.
Rozdział 4
Przekonaniem jak ogniem można się sparzyć
.
Próbował poukładać sobie w głowie wszystko to, co o nim wie, wszystko to, czego jedynie się domyśla - nie za szybko, żeby nie zwariować. I właśnie dlatego siedział w ciemnym kącie jednego z korytarzy, wciśnięty w okienną wnękę, uciekając przed zgiełkiem i harmidrem szumnego Pokoju Wspólnego Gryffindoru, który to tą sobotnią, gwieździstą noc wykorzystał na szumną prywatkę zakrapianą alkoholem i rozmasowywał palcami skronie, starając się zebrać myśli i wyłuskać z nich coś sensownego.
Był pierwszy rok — myślał Harry — był pierwszy rok, a mnie rozbolała blizna. Ceremonia Przydziału zapierała dech w piersi - śpiewająca dźwięcznie tiara i zaczarowany sufit. Świece rzucające drżące refleksy na ustawione równo stoły i zaskoczenie rodzące się w jedenastoletniej głowie, gdy wosk nie kapał na nowe, wygładzone, intensywnie czarne szaty dzieciaków szykujących się na ten pierwszy w życiu awans - przypis, który miał nas obejmować do samego końca edukacji, czyniący nas częścią pewnej - tak niezwykłej dla dziecka wychowanego wśród mugoli i nie do końca zrozumiałej - kultury.
Czarodziej, który wstał od stołu, miał brodę lśniącą srebrem w poblasku tysięcy rozpalonych pod sufitem płomyków, wyglądającą jak nić pajęcza nawilgła rosą, i szatę barwy głębokiego fioletu. Rozłożył szeroko ramiona i przez chwilę wyglądał jak ktoś, kto dzierży sobie prawo do tych wysokich murów, do tych krętych korytarzy, do tych niezgłębionych tajemnic skrytych tuż za rogiem, do tego piękna i tego majestatu. I Harry czuł się nim zauroczony - mógłby patrzyć na niego w nieskończoność, podziwiać go, wpatrywać się w tą starczą, pogodną, pomarszczoną twarz jak w święty obraz, bo coś w tym człowieku było - jakaś siła, której nie był w stanie objąć rozumem, jakaś potęga pulsująca wokół niego jak elektrony krążące po swoich powłokach, coś, co przyciągało, coś, co szeptało mu na ucho, że stojący przed nim człowiek jest kimś wielkim, niezwykłym, ale nie patrzył, bo poczuł na sobie wzrok kogoś innego, kogoś, siedzącego niemalże na końcu gałęzi stołu prezydialnego.
Plama czerni - takie było pierwsze wrażenie, które Harry odniósł, gdy po raz pierwszy spoglądał na Snape'a - przypatrująca mu się, spokojnie falująca w rytm gładkiego oddechu plama czerni. Po jego lewej stronie, odwrócony tyłem do Wielkiej Sali, grzebiący rozbieganymi palcami gdzieś w oparciu swojego zdobionego krzesła, siedział mężczyzna okuty w płócienny turban barwy gęstego soku z winogron.
Ból w bliźnie był nagły, niespodziewany, piekący. Harry syknął, tłumiąc ten dźwięk przygryzieniem języka, a jego palce mechanicznie powędrowały do czoła. Ręka, bezwiednie skubiąca końcówki czarnych, przyklapniętych włosów zamarła, wpatrujące się w niego, czarne oczy zerknęły pod dziwnym kątem na mamroczącego coś do siebie mężczyznę w fioletowym turbanie.
Wtedy jeszcze nie miało to znaczenia. Wtedy jeszcze, był to zwykły gest, wykonany bez wyraźnych intencji. Odwrócenie wzroku, spojrzenie w innym kierunku, brak zainteresowania. Jeszcze wtedy nie wiedział, że Snape patrzy prosto w oczy - zawsze, wtedy jeszcze nie wiedział, że Snape czyta w nich jak w papierowym tygodniku, przebiera w stronach, pobieżnie przerzuca zawartość i odkłada na później, jeśli ta go znudzi.
Snape podejrzewał. Podejrzewał od samego początku, że jąkający się, cichy, niewychylający się z szeregu Kwiryniusz Quirrell krył w sobie zawiść, krył w sobie pychę, miał w sobie ciemność, z którą się nie obnosił; Harry nie wiedział, o czym ten myślał, kiedy pozwalał Voldemortowi zamieszkać w swojej głowie. I Harry skrycie mu zazdrościł - zazdrościł, bo on sam został postawiony przed faktem dokonanym, bo on sam nigdy nie miał wyboru, który mógłby przypieczętować albo odrzucić.
— Dług życia to magia wiążąca, bardzo specyficzna, bardzo potężna — powiedział mu kiedyś Dumbledore, zawijając wokół palca podkręconą końcówkę długiej, srebrnej brody, upiętej elegancko grawerowaną spinką. Tyle że w tej układance coś zgrzytało, coś nie leżało na swoim miejscu, choć Harry nie potrafił powiedzieć co dokładnie. — Twój ojciec uratował profesorowi Snape'owi życie, w czasach ich młodości, wiele lat temu — twierdził dyrektor, a Harry marszczył brwi, przygryzał wnętrze policzka i myślał, że gdyby chodziło tylko i wyłącznie o magiczny dług, Snape spłaciłby go już lata temu, kiedy Harry miał jedenaście lat, a Snape - jak konspirator, za jego plecami, z ukrycia - czuwał nad jego bezpieczeństwem, stawiał tamę pomiędzy nim a zagrożeniem, odpychał go z drogi dwulicowego, czającego się na uboczu Quirrella.
Za tym musiało stać coś więcej, musiał istnieć jakiś powód, jakieś wytłumaczenie tego, że to właśnie Snape - nie McGonagall, nie Hagrid, nie Flitwick - Snape, warczący i szydzący, i zgrzytający zębami, czuwał nad jego bezpieczeństwem, chronił go, ratował go z opresji, kiedy wymagała tego sytuacja. I gdy rok temu imię Harry'ego wyłoniło się z płonącej niebieskim ogniem czary wśród imion pozostałych reprezentantów Hogwartu, to Snape był tym, który cedził przez zęby, że to mogą być czyjeś podstępne machinacje, który warczał, że: temu nieudolnemu gówniarzowi nie udałoby się obejść nakreślonej przez dyrektora linii wieku, który pierwszy usłyszał od Dumbledore'a: „Miej oko na Harry'ego" i który zapewnił: „Tak będzie".
„Myślisz, że skoro tkwi w nim jakaś awersja do twojego ojca" — zapytał raz Dumbledore, patrząc na marszczącego nos Harry'ego znad okularów-połówek — „pozwoliłby ci zginąć?" — a Harry przygryzł wargę, jeszcze raz przetwarzając sobie w głowie scenariusz, w którym Snape mamrocze pod nosem przeciwzaklęcia, aby zapobiec kolizji jego miotły z ziemią, w którym biegnie do tunelu prowadzącego do Bijącej Wierzby, przeciska się przez niewygodne przejście i z iskrzącymi oczami wpada do Wrzeszczącej Chaty, aby wyciągnąć go z łap oskarżonego o zdradę, podejrzewanego o lojalność Czarnemu Panu, o chęć zemsty na Chłopcu, Który Nie Powinien Przeżyć, zbiegłego z Azkabanu mordercy.
I Harry czuł za każdym razem, kiedy rozmawiał twarzą w twarz z Lordem Voldemortem, że Severus Snape pozostawał czujny jak jastrząb, zupełnie jakby w razie ewentualności był gotów odepchnąć go z toru lotu śmiercionośnego zaklęcia i zapłacić za to zniesławieniem, bólem i potrzebą salwowania się chaotyczną ucieczką.
-VVV-
Trelawney patrzyła na niego przez grube szkła absurdalnie wielkich okularów, wyglądając trochę jak kukang jawajski, a Harry przejechał językiem po górnych zębach, zastanawiając się, czy nie usłyszy kolejnej zapowiedzi swojej rychłej śmierci. Kobieta zassała górną wargę i wychyliła się w jego stronę na dusznym, zatłoczonym korytarzu, a róg zwiewnej chusty barwy gnijących pomidorów spadł z jej ramienia i zwisał teraz luźno z jej szyi, powiewając na silnym przeciągu.
— Och, widzę, widzę — zawołała swoim melodyjnym głosem, który wedle jej własnych opinii miał uchodzić za tajemniczy — ożywiłeś się, chłopcze — uniosła dłonie, podzwaniając bransoletami, jakby chciała objąć jakieś niewidoczne za dnia ciała niebieskie wiszące na dalekim niebie. — Odzyskałeś coś, co kiedyś przepadło, a co uważałeś za swoje. — Zdjęła wielkie szkła okularów i zaczęła je niechlujnie przecierać, ale jej oczy nie opuściły jego twarzy i przez moment Harry zastanawiał się, po co w ogóle kłopocze się ich noszeniem, skoro zdawało się, że i bez nich widzi doskonale. — Widzisz odbicie siebie w zieleni — kontynuowała przesadnie wyniosłym głosem — i nie wiesz, co to znaczy, bo nie rozumiesz ludzkiej emocjonalności.
— Aha — mruknął Harry, przeciskając się przez tłum — i umrę brutalną śmiercią. — Przyciągnął bliżej do piersi ściskany w ramionach podręcznik: „Sztuka transfiguracji, czyli o zmienności materii ", kiedy jakiś nierozważny idiota potrącił go, w pośpiechu rozpychając sobie drogę poprzez morze uczniów. — Naprawdę, pani profesor, chętnie bym pokonwersował, ale spieszę się na zajęcia — rzucił w stronę depczącej mu po piętach kobiety przepraszające spojrzenie i ze sprawnością kameleona wtopił się w tłum.
-VVV-
Później tego dnia, chłodnym wieczorem, zagłębił się w miękki fotel naprzeciw kominka i mrużąc oczy, zapatrzył się w płomienie.
— Twoje urodziny są w jakimś chłodnym miesiącu, hmm? — zapytała kiedyś Trelawney, podzwaniając ciężkimi bransoletami, a poskręcane włosy wpadły jej na twarz. — W połowie zimy. W grudniu... nie w styczniu. Na przełomie grudnia i stycznia.
Harry - przypomniawszy sobie jej pewność siebie - już miał skrzywić się paskudnie w stronę migoczących, rzucających drżące refleksy na jego twarz płomieni, kiedy zastygł na sekundę, gdy nagły przebłysk czegoś ledwo uchwytnego zamigotał mu w głowie jak gwiazda na chwilę przed wygaśnięciem. Trzymane na kolanach notatki ze „Skutecznej defensywy przed mrocznymi siłami" pióra Quentina Trimble'a zsunęły się z jego szaty. Zaproponowaną przez Umbridge „Teorię obrony magicznej" Wilberta Slinkharda przeczytał od deski do deski już na początku semestru, szybko szufladkując ją jako: „nadającą się do przepuszczenia przez zaklęcie niszczące" i „wywołującą uczucia ambiwalentne - mieszankę wstrętu i rozbawienia".
Podręcznik upadł z miękkim, tłumionym stukotem na dywan, grzbietem do góry; delikatne strony gięły się pod jego znaczącym ciężarem.
— Twój ojciec był mugolem — zabrzęczały mu w uszach snute dywagacje nauczycielki Wróżbiarstwa — a matka czarownicą — i Harry'emu zrobiło się sucho w ustach. Zagryzł wnętrze policzka i uchwycił palcami nasadę nosa, gdy wracał pamięcią do coraz odleglejszych zajęć prowadzonych z ekscentryczną Sybillą Trelawney. — Lubisz gromadzić wokół siebie grupę oddanych osób, skłonnych do poświęceń, mam rację?
Wydawało mu się, że jego żołądek niebawem wypadnie mu przez usta. Miał ochotę skulić się głęboko w fotelu, zapaść się w nim, przykryć kocem i odciąć od świata. Zamiast tego wstał, ściągając miękkie przykrycie ze swoich nóg i - zbywając - machnął na Hermionę ręką, gdy spojrzała pytająco w jego kierunku spod stolika przy przeciwległej ścianie.
Wyszedł z Pokoju Wspólnego, zanim się rozmyślił.
-VVV-
— Ona widzi ciebie we mnie — wyszeptał tej samej nocy Harry, wstępując za Snape'em do komnaty, biegnąc przez zimne kafelki podłogi; serce dudniło w jego piersi jak werbel. — Sybilla Trelawney. — Przypadł do parapetu, przy którym stał Voldemort, opierający się luźno o jego krawędź i zajrzał prosto w czerwone, jarzące się ślepia, zdające się poddawać go niemej ocenie. Nazwisko starszej kobiety brzmiało w jego ustach jak zaklęcie. — Pomyliłem się co do niej, sądziłem, że to stara oszustka, podszywająca się pod wyrocznię wariatka. Ale - na Morganę - ona spogląda na mnie i mówi o tobie. Zawsze. Mówi o tobie.
Voldemort długo się w niego wpatrywał - w jego twarzy nie było wykpienia.
— O mnie — powtórzył powoli, nie odrywając oczu od zapalczywego wzroku Harry'ego.
Harry przetarł palcami skronie, starając się skoncentrować.
— Wejdź — przyzwolił Harry, wykonując płynny gest dłonią, wskazujący na swoją głowę, na swoją skroń — wejdź i się przekonaj.
Gdzieś niedaleko, w okolicach drzwi, Severus Snape głęboko wciągnął powietrze.
-VVV-
— No tak — powiedziała melodyjnie jego stara, wścibska nauczycielka i uśmiechnęła się pod nosem, jakby coś o nim wiedziała — lubisz symbolizm, co?
Harry nie słuchał jej uważnie - zerknął pobieżnie w jej wielkie oczy i położył pióro na nowym akapicie swojego sprawozdania z zeszłych zajęć na Eliksiry.
— Symbole — mruknęła pod nosem, odwracając się tyłem, a jej liczne bransolety zabrzęczały jak gromada metalowych spinaczy spadających na twardą, kamienną posadzkę — trochę się orientuję w tej tematyce, mój drogi. Nie zawahaj się zgłosić, gdyby dręczyły cię jakieś pytania.
Uniósł sceptycznie brwi, przebiegając wzrokiem po opisie oddziaływania krwi na wywar bazowy, na którym warzy się eliksir z krwiowca, myśląc, że wątpi w nadejście dnia, w którym przyjdzie mu dopytywać się o teorię absurdalnego Wróżbiarstwa - bez względu na to, czy wlicza się ona w podstawę programową, czy też nie.
-VVV-
Voldemort zaczął przechadzać się sprężystym krokiem po pomieszczeniu, jego szata podążała za nim jak pasma czarnej magii prześlizgujące się pomiędzy kostkami, wzbijające się zwiewnie, oplatające luźno ciało. Harry'emu ciężko było stwierdzić, czy jest on oburzony, czy pozytywnie ożywiony.
I sądząc po tym, co uczynił Mistrz Eliksirów, nie on jeden zmagał się z podobnym pytaniem. Snape - do tej pory niczym posąg trwający przy drzwiach - poruszył się; płynnym krokiem przemierzył salon i na pozór przypadkiem zatrzymał się przed Harrym, tyłem do niego, obserwując z rozleniwieniem wypisanym na twarzy kursującego po sali Voldemorta.
Harry zastanawiał się, czy gdyby Voldemort podniósł na niego różdżkę, rozkazując Snape'owi, by się odsunął, to czy ten bezsprzecznie wysłuchałby nakazu.
Ten zgorzkniały łajdak, za którego Harry nie dałby złamanego knuta, założył ręce za plecy, a jego ściskana w prawej dłoni różdżka drgnęła niemal niezauważalnie. Harry przygryzł wargę, a jego serce na moment stanęło w miejscu, kiedy szare smugi dymu ułożyły się za jego plecami w niewielki, momentalnie rozmywający się w powietrzu napis: „MILCZ". Długie palce Snape sprawnie wsunęły różdżkę do prawego rękawa, zupełnie, jakby w materiał jego szaty wszczepione było jakieś zaklęcie, ściśle mocujące różdżkę we wskazanej pozycji, a następnie - jak gdyby nigdy nic - splotły się za plecami.
Czekali - Harry nie był pewien na co.
-VVV-
— Niepotrzebnie się narażasz — fuknął na niego dużo później Snape.
— Niepotrzebnie stara się pan mnie bronić — odpowiedział mu przyciszonym głosem Harry, uciekając pełnym winy spojrzeniem w bok.
-VVV-
Zatrzymał się dopiero po kilku minutach.
— To ciekawe, co mówisz — powiedział cicho Voldemort, jakby w ich konwersacji nie nastała wcale tak długotrwała przerwa.
Kiedy się odwracał, Severus Snape ani drgnął. Czerwone oczy przesunęły się niespiesznie pomiędzy nimi - wyraz twarzy Voldemorta nie zmienił się, kiedy przyglądał się im z czymś, co bliźniaczo przypominało niedbałość. Tyle że Czarny Pan zdecydowanie nie należał do osób niedbałych.
Powietrze wokół zdawało się gęstsze, bardziej scalone, falujące jak magia pomiędzy ścianami Hogwartu i minęła krótka chwila, zanim Harry nauczył się nim oddychać.
— Zastanawia mnie jednak, jakie są tego implikacje — kontynuował Czarny Pan, zbliżając się do Snape'a, jakby oczekiwał, że ten zejdzie mu z drogi.
Nie zszedł. Coś ciężkiego utknęło u wylotu gardła Harry'ego, nie pozwalając mu przełknąć śliny. Chłód przesunął się po jego nadgarstkach jak płótno. Czerwone oczy spoczęły na czarnych.
— Severusie. — Imię Snape'a prześlizgnęło się przez język Czarnego Pana jak cień. Voldemort zbliżył się do niego na niebezpiecznie bliską odległość - spora większość odczułaby przy takim zbliżeniu dyskomfort i instynktowne pragnienie ucieczki, jak podejrzewał Harry. Mistrz Eliksirów się nie cofnął. — Czy chciałbyś coś powiedzieć?
— Dotyczącego Trelawney, mój Panie? — zapytał miękko Snape, schylając pokornie głowę, jakby nie rozumiał meritum sprawy.
Harry miał ochotę otworzyć usta i wychrypieć przez zaciśnięte gardło: „Snape, proszę cię, odsuń się", ale tego nie zrobił, bo chwilowo zapomniał języka w gębie.
Voldemort przechylił głowę, przyglądając się jego twarzy, którą Harry - z miejsca, w którym się znajdował - nie do końca był w stanie zobaczyć.
— Czy już nie jestem godzien — zapytał powoli Voldemort, przeciągając złowróżbnie sylaby — aby przede mną klękać?
— Wybacz mi ten nietakt, mój Lordzie. — Głos Snape'a był miękki, a jego ruchy płynne, kiedy gładko zniżył się do ziemi. Nie uniósł głowy.
Harry miał nieodparte przeczucie, że to gra na czas. Snape starał się odwrócić uwagę. Od niego. Magia Voldemorta była zbyt aktywna wokół nich, aby jakiekolwiek zbliżenie się do tego mężczyzny w obecnej chwili można było nazwać racjonalnym. Harry wiedział - a wiedział to także i Snape - że ta lodowata uprzejmość jest najniebezpieczniejszym obliczem, jakie Lord Voldemort ma do zaoferowania światu.
Zacisnął wargi, nie wiedząc co o tym myśleć. Snape go chronił - oto co robił - ale dlaczego? Czy to nie tak, że nienawidził go całym swoim skostniałym sercem?
Voldemort spoglądał na pochyloną głowę Snape'a; czarne, przetłuszczone włosy zasłaniały ziemistą twarz. W czerwonych oczach paliła się pochodnia - niczym lampa ostrzegawcza - pochodnia gniewu, który wcale nie parzył i nie przypiekał. Był zimny jak głęboki ocean, jak kra. Lodowaty. Przerażający.
Harry przymknął oczy w odpowiedzi na dreszcze sunące mu w dół kręgosłupa - w odczuciu przypominały trochę iskry czarnej magii padające na nagą skórę.
Czarny Pan uniósł głowę - i Harry boleśnie odczuł ten nieważki, chłodny wzrok lądujący na jego twarzy jak miotła na miękkiej murawie.
— Wiem, co to może oznaczać — odezwał się powoli, jego słowa były przeciągłe i ostre jak szybkie nacięcia sztyletem raniące mięśnie i połączenia nerwowe. — I wcale mi się to nie podoba.
Harry - oblizując suche wargi - był wdzięczny, że Voldemort do niego nie podszedł, że nie wyminął Snape'a, że patrzył mu w oczy z odległości niemal połowy szerokości pomieszczenia. I w głębi duszy wiedział, że to nie Voldemortowi należy się za to doza wdzięczności.
-VVV-
Jego gniew był tak spokojny, że mógłby uchodzić za słuszny. Zalewał umysł - jego własny i każdego wokoło - płynną rtęcią, srebrzącą się w sztucznym świetle zaklęć rozjaśniających pomieszczenie. Ten chłód - tak stoicki i tak pełny godności - miał siłę, by mrozić kości. Harry jeszcze nigdy wcześniej nie widział spojrzenia, które równie dobrze mogło sprawiać, że szron osiądzie na twarzy, na skórze - wciąż ciepłej, na brwiach.
Nie szalał w furii, nie ciskał klątwami, nie warczał, nie prychał, nie obnażał zębów, a jednak wszystkie te czynności wydawały się Harry'emu łagodniejsze, bardziej przystępne dla jego umysłu, łatwiejsze do zaakceptowania, niż lodowaty spokój, którym się kierował, który sprawiał, że serce Harry'ego zamierało w klatce piersiowej jak zastygłe w przerażeniu, niewielkie zwierzątko, kulące pod siebie ogon.
Snape - jak kuglarz - wiedział co zrobić, żeby jego słowa nie roztrzaskały się o beznamiętność chłodnej posadzki.
Najpierw pokora.
— Mistrzu mój. — Gardłowy pomruk, ugięcie karku, chylenie czoła.
Za nią uniżoność.
— Jestem twoim wiernym sługą. — Głowa opadająca niemalże do ziemi.
I na koniec pokusa.
— Ty wiesz, że zrobię, co tylko rozkażesz. — Usta odciskające swój kształt na nagich stopach.
Wszystko po to, aby zasiać ziarno niepewności.
— Jednakże ośmielę się zauważyć, że Sybilla Trelawney przeważnie nie jest rzetelnym, proroczym źródłem. To raczej dość ekstrawagancka, robiąca z siebie przedstawienie komediantka.
Voldemort przyglądał się milcząco Snape'owi, jakby coś rozważał.
— Obaj wiemy — odezwał się powoli, przekrzywiając głowę — Severusie, że czasami bywa wiarygodna.
Harry'ego męczyła ciekawość, ale przezornie o nic nie zapytał. Mimo to - zatrzymał informację dla siebie, skrupulatnie zapisał w swojej głowie adnotację o tym, aby znaleźć w codziennym harmonogramie kilka chwil na subtelne pogrzebanie wokół tej zbyt pewnej siebie, wątpliwej wieszczki i zarzucenie kilku haczyków na ewentualne tajemnice, które mogłaby skrywać za wygórowanym wyrazem twarzy i niekonkretnym, uroczystym tonem wypowiedzi.
Snape wyprostował kręgosłup i zajrzał spokojnie prosto w czerwone oczy.
— Zgadza się, mój Panie — wyszeptał Snape. — I obaj wiemy również, że nie przemawia wówczas z równym animuszem... jak na co dzień.
W głowie Harry'ego coś zaświtało. Przypomniał mu się trzeci rok i żelazny uchwyt chwytający go za przegub, nienaturalny trans, zachrypnięty głos, suchy jak ścierający się pergamin, strużka śliny kapiąca z rozchylonych ust, nieobecne spojrzenie.
Snape był tego świadkiem - widział Trelawney bez maski oszustki, widział Trelawney nieobecną i odmienioną, niezdającą sobie sprawy, że wygłasza losy świata. Tylko kiedy? I co właściwie przyszło mu wówczas usłyszeć?
Czerwonooki, pełen skupienia wzrok uniósł się ponad ramieniem Mistrza Eliksirów i skoncentrował na Harrym. Gniew w jego oczach przygasł powoli jak tracący zasięg odbiornik radiowy.
— Być może masz rację — powiedział cicho Voldemort, ale jego oczy zmrużyły się, wpatrzone w Harry'ego, jakby czegoś próbowały się w nim dopatrzyć. — Może to nic nie znaczy.
„Może to nic nie znaczy" — powiedział Czarny Pan, ale intensywne spojrzenie świdrujące z wnikliwością twarz Harry'ego, jego oczy i bliznę odznaczającą się krzywą bruzdą na czole mówiło, że podejrzewa on coś zgoła innego.
Harry jeszcze nie uporządkował sobie wszystkich znanych mu faktów w głowie i nie był pewien, co powinien o tym wszystkim myśleć.
-VVV-
— Nigdy więcej słowa o Trelawney przy Czarnym Panu, zrozumiałeś? — wysyczał później tego dnia Snape, zatrzaskując ich w swoim gabinecie, blokując kominek, jakby spodziewał się czyjejś inwazji, z dziwnym pośpiechem nakładając czary prywatności na ściany i wejściowe drzwi. — Masz, do cholery, milczeć na temat Sybilli Trelawney, jasne?
Harry stał i przyglądał się jego wygiętej w wyrazie tłumionej wściekłości twarzy; coś w jego czarnych oczach pobłyskiwało groźnie, szepcząc do Harry'ego obietnice stanowienia dla niego niebezpieczeństwa, jeśli nie dostosuje się pod jego oczekiwania. I Harry wręcz nie mógł się doczekać, kiedy rozgryzie tę zagadkę: w jaki sposób połączyć ze sobą w konstruktywną całość nazwy własne: Snape, Trelawney, Voldemort.
— Nawet się do niej nie zbliżaj — wycedził przez zęby Mistrz Eliksirów, jakby dostrzegł nieugiętą ciekawość połykającą jego serce jak wiry tornada. — Trzymaj się od niej z daleka, rozumiesz, co do ciebie mówię?
— Oczywiście, profesorze — odrzekł gładko Harry, na co Snape najeżył się jak kopnięty prądem o niskim natężeniu.
Zieleń jego oczu musiała pobłyskiwać jak szmaragdy, bo podejrzliwość Snape'a była wręcz namacalna w powietrzu.
— Potter. — Jego nazwisko zabrzmiało jak niecierpliwe westchnienie w ustach jego profesora. Snape zbliżył się do niego jak za jednym oddechem i chwycił w garść pomiętą szatę na piersi Harry'ego, szarpiąc za nią jak za smycz nieposłusznego psa. — Drążysz w kwestiach, które nie są bezpieczne, rozumiesz?
— Cóż — mruknął Harry, przygryzając wnętrze policzka — całe moje życie to jeden wielki galimatias, mam rację?
Palce Mistrza Eliksirów zacisnęły się mocniej na materiale jego szaty. W jego oczach - na tak krótką chwilę, że Harry nie był pewien, czy sobie tego nie wyobraził - błysnęła desperacja.
Harry wypuścił z płuc ciężkie westchnienie i uniósł dłonie w geście poddania.
— Nie drążyć wokół Trelawney — powtórzył. — Przyswoiłem sobie.
Snape zmierzył go lustrującym spojrzeniem i wypuścił z silnego uścisku jego szatę.
— To dobrze — wycedził. — A teraz marsz za drzwi, Potter. I z nikim nie poruszaj tego tematu, bo jeśli to zrobisz... — zawiesił złowróżbnie głos, a Harry skrzywił się i odwrócił do wyjścia.
— Aha, to skończę marną śmiercią — dopowiedział, marszcząc nos. — Ona też często mi to przepowiada. Może wcale nie jest taka niekompetentna, jak się wszystkim wydaje.
-VVV-
Opuścił powieki, myśląc, że istnieje miejsce, w którym wolno mu grzeszyć. Pod przykryciem nocy, głęboko w umyśle, słyszany przez tego, który nad nim czuwa i który mu zagraża. W snach.
-VVV-
Zobaczył ją stojącą nad jeziorem, popijającą w chłodne, wietrzne popołudnie z piersiówki wiszącej na łańcuszku omotanym wokół szyi Alastora Moody'ego.
Harry przystanął w połowie kroku, rzucając im długie spojrzenie zza zamkowych okien; wypuścił powietrze i przetarł nasadę nosa, zastanawiając się, czy nie staje się przez przypadek paranoikiem.
Z zamku wyszedł Snape. Jego czarna szata szarpana była silnym wiatrem. Kilka zapodzianych, przywianych z Zakazanego Lasu, złocących się i czerwieniących liści zatańczyło wokół jej rąbka.
Krew pulsująca w żyłach Harry'ego na moment zatrzymała swój kurs.
Snape wyjął coś z kieszeni - Harry nie widział dokładnie z takiej odległości, ale zdawało mu się, że to skrzynka fiolek wypełnionych kołyszącymi się w nietłukącym się szkle, pod ciemnym, późnojesiennym niebem eliksirami - i podał Alastorowi. Harry przez moment zastanawiał się, czy magiczne oko długoletniego aurora jest w stanie go stąd wypatrzeć. Żaden z nich nie wyglądał, jakby był świadom tego, że ktoś ich obserwuje, ale też - jak się zdawało Harry'emu - nie istniał żaden osobliwy powód, dla którego mieliby się kryć z tym spotkaniem.
Alastor chyba zmniejszył pakunek zaklęciem - skrzynka na moment znikła Harry'emu z oczu - albo wcale tego nie zrobił, może zwyczajnie schował ją w jakąś magicznie powiększoną kieszeń, a może uczynił niewidzialnym - zawsze miał lekką paranoję na punkcie szpiegów (Harry zawsze zastanawiało, jak to możliwe, że wobec powyższego zaufał Snape'owi).
Harry przygryzł wargę i ostatni raz zerknął w stronę Nimfadory; jej włosy już nie były różowe - pobłyskiwały pomarańczem. Choć może to tylko efekt rozproszonego światła rażącego w oczy, padającego na nich z nieznacznie zachmurzonego nieba. Ruszył korytarzem z dziwnym uczuciem ściskającym go w gardle, którego nie uśmiechało mu się analizować.
-VVV-
— Boję się pana — powiedział potem, podnosząc się z podłogi podczas jednej z lekcji Oklumencji.
Snape mocno zmarszczył czoło i powoli opuścił różdżkę.
— Słucham? — zapytał cicho, dziwnie zmienionym głosem, jakby spodziewał się, że źle usłyszał.
— Boję się, że mnie pan wyda — oznajmił Harry z niepewnością dziecka, szurając butem o jego dywan. — Boję się, co zrobi reszta, kiedy się dowie.
Przeciągnął koniuszkiem języka po zębach i odetchnął głęboko, szukając tchnienia spokoju w mętnym powietrzu lochów.
— Nie wiem... — zawahał się Harry, ale po chwili nabrał tchu i kontynuował: — Nie wiem, po czyjej stoi pan stronie...
Snape przyglądał mu się z czymś nieoznaczonym wszytym w ziemistą twarz.
— ...po Dumbledore'a czy...
Czarna szata nadęła się, kiedy Snape ruszył w jego kierunku, a Harry wzdrygnął się i cofnął, rozważając uniesienie różdżki.
— Ty niemożliwy głupcze — wyszeptał Snape i zanim Harry zdążył się zdecydować na to, czy nie salwować się ucieczką, mężczyzna przyklęknął przed nim na miękkim dywanie, patrząc mu przy tym prosto w oczy, a Harry - podejrzewając, że jego źrenice stały się okrągłe jak spodki - omal nie udławił się powietrzem. — Po twojej, idioto — powiedział, a Harry'emu omal serce nie wyskoczyło z piersi, kiedy te długie, eleganckie palce uchwyciły się mocno jego dłoni. — Bez względu na to, na co sam się zdecydujesz, zawsze byłem, jestem i będę po twojej cholernej stronie.
Harry chciał coś powiedzieć, ale własny język stanął mu w gardle jak ość. I na dobrą sprawę, nie był pewny, czy mu uwierzył.
-VVV-
— Dlaczego? — spróbował raz znaleźć racjonalną przyczynę takiej postawy Harry, ale w odpowiedzi Snape warknął na niego, wyganiając go gestem dłoni z gabinetu.
— Nie zadawaj mi głupich pytań, Potter.
-VVV-
Czasami myślał, że niczym nie zasłużył sobie na jego troskę. Nie zasłużył sobie na to, by być wysłuchanym, by być nauczanym magii umysłu, by spełniano mrzonki wynikające z jego głupich wyborów. Nie zapracował sobie na to, by cierpliwie czekano, aż skończy marudzić, protestować, opowiadać coś, co mogło poczekać na kiedy indziej. Szczególnie kiedy sam nie należał do osób cierpliwych, był raczej impulsywny, szybko tracił zapał do czegoś, kiedy okazywało się, że nie jest to jego domeną i potrafił butnie przerywać w trakcie wypowiedzi.
Snape wiedział to wszystko. Znał jego słabości i nie pobłażał mu. Potrafił na niego fuknąć, kiedy coś mu się nie spodobało i ostrzegawczo podnieść głos, wskazać na niego różdżką strzelającą iskrami i wypomnieć mu jego wady - ale jeszcze nigdy go nie zawiódł. Nigdy go nie okłamał. I - przede wszystkim - nigdy go nie porzucił w momencie, w którym najbardziej potrzebował pomocy. Jeśli tylko zyskał taką możliwość, usuwał przeszkody z jego krętej drogi.
Harry mógł go nienawidzić, a on mógł nienawidzić Harry'ego. Jednak podświadomie obaj zdawali sobie sprawę z tego, że Severus Snape uczyni wszystko, aby nie zawieść oczekiwań Harry'ego Pottera.
-VVV-
— Uważam, że nie do końca zdajesz sobie sprawę z tego, na co się piszesz — powiedział Snape, stając obok niego nad jeziorem i spoglądając w gładką taflę wody. Kilka pomarszczonych, brązowawożółtych liści wirowało spokojnie na jego powierzchni. — To nie jest osoba, do której ot tak możesz nie wrócić, kiedy już raz powiedziałeś mu: „tak".
Harry milczał, nie odrywając wzroku od przejrzystej, niezmąconej niczym wody.
— Nie zrozum mnie źle, nie wydaję ci żadnych nakazów, nie stawiam przed tobą ograniczeń — dodał po chwili, opatulając się szczelniej połami peleryny. — Jedynie mówię, jak ja to odbieram. — Snape nabrał głębokiego wdechu i powoli wypuścił powietrze z ust. — On jeszcze nie jest pewien tego, czy nie uciekniesz od niego z krzykiem, kiedy posunie się za daleko, a chce mieć cię przy sobie, chce mieć cię jak najbliżej, więc nie wykonuje żadnych drastycznych ruchów.
Harry podniósł bordowego, dość okazałego liścia z ziemi i zaczął obracać go w palcach za ogonek.
— Tyle że, Potter, musisz pojąć machinacje, które przy nim działają. — Snape ściszył nieznacznie głos. — Chodzą do niego naprawdę różni ludzie, niektórzy z nich uchodzą za obłąkańców, ale kiedy już są przy nim, wszyscy są jednakowi. Nie patrzysz im w twarze, które chowają za maskami i nie pytasz ich o nazwiska. — Przechylił głowę, aby móc spojrzeć na Harry'ego; zielone oczy wreszcie odwróciły się od tafli wody i uniosły na Snape'a. — Kiedy na ciebie spoglądają, nie widzą w tobie człowieka, widzą jedynie jeszcze jednego, bezosobowego, wiernego sługę tego samego Pana. A Czarny Pan nie prosi, Potter. Czarny Pan żąda. I wymaga.
— Dziwnie się czuję — powiedział Harry, kiedy Snape wreszcie zamilkł, mierząc go oceniającym spojrzeniem, jakby nie był pewien, czy Harry w ogóle go słucha; przesunął ręką po głowie, przeczesując palcami rozwichrzone włosy, plączące się w nieładzie. — To coś jak zmęczenie, ale nie do końca. Czuję się jak po nieprzespanej nocy. Jakbym płakał bardzo długie godziny i teraz nagle przestał.
Rysy twarzy Snape'a stężały.
— Jeśli zmieniłeś zdanie...
— Nie, to nie to — zapewnił Harry, krzywiąc się lekko i unosząc głowę, by spojrzeć na przyglądającego mu się w skupieniu Mistrza Eliksirów. — Nie wiem, co się dzieje. Może w końcu spadł na mnie ciężar odpowiedzialności za to, co zrobiłem — wzruszył ramionami — a może po prostu się nie wyspałem.
Snape zmarszczył mocno brwi; pionowa zmarszczka wystąpiła na jego czoło.
— Czy ty mnie w ogóle słuchałeś, Potter? — wycedził przez zęby, częstując Harry'ego morderczym spojrzeniem.
Harry podarł w dłoni trzymanego liścia i rzucił pomarszczone strzępy na wiatr.
— Ja znam jego metody, profesorze — powiedział, przecierając nasadę nosa, odwracając się w stronę Snape'a — wiem, kim jest, wiem, co zrobił, wiem, jak traktuje swoich wrogów i wiem, jakie ma podejście do tych, którzy są na jego usługach.
Profesor Eliksirów odetchnął głęboko, jakby poszukiwał zagubionego gdzieś spokoju.
— Potter, on jest... czarujący, przyznaję — powiedział cicho, kręcąc głową — ale nie zdzierżysz tego, że wkrótce podniesie na ciebie różdżkę, kiedy coś, co powiesz, uzna za nieodpowiednie.
Harry westchnął i spojrzał w czarne oczy.
— Ja już byłem w tej pozycji, profesorze — powiedział cicho, zbliżając twarz do jego twarzy. — Znalazłem się na końcu jego różdżki, rozumiem jaki ból potrafi zadać, wiem, jak naturalnie najcięższe klątwy leżą na jego języku. — Harry pokiwał głową, patrząc prosto w te niezgłębione oczy i zebrał się na odwagę, by wypchnąć przez usta to, co zamierzał. — Miałem czternaście lat, profesorze. Czternaście lat, kiedy poczęstowano mnie różańcem Cruciatusów.
Coś w jego czarnych oczach pociemniało; twarz otulona fontanną ciemnych, przetłuszczonych włosów odsunęła się nieznacznie od jego własnej, wąskie usta pobladły.
— Nie wiedziałem — przyznał powoli Snape, a Harry zmarszczył czoło, zastanawiając się, jak to w ogóle możliwe. Wreszcie pokręcił głową i odwrócił się, by spojrzeć na jezioro.
— Tak czy inaczej — stwierdził, odgarniając na bok kilka czarnych kosmyków, które wiatr rzucił mu w twarz — jestem świadom swojej decyzji. I jestem jej pewien.
-VVV-
Czasami - podczas zajęć Oklumencji - Snape patrzył na niego w taki sposób, że Harry miał wrażenie, że ukrywa przed nim coś, czego ukrywać wcale nie chciał, a może nawet: nie powinien, a co nie było - jak mu się zdawało - zwykłą, błahą kwestią.
— Czy chciałby mi pan coś powiedzieć? — nie wytrzymał kiedyś Harry, natarczywie pocierając palącą żywym ogniem bliznę na czole. Zmrużył oczy, nie mogąc pohamować własnego temperamentu - jego spojrzenie ciskało gromami.
Snape przechylił głowę, przyglądając mu się zza kurtyny osłaniających mu twarz włosów, a pomiędzy brwiami powstała ledwie dostrzegalna, pionowa zmarszczka.
— Istnieje multum rzeczy, które chciałbym ci powiedzieć, Potter — odezwał się Snape, a choć Harry spodziewał się po nim wściekłości i rozdrażnienia, nie dostrzegł po nich śladu w jego aksamitnym głosie — ale nie wiem jak się do tego zabrać.
Harry fuknął.
— Najlepiej prosto z mostu i na temat — odparł, krzywiąc się kwaśno, spodziewając się wiązanki zwyczajowych epitetów — i bez wspominania o moim ojcu, jeśli już zyskałem przywilej wyboru.
Snape jednak - zamiast cokolwiek mówić - podniósł powoli różdżkę i posłał ku niemu kolejne zaklęcie „Legilimens".
-VVV-
Czasami go pytali, skąd ma te żółciejące już odciski na nadgarstku, ale on tylko wzruszał ramionami, uśmiechał się - trochę nawet z rozbawieniem - i wymyślał coś o tym, że zaplątał się w kotarę przy łóżku.
— Niezdara ze mnie — śmiał się miękko, a wszyscy potakiwali, uśmiechali się bez większego zainteresowania i czasami parskali:
— Aha, wiecznie zaplątujący się w kłopoty, Harry Potter.
A potem odchodzili, zajęci własnymi sprawami: zaczytani w podręczniki, dyszący nad wypracowaniami, wołający głośno po Pokoju Wspólnym, kto miałby ochotę zagrać z nimi w Eksplodującego Durnia.
I Harry wiedział, że na dobrą sprawę, nikogo to nie interesowało. Pytali z grzeczności, z nudy, pytali, bo akurat to im ślina na język przyniosła, ale z reguły nie obchodziła ich odpowiedź, wpadała ona jednym uchem, wypadała drugim, przechodziła koło głowy, podczas gdy oni wpatrywali się już w coś ponad jego ramieniem i odmachiwali komuś z drugiego końca pokoju.
W gruncie rzeczy, wszyscy oni byli ignorantami.
-VVV-
Harry odnosił nieprzyjemne wrażenie, że wszystkie drogi, na których próbował postawić swą stopę, wiodły go po obwodzie okręgu. Niby wszystko było zmienne, a jednak te zmienności się powtarzały. Jakby uczestniczył w filmie granym cały czas od nowa, w którym raz za razem przekształcana jest minimalnie jedna ze scen albo nawet kilka z nich - mimo wszystko wydawało mu się, że chodzi w kółko i przez chwilę próbował jeszcze doszukiwać się w tym jakiegoś sensu, ale im mocniej starał się go odnaleźć, tym bardziej zdawało mu się, że nic nie widzi.
-VVV-
— Proszę uważać, bo jeszcze się do tego przyzwyczaję — wychrypiał, odbierając od Snape'a fiolkę eliksiru na uśmierzenie bólu. Był środek nocy, a on stał w prywatnym składziku Snape'a, przyległym do jego komnat, opierając się ciężko o półki, starając się rękawem pospiesznie narzuconej na ramiona peleryny - którą złapał, wypadając z dormitorium - zetrzeć z czoła zaschniętą krew.
Snape okuty w długi, czarny szlafrok sięgający kostek, skrzyżował ręce na piersi, oparł się barkiem o jedną z solidnych półek i spojrzał na niego zza długich rzęs. Jego twarz nużyła się w cieniach wysokiego magazynu na eliksiry.
— Do wyrywania mnie ze snu w środku cholernej nocy, Potter? — prychnął Mistrz Eliksirów, ale w jego głosie więcej było znużenia, niż jawnego rozdrażnienia.
Harry spojrzał na niego zmęczonymi, zaczerwienionymi oczami i wepchnął głębiej spadające mu okulary na nos.
— Do tego, że to pan jest osobą, która zawsze pospieszy z odsieczą, kiedy będę tego potrzebował.
Spojrzenie czarnych oczu pociemniało i skupiło się na Harrym z niepoprawną intensywnością.
— Nie oswajaj się z tym, Potter — ostrzegł aksamitnie Snape, a Harry drgnął i zmarszczył mocno brwi.
— Cóż — mruknął i opróżnił do dna chłodną pod jego palcami fiolkę; odjął zwężoną szyjkę butelki od ust i obrócił ją kilka razy w dłoni — trzeba było mi to powiedzieć cztery lata temu — wzruszył ramionami, patrząc na ściskane w dłoniach szkło.
Ciało Snape'a stężało, kiedy ten przyglądał się długo Harry'emu, jakby analizował jego słowa; Harry zagryzł wnętrze policzka, zastawiając się, czy aby nie rzucił w swojego profesora czymś niestosownym.
— Spostrzegawczy jesteśmy, co? — wysyczał Snape, patrząc na niego spode łba; a potem wskazał palcem w kierunku drzwi i kazał mu się wynosić. I bez względu na to, jak bardzo się starał, Harry nie potrafił powiedzieć, czym zawinił.
-VVV-
Harry patrzył na Snape'a i nic nie rozumiał. Zdawało mu się, że im bliżej prawdy się znajduje, tym bardziej niejasne staje się wszystko wokół. Zupełnie jakby otrzymywał multum mających wprowadzić w błąd, zwodniczych sygnałów.
— Nie wierzę, by ktokolwiek — powiedział mu raz Harry, kiedy zapomniał zaciskać usta — stał za mną murem, nie zważywszy na okoliczności.
— W ludzi nie wierzysz, Potter, czy w samego siebie? — zapytał go Snape, uderzając dokładnie tam, gdzie powinien.
-VVV-
— Potter, to nie jest tak, że ty masz obowiązek dostosowania się pod cudze oczekiwania — wysyczał Snape, pochylając się nad blatem biurka, kiedy Harry został dłużej po zajęciach Eliksirów w sali rojącej się od pozostawionych w kociołkach, mętnawych substancji wykonanych przez piąty rok i kłębiących się nad nimi, duszących, nieco podejrzanych oparów. — Pytasz mnie, czy jest sens w trenowaniu Oklumencji, kiedy nie widzę u ciebie najmniejszych postępów poczynionych w tej dziedzinie, ale Potter, zadaj sobie jedno ważne pytanie: dla kogo starasz się oswoić z magią umysłu? Dla mnie? Czy dla siebie?
Harry przygryzł wnętrze policzka, skrupulatnie unikając wzroku Snape'a.
— Przestań przejmować się całym, wielkim światem — wycedził Mistrz Eliksirów, zgrzytnąwszy przy tym zębami. — To ty będziesz żył z wyćwiczonymi, pozyskanymi przez siebie umiejętnościami lub bez nich. — Snape odetchnął głęboko. — Zrozum wreszcie, że najważniejsze bitwy swojego życia musisz stoczyć sam, absolutnie sam. I musisz być do nich przygotowany, Potter. I co z tego, że po drodze ktoś nazwie cię idiotą - którym co prawda jesteś - jeśli będziesz uzbrojony w siłę własnych przekonań?
Harry wyszedł z sali eliksirów z narastającą migreną i nie pojawił się już na żadnych zajęciach tego dnia.
-VVV-
— Sparzy się pan — wyszeptał mu na odchodnym tamtego dnia Harry, kryjąc twarz za wpadającymi mu do oczu włosami — wierząc we mnie tak mocno.
