.
Rozdział 3
Krzyk nie jest drogą do porozumienia
.
Zdarzały się noce, w których śnił o brukowanych uliczkach. Podkowy końskich kopyt metalicznie postukiwały o podłoże, gwieździste niebo odbijało się w mokrych od deszczu ścianach betonowych budynków, koła starych furmanek podskakiwały na szarej kostce brukowej o nieregularnych kształtach. Z okien okrytych kurtyną deszczu spoglądały na niego bezkształtne cienie niewyraźnych postaci, a obłoki pary unosiły się nad nozdrzami wychudzonych szkap przyodzianych w za ciasne uprzęże, mijających go w szybkim stępie. Rzeki deszczówki płynęły w płytkich rynsztokach, a metalowe szyldy sklepów kołysały się na chłodnych, nocnych podmuchach, poskrzypując cicho.
Śnił o przydymionych barach, rozwodnionym, tanim alkoholu wylewającym się z pękatych kielonków i starych, jazzowych utworach, których już nikt nie pamięta. Niedomkniętych okiennicach starych kamienic i dzieciach bawiących się w kałużach na ciasnych, kamiennych, pustych dziedzińcach. Starcach palących fajki na koślawych, parkowych ławkach, pozdrawiających się uchyleniem filcowego kapelusza.
Śnił - i nie chciał się budzić. I kiedy uchylał powieki, widząc nad sobą ciemnoczerwony baldachim, na którym tańczyły drżące cienie, słysząc chrapanie współlokatorów, miał ochotę krzyczeć, jak krzyczałby każdy człowiek wyrwany z pięknego snu, wracający w objęcia koszmaru.
-VVV-
Podczas wieczornych sesji Oklumencji przestawiał puste fiolki ułożone w równych rządkach na szerokich półkach, robiąc to tylko dlatego, żeby zirytować Snape'a i mieć jakąś satysfakcję płynącą z tych żmudnych spotkań, które wycinały godziny z jego życiorysu. Snape obnażał zęby jak rozjuszone zwierzę, a Harry wzdychał, gdy nie przynosiło mu to takiej satysfakcji, jakiej się spodziewał.
Czasami próbował drążyć w jego wątpliwej sławy przeszłości i czasami Snape mu na to pozwalał.
— Dlaczego pan się do niego przyłączył - wtedy, na samym początku? — zapytał pewnego, chłodnego, październikowego wieczora, siadając naprzeciw niego przy uporządkowanym, schludnym biurku, a Snape zmrużył oczy i przyjrzał się jego twarzy, jakby czegoś na niej szukał.
Zimny przeciąg tańczył Harry'emu na kostkach i Harry, czubkiem buta, próbował zaciągnąć na nie pomarszczone na łydkach nogawki spodni skrytych pod długą szatą (nigdy nie oduczył się noszenia mugolskich ubrań i podejrzewał, że to już nigdy się nie zmieni).
— Byłem młody — powiedział cicho Snape, a Harry przygryzł wargę, bo nie spodziewał się, że w ogóle otrzyma odpowiedź; przewidywał, że Snape warknie, zmarszczy groźnie brwi i oddeleguje go z ostrzegawczą nutą w głosie, szemrzącą do niego, by na przyszłość powstrzymał swoją natrętną ciekawość i Harry nie wiedział, czy nie powinien bać się ciężaru jego słów na swoich ramionach — a świat ze mną pogrywał i przeciekał mi przez palce. — Harry nie był pewien, jak ma to rozumieć, ale słuchał, słuchał uważnie i łaknął każdego słowa, każdej zgłoski wypowiadanej przez Snape'a - wiedział, że nie zostało wiele czasu, nim Snape przykryje swoją twarz maską opryskliwości i wyrzuci go za drzwi. — Chciałem... — zawahał się, a czarne oczy odnalazły zielone — Merlin raczy wiedzieć, czego tak naprawdę chciałem.
Harry zaczerpnął głęboko powietrza, zanim się odezwał.
— Chciał pan potęgi — w jego głosie nie było pytania — a on nią dysponował. — W czarnych oczach zdawało się coś zgęstnieć, scalić, stężeć, ale Snape mu nie przerwał, więc Harry uznał to za przyzwolenie, by mówić dalej. — Chciał pan poznać tajniki Czarnej Magii, a on je znał i był skłonny dzielić się kilkoma z nich w zamian za wierność. — Pionowa zmarszczka zawitała pomiędzy wąskimi brwiami Mistrza Eliksirów. — Dysponował zaskakującą mocą magiczną, która przyciągała do siebie ludzi, która ich onieśmielała i zachwycała jednocześnie — wzruszył ramionami Harry — nadal nią dysponuje. Ma wyjątkowe umiejętności, o których inni mogliby tylko pomarzyć. — Odetchnął głęboko i odwrócił wzrok na poprzecinaną pasmami drobnych pęknięć ścianę. — Zasoby magii mieszkające w jego ciele wydają się istną kopalnią złota, prawda? — zauważył, ściszając głos, nie patrząc Snape'owi w oczy.
Snape odchrząknął, jakby mu coś zalegało w gardle, a potem - po chwili wyraźnego zawahania - pochylił się nad blatem biurka, przecierając okrężnym ruchem palców skronie, jakby zbierał myśli.
— Potter, posłuchaj mnie — odezwał się z cichym westchnieniem uciekającym z jego piersi; wyciągnął dłoń nad blatem i dotknął - nie bez zawahania - jego dłoni spoczywającej luźno na porysowanym drewnie biurka — ten umysł już nigdy nie będzie taki, jak dawniej.
Harry spiął się w kontakcie z dotykiem jego ciepłej skóry i Snape cofnął pospiesznie palce jak spłoszone zwierzę.
— Nie zna pan jego umysłu — powiedział Harry - sam nie wiedząc, dlaczego to mówi - i zacisnął na moment szczękę — a ja owszem. Nie widział pan nigdy jego struktury, a ja tak. — Snape wyprostował kark, skupiając na nim dziwne, nieczytelne spojrzenie. — Dlatego też nie ma pan prawa wypowiadać w tej kwestii swojego zdania.
— Nie mam... — powtórzył cicho Snape, cedząc z wolna słowa — prawa.
Powieki opadły na zielone oczy; Harry przyłożył palce do czoła, czując zmęczenie wwiercające się w każdą komórkę jego zawodnego ciała.
— Przepraszam — powiedział - tylko po to, aby Snape ponownie go stąd nie wyrzucił — przepraszam, nie to miałem na myśli.
— Ależ oczywiście, że właśnie to miałeś na myśli, Potter. — Snape przechylił głowę, przyglądając mu się spod zmrużonych powiek. — Po co zadajesz pytania, na jakie sam potrafisz sobie odpowiedzieć? — Jego brwi zjechały ku sobie, a czarne oczy świdrowały przez chwilę jego nieznacznie napiętą twarz. — Szukasz czegoś. W nim. Tylko, Potter — pokręcił głową, jakby nie dowierzał — co tak naprawdę spodziewasz się znaleźć?
Harry wzruszył ramionami, wstał ze średniej wygody krzesła i odszedł w kierunku drzwi.
— Być może nie tylko w nim czegoś szukam — oznajmił cicho i posłał Snape'owi długie spojrzenie; a potem odwrócił się i wyszedł bez oglądania się za siebie.
-VVV-
„Nie robisz postępów" — tak właśnie powiedział mu Snape, że nie robi postępów, właściwie „powiedział" to zbyt łagodne słowo - Snape splunął mu tym w twarz jak przekleństwem, a Harry poczuł, jak coś ciężkiego zaciska duszące pętle na jego gardle.
— Staram się — powiedział cicho, tak zmienionym, zduszonym głosem, że brzmiał, jakby się nim dławił.
— Najwyraźniej niewystarczająco.
Harry zastanawiał się przez chwilę, czy Snape jest świadom tego, że jego słowa są jak żyletki dla jego woli, dla jego daremnych wysiłków, dla jego umysłu. Stał na środku przyciemnionego, niedużego gabinetu, wpatrując się w przydeptany dywan i obracał powoli różdżkę w dłoniach, żeby zająć czymś ręce.
W takich dniach jak dzisiaj czuł się w tym gabinecie jak za więziennymi kratami; spoglądał poprzez nie na świat, do którego brak mu dostępu i czekał, aż jego trudy zostaną dostrzeżone przez tych, którym próbował udowodnić swoją wartość.
Pokiwał powoli głową i przestał uciskać nerwowo drewno własnej różdżki w dłoniach; uniósł wzrok na przeszywające go, czarne jak węgle oczy, które patrzyły na niego z bezlitosną szczerością - miał wrażenie, że to spojrzenie chlasta go po twarzy jak mentalny policzek.
— Więc może — odezwał się cicho, mając wrażenie, że słowa są dziwnie chropowate na jego języku — nie jestem zdolny ujarzmić tej dziedziny. Może niepotrzebnie wlewa mi pan wiedzę do głowy, skoro jest ona jak dziurawy wazon.
Snape zazgrzytał zębami, przeszywając go wściekłym spojrzeniem; Harry utrzymał jego wzrok.
— Twój umysł nie jest jak dziurawy wazon, Potter — wypluł Snape, oddychając powoli przez nos; jego nozdrza drgały. Zniecierpliwienie i irytacja: buzowały w powietrzu jak snop iskier sypiący się z drażliwym trzaskiem z różdżki.
Nie jest jak dziurawy wazon - tak powiedział Snape; a jednak dręczyło go nieprzyjemne uczucie, że jednak jest gorszy, niż ustawa przewiduje, głos Snape'a sprzed kilku tygodni dudnił mu w głowie jak werble, sugestie ciągnięte gładkim tonem, ostrym jak brzytwa językiem, że jego umysł nie jest czymś złożonym, nie jest czymś wielowarstwowym i Harry - widząc jak czarne na białym, że utknął w martwym punkcie, chociaż zaczął się wreszcie przykładać do tej gałęzi magii - powoli zaczynał wierzyć w to, że jest powierzchowny, płytki i niewart złamanego grosza. I serce mu się ściskało, kiedy ciotka Petunia szepcząca mu do ucha jak katarynka, udowadniała dosadnie swoją rację.
— W czym tkwi problem, ty głupi bachorze? — zapytał powoli Snape; epitet rzucony na jego godność zabrzmiał mętnie i bez przekonania; Harry zmarszczył czoło i odwrócił twarz ku ścianie, przeciągając wzrokiem po znajomych sobie, płytkich zarysowaniach.
Voldemort miałby dorobioną do tych jego braków wszelakiego postępu jakąś całkiem racjonalną teorię - jak przypuszczał. Voldemort powiedziałby, że problem tkwi w nim samym, że podświadomie czuje, że nie potrafi osiągnąć wyżyn w dziedzinie magii umysłu, że tkwi pomiędzy murami, które wznosi własnymi dłońmi, że sam nakłada spoiwa na ograniczające go fasady. Voldemort stwierdziłby, że jedyne, co musi zrobić, to wziąć zamach i rozbić na proch zakorzenione mu pod skórą ograniczenia. Tyle że to nie takie proste - wziąć do ręki pióro i zamazać wszystkie te lata wpajania mu, że jest gorszy, że jest słabszy, że jest głupszy (ciotka Petunia patrząca na niego jasnymi oczami wyrażającymi czystą pogardę). Leniwy, arogancki, słaby — warknął gdzieś na tyłach jego świadomości Mistrz Eliksirów i Harry zamarzył o tym, aby zniknąć, rozpłynąć się, wyciągnąć rękę i zedrzeć ze swojego czoła sławetną bliznę w kształcie błyskawicy, upamiętniającą śmierć jego rodziców.
— Potter — wyrwał go z przygnębiających myśli ostry głos Snape'a i Harry zacisnął zęby, powstrzymując automatyczną chęć zerknięcia na niego — nie zrobimy postępów, jeśli mi nie wytłumaczysz, w czym tkwi drzazga.
„Nie zrobimy" — powiedział Snape i Harry, przełykając ciężko, spojrzał w jego ziemistą twarz, przypatrującą mu się z podirytowaniem; uśmiechnął się kwaśno, zanim się odezwał:
— Mówi pan tak — powiedział cicho, brzmiąc mniej ochryple, niż po sobie oczekiwał, choć jego głos był płaski jak posadzka pod jego stopami — jakby ten problem dotyczył nas obu, a nie...
— Bo to jest nasz wspólny problem, Potter! — przerwał mu Snape, podnosząc głos; brzmiał na jeszcze bardziej rozdrażnionego, niż chwilę temu. Zamknął oczy i potarł powieki, a gest ten - wywołując zamęt w nastoletniej głowie Harry'ego - krzyczał wyczerpaniem.
Harry milczał i wpatrywał się w Snape'a, mając wrażenie, że ten robi mu wodę z mózgu. Mistrz Eliksirów wreszcie opuścił rękę z twarzy, a potem podszedł do niego jak za jednym uderzeniem serca i uchwycił jego podbródek w swoje długie, chłodne palce. Harry z automatu spróbował się wyrwać, ale Snape warknął ostrzegawczo i zwiększył nacisk na jego szczękę.
— Wkroczyłeś na ruchome piaski — powiedział cichym, niskim głosem Snape, lustrując jego oczy takim spojrzeniem, jakby upewniał się, że jego słowa przemawiają mu do rozumu — ale stoimy w nich razem, jasne?
Harry poczuł, jak coś ciężkiego i lepkiego podchodzi mu pod gardło.
— Puść mnie — wysyczał, niemalże przechodząc przy tym na wężomowę, resztką racjonalności zdołał uchwycić i przytrzymać samokontrolę w swoim ciele.
— Nie.
Harry poczuł, jak wargi mu drżą.
— Proszę, niech pan mnie puści — spróbował, uderzając w spokorniałe nuty, które nigdy nie zawodziły w przypadku konfrontacji z wujem Vernonem.
— Nie. — Harry uświadomił sobie - co spadło na niego jak grom z jasnego nieba - że jego oddech przyspieszył, zalatując paniką. — Musisz przywyknąć do tego, że ludzie będą cię dotykać. Przez całe twoje pieprzone życie ludzie będą cię dotykać, rozumiesz?
— C-co mnie obchodzą...? — zaczął cedzić przez zęby, czując łzy kołaczące mu o czaszkę jak dzwony.
Dłoń zacisnęła się upominająco - dosyć mocno, bo zakuło; Harry urwał, skacząc spojrzeniem od jednego oka Snape'a do drugiego, próbując wybadać, na czym przyszło mu postawić stopę.
— Poszedłeś do Czarnego Pana — wysyczał Snape, cedząc powoli słowa, jakby je rozsmarowywał na języku — a on prędzej czy później zacznie rościć sobie do ciebie prawa. I będzie ci kładł dłonie na podbródku, na czole, na szyi, będzie ci, do cholery, wkładał palce we włosy, a ty mu na to pozwolisz, jasne? Pozwolisz mu, a jeśli nie, to Czarny Pan szybko cię wytresuje tak, żebyś pozwalał. I - uwierz mi, Potter - to nie będą przyjemne metody edukacyjne.
Trzęsło się już zdecydowanie dużo więcej, niż jego wargi; Harry miał wrażenie, że cały żołądek drży w jego brzuchu, jakby przygotowywał się do wykonania jakichś absurdalnych manewrów. Dłoń Snape'a puściła, a Harry cofnął się w pośpiechu na bezpieczną odległość; Snape wykrzywił się na niego, jakby przyprawiał go o mdłości.
Patrzyli na siebie w milczeniu, mierząc się wzrokiem, jakby toczyli niewidzialny bój. I obaj mieli w sobie takie pokłady dumy, że ani myśleli odpuścić.
-VVV-
— Trochę mnie zaskoczyłeś — przyznał dużo później Snape, zatrzymując się koło niego na głuchych, opuszczonych przez uczniów błoniach - jesienna niepogoda coraz bardziej dawała się we znaki, ale Harry wciąż zabierał wypożyczony z biblioteki, coraz to inny podręcznik i siadał w osłoniętej przed wiatrem, niewielkiej wnęce w ziemi porośniętej pożółkłą trawą.
Uniósł głowę na górującego nad nim mężczyznę i skrzywił się koszmarnie, myśląc, że jeśli ten zamierzał go zmusić do zerwania się z ziemi, to niedoczekanie jego.
— Kiedy się kłóciliśmy — sprecyzował, przechylając głowę, przyglądając się mu jak jakiejś intrygującej, innowacyjnej miksturze pichcącej się w miedzianym kociołku. — Najpierw próbowałeś mnie zastraszyć, a kiedy to nie podziałało, starałeś się mnie skusić do ustępstwa.
Harry zmrużył oczy, nie wiedząc, do czego Snape pije. Jeśli chce mu dać szlaban za bezczelność, czemu jeszcze tego nie zrobił?
— I co w tym takiego dziwnego? — zapytał ze znużeniem, a brwi Snape'a podjechały wysoko na czoło.
— Nic — powiedział cicho; brzmiał tak, jakby z jego oczu niespodziewanie spadła jakaś zasłona, a Harry nie dość, że nie rozumiał, o co się Snape rozchodzi, to wolałby, aby ten zostawił go w spokoju z jego podręcznikiem z Obrony — absolutnie nic. I właśnie to jest intrygujące, panie Potter.
— Cóż — mruknął Harry, niewiele z tego rozumiejąc i nie zamierzając wdawać się w najmniejsze dyskusje, opuścił wzrok na treść trzymanej na kolanach książki — zasłania mi pan słońce.
— Dziesięć punktów od Gryffindoru za bezczelność, Potter — oznajmił aksamitnym głosem Snape, wytrącając Harry'ego z równowagi, a potem odwrócił się z łopotem peleryny i odszedł do zamku jak niesiony na skrzydłach. Harry patrzył za nim, marszcząc brwi, obserwując, jak z wirującą u kostek peleryną przestępuje zamkowe progi, próbując ogarnąć umysłem inną niż odjęcie mu punktów przyczynę, dla której Snape w ogóle do niego podszedł tego chłodnego popołudnia.
-VVV-
Przyzwyczajał się do cienistego gabinetu Snape'a - przywykł do ponurej prezencji tych czterech ścian bardziej, niż gotów był się do tego przyznać. Nawet dokuczliwe słowa Mistrza Eliksirów godziły w jego dumę mniej niż dotychczas. Każdą opryskliwość przyjmował jak pewien rodzaj ekspresji, sposób wyrażania siebie tego zgorzkniałego, wciąż niestarego mężczyzny, którego twarz znaczyło tyle bruzd, ile zmarszczek.
— Myśli pan — zapytał go raz, kiedy na wierzch zostały wywleczone jego wspomnienia związane z Syriuszem Blackiem - prawie jak aleja kontrastów: brudny, z błyszczącymi oczami, błagający; elegancki, śmiejący się szczekliwie, wydający polecenia — że gdyby wiedział, do kogo poszedłem, próbowałby mnie ratować czy potępiłby mnie?
Kiedy Snape opuścił różdżkę, przyglądając się mu spod mocno zmarszczonych brwi, z nieco stężałą - pod wpływem emocji, których nie potrafił rozpoznać, a co dopiero nazwać - twarzą, Harry zrozumiał, że w jego pytaniu było więcej strachu, niż zdawało mu się, że do siebie dopuścił.
— Black jest impulsywny — powiedział Snape beznamiętnym tonem, a Harry zaciągnął się głęboko powietrzem, w którym wciąż czuć było magię zaklęcia Legilimens, wiedząc, że Snape nie okłamie go w tej kwestii, nawet jeśli miałby go przy tym zranić. Taki już był - nie przerzedzał swoich słów, nie przebierał w nich, nie szukał dogodnych określeń tylko po to, aby złagodzić ich brutalność. Nie starał się ukrywać gorzkiej prawdy za otoczką barwnego pustosłowia i mydlenia oczu. — Jest impulsywny — powtórzył Snape, wypluwając słowa, jakby się nimi brzydził — ale ty jesteś całym jego światem, barania głowo.
Harry poczuł, jak miękną mu kolana.
— Tak wiem — wydusił, kiedy jego gardło niespodziewanie straciło na objętości — przecież wiem — zaśmiał się, nie mogąc powstrzymać nerwowości ogarniającej jak fala jego ciało; coś wewnątrz niego łamało się równo na pół, a ucisk w piersi stawał się nie do zniesienia; przyłożył dłonie do ust, jakby mógł nimi wepchnąć ten absurdalny, niedorzeczny śmiech na powrót do gardła — jasne, że wiem, tylko...
„...tak strasznie się boję" — nie powiedział Harry.
Ten głupi kasztan ciążył mu w kieszeni jak głaz.
-VVV-
Chłopiec, zła karta, Dumbledore. Słowa Nimfadory przyśniły mu się pomiędzy trzecim przebudzeniem się w ciągu nocy a porankiem i Harry, spoglądając w podkrążone oczy patrzące na niego z lustrzanej tafli, zaczął się zastanawiać, kogo dyrektor miał na myśli. Z początku przyjął za pewnik, że chodziło mu o Toma Riddle'a - genialnego młodzieńca, wybitny umysł, który się stoczył, ale im dłużej nad tym myślał, tym większe miał co do tego wątpliwości. To możliwe, myślał, metodycznie nakładając pastę na szczoteczkę do zębów, starając się omijać wzrokiem cienie rozlewające się po jego twarzy jak wypieki, odbijające się w chłodnym szkle jak refleksy; to możliwe, że Dumbledore miał tu na myśli kogoś innego. To nie jest nic pewnego, zastanawiał się, wypluwając pastę do umywalki i nabierając zimną wodę w garść, a ta zaczęła przeciekać mu przez palce jak czas; mógł mieć na myśli każdego, absolutnie każdego - tyle osób dokonywało błędnych wyborów, czynili to ludzie na całym świecie, każdego dnia, o każdej godzinie. Dokonywali błędnych wyborów, a potem za nie pokutowali, żałowali ich i próbowali naprawić, albo brnęli w zaparte przed siebie, nie umiejąc przed samym sobą przyznać się do złej decyzji i cofnąć się o te kilka kroków - spróbować raz jeszcze. Stojąc na rozwidleniu, wstępowali na złą ścieżkę, a każde kolejne rozwidlenie - bez względu na kierunek - wiodło dalej w bezdenną przepaść, w zapętlającą się pułapkę.
Chłopiec, zła karta - złe wybory.
Czy to prawdopodobne, zastanawiał się, zakręcając wodę w zimnym pod jego palcami kranie; czy to prawdopodobne, że Dumbledore miał na myśli Snape'a? Tylko dlaczego miałby mówić mu o Snape'ie? Dlaczego - spośród ośmiu miliardów ludzi żyjących na świecie - miałby mu przypominać błędy młodości jego profesora Eliksirów? To nie trzymało się kupy. Dumbledore cenił sobie prywatność i szanował prywatne sprawy innych ludzi - jaki miałby powód, aby drążyć przed Harrym w wątpliwej przeszłości Severusa Snape'a?
A może, myślał Harry, przeczesując włosy grzebieniem, którego rączka źle leżała mu w dłoni (cztery zęby były ułamane, będzie musiał pomyśleć o zakupie nowego); może jemu wcale nie chodziło o kogoś, kogo znał, kogoś, kogo obserwował?
Czy to możliwe, że chodziło mu o...?
-VVV-
Jego samego, jak i multum osób z jego roku, męczyło przeświadczenie, że nie ma bata, aby udało mu się zaliczyć zbliżający się test z transmutacji semi letalnej. Jego ostatnie próby przemiany szklanej fiolki w gawrona skończyły się na tym, że biedne, pokraczne ptaszysko skonało na oczach całej klasy, namiętnie wypluwając szklane wnętrzności przez popękany gdzieniegdzie, szklany dziób.
— Bardzo mi przykro — powiedział skruszony tamtego dnia przerażonej Septimie Vector, która wzięła czasowe zastępstwo za McGonagall, nadaremnie usiłującej uratować wyjące z bólu zwierzę, pod którym rosła niewielka, rozszerzająca się plama czerwieni. — Avem Evanesco — wyszeptał, a czarny, drżący na blacie jego biurka ptak zniknął, jakby go nigdy nie było. — Bardzo przepraszam — powtórzył, zapisując sobie w głowie, aby nie próbować transmutacji na pupilach swoich uczelnianych znajomych, nawet w formie poza zajęciowego treningu.
-VVV-
— On twierdzi, że nie jestem słaby — powiedział raz Snape'owi, gdy ten zaatakował go standardową wiązanką epitetów, a kiedy Snape umilkł, jakby jego język ucięto nożycami, do Harry'ego dotarło to, co właśnie wyszło przez jego usta i z jakim naciskiem zostało wypowiedziane. Zagryzł wargę i nerwowo przestąpił z nogi na nogę. — Nie to, żebym sądził — mruknął, wlepiając wzrok w swoje stopy — że on ma rację, czy coś...
Snape wypuścił ciężko powietrze i zakrył oczy dłonią, jakby się poddawał.
— Matko, Potter — wyrzucił z siebie, kręcąc głową — chyba mi nie powiesz, że mam cię zacząć dowartościowywać, żebyś wziął się wreszcie do roboty, co?
— Nie potrzebuję — powiedział Harry, patrząc z rezerwą na Snape'a — dowartościowania — wypluł z siebie jak obelgę, której ciężaru należy się pozbyć.
Snape spojrzał na niego przez palce.
— W ogóle nie potrzebuję... — zaciął się - ku własnej konsternacji - i spróbował od nowa: — Nie zależy mi na...
— Potter — westchnął Snape i Harry poczuł to westchnienie aż po szpik kostny; Snape przechylił się w jego stronę, zanurzając w jego oczach wzrok, jakby w nich tonął - a chociaż oddzielała ich przestrzeń niemalże połowy gabinetu, Harry poczuł się jak złapany w pułapkę — on będzie cię chwalił i będzie cię honorował, i będzie cię głaskał po tej pustej łepetynie, jeśli twoje działania sprostają jego wymogom, ale - na litość Merlina - to zwykła manipulacja, nie widzisz tego? — Snape przechylił głowę, przyglądając mu się w skupieniu. — Łakniesz tej atencji jak kawałka chleba i...
— Niczego nie łaknę! — oburzył się Harry, zgrzytając zębami, czując, że ma gęsty, czarny, cuchnący dym w miejscu serca. Bolało, kiedy kursował po jego ciele jak krew. — Nie od Voldemorta!
— Czarnego Pana!
Harry poczuł się tak, jakby coś drażniąco powolnego pełzało mu pod skórą.
— Anagramy nie są niebezpieczne — wycedził, wyciągając wargi w kwaśnym grymasie.
W czarnych, głębokich oczach coś się zapaliło - mógł to być równie dobrze okruch sceptyczności, jak i wielki znak zapytania. Harry nie drążył w tym, czy Snape wie, o co się rozchodził. Nawet jeśli nie wiedział - o nic nie zapytał. W każdym razie nie od razu.
-VVV-
Kiedy ciekawość jego zgorzkniałego profesora ostatecznie przegrała z rozsądkiem, Harry odrabiał bodaj i setny w tym roku szlaban i metodycznymi, wyuczonymi ruchami czyścił kociołki po zajęciach pierwszoroczniaków. Snape chyba je zaczarował - przeklęte nieczystości nie chciały pozwolić się zdrapać, chociaż Harry szorował je wyprofilowaną, przeznaczoną do ścierania zaschniętych pozostałości eliksirów szczotką od dobrych kilkunastu minut. Harry uświadomił sobie, że jego słowa z ich poprzedniej konfrontacji zyskały intrygująco wysoką uwagę, gdy Snape uniósł głowę znad sprawdzanych esejów, po których mazał krzykliwym, czerwonym atramentem i odezwał się powoli, jakby nie do końca przekonany, czy powinien pytać:
— Więc to anagram?
Ton jego wypowiedzi świadczył o tym, że w ogóle go to nie interesuje, ale Harry widział niewielką, pionową zmarszczkę występującą pomiędzy jego brwi.
To ciekawe, jak łatwo pogrywać z ludźmi, mając do dyspozycji jedynie słowa.
Harry - czerpiąc z tego chorą satysfakcję - nie spieszył się z odpowiedzią; nie, kiedy ten jeden, jedyny raz dysponował informacją bardziej kompletną od nieomylnego, wnikliwego Mistrza Eliksirów.
— O czym pan mówi? — zapytał miękko; zawistna satysfakcja wypychająca mu żyły była nie do powstrzymania - Snape musiał to zobaczyć, dostrzec iskrę psoty w jego oku, rysę zadziorności na młodzieńczej twarzy.
Starszy czarodziej zmrużył oczy, ale na jego twarzy nie było gniewu, który Harry spodziewał się na niej zastać. Szczelniej opatulił się swoją czarną peleryną i przechylił głowę jak zaintrygowane, dziennikarskie zwierzę węszące sensację.
— Ciekawe — powiedział cicho, przyglądając się mu, jakby szukał czegoś na jego kościach policzkowych, na jego powiekach, jakby próbował dostrzec coś niewiadomego w jego rozwichrzonych, nieposłusznych wszelakim próbom przygładzenia włosach. Harry słuchał go uważnie, gotów w każdym momencie odeprzeć jego judaszowskie słowa. — Czyżbyś, Potter, próbował mnie pchnąć do wypowiedzenia imienia Czarnego Pana na głos? — zapytał; jego głos był aksamitny jak jedwab i Harry - choć w życiu by się do tego nie przyznał - obawiał się tego głosu. Taki głos musiały mieć wyrwane z czeluści piekielnych demony, łakome na ludzką duszę. — To bardzo... chytre z twojej strony.
Harry nie odezwał się, bo nie wiedział, po co. Patrzył prosto w czarne oczy Snape'a, zastanawiając się, czy w jego twarzy odzwierciedla się wyzwanie, które zżerało mu umysł.
Rzucił rękawicę. Wystarczyło, by Snape ją podniósł.
Nie starczy mu odwagi — przemknęło mu przez myśli, choć nie pozwolił sobie, żeby drgnął bodaj jeden mięsień na jego twarzy.
Widział oziębłość, jaka przesunęła się po jego ziemistej twarzy, widział dezaprobatę w jego oczach i miał ochotę wykrzywić kąciki warg w wyrazie chłodnej satysfakcji. Snape milczał, a Harry wiedział, że jego przekrzywienie głowy smakuje ironią, wiedział, że jego oczy błyszczą protekcjonalnie i nie dbał o to - nie dbał o to, bo ten jeden, jedyny raz czuł się silniejszy od Snape'a.
I kiedy odwrócił się do wyjścia, sądząc, że nie doczeka się z jego strony żadnej reakcji, kiedy położył dłoń na klamce, uważając, że wygrał tę batalię, z gardła Mistrza Eliksirów wyrwał się gardłowy pomruk, który przyprawił go o chłodne dreszcze, które przemknęły jak nocna bryza po jego kręgosłupie, a silna dłoń wstrzymała go, chwytając za ramię - chociaż naprawdę nie potrafił powiedzieć, w którym momencie Snape się do niego zbliżył - i bez ceregieli odwracając go ku sobie.
— Voldemort — powiedział gardłowo, wbijając palce w jego ciało jak w modelinę (ból w ramieniu ostry jak błysk flesza), a Harry się wzdrygnął na ten niski, głęboki tembr, może lekko zachrypnięty, ale przez to nie mniej porażający. Wąskie brwi Snape'a uniosły się wysoko, gdy Harry cofnął się bezwiednie; jego plecy zderzyły się z twardym drewnem drzwi. — No, Potter — wycedził Snape, świdrując go przeszywającym wzrokiem — nie każ mi tego powtarzać.
Szach mat, mógłby powiedzieć zamiast tego Mistrz Eliksirów, i Harry podejrzewał, że wyszłoby na to samo. Spuścił wzrok.
— Dziecinna zabawa — wzruszył ramionami. — Proszę poprzesuwać sobie litery, jeśli ma pan czas i ochotę.
Może nie była to kompletna odpowiedź, ale wystarczyła, by Snape rozluźnił uchwyt i pozwolił mu uciec jak spłoszonej zwierzynie.
-VVV-
Mgła spowijała jego sen jak pajęczyna, lepka, rozległa i drżąca, kleiła się do niego jak krople rosy do szyby. Cichy głos brzęczał mu w uszach jak delikatne, srebrne instrumenty z gabinetu Dumbledore'a.
— Potrzebuję pewnego skarbu — mruczał cichy głos w jego głowie — ukrytego za długim korytarzem nieposiadającym okien ani portretów, ubranym jedynie w cień i zimne powietrze.
Harry widział korytarz. Ukryty w mroku, odizolowany, przerażający. A na końcu drzwi z czarnego drewna, zza których coś go wołało, coś wzywało go do siebie, szeptało słodkie obietnice, kuszące do podejścia bliżej.
— Istnieje sala — nęcił mężczyzna z jego snów; jego głos był wciągający - Harry mógłby zatracić się w jego brzmieniu — zamknięta przed światem.
We śnie nie powinien czuć dudnienia swojego serca, kołaczącego mu w uszach niespokojnym echem.
— Wyobraź sobie stare regały pachnące drewnem. — Czarne pasma magii wirowały po jego podświadomości jak gawrony. — Czujesz ich zapach? To zapach świeżo ściętego drzewa, zakonserwowany na wieki.
Pachniały korą, pachniały żywicą, pachniały nieskończonością. Harry wdychał głęboko powietrze, mając wrażenie, że czuje smak świerkowych igieł na języku.
— Regały gną się od tajemnic — zanucił głos pod jego czaszką — a wśród nich jest jedna, która szczególnie powinna cię zainteresować.
Harry widział jakiś błysk, trochę szklisty - jak oczy lalki. Jednak kiedy wyciągnął rękę, aby dotknąć tego, co było źródłem tego wątłego blasku, sen popękał pajęczynami rys i rozpadł się jak potłuczona szyba.
Zanim się obudził, pomyślał jeszcze, że to dziwne, że nie słyszy odgłosu tłuczonego szkła.
-VVV-
Harry zapukał do gabinetu Snape'a i pchnął drzwi, zanim jeszcze usłyszał odpowiedź. Zastał go stojącego przy jednym z regałów, przestawiającego fiolki pełne niezidentyfikowanych, błyszczących zza szkła substancji, nad którymi jak dym znad świecy wirowały uwięzione w wolnej przestrzeni, pomiędzy cieczą a korkiem, opary: białe, srebrne, siwe, niebieskie - mieszały mu się w oczach.
Snape zmrużył oczy i spojrzał na niego odstręczająco, kiedy zamykał za sobą wejście, jakby go ktoś gonił.
— Od kiedy to pozwalam ci wparowywać do mojego gabinetu — wysyczał powoli Snape, odstawiając jeden z większych flakonów na uginającą się pod ciężarem gromady piętrzących się specyfików półkę — bez najmniejszego odzewu z mojej strony?
Harry miał sucho w gardle, a jego usta lepiły się do siebie niemal tak samo jak strugi magii Voldemorta w jego fabrykowanych snach.
— Co jest w Departamencie Tajemnic? — zapytał ledwo słyszalnym, zachrypniętym głosem.
Snape zastygł w bezruchu z ramieniem wyciągniętym w stronę regału i spojrzał na niego oczami o nienaturalnie rozszerzonych źrenicach.
Harry'emu wystarczyło to za odpowiedź - a choć wciąż nie wiedział, o czym tak naprawdę przyszło mu rozmawiać, zdał sobie sprawę, że wywęszył coś niebezpiecznego, coś bardzo, ale to bardzo niebezpiecznego, o czym nie powinien rozmawiać, o czym - najpewniej - nie powinien nawet myśleć.
Voldemortowi chodzi o coś jeszcze — zadzwonił w jego uszach głos Syriusza — o coś, czego nie dostał ostatnim razem.
O coś, co jest ukryte głęboko pod ziemią — dopowiedział sobie Harry — w Ministerstwie Magii.
Snape patrzył na niego długo, dziwnie wytrącony z równowagi.
— Nic, co jest w którymkolwiek z departamentów ministerstwa, nie powinno cię interesować, Potter — warknął wreszcie, brzmiąc, jakby przymierzał się, aby odgryźć mu tę siatkę ciekawości żyjącą pod jego skórą, aby wyrwać ją z ciała i Harry już wiedział, że to, co właśnie wypowiedziały usta Snape'a, to nieprawda.
Nie zarzucił mu kłamstwa - nie musiał. Snape'owi zajęło jedynie ułamki sekund - sądząc po wyrazie jego oczu, które nagle przykrył dym Oklumencji, której nie zauważyłby, gdyby ten układny umysł nie wdzierał się tak często do jego własnej głowy - zorientowanie się, że Harry wie, że kłamie.
-VVV-
— Nie pytaj — wycedził Snape, zaciskając zęby. — Dla swojego własnego bezpieczeństwa nie pytaj.
Brzmiał, jakby z trudem przeciskał słowa przez gardło. I Harry - choć ciekawość drążyła mu dziurę w żołądku - nie ponowił pytania.
-VVV-
Na lekcjach Oklumencji nie potrafił skupić się na niczym innym, przez co jego efektywność stopniowo spadała. Snape się wściekał, oczywiście. Warczał, krzyczał, oskarżał go o wszystko, co złe, ciskał w niego wyzwiskami i zarzucał mu, że jest słaby, a Harry słuchał, milczał i nie przejmował się tak, jak kiedyś epitetami, którymi Snape plamił jego godność. Stał, przeczekując, wchłaniając w siebie wszystkie te kąśliwości, każdą zniewagę, każde ostrzejsze słowo, nie pozwalając im zburzyć jego zdystansowania.
— Dlaczego nigdy nie podnosisz głosu? — zapytał w końcu Snape, przechylając głowę, a kosmyki oleiście czarnych włosów przykryły mu kości policzkowe.
Harry'emu przez moment - krótki jak mrugnięcie powiek - zdawało się, że wyczuł nitkę niepokoju w zwykle obojętnym, opryskliwym głosie profesora - ale to nie mogła być prawda. Snape nie był z tych, co przejmują się światem i innymi ludźmi. I się nie niepokoił - a już na pewno nie o niego. „Niepokój" był dla tego człowieka zgoła obcym sformułowaniem.
Harry spojrzał na niego przez lekko zatłuszczone szkła okularów.
— Jaki jest sens w krzyku — wzruszył ramionami — skoro i tak nikogo nie obchodzi, o czym tak naprawdę staram się krzyczeć?
Jaki jest sens w krzyku — pomyślał, odwracając wzrok — skoro od tak dawna nikt na niego nie reaguje?
Snape nie odpowiedział, a Harry nie oczekiwał po nim odpowiedzi.
-VVV-
— Ten anagram nie klei się kupy — warknął kiedyś Snape mimochodem między jednym a drugim zaklęciem, a Harry prychnął, pocierając palcami piekącą bliznę i spojrzał na niego przez palce.
— Proszę nie zapominać, że Voldemort lubi tytuły.
-VVV-
Nie tylko tytuły Voldemort uwielbiał. Lubił maczać palce w cudzym strachu - nie dbając o to, czy jest to lęk jego zwolenników, czy jego wrogów, lubił każdą, najmniejszą nieprawidłowość w głosie tych, którzy do niego przemawiają, lubił szemrzący, rozchwiany oddech i krzyk odbijający się od czterech ścian. Lubił dominację - choć może: lubił, to za mało powiedziane. Okazywał wyższość, pragnął kontroli, sycił się poniżeniem drugiego człowieka. Atakował na każdej płaszczyźnie: fizycznej, emocjonalnej i mentalnej. Rozkoszował się wnikaniem w ludzkie umysły - miał wówczas poczucie, że zyskał nad ludźmi jeszcze większą, jeszcze ściślejszą kontrolę.
Sadyzm kipiał z niego wszystkimi porami skóry, maszerował jak kolonia mrówek po jego upodobnionej do wężowej paszczy twarzy, błyszczał w oczach.
Musiał mieć pewność, że ma pod kontrolą wszystkich tych, którzy mu podlegają, musiał to czuć, musiał to widzieć. Tworzył swego rodzaju więź ze swoimi sługami, choć więź ta nigdy nie polegała na równości.
Nie wystarczyło mu, że patrzył na cierpienie - musiał tym cierpieniem oddychać, dotknąć go, być jego źródłem. Nadużywał swojej pozycji, nadużywał swojej charyzmy, nadużywał strachu, który czuli do niego ludzie - wiedział jak zaczerpnąć z tego źródła całymi wiadrami.
I Harry niebawem miał ujrzeć poziom jego zachłanności na własne oczy.
-VVV-
— I jak układanka, panie profesorze? — zapytał raz Snape'a, zatrzymując się koło niego na tłumnie wypełnionym korytarzu.
Snape obrzucił go krótkim spojrzeniem i udzielił odpowiedzi, której otrzymania Harry za Chiny ludowe się nie spodziewał:
— Owocna w efekty — powiedział powoli Mistrz Eliksirów, zdając się z rozmysłem dobierać słowa. — Nie mniej rozczarowująca — dodał, zerkając na niego kątem oka.
Harry, czując nagły skurcz w mięśniach twarzy, miał ochotę wybuchnąć szczerym, niepohamowanym śmiechem.
-VVV-
Następnej nocy nie było mu już do śmiechu.
— Wróć do mnie — szeptał uwodzicielsko Voldemort, stojąc na środku znajomej, niemal pustej komnaty - tym razem widział ją wyraźnie: te same ściany, te same zarysowania, ten sam miękki dywan. Na którym ktoś klęczał. Strach rósł w podświadomości Harry'ego jak funkcja wykładnicza.
Kościste dłonie Voldemorta szarpnęły podbródkiem klęczącego mężczyzny. Harry bardzo wyraźnie mógł zobaczyć krew na jego twarzy; serce podeszło mu do gardła.
— Chcę, abyś wrócił — zamruczał Voldemort - a pomimo tonu, jakim to wypowiedział, brzmiało to, jak rozkaz. — Obaj chcemy, prawda Severusie?
— Oczywiście. — Głos zabrzmiał szczerze; Harry uwierzył mu bez mrugnięcia.
Policzek. Głośny i siarczysty, odrzucający głowę Mistrza Eliksirów w bok.
— Kłamstwo! — wysyczał Voldemort, a Harry miał wrażenie, że dusi się tym snem, jakby ktoś ściskał mu ręce na szyi.
Nozdrza Voldomorta zadrżały, jakby węszył w powietrzu; przechylił lekko głowę, jakby tropił zapach.
— A to ciekawe... — odezwał się cicho (Harry trwał w tym śnie jak kukła z drewna - zbyt oszołomiony, aby próbować się z niego wyrwać). Czerwone oczy spoczęły na czarnych. — To ciekawe — powtórzył — naprawdę niezmiernie ciekawe, że nie jestem w stanie wystraszyć naszego cudownego Chłopca, Który Przeżył bólem, morderstwem dokonanym na jego oczach, kręgiem Śmierciożerców stojących wokół niego z wyciągniętymi różdżkami i przywiązaniem do nagrobka na ciemnym, zimnym cmentarzu. Nie zastraszę go wizją bliskiej śmierci, mową węży ani gniewnymi frazami. — Kąciki jego ust niemających warg drgnęły w szyderczym uśmiechu, kiedy przyglądał się nieruchomej jak skała twarzy swojego sługi. — A jednak — zamruczał, kładąc różdżkę pod brodę Mistrza Eliksirów, unosząc mu głowę — wystraszył się, kiedy podniosłem na ciebie rękę.
Snape zbladł - jego twarz mogła konkurować kolorystycznie ze ścianą.
— Zawsze powtarzałem — powiedział cicho Snape; jego głos był pokpiwający — że Potter to sentymentalny, bezwartościowy, słaby głupiec.
Harry przełknął ból i upokorzenie - w tym jednym był bardzo dobry.
Ręka Voldemorta wystrzeliła w górę, palce zacisnęły się na gardle Mistrza Eliksirów; Harry widział napięte mięśnie jego kościstych, niemal białych palców. Voldemort pochylił się nad Snape'em, zaglądając mu głęboko w oczy.
— Czy ja pozwoliłem ci się odezwać? — wyszeptał; w jego słowach pobrzmiewała czysta groźba. — Czy ja cię o coś pytałem?
Snape przymknął oczy.
— Nie, Panie — wychrypiał, ale nie drgnął i nie spróbował się wyrwać odbierającej mu powietrze dłoni. Nie odwrócił spojrzenia, choć łzy bólu zakręciły się w jego czarnych oczach - ewidentnie brakowało mu tchu. — Proszę o wybaczenie.
Dłoń puściła, a Snape zamknął na moment oczy, łapiąc łapczywie powietrze w niespokojne płuca. Jego zwykle ziemista twarz była zaczerwieniona, kiedy próbował uspokoić oddech.
Voldemort odchylił palcami wysoki kołnierz Mistrza Eliksirów - kilka guzików pękło z trzaskiem - i przyglądał się przez chwilę czerwonym odciskom otulającym jego szyję. Harry miał ochotę zamknąć się na to i nie patrzeć. Czuł się, jakby podglądał coś niestosownego przez dziurkę od klucza.
Minuty mijały, a on nie był w stanie się wyrwać. Szarpał się, rzucał, próbował uciec, ale wizja szczelnie trzymała go w swoich granicach - zupełnie jakby nie miał najmniejszej kontroli nad swoim snem.
Voldemort zanurzył palce w długich, czarnych włosach Snape'a i szarpnięciem odchylił mu głowę do tyłu, a potem przyłożył różdżkę do pulsującej na skórze, niebieskiej żyły.
— Wrócisz, Harry? — zapytał Voldemort, a Harry chciał zaprzeczyć, chciał uciec, chciał rozpaść się na miliony kawałków i przestać istnieć; ale powiedział: „tak". I nienawidził się za to najbardziej na świecie.
-VVV-
Snape dorwał go na Wieży Astronomicznej i z nieco zdziczałym wyrazem wieńczącym jego oblicze, bez ceregieli pchnął go na ścianę.
— Jesteś słaby — wycedził przez zęby (zaciskał szczękę tak mocno, że musiało mu to sprawiać ból) - jego zwykle spokojny, opanowany głos drżał. — Jesteś taki słaby — dyszał mu w twarz.
— Być może jestem słaby — powiedział Harry, przełykając ślinę, próbując zwilżyć zaschnięte gardło — ale pan jest bezpieczny.
— Bezpieczny? — wysyczał Snape, jego oczy ciskały bezbrzeżną furią. — Bezpieczny? — powtórzył, szarpiąc go za kołnierz szaty; Harry się skrzywił - zabolało. — Ja, Potter — wycedził - słowa padały z jego ust jak monety spadające na lepki stół w mętnym, śmierdzącym, tanim barze — jestem pieprzoną własnością Czarnego Pana, słyszysz imbecylu? Należę do niego. Jak rzecz, jak zapchlony zwierzak. — Szarpnął rękawem lewej ręki, odsłaniając przedramię. — Spójrz — rozkazał; Harry nie chciał widzieć, uciekł wzrokiem w bok, ale Snape podsunął mu własne ramię pod sam nos; czuł połykające go, zżerające mdłości — patrz, mówię!
Harry spojrzał, choć ściskało go w gardle.
— To dowód mojej przynależności, rozumiesz? — fuknął Snape, ściszając głos. Brzmiał jak wyjątkowo niebezpieczna bestia, wyciągająca rząd ostrych jak brzytwa pazurów - przez głowę Harry'ego przemknęła myśl o ucieczce. — Jestem jego własnością, odkąd skończyłem osiemnaście lat. Teraz mam trzydzieści pięć i nie potrzebuję twoich bezmyślnych aktów miłosierdzia — wypluł, jakby rzucał przekleństwem — nie potrzebuję, żebyś targował się o mnie z Czarnym Panem. Nie masz do tego, na Morganę, prawa!
— Bardzo mi...
— Nawet mnie nie drażnij — wysyczał Snape, jeżąc się, jakby Harry wyciągnął przeciw niemu różdżkę.
— To miało... Chciałem powiedzieć...
Zaczynał gubić język w zębach.
— Wiem, co chciałeś powiedzieć.
Harry przygryzł sobie język, żeby zahamować słowa i spuścił wzrok; jego oczy natrafiły na urwane guziki w wysokim kołnierzu - Snape ich jeszcze nie naprawił, może nie zdążył, a może o nich zapomniał. Na bladej szyi widniały ciemnofioletowe sińce.
W jego czaszce tętniło bólem.
— Och, tak, Potter, przypatrz się dobrze — wyszeptał Snape - jego głos był jak płynne srebro. — Mam odciąć kołnierz, żebyś lepiej widział?
Oczy Harry'ego opadły na posadzkę. W piersi płonął ogień, który trawił go od środka, spopielał jego głupie, uczuciowe, współczujące serce.
— Gdyby mi pan powiedział... — wyszeptał Harry, nie do końca wiedząc, co chciałby Snape'owi uświadomić. — Mogłem tam iść z panem i...
— Jest święta noc, Potter!
— Wobec tego mógł mnie pan obudzić, a wtedy...
— Nie, nie mogłem, jasne? — wypluł Snape i skrzywił się paskudnie (młodszy czarodziej czuł jego niespokojny oddech na twarzy).
Harry zebrał w sobie całą swoją gryfońską odwagę i spojrzał w jego czarne, płonące wściekłością oczy. Miał wrażenie, że jego serce kuli się pod mostkiem jak mały, przemarznięty wróbel - równie szarawe, równie bezbronne.
— To był mój wybór, panie profesorze — powiedział z naciskiem, choć głos mu drżał, a w gardle piekło. — To był mój własny wybór — powtórzył, wiedząc, że wszystko to, co uciska go głęboko w piersi, jest wyraźnie widoczne na jego twarzy, wygiętej, wykrzywionej - jakby jego opanowanie łamało się, pękało równo na pół. — Wiem, co ma pan na myśli. Chodzi panu o to, że płaci pan za moje decyzje, jest pan wściekły, bo to ja powinienem ponosić za nie odpowiedzialność — Harry przełknął ciężko ślinę - zabolało, kiedy płynęła przez jego zaciśnięte jak pięść gardło — ale, panie profesorze, jadę z panem na jednym wózku. — Odetchnął głęboko, próbując uspokoić nerwy - powietrze drżało pomiędzy jego zębami; Snape patrzył na niego, patrzył w taki sposób, że Harry czuł się odsłonięty, upokorzony, czuł się tak, jakby każda jego słabość była wywlekana na światło dzienne.
Mistrz Eliksirów skrzywił się z obrzydzeniem.
— Pozwalasz sobą manipulować — wycedził przez zaciśnięte zęby; brzmiał na śmiertelnie rozdrażnionego. — Pozwalasz mu sobą pomiatać, Potter! — Znów szarpnął jego kołnierzem - wyglądał trochę jak zdziczałe zwierzę. — Ty sentymentalny durniu — rzucił w niego słowami jak pogardą.
Harry zamknął oczy. Żal dudnił mu w głowie jak werble.
— Wiedziałem, na co się piszę — powiedział na wydechu - jego głos brzmiał tak, jakby zduszano go w małej przestrzeni, w której ściskają się ściany. — Kiedy do niego szedłem byłem świadom tego, że idę do mistrza manipulacji. Kiedy z nim rozmawiałem, wiedziałem, że nie jestem wystarczająco silny, żeby przetrzymać beznamiętnie wszelkie jego próby przebicia się do mojej psychiki, wiedziałem, że pozostawi na niej rysy i pęknięcia, a jednak, kiedy dał pan mi możliwość wycofania się na ostatnią chwilę, nie zrobiłem tego.
Otworzył oczy. Snape patrzył na niego; jego twarz była jak porcelanowa maska - beznamiętna, bezwyrazowa. Blada jak płótno. Harry wypuścił ciężko powietrze z płuc i pokręcił głową.
— Nie może mnie pan wieczne ratować — wyszeptał; oczy go piekły. W gardle czuł ucisk tak potężny, że dusił. — Nie ocali mnie pan przede mną samym.
Dłonie Snape'a wepchnęły go mocniej w ścianę - Harry czuł, że będzie nosił siniaki przez kolejny tydzień, fioletową mapę jak dawkę pamięci, przypomnienia - a potem Snape puścił go (na ziemistej twarzy coś drgnęło) i odwrócił się na pięcie (rąbek czarnej peleryny uderzył Harry'ego w kostki).
Zbiegł w towarzystwie trzepoczącej w nogach szaty po krętych, wąskich schodach, jakby przed nim uciekał.
-VVV-
I może ucieczka o czymś świadczy — przemknęło Harry'emu przez myśl, kiedy kolejny raz próbował zedrzeć ze swojego umysłu pęta Czarnego Pana (tak mocne, jakby były materialne - jak lina, jak pasmo czarnego aksamitu - zaciskające się brutalnie na jego nadgarstkach). — Może łączy się z drżeniem w piersi i drażliwym, piekącym uczuciem przesuwającym się mozolnie gdzieś pod skórą - to trochę jak irytacja zmieszana płynnie z uczuciem trwogi, tak płynnie, że nie ma pomiędzy nimi wyraźnych granic, że jedno przechodzi w drugie, że czasem niewidoczne są różnice występujące między nimi.
Czarna Magia przyciągała, wciągała, żądała uwagi - miała w sobie coś takiego, że nie można było jej zignorować. Obca i znajoma zarazem (brzęczący pod skórą protest na tą burzę dualistycznych przeciwieństw).
Może ucieczka jest jakąś odpowiedzią — pomyślał, czując dudniące uderzenia serca, zupełnie jakby ten nieposłuszny organ znajdował się tu - w głowie - nie w piersi — gwałtowną reakcją, której nie można powstrzymać: pierwotną, zwierzęcą, bezwarunkową. Może uciekając, człowiek zdradza więcej, niż ma na to ochotę. Nawet jeśli to ucieczka gdzieś pośrodku snu, podczas najciemniejszej nocy.
— Może zostań — szeptał mężczyzna z jego słów, a Harry widział czerwony poblask gdzieś w swojej podświadomości — może pozwól mi poznać się lepiej?
Obudził się, słysząc krzyk; wiedział, że należał do niego. Krzyczał - gdzieś pośrodku snu, podczas najciemniejszej nocy.
-VVV-
Jak to możliwe — zastanawiał się Harry, opłukując pod przykryciem nocy bladą twarz lodowatą wodą — że ten sam człowiek, który potrafi uwieść go własną inteligencją, który potrafi porwać jego ciekawość i sprawić, by określił go mianem geniusza, potrafi jednocześnie przerazić go nie na żarty, torturować człowieka do utraty tchu, do utraty świadomości, zastraszać, uderzyć, kopnąć, podpalić i czerpać z tego niewysłowioną przyjemność? Jak to możliwe — zastanawiał się, próbując uspokoić oddech — że przeciwieństwa się nakładają, współpracują, nie znoszą nawzajem jak dwie przeciwstawne amplitudy?
Voldemort - ledwie skinieniem palca, bez wysiłku, z leniwą niedbałością - potrafił ukazać przed nim niemożliwość.
Jestem fenomenem — mówiły Harry'emu jego czerwone ślepia wpatrujące się w niego z zachłanną intensywnością — jestem sprzecznością, która nie chce się naprostować.
— A ja? — pytał Harry, czując mocne bicie serca w klatce piersiowej - nawet tu, we śnie. — Kim ja jestem?
W odpowiedzi otrzymywał miękki uśmiech i błysk pasji w czerwonych oczach.
— Nie wiem, Harry — mruczał czarnoksiężnik z jego snów — ty mi powiedz.
Jak to możliwe — zastanawiał się Harry — że ktoś obchodzący się tak ostentacyjnie z tymi, którzy mu służą, przejawia wobec niego tyle zaborczości?
Być może powinien panikować. Problem w tym, że nie widział - a może nie chciał zobaczyć - najmniejszego czynnika sprawczego.
-VVV-
Panika jest czymś innym niż lęk. Panika jest nagła, gwałtowna, związana z szokiem, z zamętem w głowie. Panika jest jak iskra, która w sekundę pada na benzynę. Panika wybucha w umyśle jak supernowa, powala na kolana, przyspiesza oddech, rozszerza źrenice - jest jak zbyt duża dawka adrenaliny wstrzyknięta w miękkie ciało.
Lęk jest przy niej stabilny, niezmienny - jak fobia - trwały. Lęk oblewa chłodem, wywołuje dreszcze, zagnieżdża się pod skórą jak pasożyt i żeruje na nim do ostatka. Lęk jest jak szron obrastający ciało, klejący się do kości, nietopniejący w kontakcie w żywym, bijącym sercem. Lęk jest jak sygnał alarmowy - czerwona lampka, która ostrzegawczo miga gdzieś w głębinach umysłu. Lęk to reakcja zdrowego organizmu na dostrzeżone w pobliżu niebezpieczeństwo.
-VVV-
— Miałbym cię za głupca — powiedział mu cichym, aksamitnym głosem Severus Snape, kiedy Harry wreszcie ośmielił się mu zwierzyć, patrząc na niego tymi czarnymi, głębokimi jak bezdenne studnie oczami — gdybyś się nie bał.
