Bardzo wszystkim dziękuję za tak wspaniałe komentarze, jestem pozytywnie zaskoczona, że opowiadanie tak dobrze się przyjęło. Nie spodziewałam się tego, naprawdę. Nigrum szczególnie mocno dziękuję Tobie, bo napisałaś mi tak wnikliwy, cudowny komentarz, że niemal natychmiast po jego przeczytaniu zabrałam się za poniższy rozdział. Dziękuję Ci ślicznie!


.

Rozdział 5

Uważajcie na to, co ukrywacie

.

— To niezwykłe — powiedziała mu raz Hermiona, przeczesując palcami burzliwe, przywodzące Harry'emu na myśl ptasie gniazdo, brązowe włosy — że po dwunastu latach spędzonych w murach Azkabanu, wciąż można zachować zdrowy rozsądek.

Harry pomyślał wówczas, że mówiąc o jego ojcu chrzestnym, można przypisać mu bardzo szeroki zakres zdolności, ale z pewnością umiejętność racjonalnego myślenia nie była jedną z nich. Czasami odnosił wrażenie, że Syriusz zatrzymał się w czasie. Dorósł do dwudziestego drugiego roku życia, by zostać wtrąconym za lodowate kraty, trafiając pod jurysdykcję zobojętniałych, pasożytujących na umysłach dementorów i utknął w tym wieku na resztę życia. Owszem - jego ciało wciąż się starzało, zapadało się w sobie, bladło, a potem szarzało, marszczyło jak u wiekowego starca czekającego na kres swoich dni - ale jego mentalność nigdy nie osiągnęła zdrowej, psychicznej dojrzałości. Nie potrafił przebierać w wartościach, nie potrafił stawiać piedestałów dla rzeczy ważnych i mniej ważnych, decyzje na ogół podejmował spontanicznie i często zmieniał zdanie, jakby nie potrafił zorientować się we własnym stanowisku w kwestii danych spraw. Termin: „konsekwentność" był mu całkowicie obcy, a każdą uwagę dotyczącą lekkomyślności jego czynów odpierał standardowym mottem: „Czym jest życie bez ryzyka?".

Dojrzałością! — chciał krzyczeć Harry, patrząc w jego szare oczy pełne - wzbierającego w tym wychudzonym po latach spędzonych w więzieniu ciele - temperamentu. — Dojrzałością intelektualną! — I mimo ogromnego uczucia, które żywił do Syriusza Blacka, mimo posiadania w sercu tej szerokiej szufladki sygnowanej inicjałami: „S.B.", łapał się na coraz częstszym zastanawianiu się nad tym, który z nich w ich wzajemnej relacji tak naprawdę pełni funkcję rodzica, a który wychowanka.

To nie tak, że Syriuszowi nie zależało, bo Syriusz się starał ponad wszelką wątpliwość: był opiekuńczy i zatroskany, i robił wszystko, aby Harry czuł się bezpieczny, aby czuł się ważny i kochany - próbował być dla niego dobrym ojcem. Tyle że chcieć, jak się okazuje, to nie zawsze znaczy móc.


-VVV-


— Ty niewychowany gówniarzu! — warknął Snape, kiedy Harry odszczekał mu się dość niekulturalnie na rzucane mu w twarz zniewagi, a Harry prychnął i buńczucznie uniósł głowę, choć jego uczuciowe, głupie serce zacisnęło się na krótką chwilę w klatce piersiowej.

— To nie tak — powiedział, cedząc słowa przez zmęczone krzykiem gardło — żeby mnie ktoś kiedykolwiek wychowywał.

Snape skrzywił się jak po połknięciu cytryny i uchwycił długimi palcami nasadę nosa.

— Matko, jesteś taki podobny do... — urwał i zagryzł wąską wargę, jakby przyłapał się na mówieniu czegoś, czego nie zamierzał powiedzieć; Harry - choć spoglądał pod dziwnym kątem i przekrzywiał komicznie głowę - nie widział jego oczu, były ukryte gdzieś za tą chudą, bladą dłonią.

— Aha, do mojego ojca — dopowiedział, wodząc palcami po piekącej bliźnie, obiecując sobie, że nie pozwoli się stłamsić tak łatwo — leniwy, arogancki i słaby. — Prychnął, udając, że nie doskwiera mu żaden z tych urągliwych zarzutów.

Snape wypuścił powietrze przez zęby z dziwnym sykiem, który w uszach Harry'ego zabrzmiał niemal oszczerczo. Dłoń opadła z ziemistej twarzy, a głębokie, przeszywające spojrzenie uderzyło w zielone oczy jak kamień.

— To, że nikt cię nie wprowadził na ludzi, nie oznacza jeszcze, że świat cię oszczędzi.

Brwi Harry'ego - bez udziału jego woli - podskoczyły wysoko na czoło.

— Mnie pan to mówi? — prychnął, wpatrując się sceptycznie w stojącego przed nim mężczyznę.

Czarne oczy zmrużyły się nieznacznie; Harry odniósł niemiłe wrażenie, że patrzy na niego rzeźba wykuta w kamieniu.

— Nie zachowuj się jak megaloman.

Irytacja uderzyła w Harry'ego jak siarczysty policzek.

— Megaloman? — powtórzył; jego głos podniósł się o kilka oktaw. — Ja zachowuję się jak megaloman? — Harry zaśmiał się; jego śmiech był suchy i piekł w gardło, kiedy wydostawał się z ust. — Nie mogę uwierzyć, że tyle czasu pałęta się pan po moim głupim umyśle, ogląda pan sceny żywcem wyjęte z przeklętego domu mojego uroczego wujostwa jak jakiś cholerny widz nudnawego spektaklu, a epitet, który przychodzi panu na myśl, kiedy pan na mnie patrzy to: „megaloman".

Powieka Snape'a drgnęła, jakby ten tracił nad sobą panowanie, ale w Harry'ego wcale nie uderzył huragan jego wściekłości; jego głos był aksamitny, a spojrzenie osiadło centralnie na jego oczach, wzbudzając w Harrym drażliwe pragnienie zapadnięcia się pod ziemię - tłamsiło go nieprzyjemne uczucie, że Snape patrząc na niego, widzi każdą, najdrobniejszą skazę rdzewiejącą na jego duszy.

— Może właśnie dlatego, że jak to genialnie ująłeś, Potter, pałętam się po twoim durnym umyśle, wiem, że podchodząc z taką ignorancją do pewnych spraw, zderzysz się wkrótce z większym murem, niż jesteś w stanie to sobie wyobrazić. I - nie myśl sobie - odciśnie to na tobie trwałe ślady. Nie możesz wiecznie uważać, że przejdziesz przez życie bezproblemowo, Potter, nie możesz wiecznie uważać, że kłopoty, które imają się ciebie jak rękawica, rozwiążą się same.

Harry zaciągnął się głęboko powietrzem, żeby nie wybuchnąć z siłą wulkanicznej erupcji, bezwiednie przecierając palcami swoją delikatnie piekącą dłoń w miejscach, w których Umbridge solidnie pielęgnowała swą nienawiść.

Czasami odnosił wrażenie, że mimo czasu, który Snape spędza na wdzieraniu się do jego głowy, patrzy on na niego przez jakiś dziwny pryzmat, który zakrzywia odbierane, dochodzące do niego z umysłu Harry'ego bodźce.


-VVV-


Harry nauczył się samodzielnie zmagać z własnymi problemami w wieku zaledwie ośmiu lat. W pedantycznym domu swojego wujostwa nie miał nikogo, kto wstawiłby się za nim w potrzebie, kto poparłby go niezależnie od okoliczności, kto pocałowałby niewielkiego guza na czole, którego sobie nabił, kiedy biegł przez nierówności kostki chodnikowej o barwie gumy balonowej, prowadzącej na plac zabaw, do którego wymykał się niepostrzeżenie w ciemne, chłodne wieczory.

— Co tu robisz sam? — zapytał go kiedyś człowiek na ulicy, zatrzymując koło niego samochód i opuszczając do połowy umazaną tłustymi odciskami palców szybę. — Gdzie są twoi rodzice? — Rozejrzał się, wystawiając głowę za okno i wrzucił do studzienki niedopałek papierosa, wydmuchując gęsty, tytoniowy dym przez nos.

Był późny wieczór, a Harry spieszył się do domu wuja Vernona, wiedząc, że teleturniej, który tego dnia ogląda jego wujostwo, trwa dokładnie trzydzieści pięć minut, że przez ten czas nie ruszą się ze swojej kanapy z zapadłym obiciem, nie sięgną po pilota i nie wrzasną: „przydaj się na coś i przygotuj herbatę, ty niewdzięczny chłopaku" - że przez ten czas ma chwilę, którą może przeznaczyć całkowicie dla siebie, wymknąć się i zaczerpnąć powietrza, i pohuśtać się na pobliskim placu zabaw, czego tak bardzo i tak długo zazdrościł innym dzieciakom mieszkającym w okolicy.

Harry przyspieszył kroku, czując stróżkę potu wstępującą mu na kark. Samochód wolno za nim sunął - jak cień; stary, spalinowy silnik powarkiwał z lekka.

— Może cię podrzucę? — zaproponował dosyć przyjaznym głosem mężczyzna siedzący za kierownicą, a w głowie Harry'ego zapaliła się czerwona lampa. — Wyglądasz na zmęczonego.

Harry starał się zapanować nad tempem swojego oddechu i z satysfakcją uznał, że w miarę mu się to udaje.

— Nie, dziękuję — powiedział, starając się brzmieć najnaturalniej w świecie, choć pociły mu się dłonie. — Jest pan bardzo uprzejmy, ale nie skorzystam.

— Hmm — mruknął kierowca, lustrując go od stóp do głów oceniającym wzrokiem; Harry bardzo mocno starał się nie kręcić nerwowo i nie przestępować z nogi na nogę. — A jak się nazywasz, chłopcze?

Chłopcze. Wuj Vernon tak się do niego zwracał. Harry zastanawiał się, czy kiedykolwiek będzie zdolny patrzeć na to określenie i nie widzieć w nim obelżywego bluźnierstwa.

— Mama nie pozwala mi rozmawiać z obcymi — skłamał Harry, nerwowo miętosząc rękawy cienkiej kurtki w dłoniach.

Kierowca zaśmiał się miękko - tłumione w Harrym nerwy zdawały się wypalać mu dziurę we wnętrznościach, odnosił nieprzyjemne uczucie, że jego żołądek niczym miękka tkanina jest wywijany na lewą stronę.

— Wybacz dzieciaku, nie przedstawiłem się. Jestem George.

— Nie jestem dzieciakiem.

Mężczyzna zamruczał jak łakomy kocur.

— Jasne, że nie — przymilił się, uśmiechając do Harry'ego uspokajająco. — To co, pozwolisz się podrzucić?

Harry zagryzł wnętrze policzka.

— Raczej odmówię.

Mężczyzna westchnął - jakby naprawdę przejmował go opór Harry'ego, po czym mruknął pod nosem, bardziej do siebie, niż do niego:

— Uparty bachor.

W ciągu kilku sekund w jego dłoni znalazła się broń; Harry przystanął, wytrzeszczając oczy, jego dudniące pod mostkiem serce podjechało do gardła.

— Wsiadaj, powiedziałem — rozkazał mężczyzna, jakby od niechcenia popędzając go lufą pistoletu — bo zrobię się niemiły. — Chromowany metal pobłyskiwał w pomarańczowym świetle latarni.

Oddech Harry'ego nienaturalnie przyspieszył. Miał wrażenie, że patrzy na wszystko z oddali, chociaż samochód stał tuż obok niego, trochę, jakby ziemia odjeżdżała do tyłu, a wszystko pozostałe stało w miejscu; w uszach słyszał narastający pisk, zagłuszany jedynie niespokojnym tempem jego głośnego oddechu.

Głośny trzask, szelest gałęzi, a następnie huk przebijający się przez szum dzwoniący mu w uszach. Harry - szczękając zębami - odskoczył do tyłu, wytrzeszczając oczy, w których zakręciły się łzy osłupienia. Stał jak wryty, jakby podeszwy jego zdartych adidasów przykleiły się do szarych płyt chodnikowych, nie potrafiąc oderwać wzroku od metalu, czarnej blachy samochodu i zieleni wieńczących wszystkiego liści drżących jak wiosenna korona, mając wrażenie, że drętwieją mu dłonie, a potem ramiona i łokcie - jakby połykał go nagły paraliż.

To trochę jak film puszczony z kasety. Odtwarzany z pauzami klatka po klatce.


-VVV-


— Dzieciak jest w szoku — wydał werdykt jeden z lekarzy, którzy zjawili się na miejscu w chwilę po pojawieniu się policji, zawijając go szczelnie folią termiczną i świecąc mu w oczy maleńką latarką o niezbyt wysokim natężeniu oświetlenia.

— Trudno, żeby nie był, Ben — wzruszył ramionami inny, zaciskając mocno ciśnieniomierz na drżącym ramieniu bladego jak naga kość Harry'ego. — Był świadkiem tego, jak faceta przygniotło walące się drzewo — rzucił przez ramię, sadzając Harry'ego u wejścia do ambulansu. — Wielu starszych poszalałoby ze strachu.


-VVV-


Jak mam poczynić postępy w czymś, czego funkcjonowania nie rozumiem? — zastanawiał się czasami Harry, z rezygnacją patrząc na wycelowaną w niego różdżkę Snape'a. Próbował rozciągać swoją wyobraźnię, podejrzewając, że być może Voldemort ma rację - że być może, aby czegoś dokonać, wystarczy jedynie wiara we własne możliwości, być może za mało ufał swojej własnej magii, może, zamiast starać się ją okiełznać, upiąć w ścisłe ramy zaklęć, w obwód własnego ciała, powinien się jej poddać, powinien pozwolić jej przejąć nad sobą kontrolę.

Nie robił tego, bo bał się konsekwencji - on, Gryfon, obawiał się, że jeżeli nie postawi przed swoją magią sztywnych ograniczeń, bardzo szybko skrzywdzi siebie albo - co gorsza - kogoś w swoim najbliższym otoczeniu.

— Dlaczego nie ma na to żadnego zaklęcia? — zapytał pewnego wieczora, umierając z frustracji. — Kiedy pan wślizguje się pod moją czaszkę, wymawia pan inkantację, dlaczego nie działa to w obie strony?

Snape odetchnął głęboko i pokręcił głową, jakby nie dowierzał w to, że Harry w ogóle o to pyta. Nachylił się w jego kierunku, opuszczając różdżkę; między jego brwiami wystąpiła pionowa zmarszczka.

— Chciałbyś zamknąć swój umysł w ograniczeniach? — zapytał cicho Snape, patrząc na niego, jakby Harry mu oświadczył, że zamierza sprofanować święty ołtarz. — Chcesz sprowadzić całą swoją mentalność do jednego zaklęcia?

Harry speszył się nieznacznie, ale nie zamierzał ustępować tak łatwo.

— Cóż, pan rzuca zaklęcie, kiedy używa pan Legilimencji — zauważył słusznie, unosząc wysoko podbródek, aby dodać sobie animuszu. — Skoro wnikanie w czyjś umysł ogranicza się do jednego zaklęcia, dlaczego obrona przed mentalną penetracją nie działa analogicznie?

Snape wyprostował się niespiesznie i przechylił głowę, przyglądając mu się, jakby nie oczekiwał od Harry'ego tego rodzaju pytań o istotę sprawy, jakby spodziewał się, że Harry uzna najzwyczajniej w świecie, że tak już jest i basta i dojdzie do wniosku, że nie ma co tego roztrząsać.

— Nie potrzebuję zaklęcia, żeby wniknąć w czyjś umysł, Potter — oznajmił cicho Snape, a Harry uświadomił sobie, że jego profesor wspominał coś o tym na ich pierwszym, pozalekcyjnym spotkaniu, choć wówczas ta zawiła zdolność wydobywania wspomnień i związanych z nią uczuć, wyłuskiwania myśli i możliwość przejęcia kontroli nad ich biegiem sprowadzała się w przekonaniu Harry'ego do niczego innego, jak do czytania w myślach - co było dość uproszczonym pojęciem.

— Więc z jakiej racji go pan używa? — zapytał sceptycznie, a Snape warknął na niego, jakby Harry go obraził.

— Żeby łatwiej było ci się bronić, głupcze — wysyczał przez zęby Mistrz Eliksirów, a jego czarne oczy pociemniały jak niebo w burzowe dni. — Żebyś to potraktował jak walkę, jak pojedynek. Ja rzucam zaklęcie, a ty musisz zrobić wszystko, aby go odeprzeć.

Harry ledwo zdołał się powstrzymać od zazgrzytania zębami.

— Jak — przecisnął powoli przez gardło Harry, starając się trzymać własne nerwy na krótkiej smyczy — mam, na Morganę, odeprzeć jakiekolwiek zaklęcie samą siłą świadomości? To niewykonalne.

Snape opuścił powieki i potarł prawą brew w geście, który wyglądał trochę jak kapitulacja. Przez moment stał z zamkniętymi oczami i Harry odniósł wrażenie, że szuka on sposobu na to, by zedrzeć mu łuskę z oczu.

Kiedy chuda, nieco koścista dłoń wreszcie opadła, spojrzenie Snape'a zagnieździło się na jego twarzy i Harry poczuł nieprzyjemne łaskotanie w żołądku, widząc w nim jedynie chłodną determinację. Szata Mistrza Eliksirów zaszeleściła, kiedy ten zbliżył się do niego w kilku, szybkich krokach (Harry cofnął się automatycznie, szukając jakiegokolwiek wytłumaczenia w rysach ziemistej twarzy).

— Musisz zrozumieć mechanizmy obejmujące twój umysł, Potter, jeśli zamierzasz nad nim zapanować — powiedział Snape, chwytając go za brodę i przytrzymując go w miejscu. — Musisz wreszcie pojąć, że umysł to broń - największa, w jaką jesteś wyposażony - musisz zrozumieć, że twoje pragnienia należą tylko do ciebie, twoje intencje i ideały mogą być twoją prywatną sprawą, jeśli dostatecznie nauczysz się je ukrywać, twoje niepokoje mogą być niewidoczne dla innych. — Czarne oczy spoglądały prosto w jego własne. — Wszystko to tkwi w twoim umyśle, Potter. Jeśli go zdyscyplinujesz, jeśli nauczysz się go kontrolować, nie tylko obronisz się przed napierającymi na ciebie umysłami innych czarodziejów, ale na dokładkę znajdziesz odpowiedzi potrzebne do zrozumienia tego, dlaczego postępujesz, tak jak postępujesz. Umysł to potęga, Potter — wysyczał z naciskiem Snape, a potem zanurkował w jego oczach jak w odmętach Jeziora Windermere.

Harry wzdrygnął się, kiedy coś obcego, a zarazem dziwnie znajomego wślizgnęło się błyskawicznie do jego głowy, a następnie zaczęło przekradać się sprawnie koło jego myśli, koło jego apetytu na życie, koło jego wspomnień, upokorzeń i chwil wzniosłości, czyniąc to tak dokładnie i tak prędko, że żołądek Harry'ego odmówił posłuszeństwa.

Uczucie trochę przypominało jechanie w dół bardzo szybką windą.

Snape wyszedł z jego umysłu w tej samej chwili, w której Harry uznał, że jeszcze chwila, a mdłości rzucą go na kolana, zupełnie jakby wiedział, zupełnie, jakby doskonale znał granice jego wytrzymałości - i Harry pomyślał, jakie to dziwne, że Snape nawet teraz - zapalony do tego, aby uświadomić mu potęgę ludzkiej jaźni - dba o to, aby ich nie przekroczyć.

Wyrwał się z uchwytu długich palców, odwrócił się raptownie i - chcąc nie chcąc - zaczął wymiotować, szarpany ostrymi, silnymi skurczami buntującego się żołądka. Wrażenie było dziwaczne i zdecydowanie nieprzyjemne - trochę, jakby miał migrenę, trochę, jakby przeżył wstrząsającą przejażdżkę rollercoasterem - posadzka falowała mu pod stopami.

Ciotka Petunia zaśmiewała się gdzieś na tyłach jego głowy:

Jesteś takim darmozjadem...".

Nigdy niczego nie osiągniesz...".

Nie jesteś wystarczająco prostolinijny...".

Blizna pulsowała, jakby ktoś ją rozdarł i obficie usmarował solą. Harry syknął przeciągle - to zabrzmiało niemal jak wężomowa w jego ustach. Uniósł dłonie do czoła - jedną przycisnął mocno do palącej żywym ogniem blizny, a knykcie drugiej przystawił do tętniącej szaleńczo skroni. Zagryzł dolną wargę, bo na usta cisnęły mu się same inwektywy.

— Potter...

— Przyswoiłem sobie — przecedził przez zęby Harry, mocniej dociskając drżące palce do blizny na czole. — Nauczyć się wreszcie kontrolować swój umysł. Nie potrzebuję większej zachęty.


-VVV-


Tego samego wieczora zaszył się w Dziale Ksiąg Zakazanych, przeszukując skrupulatnie wiekowe księgi dotyczące magii umysłu, czytając całe pokłady akapitów, z których rozumiał stosunkowo niewiele - ale wystarczająco, aby uświadomić sobie, że nie istnieje jeden, zatwierdzony, swoisty sposób na zatrzaśnięcie bram własnego umysłu przed agresorem, że każdy umysł jest czymś indywidualnym i nie ma żadnej powszechnej metody na ochronienie siebie przed cudzym wpływem.

To, jak ochrania się każdy umysł, jest płynne, ma zatarte kontury, niewidoczne granice i zależy od czarodzieja, który się broni i jego silnej woli. W umyśle nie ma strug zaklęć, nie ma materialnych murów, za którymi można się schować, nie ma przyjaciela, który odbije klątwę wycelowaną w twoje plecy. W umyśle jesteś sam, a to, z czym walczysz na poziomie swojej percepcji, nie jest z góry ustaloną kwestią.

To trochę przypomina starcie dwóch światopoglądów. Możesz poddać się naciskowi czyichś koncepcji, ale możesz także się z nimi nie zgodzić, odeprzeć jego wyobrażenia i zastąpić je własnymi.

I wszystko sprowadza się do tego, czy ufasz potędze własnej podświadomości.


-VVV-


Przeciwstawienie się zaklęciu: „Imperio" nigdy nie stanowiło dla niego problemu. Chociaż Imperius powinien ofiarować rzucającemu klątwę całkowitą kontrolę nad jego umysłem, wprowadzać go w stan spokojnego transu, w którym nie istnieją najmniejsze troski, w którym pojęcie odpowiedzialności za własne czyny nie istnieje, Harry potrafił się mu opierać, odrzucać go, nie zgadzać się na jego mentalne pęta zaciskające się wokół jego nadgarstków.

Klątwa Imperiusa była kusząca dla rzucającego - dawała nieograniczone możliwości, ofiarowywała bezwarunkową kontrolę nad drugą istotą ludzką, czyniła go panem sytuacji. O uszy Harry'ego obijała się wieść o wielu strasznych czynach popełnionych pod tym zaklęciem narzucającym na jednostkę cudzą wolę. Sprzeniewierzenie, morderstwo, a nawet samobójstwo były jedynie ziarnem na pustyni możliwości, do których człowiek mógł bez trudów zmusić drugiego człowieka. Rozmach tej klątwy wydawał się nieograniczony, nie posiadał żadnych horyzontów, żadnych widocznych barier, doszczętnie przygniatał wolą wolę człowieka, odbierał prawa, mieszał z błotem, nie pozostawiał kamienia na kamieniu.

Harry był pewien, że Imperius był w stanie całkowicie stłamsić ludzką moralność. Mógł zmusić prawego działacza partyjnego do korupcji politycznej. Mógł nakazać najwierniejszemu, kochającemu ojcowi rodziny zdradę małżeńską, fizyczne znęcanie się nad żoną, porzucenie swoich dzieci, a nawet akty gwałtu dokonywane pod rodzinnym dachem. Mógł pchnąć największą cnotkę ku niemoralności.

Jednak on potrafił z tym walczyć, potrafił sprzeciwić się poleceniom, potrafił doszukać się własnego głosu pośród cudzych narzuceń i wyjść z tego bez najmniejszego uszczerbku na psychice.

Miał silną wolę — tak mu mówił Dumbledore: — „Jesteś niezłomny, Harry, masz bardzo silną wolę" — i Harry nie rozumiał, dlaczego wobec tego tak mizerne efekty odnosi w dziedzinie Oklumencji. Imperius nie bez przyczyny był Zaklęciem Niewybaczalnym - nie chodziło jedynie o nadeptywane idee, tłamszone aspiracje, ale także o to, że obrona przed Imperiusem powinna nie być możliwa. W czym więc tkwiła drzazga, że Harry - sprzeciwiający się otwarcie potężnemu jak fizyczne pchnięcie Imperiusowi Lorda Voldemorta - nie był w stanie obronić się przed Legilimencją Severusa Snape'a?

Tkwił gdzieś jakiś szkopuł, niewidoczny na pierwszy rzut oka, a mający niezaprzeczalny wpływ na wszelkie próby ochrony jego umysłu przed magią Mistrza Eliksirów. I Harry zamierzał dowiedzieć się, gdzie się zaklinował.


-VVV-


— Byłby pan tak miły i rzucił na mnie Imperiusa? — palnął bez uprzedzeń na początku kolejnych, katorżniczych ćwiczeń z Oklumencji, nie dbając o to, jak bezpretensjonalnie zabrzmią jego słowa.

Snape zadławił się popijaną wodą, której przeźroczystą szklankę z impetem odstawił na biurko, tylko cudem nie wydrążając krawędzią denka dziury w drewnie, a Harry uznał, że wypadałoby wytłumaczyć tą niecodzienną, kontrowersyjną prośbę.

— W słusznym celu, oczywiście — dodał więc pospiesznie, kiwając zachęcająco głową. — Muszę coś sprawdzić.

Siedzący przy biurku czarodziej otarł wierzchem dłoni usta; jego nozdrza zadrżały, kiedy zaciągał się głęboko zatęchłym powietrzem lochów, jakby starał się uspokoić. Czarne oczy boleśnie powoli przeciągnęły się po rysach jego twarzy.

— Musisz coś — wysyczał Snape, brzmiąc tak, jakby jego szczękę złapało odrętwienie — sprawdzić... — przeciągnął ten wyraz, jakby starał się zwrócić uwagę Harry'ego na absurdalność jego prośby.

— Aha — odparł Harry, wzruszając ramionami, niemy na sceptyczność Snape'a. — Widzi pan, dużo myślałem nad tym, dlaczego ta cała Oklumencja idzie mi tak opornie.

— I doszedłeś do jakże genialnych wniosków, że jak wspomogę cię klątwą, która w naszym systemie prawnym jest karana dożywociem w Azkabanie, to Oklumencja pójdzie ci sprawniej? — Snape brzmiał tak, jakby jego samokontrola wisiała na włosku.

Harry przeciągnął koniuszkiem języka po górnych zębach i nerwowo przestąpił z nogi na nogę.

— Nie — powiedział, siląc się na spokój — chciałbym zrozumieć różnicę.

— Chciałbyś — powtórzył cicho Snape, a jego spojrzenie wezbrało na intensywności, kiedy osiadło na źrenicach Harry'ego jak materialny ciężar — zrozumieć różnicę.

— Aha — potwierdził Harry, kiwnąwszy krótko głową, a Snape wciągnął powoli, z niejaką irytacją, powietrze przez nos.

— Czy mógłbyś — zapytał z wolna, cedząc słowa — wyrażać się jaśniej?

Harry, olśniony własnym pomysłem, nie zważył nawet na odrazę stojącą murem za wypowiedzią Mistrza Eliksirów.

— Proszę posłuchać — euforycznie pospieszył z tłumaczeniem Harry, zaczynając przechadzać się jak narwaniec po gabinecie; nosiło go niemal tak samo, jak przed pierwszym meczem quidditcha — zastanawiało mnie, na czym polega różnica pomiędzy wpływem, jaki na umysł wywiera zaklęcie: „Legilimens" a przymuszeniem spowodowanym klątwą: „Imperius". Pomyślałem sobie, że to idiotyczne, że potrafię powstrzymać działanie czegoś, czego opanowanie powinno być niewykonalne, a nie radzę sobie z przeciwstawieniem się Legilimencji. Zastanawiało mnie, czy byłbym w stanie oszacować, jak dokładnie działa ta funkcja obrony, którą stosuję wobec Imperiusa i odnieść ją do odpierania magii umysłu — tłumaczył Harry, gestykulując zawzięcie. — Być może ja, a jeśli nie ja, to pan, będzie w stanie zauważyć jakiś schemat w reagowaniu mojego umysłu na tę klątwę. Może byłbym w stanie nauczyć się zachowywać analogicznie wobec włamywania się do mojej głowy, rozumie pan mój punkt widzenia?

Mistrz Eliksirów przypatrywał się dłuższą chwilę jego oczom - musiały błyszczeć jak dwie, zielone pochodnie zza okrągłych szkieł okularów.

— I co niby — prychnął obelżywie Snape, krzywiąc się na niego koszmarnie — miałbym nakazać ci zrobić?

Wzruszył ramionami.

— Wszystko jedno — oznajmił z przekonaniem. — I tak nie uda się panu na mnie wpłynąć.

Snape westchnął ciężko i pokręcił z rezygnacją głową.

— I ty mi mówisz — mruknął pod nosem, wyciągając różdżkę i celując nią w głowę Harry'ego — że megalomania to coś, co nie ma z tobą nic wspólnego...


-VVV-


Gabinet pachniał magią. Dziką, pierwotną, przepływającą powoli poprzez powietrze, jakby ulegała w nim dyfuzji. Rozkosznie pachniała - jak afrodyzjak, jak wyrafinowane, dojrzałe wino, rozbudzające kubki smakowe.

Głos obijający mu się o czaszkę był miękki i kuszący, i wcale nie wzbudzał w nim pragnienia ucieczki.

Uklęknij, Potter" — zabrzęczał mu w głowie głęboki, wibrujący ton i Harry prawie to zrobił. Prawie, bo jego podświadomość zareagowała z nieco opóźnionym zapłonem.

Chwila, co się dzieje?" — odezwała się w nim ta pragmatyczna cząstka, która zdawała się stać na straży jego racjonalnego myślenia, gwałtownie zatrzymując jego zamiary. Jej głos był trochę wyciszony, trochę stłumiony, jakby dochodził do niego zza wysokiego muru, ale wciąż tam był - anioł stróż serca logiki. — „Nie chcę klękać".

Uklęknij, zrób to, uklęknij przede mną" — wyszeptał głos. Kusił. Zachęcał. Mącił mu w głowie.

Z jakiej racji?" — myślał Harry, a choć jego zmysły były mocno przytłumione, uchwycił się tej myśli jak liny rzuconej topielcowi. — „Nie chcę, nie będę".

Nie daj się prosić" — zamruczał głos, wzbierając na intensywności. Brzmiał jak obietnica spełnienia jego ukrytych pragnień. Wszystkie słowa - każda zgłoska, każde przeciągnięcie sylaby, każdy, głębszy niż zazwyczaj pomruk - były niewiarygodnie wyraźne, jakby zogniskowane wokół niego, napierające na jego podświadomość.

Gdzieś - w jakimś trudno dla niego dostępnym w obecnej chwili fragmencie jego umysłu - zapaliła się czerwona lampka i zaczęła ostrzegawczo migotać.

No, uklękniesz? Nie obawiaj się, zrób, o co proszę, spraw mi tą przyjemność".

Ten głos wyczyniał z nim niewiarygodne rzeczy, sprawiał, że musiał zaprzeć się całą siłą woli - tak ciężko było mu się oprzeć. Jednak wbijał paznokcie we własne ideały, starając się nie zgubić po drodze siebie, pytając się w kółko o to, kto decyduje o jego czynach: on sam czy demony, które jak czarne koty owijały się wokół rojeń jego umysłu.


-VVV-


Szatan nakazał klękać.

Szatan miał czarne włosy, przysłaniające wydatne kości policzkowe i czarne jak noc oczy. Szatan miał jakieś imię, którego Harry nie mógł sobie przypomnieć, ale wiedział, że nie powinien go usłuchać. Szatan miał przeszłość, której Harry się obawiał - doskonale pamiętał, że się jej obawia, a jednocześnie pragnął o niej usłyszeć, poznać ją, analizować.

Szatan manipulował jego uczuciami z taką zręcznością, że to przerażało.

Szatan wysyłał setki impulsów, jakby bawił się jego emocjonalnością, przywoływał jego grzechy z prostotą dziecka lepiącego babki z piasku, jakby tą czarną materię, jaką była szatańska dusza, wkładał mu pod skórę, pod paznokcie, pod opuszki palców, które mierzwiły tchnięte pragnieniem dostosowania się pod jego wpływy.

Szatan miał czerń w umyśle i czerwień w sercu, wywoływał w nim falę niepokoju, morze strachu i cały ocean zalewający go wymogiem posłuszeństwa, przymusem podporządkowania się jego słowom.

Kusiło go, aby zaniechać walki, kusiło go, aby włożyć głowę pod topór, kusiło go, aby pozwolić się zatracić w jego woli, poddać jej, pozwolić jej sobą kierować, ale podświadoma potrzeba walki była w nim silniejsza, niż największa, najintensywniejsza pokusa połykająca jego serce.

I Harry powiedział mu: „nie!".


-VVV-


— No, Potter — odezwał się cicho Snape, przyglądając mu się znad wciągniętej różdżki — to naprawdę było coś.


-VVV-


Komentarz, który padł z ust Harry'ego, gdy ponownie znalazł się w gabinecie Snape'a, był dość wulgarny, ale kleił się do jego języka jak wata cukrowa. Nie przewidział, że zderzenie z magią Snape'a będzie tak intensywnym przeżyciem.

Piekło go znacznie więcej, niż tylko blizna na czole - cała głowa pulsowała, jakby ktoś przez dłuższy czas trzymał go bez dostępu tlenu i teraz nagle otworzył zawór, który ograniczał jego ilości. Zachwiał się i oparł ciężko dłonią o stojące naprzeciw biurka krzesło dla gości, schylając ciążącą mu głowę i zaciskając mocno palce na oparciu. Starał się uspokoić kołaczące niespokojnie pod mostkiem serce.

Chociaż starał się powiązać to, co właśnie uczynił z dziedziną magii umysłu skojarzonej z ochroną, nie był w stanie odnaleźć najcieńszej, łączącej te sektory nici.

— Głowa cała? — zapytał Snape tak frywolnym tonem, jakby było mu wszystko jedno, a Harry westchnął ciężko i podniósł na niego wzrok.

— Mhm — mruknął, patrząc na niego ze zmęczeniem — żyję, żyję. Zdrowy rozsądek na właściwym miejscu. Niczego nie ubyło ani nie przybyło.

— Szkoda — odezwał się miękko jego profesor, przyglądając mu się tymi czarnymi, głębokimi oczami — myślałem, że może jakimś cudem nakłonię twoje szare komórki do pracy.

Harry prychnął, przecierając dłonią czoło.

— Myślenie życzeniowe — sprostował.

— Co za strata. — Snape pochylił nieznacznie głowę, mrużąc w niejakim skupieniu oczy. — No więc? Dokonałeś jakiejś odkrywczej analizy?

Skrzywił się, przykładając palce do pulsującej tępawo blizny.

Nie — oznajmił, robiąc marsową minę, wzdychając, kiedy nie stwierdził obecności krwi na swoim czole. — Trochę frustrujące, muszę przyznać.

Snape westchnął i wskazał mu gestem, żeby usiadł. Harry osunął się - nie bez wyczerpania - na krzesło dla gości. Czarna szata zaszeleściła, gdy profesor okrążył biurko i odsunął sobie fotel po drugiej jego stronie, a potem zasiadł na nim elegancko, opierając się łokciami o blat i splótł długie palce przed sobą. Głębokie, intensywne spojrzenie zerknęło na niego zza bladych dłoni jak na wyjątkowo intrygującą miksturę bulgoczącą w miedzianym kociołku.

— W porządku — powiedział cicho, przechylając odrobinę głowę — ja zrobiłem to za ciebie.


-VVV-


Za świadome myślenie i podejmowanie takich, a nie innych decyzji, jak powiedział mu Snape, odpowiedzialnie są części mózgu znajdujące się w korze przedczołowej oraz korze nowej. Klątwa: „Imperio" obejmując umysł atakowanej osoby, prowadzi do magicznego paraliżu tych właśnie części ludzkiego mózgu, co naturalnym biegiem rzeczy ma swoje implikacje w znacznym, chwilowym zaniku umiejętności autonomicznego myślenia. Odcięcie umysłu od wolności myśli z mostu czyni czarodzieja bardziej podatnego na wpływy z zewnątrz, niż zazwyczaj; klątwa narzuca poglądy wykonującego ją maga i zgrabnie wplątuje je w atakowany umysł, podsuwając mu myśli, polecenia i inicjatywy, które człowiek odbiera jako swoje.

Pod wpływem klątwy Imperiusa Harry nie tracił umiejętności samodzielnego wydawania opinii, samodzielnego podejmowania decyzji, samodzielnego ustosunkowania się do sprawy. Odseparowywał ją jedynie - jak twierdził Snape - na dalsze płaszczyzny swojego umysłu, aby jak najdokładniej osłonić je przed działaniem zaklęcia.

Klątwa ta nie zmuszała do posłuszeństwa, tak w każdym razie zarzekał się Snape, ona jedynie odcinała gałąź wolnej woli, tłumiła zdolność jego obiektywnej oceny sytuacji, głuszyła umiejętność podejmowania decyzji.

— Wobec tego — zapytał cicho Harry, marszcząc mocno brwi — co takiego dzieje się w mojej głowie, że nie podlegam standardom?

Snape potarł - raczej bezwiednie - dolną wargę, przyglądając mu się w zamyśleniu.

— Nie tracisz własnej osobowości - oto, co się dzieje — odparł; czarne oczy obserwowały go jak laboratoryjnego szczura. — Siedzisz gdzieś tam w środku, besztając się i przypominając sobie twoje własne ideały, nie pozwalając im spłonąć na stosie cudzego szantażu. Zasadniczo reagujesz jak typowy, świętoszkowaty Gryfon, Potter.

— No dobrze — sarknął Harry, starając się ignorować uszczypliwości Snape'a — i jak w takim razie mogę to odnieść do tej głupiej Oklumencji?

Snape prychnął i skrzyżował ramiona na piersi.

— Nie możesz — ocenił, przyglądając mu się - trochę, zdaje się, niechętnie. — Twoja Oklumencja musi działać w taki sposób, żeby wypchnąć agresora z twojej pustogłowej łepetyny. Oczywiście - mógłbyś się zaszyć gdzieś wewnątrz swojego umysłu, słuchać głosu tego, który postawił swoją stopę na twoim mentalnym terytorium i nie reagować na niego, tyle że, Potter, to nie jest efekt, do którego dążymy.

Ciekawe, czy Snape zdawał sobie sprawę z tego, jak wielki zawód sprawił mu tymi słowami?

— Świetnie — wypluł z siebie Harry, skrobiąc paznokciami niewielki szew przy kieszeni swojej szaty — więc pozostaje nam ciągnąć te bezowocne próby wpojenia mi tej, a nie innej metody do głowy?

Snape odkaszlnął - to zabrzmiało niemal jak zduszony śmiech w jego ustach.

— Więc zaiste, pozostaje nam ciągnąć te bezowocne próby wpojenia ci tej, a nie innej metody do głowy, panie Potter — powiedział jedwabistym głosem, zdmuchując niedbale z twarzy kilka czarnych kosmyków wpadających mu na powieki.


-VVV-


— Tak między nami mówiąc — zauważył raz Harry podczas odrabiania nudnego szlabanu, spędzanego na czyszczeniu kociołków — to ciekawe, że ze wszystkich rzeczy, które mógł mi pan rozkazać, wydał mi pan polecenie, żeby przed panem uklęknąć.

Snape łypnął na niego nieprzychylnie zza sterty korygowanych prac drugoroczniaków.

— A co, Potter, twoja duma by tego nie przeżyła? — zakpił, wykrzywiając się paskudnie.

— Mojej dumie nic by się nie stało — wzruszył ramionami Harry, polerując przetartą szmatką wieko kociołka — gorzej z pańskim sumieniem.


-VVV-


Warczał na niego, kpił i wykrzywiał wargi w imitacji uśmiechu, który aż ciskał szyderstwem, rzucał w niego niebłahymi inwektywami i wytykał mu lenistwo, niedbałość i arogancję. I w całym tym korowodzie zwyczajowej pogardy, z którą paradował po korytarzach, pozwalał mu myśleć samodzielnie, nie wkładał mu do głowy poglądów, którym powinien przyklasnąć, dawał mu wolną rękę w decydowaniu o własnym życiu i nie potępiał go za jego własne wybory.

Co innego Dumbledore. Dumbledore, który zawsze mu powtarzał, że miłość jest największą cnotą, że cały świat zbudowany jest na bazie dualistycznych przeciwieństw, że istnieje tylko czarne i białe i trzeba się umiejscowić po jednej bądź po drugiej stronie barykady. Dumbledore zdawał się nie widzieć szarości, a wątpliwości określał mianem błędów.

Opiewał spokojem - wybitny czarodziej, wieloletni dyrektor, zdobywca Orderu Merlina pierwszej klasy - patrzył znad swoich okularów-połówek i uśmiechał się dobrotliwie, tak, jak uśmiechałby się opiekun prawny do swojego wychowanka. Był błyskotliwym, życzliwym, starszym człowiekiem, oczytanym w wielu dziedzinach i mogącym szczycić się osobistą kulturą; był potężnym czarodziejem - to nigdy nie ulegało wątpliwości - a jednak nigdy nie obnosił się z tym po szkole, po Ministerstwie Magii, po czarodziejskim świecie. Za takiego uchodził - taką właśnie twarz pokazywał innym.

Harry zastanawiał się, jak to możliwe - nie dostrzec ryzyka w otwartym popieraniu Albusa Dumbledore'a, nie dostrzec błękitnych oczu, przeszywających umysł rozmówcy jak oszczep, nie dostrzec ukierunkowywania ludzkich przekonań na jeden, właściwy tor, którym powinno się poruszać, którym powinno się podążyć, bez pytania o cele.

— A w co wierzy twoje serce, Harry? — pytał z dobrotliwym uśmiechem dyrektor, gdy próbował go zagadnąć o cele, o ostateczne zamiary, o punkt dojścia, do którego zmierzał, a Harry nie odpowiadał, przyglądając się żerdzi, na której leniwie wypoczywał Fawkes, skubiący wściekle czerwone piórka.

Próbował go chwycić za sumienie, próbował powiedzieć: to jest dobre, to jest właściwe, powinieneś iść w tym kierunku i Harry zastanawiał się, co za tym stoi, co oprócz zwyczajnej, ludzkiej moralności i wspaniałomyślnego dobrodziejstwa skrywa się za tą starczą, pomarszczoną twarzą, za jego słowami, za jego sugestiami, wskazującymi poprawny kierunek poprzez życie.

Dumbledore - ten drogowskaz na rozstaju jego cnót.

Harry wzdychał, spuszczał głowę i przytakiwał, nie pozwalając sobie, aby przez jego umysł przemknęła choćby jedna, polemiczna myśl, aby choćby najmniejsza wątpliwość nie była dostrzegalna w jego zielonych oczach.

Dopiero później, przy szczelnie zasłoniętych kotarach swojego łóżka w dormitorium, z głową wciśniętą głęboko w poduszkę, pozwalał sobie na chwilę refleksji.

Jak mogę mówić, że postępuję zgodnie z własnym sumieniem — myślał, wdychając powoli zapach krochmalu unoszący się znad jego pościeli — jeśli nie mam wyboru.


-VVV-


Kiedy zawodził w dziedzinie ochrony umysłu po raz kolejny i kolejny, utknąwszy w miejscu jak głupiec, nie czyniąc żadnych postępów, mógł niemal poczuć wzbierającą jak gradowe chmury frustrację Snape'a. I Harry wiedział, że pewnego dnia z tych ciemnych chmur huknie donośny grzmot - to było do przewidzenia.

— Myślisz — wycedził przez zęby Snape pewnego, chłodnego wieczora, trzęsąc się z tłumionego gniewu jak osika — że jesteś jedynym dzieckiem na tym niesprawiedliwym świecie, które dorastało wśród patologii, Potter? — prychnął, zaciskając szczękę tak mocno, że pobielała mu żuchwa. — Czy sądzisz — pytał, głosem nieugiętym jak stal — że jeżeli powołasz się na swoją mugolską, durną rodzinę, to będę ci pobłażał?

Harry zazgrzytał zębami.

— Czy ja się o cokolwiek uskarżam? — zapytał głosem drżącym od tłumionych emocji. — Czy ja się nad sobą użalam, panie profesorze?

Snape obnażył zęby jak rozjuszona hiena.

— Przypomniałeś mi, że dorastałeś wśród mugoli — zauważył Snape, patrząc na Harry'ego, jakby zamierzał zmiażdżyć go samym spojrzeniem. — Przypomniałeś mi, że...

— Bo zarzucił mi pan, że używam terminu: „czytanie w myślach"! — zbulwersował się Harry, z trudem powstrzymując się od skopania stojącemu przed nim krzesłu nóg. — Tak dla pańskiej wiadomości: używam całej palety mugolskich sformułowań, więc jeśli robi to panu jakieś pieprzone znaczenie...

— Wyrażaj się, Potter!

— No jasne! Nie używaj kolokwialnego słownictwa, a szczególnie, gdy wywodzi się ono z repertuaru mugoli, powiedział szanowny pan profesor Severus Snape, który - jakby nie spojrzeć - używa frazy: „do cholery", jeśli coś go wyprowadzi z równowagi — uderzył jak burza Harry, nie zastanawiając się nad tym, co wychodzi z jego ust.

Snape umilkł i wyprostował się, ściągając łopatki; czarne oczy zamigotały jak para obsydianów podświetlona zaklęciem, rysy jego twarzy wygładziły się i przez moment przywodził Harry'emu na myśl rzeźbę anioła wykutą w czarnym marmurze. Kiedy się uśmiechnął, Harry doszedł do wniosku, że jeszcze nigdy nie widział tak drapieżnej nuty w rysach tej ziemistej twarzy.

Och, Potter — westchnął miękko, a Harry wzdrygnął się, czując dreszcze balansujące mu na kręgosłupie. Powoli podszedł do Harry'ego, nachylił się i przybliżył twarz do jego twarzy; zielonooki poczuł jego spokojny oddech muskający skórę, przyprawiający jego kości o drętwość — od kiedy to jesteśmy tacy domyślni, hmm? — zapytał, unosząc jedną brew. — Od kiedy to jesteśmy tacy wnikliwi?

Harry patrzył ze zżerającym mu umysł niepokojem na uniesione kąciki jego wąskich warg, na czarne oczy patrzące prosto w jego własne, na błąkający się gdzieś po twarzy cień niewiadomego pochodzenia.

— Wiesz, Potter, znaczna większość mojego życia - patrząc z punktu, w którym się znajdujemy - wydaje się niezwykle daleka i, jeśli się nad tym zastanowić, raczej nieistotna. Jestem realistą i - na dobrą sprawę - liczy się dla mnie tylko: tu i teraz. Obserwujesz mnie, Potter, i zauważasz ciekawe rzeczy, choć w życiu bym się tego po tobie nie spodziewał. Jednak wiedz, że jeśli zaczniesz kopać w mojej, jakże intrygującej, egzystencji, ja wywlokę na wierzch całą twoją ekspresyjną duszę i zadbam o to, abyś odczuł to bardzo dosadnie. Wobec czego zalecam, abyś... przestał... drążyć... w mojej... przeszłości.

Harry przełknął ciężko, odnosząc nieprzyjemne wrażenie, że przełyka nie ślinę, a kość, ale odważnie utrzymał spojrzenie Mistrza Eliksirów.

— Posiadanie mugolskiego rodzica to jeszcze nie przeszłość — ośmielił się zauważyć. — Rodziców posiada się na całe życie — chciał dodać, ale nie zdążył.

— Dla mnie tak — uciął Snape i wyprostował się.

I Harry - zapobiegawczo - postanowił się na tę chwilę wycofać.


-VVV-


Zamykając oczy tego samego wieczora, naprawdę marzył o tym, aby dane mu było odpocząć.

Voldemort jednak - żadne zaskoczenie - przekładał własne pragnienia nad jego potrzeby wyższego rzędu.

— Naprawdę bym chciał — szeptał do niego poprzez rozwijające się sny — ale nie obejdę się bez tej przepowiedni.

— Jakiej przepowiedni? — zdziwił się Harry, choć poszczególne nici w jego świadomości powoli zaczynały łączyć się w całość.

Voldemort odetchnął głęboko, jakby zaciągał się jego konsternacją.

— Ach... nie powiedzieli ci — wyszeptał; a potem roześmiał się - na początku lekko i cicho, z każdą chwilą coraz głośniej i głośniej, i głośniej. Śmiał się mocno, fanatycznie, przerażająco. — Przyznam się przed tobą, Harry, że tego nie przewidziałem.


-VVV-


Harry oparł się o framugę w gabinecie Snape'a i spojrzał - nie bez chłodu - na swojego profesora, który wstawił pióro w kałamarz i splótł razem palce nad blatem biurka; jego podbródek oparł się o złożone dłonie.

— Czym tym razem przyszedłeś mi zawracać głowę, Potter? — prychnął, lustrując jego twarz oceniającym spojrzeniem.

Harry założył ręce za plecy i przechylił głowę; jego twarz była śmiertelnie poważna.

— Ile tajemnic pan przede mną ukrywa? — zapytał przyciszonym głosem.

Czerpał niewysłowioną przyjemność z obserwowania, jak mdłe, szare cienie wplatają się w rysy tej ziemistej twarzy jak przędza. Czarne oczy nabrały ostrożności, zanim ukryły się za maską pogardy, wąskie wargi drgnęły - zaledwie na ułamek sekundy, ale niewystarczająco krótko, by Harry tego nie zauważył, długie palce powoli rozplątały się i spoczęły na blacie biurka - sztywne i blade.

Harry pokręcił pogardliwie głową i wciągnął przez nos zapach napięcia, który rozpylił się po gabinecie jak woda toaletowa.

— Czasami mam ochotę powiedzieć — odezwał się powoli Harry, przeczesując palcami niepoprawne, wzburzone włosy — wszystkim tym, którzy patrzą mi prosto w oczy, przemilczawszy ważne sprawy, które bezpośrednio mnie dotyczą, że jestem istotą myślącą, wie pan, panie profesorze?

Snape przyglądał mu się milcząco.

— Czasami mam ochotę — odetchnął głęboko Harry — wyryć własne myśli na pergaminie, bo moje słowa już dawno przestały wystarczać. — Odepchnął się od framugi i podszedł do biurka, opierając się dłońmi o ciemny blat, chłodny pod jego palcami. — Co pan myśli — wyszeptał Harry — o wstępie: „Szanowni czarodzieje i czarownice, którzy mnie zdeptaliście"?

Snape wzdrygnął się i Harry pomyślał, jakie to dziwnie proste, przelewać emocje z oczu do oczu. Nadal nic nie powiedział, obserwując jego twarz zza kurtyny czarnych włosów, jakby na coś czekał.

— Obaj wiemy — przedrzeźniał go Harry, kręcąc przekornie głową — że Sybilla Trelawney potrafi przemawiać z większym animuszem, niż na co dzień.

Serce w jego piersi drżało - był naprawdę wdzięczny, że nie było to słyszalne w jego głosie wypadającym z zaciśniętego gardła.

Wyjaśnił mu - Voldemort wszystko mu wyjaśnił, głęboko we śnie, wytłumaczył jak zagubionemu we mgle dziecku, rozjaśnił jego horyzonty. I Harry - z ciasno zawiązanym sercem, jakby ktoś na nim zacisnął supeł żeglarski - nie potrafił się zdecydować, czy wolał o tym wiedzieć, czy pozostać nieświadomym niewiniątkiem.

Jego głowa była ciężka ze znużenia - bolała, ale Harry nie potrafił zidentyfikować dokładnego źródła tego bólu. Stał z gardłem zasznurowanym na amen naprzeciw tego, komu mógłby uprzejmie podziękować za to, że nie ma rodziców jak każde normalne dziecko, za to, że zrujnował jego dzieciństwo, za to, że rozbił jego rodzinę i nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, nie potrafił z siebie wykrzesać gniewu, który powinien go teraz pochłaniać. Jedyne co go dotykało, to koszmarne zmęczenie, którego nie czuł jeszcze nigdy w życiu, nawet po wyczerpujących go - zarówno fizycznie, jak i psychicznie - zadaniach Turnieju Trójmagicznego, nawet po infiltrowaniu jego umysłu przez Voldemorta.

Jego własne ciało ciążyło mu jak kłoda.

— Jak to jest, panie profesorze — zapytał ponuro Harry, pochylając ciążącą mu głowę — że przychodzę tutaj, do pana gabinetu - przeważnie zamieniając się w pańską stratę czasu - a pan, zamiast mnie stąd wyrzucić, wyciąga do mnie rękę? — Harry odchrząknął, aby być w stanie mówić dalej. — To jakaś... czy ja wiem... forma rachunku sumienia?

Snape wziął jeden głęboki oddech, uniósł dłoń do twarzy i przetarł gestem krzyczącym bezsilnością nasadę nosa.

— Nie powinieneś ciskać we mnie jadem, Potter? Rzucać klątwami, bić głową w ścianę, zamachnąć się i rozgruchotać ten mój wielki nos? — zapytał powoli Snape; jego głos był słaby.

Harry wzruszył ramionami.

— Roztrzaskał mnie pan doszczętnie, panie profesorze — odpowiedział, wysilając odrętwiałą żuchwę do pracy. — Chyba nie potrafię już krzyczeć.


-VVV-


„Nie czuję się dobrze" — myślał z lekkim otumanieniem Harry, patrząc prosto w te głębokie, czarne oczy — „ze świadomością, że to był właśnie pan".