swetra, nie przenikając skóry. Te same zaklęcia Auriga rzuciła na przyjaciółkę.

— Gotowi? — krzyknęła Rolanda, więc wszyscy chwycili swoje miotły i skupili się wokół niej i kuferka z piłkami, który leżał u jej stóp. — Każdy zna zasady? — spytała, nie wiadomo czemu patrząc akurat na Gustawa, który pospiesznie skinął głową. — Gramy bez pałkarzy i szukających, ale wypuszczę tłuczki i znicza. Kiedy ktoś go złapie, kończymy grę, chyba że wcześniej sami będziecie mieli dość. Poza tym jesteśmy dorośli, nie bawimy się w zrzucanie się nawzajem z mioteł i pamiętamy, że niektórzy z nas nie są już tacy młodzi...

— Masz na myśli siebie, Rolando? — zapytał Filius uprzejmym tonem. — Będziemy cię oszczędzać.

Zignorowała go.

— Wszyscy na miotły! Trzy, dwa, jeden... Jazda!

Pierwsze w górę wyskoczyły piłki, zaraz za nimi niczym stado wielkich ptaków poderwali się do lotu zawodnicy. Gustaw przełożył nogę przez trzonek miotły i odbił się mocno od ziemi...

Miał uczucie, jakby znalazł się na trampolinie — natychmiast poderwał się w górę, jednak nie opadł, a zamiast tego zawisł w powietrzu kilka metrów nad ziemią. Wiatr znosił go lekko w prawo, a trzonek miotły drżał pod jego dłońmi.

— No, panie Gustawie! — usłyszał głos Hooch. — Na co pan czeka? Do obręczy, do obręczy!

Zieleziński rozejrzał się nieco nieprzytomnie. Obręcze? „Trzy okręgi na wysokich słupach, tak, to są obręcze, durniu" — powiedział sobie w myślach. Poderwał miotłę — aż dziw jak łatwo dawała się sterować — i tłumiąc dobywający się z gardła krzyk podleciał w tamtą stronę.

Ze świstem wyhamował przed Aurigą, która zatrzymała się w powietrzu i czekała na niego, nie chcąc rzucać do pustych obręczy. Gustaw uśmiechnął się rozpaczliwie, a ona odwzajemniła uśmiech i w tym momencie Hooch natarła na nią, odbierając jej kafla.

— Niech pan broni! — wrzasnęła, a potem odleciała, umykając przed goniącą ją Sinistrą.

Zamieszanie na moment przeniosło się na przeciwną stronę boiska i Gustaw zyskał chwilę, żeby odetchnąć. Zrobił całkiem zgrabną pętlę i cofnął się pod środkową obręcz z zamiarem pozostania tam tak długo, jak tylko się da. Wiatr świszczał mu w uszach, ale nie było to ani w połowie tak przyjemne, jak wtedy, gdy latał na hipogryfie. Hipogryfy miały mózgi i instynkty przetrwania — producenci mioteł zakładali, że będą je posiadać zawodnicy.

Tymczasem Rolanda zdobyła pierwsze punkty, a z oddali rozbrzmiały oklaski i gwizdy. Gustaw spojrzał na trybuny i z pewnym przerażeniem zauważył, że obserwuje ich całkiem spora widownia. Plotki o ich meczu rozniosły się w zatrważającym tempie i teraz duża część uczniów wyległa na błonia, by popatrzeć, jak ich profesorowie robią z siebie przedstawienie.

Zieleziński nie mógł jednak dłużej się nad tym zastanawiać, bo Liza przechwyciła kafla i podała go do Aurigi, a ta zawróciła w stronę obręczy, które Gustaw powinien bronić. Mężczyzna poderwał się w lewo, podczas gdy kafel poszybował w prawo... i minął obręcz, ledwie ją musnąwszy.

Przez trybuny przetoczył się jęk zawodu.

— Mówiłam wam, że nie grałam w to od wieków! — zawołała Auriga ze śmiechem.

— Zmiataj na tyły, ja będę strzelać — odkrzyknęła wesoło Liza, nurkując po piłkę.

Gustaw wrócił na swoją pozycję, próbując wygodniej usadowić się na miotle. Zdecydowanie wolał hipogryfy!

Na szczęście prowadzili. Hailey zdobywała kolejne punkty, a Rolanda odbierała przeciwniczkom piłkę, zanim choć zbliżyły się do obręczy. Gustaw nie miał jednak spokoju zbyt długo, bo Liza zgrabnie przechwyciła kafla, ominęła zajętą unikaniem tłuczka Hooch i skierowała się w jego stronę.

Gustaw zawisł w powietrzu, czując absolutną pustkę w głowie. „W lewo" — pomyślał i Liza rzeczywiście rzuciła w lewo, lekko i bez wysiłku. Piłka przeleciała przez obręcz pod jego wyciągniętym ramieniem.

— Prawie się panu udało — pocieszyła go Vector, zanim odleciała, kłaniając się w locie oklaskującym ją uczniom.

xxx

...na Merlina, czy Knot naprawdę jest taki głupi, że nie widzi, co się wyprawia?! — narzekała Auriga. — Zamiast przysyłać nam tu tę wredną ropuchę, żeby szpiegowała Dumbledore'a, powinien zająć się tym, co naprawdę ważne! Ponoć na jej zajęciach uczniowie nawet nie mogą wyciągać różdżek. Jak w takim razie mają się czegokolwiek nauczyć? Ach, tak, przecież postęp nie jest wartością samą w sobie... — Kobieta przewróciła oczami i spojrzała na siedzącego w fotelu obok Severusa.

Tym razem spotkali się w jego salonie, który, choć urządzony dość prosto, był nadzwyczaj przytulny. Kiedy Snape zaprosił tutaj Aurigę po raz pierwszy, nieco ją to zaskoczyło. Komnaty, które zajmował, podobnie jak spora część lochów, zostały wybudowane pod powierzchnią jeziora i jedyne okno w pomieszczeniu wychodziło na wodę, tworząc coś w rodzaju naturalnego akwarium. Sinistrze kilka razy zdarzyło się przebywać tu za dnia, kiedy promienie słońca przefiltrowane przez zielonkawą toń rozświetlały pomieszczenie i nadawały mu nieco nieziemskiego wyglądu. Nocą pokój oświetlały świece i ogień płonący na olbrzymim kominku. Stojący przed nim fotel z wysokim oparciem i kanapa do kompletu oraz znajdujący się pod oknem masywny stół, zarzucony książkami i na wpół rozwiniętymi rolkami pergaminu, stanowiły — oprócz regałów na książki — jedyne umeblowanie pokoju. Całość sprawiałaby może niejakie wrażenie, gdyby nie te półki z ciemnego drewna, które wypełnione najróżniejszymi księgami, ciągnęły się od podłogi aż do sufitu i pokrywały każdy cal dwóch z czterech ścian. Sinistra sama posiadała dość bogaty księgozbiór, ale był on niczym w porównaniu z severusowym. Czasem, kiedy czekała aż Snape skończy pracować albo przygotuje herbatę, lubiła w nim grzebać i wyszukiwać interesujące ją pozycje, które później pożyczała. Pięknie oprawione książki stanowiły zresztą jedyną ozdobę pokoju. Nie było tu żadnych obrazów ani fotografii, żadnych bibelotów czy pamiątek z podróży. Mimo to nie sprawiał on wrażenia opuszczonego ani bezosobowego, a Auriga czuła się w nim nadzwyczaj dobrze.

Od kiedy jej relacje z Severusem wróciły do normalności, spędzała tu coraz więcej czasu. Żadne z nich nie poruszyło ponownie tematu Voldemorta i szpiegowania. Severus o tym nie mówił, a ona nie pytała, obawiając się, że zwyczajnie nie uzyska odpowiedz. Co więcej, nie czułaby się w porządku wtrącając się, tym bardziej, że on sam sobie tego nie życzył. Od pytań i wyjaśnień był Dumbledore, jej Severus nie miał obowiązku niczego tłumaczyć. Taki układ może nie do końca satysfakcjonował Aurigę, ale na razie wystarczał, tym bardziej, że i tak tematów do rozmów nie brakowało.

Jak myślisz, jak długo to jeszcze potrwa, Sev? — zapytała z rezygnacją.

Severus uniósł brwi.

Ślepota Ministerstwa? Nie wiem. Chyba, że masz na myśli panoszenie się Umbridge. Jeśli tak, mogę cię pocieszyć, że nie dłużej niż do końca roku szkolnego. Myślę, że spokojnie możemy założyć, że i w tym roku klątwa zrobi swoje.

Mam nadzieję! Już nawet ty byłbyś lepszym nauczycielem obrony — stwierdziła.

— Nawet ja? — powtórzył.

Auriga lekceważąco machnęła ręką.

Och, sam wiesz, o co mi chodzi...

Snape na szczęście nie obraził się za kwestionowanie jego kwalifikacji.

Dobrze się czujesz? — zainteresował się za to uprzejmie.

To przejaw troski czy po prostu sugerujesz, że coś ze mną nie tak? — zapytała Auriga podejrzliwie.

Mężczyzna uśmiechnął się nieznacznie.

Zastanawiam się tylko, co się stało z twoją wiarą w ludzi i przekonaniem, że każdemu należy dać szansę? Jeszcze nigdy nie widziałem, żebyś zapałała do kogoś tak gorącą niechęcią.

Sinistra spojrzała na niego z irytacją.

Chyba mogę jej nie lubić, prawda? — mruknęła. — Ty z reguły nie lubisz ludzi. Zresztą sam widzisz, co ona wyprawia!

Rozbawiony Severus uniósł dłonie w uspokajającym geście.

Po prostu jestem zaskoczony...

Nagle urwał, a przez jego twarz przebiegł nieprzyjemny grymas. Rzucił szybkie spojrzenie zaskoczonej Auridze.

To Czarny Pan — wyjaśnił. — Wzywa mnie.

Sinistra poczuła jak serce jej zamiera. Mężczyzna wstał, sięgając po różdżkę i podwinął lewy rękaw, żeby odpowiedzieć na wyzwanie. Odwrócił się przy tym lekko, jakby nie chciał, by zobaczyła wypalony na jego przedramieniu Mroczny Znak.

Wzywa? Teraz? W środku nocy? — Mimo usilnych starań Aurigi w jej głos wkradała się panika.

Snape spojrzał na nią ironicznie.

A jak sobie to wyobrażałaś? Chyba nie sądziłaś, że wysyła mi zaproszenia z tygodniowym wyprzedzeniem?

Złośliwa uwaga pomogła jej się nieco opanować.

Czego może od ciebie chcieć? — zapytała cicho, podchodząc do niego.

Nie wiem i dlatego lepiej będzie, jeśli pójdę do niego jak najszybciej — westchnął Severus, przywołując płaszcz. — Czy mogłabyś powiadomić dyrektora?

Oczywiście — odparła pusto.

Podziękował skinieniem głowy. Chciał odejść, ale pod wpływem impulsu Auriga złapała go za ramię.

Uważaj na siebie, Sev... — poprosiła.

Popatrzył na nią dziwnie, ale nic nie odpowiedział. Kiedy wyszedł, ona jeszcze przez chwilę wpatrywała się w zamknięte za nim drzwi, starając się opanować gryzący niepokój, który ją ogarnął. Zadrżała lekko i rozejrzała się po pokoju. Bez Severusa wydał jej się on nagle przeraźliwie zimny i obcy.

Nie bądź głupia — skarciła się w myślach. — Poradzi sobie, przecież to nie pierwszy raz, kiedy został wezwany. Wie, co robić. Nic złego mu się nie stanie i z pewnością wkrótce wróci".

Wcale nie była tego taka pewna, ale musiała wziąć się w garść. Z westchnieniem skierowała się do drzwi. Najpierw zawiadomi Albusa, tak jak obiecała, a potem... Cóż, przecież i tak nie zaśnie, dopóki znów nie zobaczy Severusa całego i zdrowego.

xxx

Było dziewięćdziesiąt do osiemdziesięciu dla drużyny Lizy i gra się zaostrzyła. Gustaw szczęśliwie nie miał zbyt wiele do roboty, bo akcja przeniosła się na środek boiska, gdzie ścigające wytrwale odbierały sobie nawzajem kafla, umykając zręcznie przed śmigającymi jak szalone tłuczkami. Rolanda miotała się niczym pomarańczowy pocisk, robiąc spektakularne uniki i zwody, bawiąc się sobie znanymi sztuczkami i — trzeba to powiedzieć — trochę się popisując. Każdy jej manewr powodował okrzyki zachwytu wśród tłumu podekscytowanej młodzieży, której nauczycielka z pewnością będzie musiała później tłumaczyć, że broń Merlinie, mają jej nie naśladować! Hailey latała nieco gorzej, ale braki w technice nadrabiała energią i entuzjazmem. Szybka i zręczna, nacierała prosto na przeciwnika i zanim się spostrzegł, odbierała mu kafla. Auriga była ostrożniejsza; z wdziękiem lawirowała między zawodnikami i tłuczkami, unikając przepychania się i czekając aż piłka wyleci w powietrze, by ją przechwycić. Wyraźnie dobrze się bawiła. Roześmiana i rozluźniona, rozkoszowała się prędkością i ruchem. Z kolei Liza...

Liza, musiał przyznać, wyglądała, jakby stworzona była do latania. Pochylona nad swoją miotłą śmigała w powietrzu, powiewając włosami, które zaledwie po kilku minutach gry wymknęły się z ciasnego upięcia. Z najwyższą precyzją — jakby miotłą kierowała tak jak ręką czy nogą — skręcała, wznosiła się i opadała... I zdobywała punkty. Gustawowi zdawało się, że przed jego obręczami zwalniała lekko, żeby dać mu szansę, a potem rzucała tak, by nie musiał się za mocno wychylać, ale jednocześnie starając się trafić tuż obok niego. Dwa razy udało mu się obronić, a wtedy uśmiechała się z ironicznym uznaniem i jak zwykle prędko odlatywała.

Mecz trwał już dobre kilkadziesiąt minut. W krótkim odstępie czasu Gustaw wpuścił kolejne trzy kafle, ale Filius też dwa, więc nie było dużej różnicy w punktach. Zieleziński złapał się na tym, że z nadzieją wypatruje złapania kończącego grę znicza. Czasem zdawało mu się, że widzi złocisty błysk, ale zaraz okazywało się, że to odbicie słońca w zegarku Rolandy albo okularach Filiusa. Nikt poza nim nie wydawał się zresztą zaprzątać sobie głowy zniczem.

Zieleziński grał więc dalej. Obronił rzut Lizy — trochę spartaczony z powodu jednoczesnego uniku przed ścigającym ją tłuczkiem — i podał kafla Rolandzie, która bez wysiłku przerzuciła go przez obręcz tuż obok Filiusa po szaleńczym rajdzie przez całe boisko. Nauczyciel zaklęć przekazał piłkę Lizie. Czarownica podleciała pod obręcze Gustawa, ale Hooch już ją goniła... Wszystko działo się szybko. Liza nagle całkiem wypuściła kafla i poderwała się w górę, prostując się i wyciągając rękę po złotą, trzepoczącą się piłeczkę... Kopnięty przez Hailey tłuczek walnął w koniec jej miotły tak, że skręciła ostro, a potem odbił się i z impetem uderzył w Gustawa.

Reakcja Lizy była bardziej odruchowa niż zaplanowana. Nie czekając, aż jej miotła się uspokoi, kobieta zanurkowała w jego stronę, przechylając się niebezpiecznie i o mało samej nie spadając.

Gustaw usłyszał jej cichy okrzyk — a może to on sam krzyczał, nie wiedział. Ze strachu serce biło mu jak oszalałe. Nawet siedząc z powrotem stabilnie na swojej miotle, zaciskał kurczowo ręce na przedramionach Heloizy, marząc o tym, żeby kobieta nie ruszała się stamtąd przez jakąś następną wieczność.

— Matko Boska... — szepnął.

— Niestety, to tylko ja — odparła dziwnym głosem. — No, mocno pan dostał?

— Na Merlina, Gustawie! Nic ci nie jest? Nie powinnam... — Obok nich zawisła przerażona Hailey, łapiąc go za ramiona, jakby sama chciała się upewnić, że jest cały.

Gustaw jakoś zdołał chwycić trzonek własnej miotły. W dole ktoś, a nawet kilkudziesięciu ktosiów, wrzeszczało co sił w płucach. Niektórzy gwizdali, ale większość klaskała.

— Ktoś złapał znicza? — zapytał Zieleziński.

— No, Rolanda... Och, tak mi przykro... — Hailey miała łzy w oczach.

— Daj spokój — powiedziała Vector z przekąsem. — Na tym polega ta gra. Przecież nie uderzyłaś w niego specjalnie, żeby zrzucić go z miotły.

— Nie — przyznała dziewczyna, chlipiąc i śmiejąc się jednocześnie. — Chciałam, żeby walnął w ciebie.

— Rolanda złapała znicza... — powiedział Gustaw.

— Tak, tak. Wygraliście — mruknęła niezadowolona Liza. — Sto dwadzieścia do trzystu...

Zieleziński gwałtownie pokręcił głową.

— Chrzanić punkty, czy ja mogę już zejść na ziemię?

xxx

Auriga wyciągnęła nogi do ognia i westchnęła cicho. To było wręcz zdumiewające, jak dobrze się tu czuła, wsłuchana w syk pary ulatniającej się z kociołka, brzęk fiolek i chrzęst rozcieranych w moździerzu ziaren, otoczona zapachami ziół i przypraw. Severus krzątał się przy stole, przy którym przygotowywał eliksiry, skupiony i zrelaksowany. Nieczęsto go takim widywała. Po każdym spotkaniu z Czarnym Panem był coraz bardziej zmęczony i ponury, nawet jeśli udawało mu się uniknąć klątw. Ostatnio jednak wezwania przychodziły rzadko — Snape martwił się tym, nie wiedząc, co Voldemort planuje, nie mógł jednak zaprzeczyć, że bardzo potrzebował tej chwili odpoczynku.

Sinistra z zafascynowaniem obserwowała go przy pracy. Pozbył się swojej obszernej wierzchniej szaty, a w białej koszuli z rozpiętym kołnierzykiem wyglądał dziwnie zwyczajnie i ludzko. Działał za to jak maszyna, szybko i precyzyjnie, nie wykonując żadnych zbędnych ruchów, nie wahając się ani przez sekundę...

Kobieta niejasno zastanawiała się, od kiedy patrzenie na niego zaczęło jej sprawiać przyjemność. Z nagłym zakłopotaniem zmusiła się, by odwrócić wzrok. Przez chwilę wpatrywała się w trawiące polana płomienie, a potem przymknęła oczy. Już od jakiegoś czasu zauważyła, że coś się zmieniło w jej stosunkach z Severusem. A przynajmniej w jej stosunku do Severusa. Nic dziwnego: powrót Czarnego Pana wszystko skomplikował, a Snape był w to zamieszany od samego początku. Auriga podziwiała go za to, co robił, jednak nie potrafiła się z tym pogodzić. Gdyby tylko miała coś w tej kwestii do powiedzenia, zabroniłaby mu szpiegowania i narażania życia. Nic nie mogła poradzić na to, że czasem tak bardzo się o niego martwiła...

Aurigo? — usłyszała nagle i wyrwana z sennego zamyślenia zamrugała gwałtownie. — Lepiej idź już do siebie i połóż się spać — poradził Severus, patrząc na nią z czymś na kształt politowania.

Szybko pokręciła głową.

Wcale nie jestem zmęczona, zostanę... O ile nie masz nic przeciwko... — zawahała się lekko, bo wcale nie chciała, żeby Severus pomyślał sobie, że mu się narzuca. Z drugiej strony on nigdy nie miał skrupułów przed wyproszeniem jej ze swej pracowni czy komnat, kiedy za długo się zasiedziała albo jej towarzystwo zwyczajnie mu nie odpowiadało.

Zostań — odparł. — Ale jeszcze trochę mi z tym zejdzie. W skrzydle szpitalnym kończą się zapasy kilku eliksirów i Poppy chciała, żebym uzupełnił je jak najszybciej.

Nie musiał tego mówić, ale Auriga wiedziała, że znacząca większość mikstur przygotowywana była na potrzeby Zakonu, a nie uczniów. Po każdym spotkaniu z Voldemortem Severus sam także poważnie uszczuplał zapasy eliksirów wzmacniających i słodkiego snu, a nierzadko także i leczniczych.

Sinistra wstała i podeszła do stołu, przy którym pracował.

Może w czymś ci pomóc? — zaproponowała. — Z krojeniem składników albo czymś podobnym powinnam sobie poradzić. — Uśmiechnęła się niepewnie.

Mistrz Eliksirów spojrzał na nią, unosząc lekko brew.

Jeśli chcesz... — Sięgnął po jeden ze stosu korzeni gorzknika i położył przed nią. — Posiekaj je, proszę. Byle równo.

Auriga posłusznie zabrała się do dzieła. Snape przez chwilę patrzył jej uważnie na ręce, a potem, najwyraźniej nie mając czego skrytykować, zabrał się za rozcieranie w moździerzu jakichś ziaren. Przez kilka minut pracowali w milczeniu, ale Sinistra nie potrafiła powstrzymać się przed zerkaniem na przyjaciela. Nigdy nie znała podobnego mężczyzny. Sama nie wiedziała, co właściwie ją do niego przyciąga. Był trudnym człowiekiem, czasem zupełnie nie dało się go znieść, ale paradoksalnie chyba właśnie to sprawiało, że Auriga nie potrafiła sobie odpuścić. Po tych wszystkich latach wciąż nie mogła powiedzieć, że go poznała, ale jednak udało jej się zdobyć jego przyjaźń i — ograniczone, ale jednak — zaufanie. Niewielu osobom to się udało...

Nagle Snape uniósł głowę i pochwycił jej spojrzenie. Uśmiechnęła się, żeby przykryć zakłopotanie.

Była już u ciebie Umbridge? — zagadnęła.

W zeszłym tygodniu. Siedziała z tyłu klasy i robiła notatki, a potem zadawała jakieś nonsensowne pytania.

U mnie jeszcze się nie zjawiła. Ale Sybilla jej podpadła, biedaczka.

To tylko stara oszustka. Dawno powinna wylecieć.

Nie mów tak, Sev — skarciła go. — Nie zasłużyła na coś takiego.

Mężczyzna tylko przewrócił oczami.

Martwi mnie to, że Umbridge ma taką władzę — powiedziała Sinistra — Niedługo nic nie będzie można zrobić bez jej pozwolenia.

Severus wzruszył ramionami, nie podejmując tematu. Spokojnie wsypał starte ziarna do kociołka i zamieszał w nim trzy razy. Potem spojrzał krytycznie na gorzknik w jej dłoniach.

Miało być równo! — prychnął.

Auriga natychmiast opuściła wzrok na korzeń, biorąc się do pracy. Snape stanął za plecami Sinistry, patrząc jej przez ramię.

Ostrożniej — polecił. — Spróbuj inaczej trzymać nóż...

Obróciła narzędzie w palcach, nie rozumiejąc, co ma na myśli. Mistrz Eliksirów westchnął ze zniecierpliwieniem, a potem nieoczekiwanie dotknął delikatnie jej dłoni, żeby wskazać właściwy sposób. Auriga poczuła się, jakby przebiegł przez nią prąd.

Właśnie tak, inaczej do niczego nie będzie się nadawał — usłyszała tuż przy swoim uchu. — Teraz lepiej... — Mężczyzna odsunął się szybko. — Wszystko w porządku?

Sinistra potrzebowała sekundy, żeby przypomnieć sobie, jak się oddycha, a potem pospiesznie potaknęła.

xxx

Łał, to było niezłe! Może pani kiedyś z nami poćwiczy, pani profesor?

— Dziękuję, panie Sloper. Zobaczymy. — Liza uśmiechnęła się do Gryfona i nieznacznie skinęła głową.

— Dobrze się pan czuje, sorze? — zapytał ktoś.

Gustawowi trochę trzęsły się nogi, a Hailey ze śmiechem próbowała go podtrzymać, jednocześnie odpowiadając na pytania i pochwały uczniów. Heloiza podniosła jego ubłoconą miotłę, oczyściła ją zaklęciem i dorzuciła do swojej, którą niosła przerzuconą przez ramię.

— Lizzie...! — Auriga pomachała do niej. Tłum rozstąpił się, robiąc jej miejsce.

— Na gacie Merlina, odsuńcie się trochę! — zrzędziła Rolanda, zdyszana i rozczochrana, ale dumna jak paw i wyszczerzona od ucha do ucha.

— Będziemy to przerabiać na lekcjach, pani Hooch? Te manewry... normalnie super!

— Proszę nawet nie próbować, panie Peaks — odpowiedziała twardo Minerwa. — Wszyscy są cali?

Liza potaknęła, ale dyrektorka i tak zmierzyła uważnym spojrzeniem najpierw Gustawa, a potem ją — zatrzymując na niej wzrok nieco dłużej i marszcząc brwi z lekką przyganą. W odpowiedzi Vector wzruszyła ramionami. Zieleziński sam chciał zagrać, ona rzuciła tylko luźną propozycję i wcale go do tego nie namawiała. Zresztą wszyscy na niego uważali i nie było żadnego ryzyka, że spadnie i zrobi sobie krzywdę — a jeśli już, to nie większe niż kiedy sam oblatywał błonia na hipogryfie.

— No, panie Gustawie, dobrze się pan spisał — mówiła tymczasem Rolanda. — Wszyscy byliście niesamowici! — wykrzyknęła.

— Ale teraz proszę wracać do zamku, zanim zacznie padać — zarządziła Poppy, przeciskając się ku nim. — Pan pójdzie ze mną, chciałabym pana obejrzeć.

Zignorowała chichoty rozlegające się wśród uczniów.

— Chodźmy — zgodził się Filius. — Nie wiem, jak wy, ale ja jestem potwornie głodny.

— Ja muszę poszukać piłek — westchnęła Rolanda.

— Ja to zrobię — zaoferowała się Liza, a kiedy Hooch spojrzała na nią ze zdziwieniem, tylko skinęła głową.

Wymknęła się ze zmierzającego w stronę zamku tłumu i wróciła na boisko. Zawiesiła miotły kilka cali nad ziemią i przywołała kufer, a potem każdą z piłek. Zaklęciem oczyściła kafla, który pod koniec gry zapomniany legł w błocie i umieściła go we wgłębieniu w środku skrzyni. Kiedy przywołała tłuczki i musiała uchylić się przed jednym szczególnie zawziętym, usłyszała śmiech.

— Może byś pomogła? — burknęła, próbując przypiąć go rzemieniem.

— Świetnie ci idzie — odpowiedziała Auriga, łapiąc znicza, który podleciał do nich zaciekawiony zamieszaniem. Bawiła się nim przez chwilę, zanim podała go przyjaciółce. — Na Merlina, czuję się jak uczennica! — wyznała.

Liza spojrzała na nią z uśmiechem. Czarownica była zarumieniona i spocona, włosy lepiły się jej do twarzy, a oczy błyszczały wesoło.

— Ja też — odparła Vector. — Dlaczego nie robiliśmy czegoś takiego wcześniej?

Auriga rozłożyła ręce, jakby chciała powiedzieć, że nie ma pojęcia.

Liza zatrzasnęła kuferek i obie skierowały się w stronę zamku.

— A jak tam sprawy z Julesem? — zagadnęła Sinistra.

— Umówiłam się z nim — powiedziała Liza, patrząc na nią wyzywająco, jakby tylko czekała na słowa krytyki.

Auriga, która w pierwszym odruchu rzeczywiście chciała zapytać ją, czy na pewno wie, co robi, ugryzła się w język. Musiała zresztą przyznać, że dawno nie widziała Lizy tak zadowolonej z siebie i pełnej nadziei i optymizmu. Nie chciała psuć jej humoru przez własne irracjonalne obawy. Właściwie znała Julesa głównie z opowieści przyjaciółki, więc nie miała żadnych podstaw poza jej słowami, by myśleć o nim źle. Może rzeczywiście popełnił tylko głupi błąd, którego teraz żałował? Skoro Vector skłonna była mu wybaczyć, to dlaczego ona wciąż czuła niechęć i niepokój?

„To, że ty jesteś samotna i nieszczęśliwa, nie oznacza, że ona także musi" — pomyślała ironicznie. Życzyła przyjaciółce jak najlepiej i pragnęła, by przynajmniej Liza poukładała sobie życie, a jeśli miała na to szansę z Shepardem...

— W porządku — odpowiedziała tylko. — Kiedy?

— W piątek, po uczcie z okazji Nocy Duchów. Rozmawiałam o tym z Minerwą, nie ma nic przeciwko.

— Mam nadzieję, że się dogadacie. — Auriga zawahała się. — Ale uważaj na siebie, dobra?

Liza ze śmiechem przewróciła oczami.

xxx

W miarę jak zbliżali się do Trzech Mioteł, ruch na ulicy robił się coraz większy i głośniej rozbrzmiewała muzyka i gwar. „Czyżby Rosmerta urządzała jakąś zabawę?" — pomyślała Liza. — „A może to już jarmark na otwarcie sezonu turystycznego? Nie, to za wcześnie..." Przez ostatnie dni w nawale pracy mogła nieco stracić rachubę czasu, ale chyba nie aż tak. Była pewna, że od bitwy nie minęło więcej jak dwa tygodnie.

Którego dziś mamy? — zapytała, patrząc niespokojnie na idącego obok niej Sheparda.

Czternastego maja — odparł mężczyzna z lekkim rozbawieniem. — Przypuszczam, że ludzie będą świętować jeszcze co najmniej przez miesiąc. Takie rzeczy nie nudzą się szybko.

Vector musiała wyglądać na mocno zdezorientowaną, bo Jules roześmiał się, patrząc na nią z pobłażaniem.

Czy pani naprawdę nie zagląda do gazet, Lizo?

Oczywiście, że zaglądam... — zaoponowała, ale jej przerwał:

Ach, tak, tylko do „Proroka", żeby być na bieżąco ze wszystkimi aferami w Ministerstwie — rzucił lekceważąco. — Chodziło mi o jakąś lżejszą prasę. Nie musi pani odpowiadać. Gdyby pani czytała, wiedziałaby pani, że w całym kraju trwa niekończąca się fiesta. To może wydać się nieco dziwne, ale nie wszyscy manifestują swą radość ze zwycięstwa zapracowując się na śmierć, a w rzadkich wolnych chwilach upijając na smutno.

Lizę zirytował ten impertynencki ton i jawna kpina z niej i jej współpracowników, ale nim zdołała mu się odciąć, zbliżyli się do Trzech Mioteł, na których widok natychmiast zapomniała o wymówkach.

W oczy uderzył ją blask lampionów, pozawieszanych na balustradach tarasu. Unosiły się też w powietrzu, ponad stolikami, które rozstawiono bezpośrednio na ulicy, pomimo że wieczory były jeszcze dość chłodne. Hałas wzmógł się, przez okna knajpy wylewała się skoczna muzyka, mieszając się z rozmowami, pokrzykiwaniami i śmiechem. Kilku mężczyzn, kompletnie pijanych, wyśpiewywało fałszywie jakąś piosenkę o tryumfie Złotego Chłopca.

To najnowszy przebój Celestyny Warbeck — szepnął Lizie do ucha Shepard, widząc, że się im przypatruje. — W oryginalnym wykonaniu jest całkiem niezły. Chodźmy, mam nadzieję, że Rosmerta znajdzie dla nas jakiś kąt.

Złapał ją za łokieć i pociągnął w stronę wejścia, nim zdążyła choć pomyśleć o proteście. Minęli porozstawiane bez ładu stoliki i krzesła oraz grupkę czarodziejów w jaskrawych szatach, którzy na środku ścieżki z werwą ściskali sobie dłonie i obejmowali się życzliwie, umawiając na kolejne spotkanie. Na schodach natknęli się na grupkę dzieci, które bawiły się w coś, starając się przekrzyczeć gadanie dorosłych. Najmłodsze z nich, może czteroletnie, miało wymalowaną na czole błyskawicę, a kiedy Liza przechodziła obok, wycelowało w nią patykiem i powiedziało z powagą:

Ekspelialmus.

Jules wybuchnął śmiechem, otwierając przed swoją towarzyszką drzwi.

Liza pracowała w szkole i sądziła, że jest odporna na hałas, ale wchodząc do środka miała ochotę zasłonić sobie uszy. Przez ostatnie tygodnie przebywała prawie wyłącznie wśród chorych, którzy potrzebowali ciszy i spokoju, i przyzwyczaiła się, że za każdy dźwięk powyżej dozwolonej skali zostanie natychmiast zganiona przez Poppy. Podczas wieczorów, które spędzała razem z resztą pozostałych w szkole nauczycieli, także panowała raczej ponura cisza, zupełnie jakby spotkali się przy okazji kolejnego pogrzebu. Nawiasem mówiąc, pogrzeby były zdaje się jedyną okazją, kiedy Liza w ogóle wychodziła z zamku...

Patrząc na ludzi podskakujących do wtóru żywej, irlandzkiej melodii wygrywanej przez jakąś zebraną naprędce kapelę, czarownica zaczęła zastanawiać się, kiedy ostatnim razem tańczyła. Zdawało jej się, że bardzo, bardzo dawno... Czy w ogóle pamiętała, jak się to robi?

Jules mocniej ścisnął jej dłoń. Sama nie wiedziała, kiedy splótł jej palce ze swoimi i dlaczego mu na to pozwoliła, ale stwierdziła, że wcale nie ma ochoty się wyrwać.

Chodźmy tam. — Shepard wskazał kąt, gdzie stał długi, drewniany stół. Od jego końca wstawało właśnie czworo ludzi. Dwa krzesła natychmiast zostały zajęte przez parę rozchichotanych czarownic. — Lepszego miejsca nie znajdziemy...

Jules! — wrzasnął ktoś. Liza odwróciła się i zobaczyła barczystego mężczyznę, który zbliżał się do nich, przekrzykując gwar. — Shepard, stary, dawno cię tu nie było! Chodź, napijemy się!

Nie dzisiaj — odparł Jules, unosząc lekko dłoń, w której trzymał rękę Lizy. — Nie jestem sam.

Panią też zapraszamy. Jestem Miles — przedstawił się mężczyzna, z serdecznym uśmiechem kłaniając się przed Lizą. — No, to jak? Wątpię, czy znajdziesz tu dziś jakiś zaciszny kącik na romantyczne tet-a-tet — powiedział, energicznie klepiąc Julesa w ramię.

Shepard spojrzał w kierunku upatrzonego miejsca, które już zostało zajęte przez inną parę, i westchnął ciężko. Popatrzył pytająco na Lizę, oczekując od niej decyzji. Kobieta wzruszyła ramionami, czując jak budzi się w niej potrzeba rozrywki i kontaktu z ludźmi, którzy nie byli jej kolegami z pracy i uczniami. Przez ostatni rok spychała ją na bok, ale teraz już nie musiała. Miles wydawał się całkiem sympatyczny, a „romantyczne tet-a-tet" z Julesem mogło poczekać, w końcu nawet nie znała go za dobrze...

W porządku — powiedziała.

Miles z zadowolenia aż klasnął w dłonie i poprowadził ich do stolika, przy którym siedziało może z pół tuzina osób różnej płci i w różnym stopniu upojenia alkoholowego.

Frankie, przesuń się trochę... — zarządził, wyczarowując dodatkowe krzesła między sobą a szczupłą, zaniedbaną szatynką, która ze smętną miną opróżniała szklankę whisky — sądząc po jej wyglądzie, nie pierwszą tego wieczoru.

Usiedli, a Jules zaczął przedstawiać Lizie niezliczoną liczbę ludzi, których imiona wylatywały jej z głowy, ledwie je usłyszała. Ktoś wcisnął jej w rękę szklaneczkę z Ognistą. Czarownica zawahała się lekko, ale zachęcona życzliwymi okrzykami napiła się. Trunek nieprzyjemne palił jej przełyk, ale wzięła następny łyk.

Nie tak szybko, przyszliśmy tu na kolację! — zaprotestowała Jules, kiedy Miles chciał uzupełnić jej szklankę.

Jeszcze jedna za zwycięstwo! — zakrzyknął mężczyzna gromko. — Niech żyje Harry Potter!

Niech żyją ludzie, którzy walczyli równie dzielnie jak on, a o których nikt nigdy nie usłyszy — powiedział Shepard ciszej, nie wiadomo czemu patrząc na kobietę o imieniu Frankie. Potem odwrócił głowę i spojrzał ciepło na Lizę.

Kapela, która przerwała na chwilę, by napić się piwa, znów zaczęła grać, a Miles, wychyliwszy duszkiem kolejny kieliszek, zerwał się od stolika, ciągnąc Frankie za rękę. Vector odprowadziła ich zazdrosnym wzrokiem. Wojna się skończyła, a ona przeżyła i teraz chciała świętować, zamiast bez końca pogrążać się w żałobie!

Jules pochylił się ku niej i szepnął wesoło:

Najpierw kolacja, moja droga, a potem wytańczysz się za wsze czasy. Obiecuję, że jutro będziesz mnie przeklinać, że nie ostrzegłem cię, byś wzięła wygodne buty.

Liza zignorowała to nagłe przejście na ty i uśmiechnęła się figlarnie.

Trzymam cię za słowo — powiedziała.

xxx

Pokój nauczycielski pogrążony był w półmroku, ale nikt nie kwapił się, by pozapalać świece w kandelabrach. Wszyscy zgromadzili się przy trzaskającym na kominku ogniu. Liza już nie pamiętała, kiedy ostatnio tak bez okazji spędzali wspólnie wieczór, nie skupieni na pracy albo własnych sprawach. Dawno nie widziała też swoich współpracowników tak roześmianych i rozgadanych.

— Było wspaniale! — ekscytowała się Hooch.

— Następnym razem koniecznie musimy zebrać więcej osób — stwierdziła Hailey.

— To dajcie znać wszystkim pracownikom, a nie tylko wybranym — odparła kwaśno Irma.

— A co, byłabyś chętna?

— A tak, zaskoczona? Lubię sobie polatać od czasu do czasu.

— Poważnie? — zdziwiła się Rolanda. — Nigdy nic nie mówiłaś. Ale nic się nie martw, na pewno to powtórzymy. Te ataki, Hailey...! A ty, Lizzie? Nie sądziłam, że to przyznam, ale... jestem pod wrażeniem.

— Dziękuję — odparła skromnie Liza. — Tobie też szło całkiem nieźle — dodała, uśmiechając się figlarnie.

Upiła łyk piwa kremowego i spojrzała na siedzącą obok Aurigę. Czarownica jeszcze godzinę temu mówiła, że zaplanowała na ten wieczór obserwacje i zaraz będzie się zbierać, ale jakoś przestało jej się do tego spieszyć. Nikt zresztą nie wyglądał, jakby miał ochotę prędko wracać do swoich komnat. Filch, który zwykle unikał takich spędów, zajrzał tylko na chwilę, ale ktoś poczęstował go kremowym, więc już został. Obszerna księga, którą zabrał ze sobą Filius, leżała odłogiem, a przyniesiony przez Pomonę stos wypracowań do sprawdzenia służył jej teraz za podstawkę pod kufel. Nawet Minerwa z zapałem przyłączyła się do dyskusji o quidditchu, tracąc przy tym nieco ze swego wizerunku poważnej i surowej pani dyrektor.

Liza rozejrzała się leniwie. Jej wzrok padł na Gustawa, który siedział wygodnie rozparty w swoim fotelu, o którym — nagle wydało jej się to dziwne — jeszcze kilka tygodni temu nie potrafiła myśleć inaczej, jak o fotelu Severusa. Na ustach nauczyciela mugoloznawstwa błąkał się zagadkowy, pełen samozadowolenia uśmiech. Vector z rozbawieniem przygryzła wargę. Powinna chyba czuć irytację. W końcu facet najzwyczajniej w świecie wtrącał się w ich życie i w jakiś szalony sposób usiłował je naprawiać... Powinna się wściec... ale jakoś nie potrafiła.

— ...skoro Irma będzie ścigającą, to ja chcę zostać pałkarzem — zażyczyła sobie Hailey.

— Żebyś mogła do woli odbijać w ludzi tłuczki? — roześmiał się Flitwick.

— Ale ja wcale nie... — zmieszała się.

— Ja tam swoje wiem! — przekomarzał się z nią. — To było perfidne zagranie obliczone na to, żeby nasza droga Liza nie zdążyła złapać znicza!

Vector spojrzała na nich z uśmiechem.

— Właśnie! Już prawie go miałam, aż tu nagle słyszę przeraźliwy wrzask...

— Krzyczałem? — zdziwił się Gustaw.

— Ona krzyczała. — Wskazała podbródkiem na Hailey.

— No, chyba. Przestraszyłam się!

— Akurat.

— I tak nie mieliście z nami szans!...

xxx