Serdecznie dziękuję Panterze za zbetowanie rozdziału.


Auriga pochyliła się nad teleskopem, kątem oka zerkając na Severusa, który stojąc przy blankach wieży spokojnie popijał herbatę. Ostatnio rzadko ją odwiedzał. Nie miał zbyt wiele wolnego czasu — nie tylko dla niej, ale w ogóle — i najczęściej ich nocne rozmowy ograniczały się do wymiany pojedynczych zdań nad kociołkami, kiedy pomagała mu w jego pracowni. Sinistra tym bardziej doceniała wszystkie pozostałe chwile, które jej poświęcał: parę minut rozmowy w pokoju nauczycielskim w przerwie między zajęciami, godzina wykradziona między spotkaniem z Czarnym Panem a naradą z Dumbledore'em czy, jak dzisiaj, kilka kwadransów, nim będzie musiał wrócić do lochów, by do przygotowywanych przez cały wieczór eliksirów dodać kolejne składniki.

Jakkolwiek cieszyło ją towarzystwo Severusa, nie zamierzała z jego powodu zaniedbywać własnej pracy... nawet jeśli miałaby na to ochotę, bo ostatnio w jego obecności wszystkie rzeczy, w innych okolicznościach szalenie ważne, nagle w dziwny sposób traciły na znaczeniu... Ale jak by to wtedy wyglądało?

Sinistra westchnęła cicho, próbując skupić się na tym, co robi. Starała się nie myśleć ani o Severusie, ani innych sprawach, mniej lub bardziej z nim związanych, jak choćby o zbiegłych z Azkabanu śmierciożercach. Od kilku dni w całym kraju nie mówiło się o niczym innym i ona również nie mogła przestać zastanawiać się, jakie to zdarzenie będzie miało konsekwencje. Oczywiście jedyna osoba, która byłaby w stanie rozwiać jej obawy, nie chciała z nią o tym rozmawiać i ucinała wszelkie pytania stwierdzeniem, że wszystko kontroluje. Auriga, choć bardzo by chciała, jakoś nie potrafiła w to uwierzyć.

Kiedy zerknęła na niego po raz kolejny, Severus pochwycił jej spojrzenie.

Powiedz to — mruknął.

Co? — zdziwiła się.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

Jak mogłeś do tego dopuścić? Dlaczego ich nie powstrzymaliście? Co teraz z nami będzie? — zadrwił. — Nie potrzebuję legilimencji, żeby wiedzieć, o czym myślisz — dodał. — Jesteś na mnie zła, wymówki aż cisną ci się na usta. Od kiedy przyszedłem, tylko patrzysz na mnie dziwnie i ciężko wzdychasz. Mam sobie iść?

Nie — odparła Sinistra szybko, kręcąc głową. — I wcale nie jestem na ciebie zła. Ja tylko... Nie podoba mi się to i tyle... — Spojrzała w okular teleskopu. — Boję się, Sev — wyrwało jej się nieco mimowolnie.

Nie masz czego, Aurigo — usłyszała w odpowiedzi. W głosie Snape'a pobrzmiewała łagodna kpina. — W Hogwarcie jesteś całkowicie bezpieczna.

Kobieta odwróciła się do niego zaskoczona.

Przecież nie o siebie się boję! — prychnęła. — Tylko o innych. O ciebie na przykład... Ostatnio głównie o ciebie.

Jestem doprawdy poruszony, ale nie musisz.

Ach, tak, znam to. Jak zwykle sam sobie ze wszystkim radzisz i nie potrzebujesz niczyjej pomocy.

Sarkazm ci nie pasuje, Aurigo. Naprawdę jest dokładnie tak, jak mówisz.

I z pewnością macie z Albusem jakiś doskonały plan, który nie może nie wypalić. A, i który wymaga, żebyś regularnie odbywał jakieś tajemnicze spotkania z Harrym Potterem — przypomniała sobie. Zanim Severus zdążył zaprzeczyć, dodała: — Proszę cię. Korki z eliksirów, serio?

Snape nie odpowiedział. Mogła sobie wyobrazić, że krzywi się lekko, jak zawsze, kiedy znajdowała się zbyt blisko prawdy.

Więc co tak naprawdę robicie? — zapytała Sinistra.

To są sprawy, które cię nie dotyczą — odparł cicho, ale stanowczo.

Och... — Kobieta wróciła do przerwanej pracy, żeby ukryć rozczarowanie i żal, w jaki wprawiły ją jego słowa. Bezmyślnie pokręciła pokrętłami, żeby wyrównać ostrość obrazu, ale udało jej się tylko rozregulować ją bardziej. Do woli mogła sobie nakazywać spokój i opanowanie, ale przy Severusie nie potrafiła się skupić. Czuła na sobie jego przenikliwy wzrok i to też niczego nie ułatwiało.

Na Merlina, Aurigo... — zaczął Snape ze zniecierpliwieniem.

Nie mógłbyś choć raz zachować się jak człowiek i po prostu powiedzieć mi, co się dzieje, zamiast wciąż zbywać mnie wymówkami? — przerwała mu gniewnie. Stuknęła różdżką w tubę teleskopu, odrobinę mocniej, niż to było konieczne. Najchętniej kopnęłaby oporny sprzęt, ale niestety stanowił własność szkoły i kosztował fortunę.

Nie mogę, powinnaś wreszcie to zrozumieć — uciął Severus. — I tak mówię ci o wiele więcej, niż powinnaś wiedzieć... A może nie? — prychnął, wyczuwając jej zaskoczenie.

Och, to że od czasu do czasu rzucisz jakiś strzęp informacji...

Wiem, że chciałabyś otrzymywać pełne raporty jak Albus, ale do tego na szczęście nie dojdzie. Skończyłaś już? — zapytał, brodą wskazując na teleskop.

Nie! — fuknęła. — Nie wiem... Nie potrafię... Rozpraszasz mnie!

Przesadzasz — skwitował. — Chodź, przestań wreszcie miotać się przy tym cholerstwie. Herbata ci wystygnie.

Auriga porzuciła walkę z teleskopem i z rezygnacją oparła o blanki wieży obok Severusa. Wciąż czuła złość, a jednocześnie było jej trochę głupio. Kilkakrotnie prowadzili już podobne rozmowy i za każdym razem obiecywała sobie, że nie będzie ponownie go wypytywać i wdawać się w nieprowadzące donikąd dyskusje. Nic nie mogła jednak poradzić na to, że kiedy przychodziło co do czego, nie umiała nad sobą panować. Czasem wręcz miała wrażenie, jakby istniały dwie Aurigi. Jednej — tej rozsądniejszej i bardziej cierpliwej — zależało tylko na tym, by okazać Severusowi jak największe wsparcie. Nie zamierzała mu się narzucać ani naciskać, a jedynie być w pobliżu na wypadek, gdyby jej potrzebował, jak na prawdziwą przyjaciółkę przystało. Ta Auriga zamartwiała się dyskretnie. Podczas spotkań z Severusem uśmiechała się i mówiła o głupstwach, żeby odwrócić jego i swoje myśli od tego, o czym oboje i tak myśleli za dużo. Udawała, że wierzy w uspokajające kłamstwa i dopiero w samotności pozwalała sobie na łzy strachu i bezradności. Zamierzała, na tyle, na ile Severus jej pozwoli, pomagać mu i troszczyć się o niego, a nie być dodatkowym problemem. Przede wszystkim zaś rozumiała i akceptowała to, że nie ma prawa niczego żądać, że tak naprawdę nie istnieje żaden powód, by Severus się przed nią tłumaczył czy cokolwiek jej wyjaśniał.

W Auridze numer dwa ten stan rzeczy budził głęboką frustrację. Niewiedza denerwowała ją i przerażała, a zapewnienia, że wszystko jest dobrze, tylko wzmagały gryzący niepokój, bo przecież widziała i czuła, że nic dobrze nie jest. Ta druga Auriga nie potrafiła ukryć strachu. Zadawała pytania i wściekała się, słysząc lakoniczne i wymijające odpowiedzi. Czasem miała ochotę krzyczeć i kłócić się, robić Severusowi wymówki i urządzać dzikie awantury, a czasem po prostu poddać się i rozpłakać, rozpaczliwie i żałośnie. Przed zrobieniem tego powstrzymywała ją chyba tylko obawa, że Severus zupełnie by się tym nie przejął. W jakiś sposób zawsze wiedziała, że potrzebuje go bardziej niż on jej. Ta druga Auriga była zaborcza i egoistyczna, i nie zadowalała się tą odrobiną zaufania, jaką Severus ją obdarzał. Uważała, że jego tajemniczość i niedostępność jest irytująca. Chciała, by z nią rozmawiał, dzielił się z nią myślami, mówił o swoich lękach, o potrzebach i planach. Może wtedy ona mogłaby odpłacić mu podobną szczerością?

Snape ostrożnie postawił na murze przed nią parującą filiżankę. Przyjęła ją, nachmurzona i zdenerwowana.

Po prostu odpuść — poprosił.

Auriga popatrzyła na niego ponuro, po raz kolejny tłumiąc w sobie to wszystko, co chciałaby mu powiedzieć.

Mam dla ciebie notatki — westchnęła po chwili. Ten temat zawsze wydawał się dostatecznie bezpieczny i neutralny. Sięgnęła po leżące na stoliku papiery. — Jutro mogę ci z tym pomóc. Teorię kończę przed obiadem, a potem mam wolne aż do wieczora.

Severus powoli obrócił w dłoniach filiżankę.

Wiesz, że nie musisz tego robić — zauważył.

Wiem. — Wzruszyła ramionami. — Ale chcę. W sumie sama nie wiem dlaczego...

No właśnie, dlaczego? — powtórzył.

Nie rozumiem...

Ja też nie — westchnął Snape. Sinistra spojrzała na niego pytająco, więc wyjaśnił: — Masz własne obowiązki i tysiąc innych rzeczy do roboty.

Och, to nie jest problem, nie mam wtedy zajęć...

Severus pokręcił głową.

Nie o to mi chodzi. — W jego głosie dźwięczało lekkie rozdrażnienie, jakby irytowała go własna niewiedza, a może bardziej to, że sam poruszył ten temat. Brnął jednak dalej: — Nie masz żadnych korzyści z pomagania mi. I najprawdopodobniej nie będziesz miała. Jeśli liczyłaś na to, że zdołasz wyciągnąć ze mnie jakiekolwiek informacje, to już dawno musiałaś zorientować się, że się pomyliłaś. Nawet gdybym chciał cię jakoś uspokoić czy pocieszyć, nie mogę zdradzać ci planów Czarnego Pana ani Dumbledore'a. Może ci się też wydawać, że jako szpieg mam większy wpływ na to, co się dzieje, ale to nieprawda. Kiedy na dobre wybuchnie wojna, znajomość ze mną nie zagwarantuje bezpieczeństwa tobie ani twojej rodzinie. W żaden sposób nie będę mógł ci się odwdzięczyć. Chciałbym, żeby to było dla ciebie jasne.

Osłupiała Auriga przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć.

Nie wierzę! — wyrzuciła z siebie w końcu. — Jesteś po prostu beznadziejny, Sev! Naprawdę sądzisz, że pomagam ci tylko dlatego, że oczekuję czegoś w zamian? Że... że chcę cię wykorzystać? Tak trudno przyjąć ci do wiadomości, że komuś może po prostu na tobie zależeć? — Zamilkła gwałtownie, przestraszona własną otwartością.

Severus spojrzał na nią z namysłem.

Obawiam się, że nie wyjdziesz za dobrze na próbach zaprzyjaźniania się ze mną, Aurigo — powiedział.

Nie dbam o to — odparła cicho. Nieco nerwowym, obronnym gestem otuliła się ciaśniej szalem. — I co to w ogóle znaczy, że próbuję się z tobą zaprzyjaźniać, hm? — dodała zaczepnie. — Już mi się to udało, i to dawno temu!

xxx

Znowu żadnej reakcji. Cordice odsunął się z cichym westchnieniem i opuścił różdżkę, a potem spojrzał na towarzyszącego mu Lucjusza Malfoya. Pokręcił lekko głową, a Malfoy poderwał się gwałtownie z fotela i wyszedł z pokoju, głośno trzaskając drzwiami.

Cordice dogonił Lucjusza w korytarzu, gdzie ten z irytacją chodził w kółko, nerwowo stukając obcasami po surowej, drewnianej podłodze. Pomieszczenie pogrążone było w półmroku, jak zresztą wszystkie pokoje w tym domu. Przez zasłonięte kotarami okno sączyła się jedynie wąska smużka światła, w której wirowały drobiny kurzu.

— Widać poprawę... — zaczął Cordice.

— Poprawę? — warknął Malfoy. — Coś takiego pan nazywa poprawą?

Mężczyzna nie odpowiedział.

— Jak długo jeszcze to potrwa? — ciągnął Lucjusz zjadliwie. — Od początku powtarza mi pan, że mam czekać, ale jak długo jeszcze, pytam?

— Nie mogę nic obiecać...

— Nie możesz? A możesz mi powiedzieć, czy to w ogóle ma jakiś sens? Bo jeśli nie, to wolę zakończyć to teraz, niż dłużej się męczyć!

— Jest pan zdenerwowany. Naprawdę pan tak nie myśli.

Lucjusz spojrzał na niego groźnie.

— Proszę po prostu dać nam jeszcze trochę czasu — poprosił spokojnie Cordice.

— Ile?

Cordice uśmiechnął się enigmatycznie i wzruszył ramionami, a potem, jak gdyby nigdy nic, podszedł do czekającego przy drzwiach skrzata domowego o imieniu Spodek, którego Lucjusz wezwał do pomocy. Malfoy zdążył już przywyknąć do tego, że Cordice bez skrępowania wydaje polecenia jego służbie, choć nieodmiennie budziło to w nim głęboką irytację. Tym razem nie było inaczej, a jemu i tak już niewiele brakowało do wybuchu. Wyszedł pospiesznie, czując, że lada chwila nie wytrzyma i powie albo zrobi coś, czego później pożałuje.

Szybkim krokiem ruszył w kierunku dworu, brodząc w wiszącej w powietrzu wilgotnej, jesiennej mgle. Chłód poranka nieco ostudził jego złość, jednak dopiero w szerokim, jasno oświetlonym holu Malfoy Manor Lucjusz znów poczuł się pewnie i zdołał opanować emocje. Cordice mógł się panoszyć do woli, ale to on był tutaj panem i do niego należało ostatnie słowo. W każdej chwili mógł zakończyć całą sprawę, a samego Cordice'a posłać do diabła. I zrobi to. Ale najpierw da mu jeszcze jedną szansę. Ostatni raz.

Uspokoiwszy się podjęciem tego postanowienia, Lucjusz skierował się do jadalni.

Przy zastawionym do śniadania stole siedzieli Narcyza i Draco. Na widok ojca chłopak ostentacyjnie wstał i wyszedł. Zirytowany mężczyzna odprowadził go wzrokiem, ale nie powiedział ani słowa. Nie miał siły ani ochoty użerać się teraz z tym niewdzięcznym bachorem.

Podszedł do stołu i zajął miejsce, które przed chwilą zwolnił jego syn. Prawie natychmiast zjawił się przy nim skrzat domowy, by podać mu czystą filiżankę i sprzątnąć nakrycie Draco. Lucjusz odgonił go niecierpliwym machnięciem ręki. Sam nalał sobie herbaty i upił łyk. Dopiero po chwili spojrzał na żonę, nieco zaniepokojony jej milczeniem. Narcyza nie należała do szczególnie wylewnych czy gadatliwych osób, ale Lucjusz liczył choćby na zwykłe „dzień dobry". Poza tym zawsze interesowało ją, jak mają się sprawy z Cordicem, więc spodziewał się, że jak zwykle o to zapyta. Ona jednak wydawała się pogrążona we własnych myślach i zupełnie nieobecna. Na jej twarzy nie odbijały się żadne emocje, ale zdradzały ją dłonie, w których niespokojnie mięła rąbek obrusa.

— O co chodzi? — zapytał Malfoy.

Kobieta drgnęła lekko i spojrzała na niego z powagą.

— Martwię się o Draco — wyznała, sięgając po filiżankę.

Lucjusz skrzywił się i wzruszył ramionami. Mógł się domyślić, że Narcyza poruszy ten temat prędzej czy później.

— Znowu się pokłóciliście — dodała spokojnie.

Był to niejaki eufemizm, ponieważ w ostatnim czasie Lucjusz i Draco nie tyle się kłócili, co znajdowali w stanie niemal permanentnej wojny. Od czasu ich rozmowy w gabinecie tydzień temu, obaj nie zamienili ze sobą ani słowa. Do tego Draco zwyczajnie unikał ojca, co w tak wielkim domu, jak Malfoy Manor, nie było trudne.

— Próbowałem z nim porozmawiać, tak jak chciałaś. To nie moja wina, że jest zbyt uparty i głupi, żeby zrozumieć, co się do niego mówi.

— Jest teraz trochę zagubiony — poprawiła go łagodnie Narcyza.

— Stroi fochy i tyle — sarknął Lucjusz. — A ty jeszcze użalasz się nad nim i utwierdzasz go w przekonaniu, jaki to nie jest biedny i nieszczęśliwy, zamiast kazać mu wziąć się w garść.

— Uważasz, że jego wrażliwość to przejaw słabości? — zirytowała się kobieta.

— A nie? Też nie jestem szczęśliwy, że przegraliśmy i nie bawi mnie sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy. Ale nigdy nic bym nie osiągnął, gdybym po każdej porażce obrażał się i chował się w domu jak jakaś wydelikacona panienka. Od dawna mówiłem ci, że powinniśmy być dla niego surowsi. Zawsze za bardzo mu pobłażałaś i teraz widzisz, jakie są tego skutki.

— Więc to moja wina? — spytała chłodno Narcyza.

— Na pewno nie moja.

— Bardziej troszczysz się o obcego człowieka niż o własnego syna!

— Ten obcy człowiek może nam pomóc, podczas gdy mój własny syn robi wszystko, żeby doszczętnie pogrążyć naszą rodzinę.

— Nie zrobił nic złego! To, że nie podobają mu się twoje metody, nie oznacza, że jest głupi. Ma swoją dumę.

Lucjusz skrzywił się drwiąco.

— Ach, tak, ciekawe po kim ją ma.

— Sugerujesz, że po mnie? — prychnęła Narcyza.

— No chyba nie po mnie. Malfoyowie zawsze woleli ocalić skórę niż zachować dumę, w przeciwieństwie do Blacków, którzy, sama widzisz, jak na tym wyszli.

Narcyza z trzaskiem odstawiła filiżankę na stół i Lucjusz zorientował się, że przesadził. Kobieta spojrzała na niego zimno i bez słowa wyszła z jadalni. Malfoy westchnął ciężko i wstał, by ruszyć za nią — kłótnia z żoną była ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował — ale w tym samym momencie z cichym pyknięciem pojawił się przed nim Spodek. W pierwszym odruchu Lucjusz chciał go przegonić, ale coś w postawie skrzata i jego pełnej przejęcia minie sprawiło, że się powstrzymał.

— Coś się stało? — zapytał zamiast tego.

— Tak, sir — padła odpowiedź. — Spodek sądzi, że lepiej będzie, jeśli sam pan to zobaczy.

xxx

Eliksir leczniczy bulgotał cicho w niedużym cynowym kociołku. Auriga przyjrzała mu się krytycznie, ale nie zauważyła żadnych nieprawidłowości. Miała nadzieję, że Severus także ich nie dostrzeże. Spojrzała na przyjaciela, który przy drugim końcu stołu warzył jakąś inną, zapewne o wiele bardziej skomplikowaną miksturę.

Jakby czując na sobie jej wzrok, mężczyzna uniósł głowę.

Prawie skończyłam. Za kilka minut dorzucę ostatnie składniki — poinformowała go z uśmiechem, odsuwając się od stanowiska i przeciągając lekko, żeby rozprostować kości.

Severus skinął głową. Machnięciem różdżki wprawił w ruch szklaną bagietkę, która miarowo zaczęła mieszać wywar, a potem podszedł do stojącego obok statywu, wypełnionego fiolkami z efektami zeszłotygodniowej pracy szóstorocznych, którą musiał wreszcie ocenić. Podniósł jedną z fiolek i zaklęciem opróżnił ją z błotnistej zgniłozielonej mazi. Spojrzał na etykietę, żeby odczytać nazwisko autora.

Co jak co, ale po Krukonach spodziewałem się lepszych efektów — westchnął, zapisując w dzienniku zamaszyste O. Na jego ustach błąkał się uśmieszek złośliwej satysfakcji.

Co to właściwie miało być? — zainteresowała się Auriga, podchodząc do niego.

Antidotum na Wywar Żywej Śmierci. A to — dodał, nim zbliżyła się do jednego ze stojących obok kociołków — jest Wywar Żywej Śmierci i lepiej w ogóle go nie dotykaj.

Jeśli sądził, że to skłoni ją do powściągnięcia ciekawości, to bardzo się pomylił. Zaintrygowana potoczyła wzrokiem po pozostałych kociołkach rozstawionych na blacie. Było ich siedem, każdy zbyt mały, by warzyć w nim eliksiry w porcjach, jakich zwykle potrzebowała Poppy do skrzydła szpitalnego. Samych mikstur w nich też zresztą znajdowało się niewiele i nie wyglądały zbyt groźnie.

Nadal uważam, że powinieneś powiedzieć Albusowi, że nie wyrabiasz się ze wszystkimi obowiązkami — rzuciła Auriga, zaglądając do jednego z nich.

Nonsens. Wyrabiam się.

Właśnie widzę. Robisz dziesięć rzeczy naraz. Nie chciałabym być tutaj, kiedy w końcu coś zepsujesz...

Severus spojrzał na nią z irytacją, więc dała sobie spokój.

To wszystko na lekcje? — zapytała zamiast tego.

Tak. Możesz im się przyjrzeć, tylko niczego nie ruszaj — odparł, wracając do swojego eliksiru.

Pokazywałeś uczniom... Veritaserum? Wiesz, to trochę niepokojące, że potrafisz bez trudu przyrządzić coś takiego... — Uśmiechnęła się. — Co jest w pozostałych?

Głównie mało przyjemne i prawie niewykrywalne trucizny.

Auriga wskazała na pierwszy z brzegu kociołek, z którego unosiły się spirale srebrzystej pary.

To znaczy?

Severus zerknął w tamtą stronę i, ku jej zaskoczeniu, odparł:

Zgadnij.

Auriga pochyliła się i zajrzała do środka. Mikstura miała konsystencję wody i dość charakterystyczny kolor masy perłowej, ale czarownica nie potrafiła przypomnieć sobie, z czym on jej się kojarzy. Odetchnęła głęboko, starając się rozpoznać przynajmniej zapach. Wyraźnie poczuła specyficzną, ale przyjemną woń severusowej pracowni: mieszankę najróżniejszych ziół i przypraw, pergaminu, książek i Earl Greya... Sam eliksir zdawał się nie mieć własnego zapachu, a jedynie potęgować te wokół. Auriga zrelacjonowała Snape'owi swoje obserwacje i pochyliła się mocniej, zanurzając twarz w kłębach pary i czując jak ogarnia ją poczucie bezpieczeństwa i błogości. Dziwne, coś, co pachniało tak miło, nie mogło być niebezpieczne...

Wystarczy. — Poczuła dłoń Severusa na swoim ramieniu. Wyprostowała się niechętnie i spojrzała na niego z żalem.

Co to? — zapytała zaintrygowana.

Nie odpowiedział. Przez chwilę po prostu na nią patrzył, a potem uśmiechnął się nieznacznie. Auriga poczuła się nieco nieswojo. Z nagłym zakłopotaniem odwróciła się i podeszła do swojego stanowiska.

Tak jakbyś nie mógł mi po prostu powiedzieć — rzuciła, zabierając się za siekanie ziół, które za moment powinna dodać do swojego eliksiru. — Dobrze wiesz, że nie jestem w tym dobra...

Sądziła, że zacznie docinać jej i bezlitośnie wytykać braki w edukacji, jednak nie zrobił tego.

Czy naprawdę nie czułaś nic innego?

Pokręciła głową, coraz bardziej zniecierpliwiona.

A co powinnam poczuć? Co to jest?

Amortencja — wyjaśnił.

Sinistra potrzebowała chwili, by w pełni zrozumieć tę informację, a kiedy już jej się to udało, zapragnęła nagle, by ziemia rozstąpiła się pod nią i ją pochłonęła. Ze wszystkich sił starała się powstrzymać wpełzający na policzki rumieniec — bezskutecznie. Odruchowo uciekła wzrokiem w bok, myśląc z rozpaczą, że jeśli dotąd istniały jeszcze jakieś szanse, by wyłgać się z wyznania, które nieświadomie uczyniła, to jej reakcja i tak ją zdradziła. Miała ochotę przekląć swój długi język, a jeszcze bardziej Severusa, który tak paskudnie ją podpuścił!

Auridze brakowało odwagi, żeby spojrzeć na niego ponownie. Nie wiedziała, czego się spodziewać. Bała się tego, co mógłby powiedzieć, a jednocześnie ogarnęło ją coś w rodzaju ulgi. Nawet jeśli wcześniej Snape był ślepy na to, co się z nią działo, to obecna sytuacja chyba nie pozostawiała miejsca na wątpliwości.

I dobrze!" — pomyślała. Wreszcie mogła skończyć z udawaniem przed nim i przed samą sobą, że traktuje go tylko jak przyjaciela. Że na jego widok nie miękną jej kolana, a przypadkowy dotyk nie powoduje dreszczy. Że wcale nie pragnie niczego więcej, nie myśli o nim zbyt często, nie marzy, nie tęskni jak szalona, nie umiera ze strachu, kiedy zostaje wezwany i nie martwi się o niego za mocno... Zresztą jak nie teraz, to kiedy? Miała czekać aż na dobre wybuchnie wojna? A może aż się skończy? I przy okazji mieć nadzieję, że oboje ją przeżyją — co w przypadku Snape'a wydawało się założeniem nad wyraz optymistycznym.

Sinistra zebrała się w sobie i uniosła głowę — by zobaczyć, że Severus najzwyczajniej w świecie wrócił do pracy.

Ehm... nic nie powiesz? — spytała zdumiona.

Wzruszył ramionami.

Nie sądziłem, że aż tak lubisz tu przesiadywać — odparł nie patrząc na nią.

Auriga zmrużyła podejrzliwie oczy. Naprawdę nie rozumiał? Na Merlina i Morganę, miała mu to przeliterować?! Ktoś tak przenikliwy i bystry jak on już dawno powinien się domyślić... A może po prostu nie chciał rozumieć? Kobieta poczuła, że znów palą ją policzki.

Ja... lepiej już pójdę — powiedziała szybko. — Przepraszam...

Mężczyzna spojrzał na nią z zaskoczeniem.

Dlaczego? Przecież nic nie powiedziałem! Zostań. Nie skończyłaś eliksiru.

Ma rację, a ty robisz z siebie kompletną idiotkę" — pomyślała Sinistra ze złością. Drżącymi rękami sięgnęła po nóż i zabrała się za krojenie kolejnej porcji ziół. Powinna się cieszyć. Jeśli Severus zamierzał zachowywać się, jak gdyby nic się nie stało, to świetnie. Przynajmniej jej nie wyśmiał. Nie zniosłaby, gdyby to zrobił.

Kobieta przygryzła wargę i mocniej ścisnęła trzonek noża. Miarowe stukanie ostrza o blat brzmiało dziwnie uspokajająco.

Ale poważnie? — odezwał nieoczekiwanie Severus. — Eliksiry?

Auriga spojrzała na niego niepewnie. Przyglądał jej się z rozbawieniem, spokojnie mieszając swój wywar.

To... interesujące, muszę przyznać — stwierdził gładko.

I tyle z twojego „przecież nic nie powiedziałem"...

Po prostu jestem zaskoczony — odparł Snape.

A czego się spodziewałeś?

Czy ja wiem... Czegokolwiek. Zapachu kawy, lasu albo powietrza po burzy...?

Auriga zamarła zaskoczona. Natychmiast jednak opanowała się i wrzucając do kociołka garść ziół, zapytała niby od niechcenia:

A tak właściwie czym dla ciebie pachnie Amortencja?... Och... — westchnęła po sekundzie, bo z jej eliksiru zaczęły unosić się kłęby dymu.

Severus znalazł się przy niej w kilku krokach.

Zwariowałaś? Chcesz nas pozabijać? — prychnął, odsuwając ją bezceremonialnie. — Najpierw kolce, dopiero później zioła! — dodał, kierując na wywar różdżkę i szepcąc jakieś zaklęcia.

Przepraszam, nie pomyślałam...

Nie przepraszaj, tylko skoncentruj się, Aurigo.

Kiedy ty sam mnie zagadujesz...

Mikstura uspokoiła się, a Severus popatrzył na kobietę surowo. Nie wyglądał jednak na bardzo zdenerwowanego, raczej nieco rozbawionego jej zakłopotaną i skruszoną miną. Chciał chyba coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo w tej samej chwili rozległo się niepokojące bulgotanie. Odwrócił się, żeby spojrzeć na własny kociołek.

Czy to powinno tak wyglądać? — zaniepokoiła się Sinistra, obserwując kolorowe iskry unoszące się znad wywaru.

Zamiast odpowiedzieć, Snape złapał ją za ramię i pociągnął pod stół. W samą porę, bo sekundę później rozległ się ogłuszający huk, a po nim kolejne, jakby ktoś odpalił wiązkę fajerwerków. Lochy zatrzęsły się w posadach, a potem zapadła ciężka, dźwięcząca w uszach cisza. Przyciśnięta do podłogi Auriga usłyszała ciche przekleństwo; poczuła, że Severus unosi się lekko i sama także usiadła prosto. Wokół nich z blatu stołu spływały wstęgi szarej mgły, w której wirowały błyszczące drobiny eliksirów. Snape zaklął jeszcze raz. Sinistra w duchu przygotowała się na ostrą i nie do końca niezasłużoną reprymendę... Ta jednak nie nastąpiła.

Jesteś cała? — zapytał Severus.

Ehm... chyba tak. A ty?

Też — odparł grobowym tonem. — Ale naprawdę nie chcę wiedzieć, w jakim stanie jest pracownia. I co powiem Krukonom? Od tygodnia męczą mnie o oceny.

Auriga parsknęła śmiechem.

Tak jakbyś nie zamierzał wszystkich oblać! — Trąciła czubkiem buta smugę mgły, pełznącą w jej stronę po podłodze. — Cóż, to wygląda całkiem ładnie... Myślisz, że jest toksyczna?

Nie sądzę, ale chyba powinniśmy poczekać, aż opadnie... Na Merlina, kobieto, jeśli zamierzasz robić takie rzeczy, to nie pozwolę, żebyś mi pomagała... — Severus chyba przypomniał sobie, że powinien ją zganić, ale trzeba było przyznać, że nie włożył w to serca.

Auriga uświadomiła sobie nagle, że nie odsunął się od niej i wciąż opiekuńczo obejmował ją ramieniem. Poczuła, że nie wytrzyma dłużej nie wiedząc. Odwróciła się odrobinę, żeby móc na niego spojrzeć.

Nie odpowiedziałeś mi, Sev. Czym dla ciebie pachnie Amortencja? — szepnęła.

Mężczyzna przez chwilę wpatrywał się w nią ze zdumieniem.

Jesteś stuknięta — powiedział w końcu. — Właśnie wysadziłaś kociołek i zamiast chociaż... no nie wiem... przeprosić, pytasz mnie o coś takiego?

To twój eliksir wybuchł — zauważyła Sinistra. — Gdybym chciała być niemiła, to powiedziałabym „a nie mówiłam?".

Nie denerwuj mnie...

Więc czym?

Na Merlina, chyba nie oczekujesz, że naprawdę ci powiem? — Severus uśmiechnął się z niedowierzaniem.

Auriga przygryzła wargę.

A mógłbyś — stwierdziła z nagłą determinacją. — To by wiele ułatwiło.

Na przykład? — Uniósł brwi.

Wiedziałabym, czy nie wygłupię się, robiąc to... — Nim zdążyła się rozmyślić, pochyliła się i niepewnie musnęła wargami jego usta.

xxx

Minerwa pędziła korytarzem do wtóru wrzasków kołującego nad nią Irytka. Żadne prośby, ani groźby nie pomagały go uciszyć, bo poltergeistowi zbyt wielką frajdę sprawiało denerwowanie już i tak zdenerwowanej dyrektorki. Jakby nie miała wystarczająco wielu problemów bez jego irytującego towarzystwa!

Jesień zapanowała na dobre wraz z osławioną brytyjską słotą. Deszcz i wiatr bezlitośnie smagały wiekowe mury zamku i wdzierały się do środka przez nieszczelne okna i zrujnowane ściany, a skrzaty oficjalnie rozpoczęły sezon kominkowy i co dzień rozpalały ogień w komnatach uczniów i nauczycieli, ku zgrozie McGonagall, która miała coraz więcej wydatków i coraz mniej pieniędzy. Dyrektorka stawała na głowie, żeby pozyskać jakieś fundusze i przyspieszyć remont szkoły, ale nie szło jej to zbyt dobrze i przez większość czasu chodziła zła i zmęczona, ostro karcąc każdego, kto ośmielił się marudzić. Niestety, Irytek nie przypominał panny Powell i nie wystarczył uszczypliwy komentarz, by odszedł obrażony, a Krwawy Baron gdzieś przepadł, jak zwykle, kiedy był potrzebny.

— Budowlańcy-popaprańcy! — zarechotał poltergeist, huśtając się na żyrandolu.

— Zamknij się, Iryt — warknęła Minerwa, uciekając się do bardziej radykalnych metod i posyłając w jego stronę zaklęcie. Niestety, klątwa chybiła, a duch zaniósł się złośliwym śmiechem. Kolejnej już nie zauważył. Zniknął z cichym „puff", zanim zdążył zorientować się, co właściwie się stało.

Wzburzona dyrektorka pobiegła dalej.

W korytarzu na piątym piętrze stała woda i czarownica musiała unieść nieco spódnicę, żeby jej nie zamoczyć. Im bardziej zbliżała się do łazienki prefektów, tym było gorzej. Przy drzwiach, zza których dobiegały przekleństwa i trzaski, woda sięgała już kostek. Minerwa zawahała się przed wejściem, ale poczucie obowiązku zwyciężyło i pchnęła drzwi.

— Dzień dobry, pani dyrektor — przywitał ją pogodnie chuderlawy mężczyzna o nieciekawej twarzy, okolonej plątaniną kędzierzawych włosów.

— Mamy małe kłopoty. Ale się naprawi, nie ma strachu — wyjaśnił uspokajająco drugi z robotników, wysoki i brzuchaty. Brodząc po kolana w wodzie, mężczyzna podszedł do jednej z rur, które wystawały z wielkiej dziury w ścianie, a potem walnął w nią różdżką, aż zabrzęczało.

Minerwa przymknęła oczy i odetchnęła głęboko, licząc od dziesięciu wspak, a potem zapytała:

— Co tu się stało?

— No, chyba rura pękła — wyjaśnił niski, chudy człowieczek o goblinowatej twarzy, który siedział na brzegu marmurowej wanny i najzwyczajniej w świecie palił papierosa.

— Rura pękła — powtórzyła McGonagall sucho. — I co dalej?

— Ano chyba nic, bo my nie jesteśmy od kanalizacji — westchnął, podczas gdy jego kolega wciąż raz po raz walił w rurę.

— Niech pan przestanie! — zdenerwowała się czarownica. — Chce pan to zepsuć jeszcze bardziej?!

— Sorka na niego nie krzyczy — poprosił kędzierzawy. — On chce pomóc.

Minerwa prychnęła z niedowierzaniem, powoli odzyskując animusz.

— Jak mniemam zatrudniałam jakiegoś hydraulika, nie dość tego, zatrudniałam go razem z całą ekipą. Proszę więc natychmiast ją znaleźć i przyprowadzić — zażądała.

Mężczyzna z zakłopotaniem podrapał się po głowie.

— A to będzie problem — wtrącił ten z papierosem — bo ci od kanalizacji mają dziś wolne. Jutro przyjdą, to naprawią.

— Jutro? Dwa piętra są zalane! Krukoni nie mogą wrócić do wieży!

— E tam, dzieciaki pewno umią pływać — pocieszył ją.

— Umią... tfu, umieją czy nie umieją, nie o to chodzi! — zirytowała się dyrektorka, czując, że jeszcze moment, a nagromadzona przez ostatnie miesiące frustracja wybuchnie i ktoś, zapewne owi pseudo-fachowcy, tego nie przeżyje. — To trzeba naprawić, natychmiast!

— Kiedy my nie...

Zdeterminowana Minerwa podkasała spódnicę i chlupiąc na boki podeszła ściany.

— Pan — wskazała na pierwszego z brzegu robotnika — pójdzie po profesora Flitwicka. A panowie mi wytłumaczą, co tu konkretnie nie działa.

x

We wtorkowe przedpołudnie pokój nauczycielski powinien być całkiem wyludniony, toteż Auriga niezmiernie zdziwiła się, widząc w nim Minerwę, rozmawiającą o czymś z niewysoką jasnowłosą kobietą. Dyrektorka odnosiła się do niej uprzejmie, ale w jej głosie dało się wyczuć niechęć i dystans. Niestety Auriga nie zdążyła w porę się wycofać.

— Profesor Sinistra! — zawołała McGonagall, odwracając się do niej z ulgą. — To jest Brenda Fenwick z magazynu „Czarownica". Zbiera materiały do swojego artykułu i chciałaby porozmawiać z którymś z nauczycieli.

Mina dyrektorki wyraźnie mówiła, co kobieta sądzi o natrętnych reporterkach z kolorowych pisemek. Mówiła również: „zajmij się nią, bo będziemy mieli na głowie aurorskie dochodzenie, kiedy nie wytrzymam i popełnię morderstwo w afekcie". Sinistra odpowiedziała proszącym spojrzeniem, ale Minerwa najwyraźniej zamierzała skorzystać ze swego dyrektorskiego przywileju i zrzucić niemiły obowiązek na — bądź co bądź — podwładną.

— Bądź tak uprzejma i poświęć chwilę pani Fenwick — powiedziała, podchodząc do drzwi. — Całe piąte piętro jest zalane. Filius próbuje opanować sytuację, ale trzeba mu pomóc. Sama rozumiesz, że muszę się tym zająć — dodała ściszając głos.

— Jasne — mruknęła Auriga bez entuzjazmu.

— Zajmij ją czymkolwiek i dopilnuj, żeby opuściła zamek — poinstruowała półgłosem nauczycielkę astronomii, tak żeby dziennikarka jej nie usłyszała. — Dziękuję.

McGonagall wyszła, żegnając Fenwick zdawkowym skinieniem głowy. Sinistra westchnęła cicho. Rozmowy z dziennikarzami nie sprawiały jej żadnej przyjemności i dotąd z powodzeniem unikała ich jak ognia. Na myśl o tym, że cokolwiek powie, zapewne wydrukują w zestawieniu z jej nazwiskiem w zupełnie spaczonej formie, w środku aż skręcało ją z nerwów i złości. Nawet ze stanowczego „bez komentarza" niektórzy dziennikarze potrafili wysmażyć cały akapit wiarygodnej opinii.

Brenda Fenwick na szczęście nie przypominała Rity Skeeter — mimo że tak samo jak ona, rozsiadłszy się w fotelu, natychmiast wyciągnęła notes i samopiszące pióro. Chociaż ogólnie sprawiała całkiem miłe wrażenie, uprzedzona Auriga nie mogła przełamać instynktownej niechęci do niej.

— Jakieś problemy? — zagadnęła dziennikarka uprzejmie, kiedy Auriga spokojnie zaczęła nalewać sobie kawy ze stojącego na blacie ekspresu.

— Zwykłe szkolne sprawy — odparła. — Poczęstuje się pani?

— Nie, dziękuję. Ale proszę się nie krępować. Uczy tu pani astronomii, prawda?

— Owszem.

— To musi być męczące, takie pracowanie w nocy...

— Raczej nie, jestem przyzwyczajona.

— Oczywiście, w końcu uczy tu pani...?

— Dziesięć lat.

Pióro zatańczyło na papierze, a Brenda uśmiechnęła się zachęcająco. Miała ładną, delikatną twarz o regularnych rysach, podkreślonych stosownym makijażem, i długie blond włosy, które spięła niedbale klamrą tuż nad karkiem. Ubrana była w jasnobrązową suknię o modnym tej jesieni kroju i dopasowany do niej krótki żakiet.

Auriga przelotnie zastanowiła się, czemu służą jej uprzejme pytania. Jeśli wzbudzeniu zaufania i sympatii — nie podziałały. Przysunęła sobie fotel i usiadła, splatając dłonie na kubku z kawą.

— O czym chce pani rozmawiać? — zapytała oschle.

— Przygotowuję dłuższy artykuł o wojnie — wyjaśniła kobieta. — Konkretniej — dodała — o człowieku, bez którego to wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Na razie jestem na etapie zbierania informacji i nie mogę pominąć tak istotnego źródła, jakim jest Hogwart, w którym przecież spędził tyle lat. Chciałabym poznać wersję ludzi, którzy, jak przypuszczam, znali go najlepiej. Dlatego tu jestem... Przepraszam, ale wygląda pani na zaskoczoną?

— Cóż, nie bardzo rozumiem, dlaczego nie porozmawia pani z samym Harrym Potterem — przyznała Sinistra.

— Oczywiście rozmawiałam z nim — zapewniła szybko dziennikarka. — Tylko, rozumie pani, on jednak nie wie wszystkiego. Pokazał mi kilka wspomnień, ale to zbyt mało, żeby napisać rzetelną biografię.

W Auridze zaczęło kiełkować złe przeczucie.

— Dlaczego? — zapytała. — Przecież pan Potter najlepiej opowie pani o swoim życiu, reszta to tylko dopełnienie, prawda?

Zaskoczona Fenwick zmarszczyła brwi.

— Chyba się nie rozumiemy — powiedziała. — Nie chcę pisać o panu Potterze.

— Więc o kim? — spytała Auriga, mimo że już znała odpowiedź.

— Sądziłam, że to oczywiste! — Dziennikarka roześmiała się dźwięcznie. — O Severusie Snape'ie!

xxx