Corriente, Lilka, Klarostydia — dziękuję za komentarze!
Jak zwykle serdecznie dziękuję Panterze za zbetowanie rozdziału (i za pilnowanie, żeby bohaterowie zachowywali się tak, jak powinni).
Pogrzeb był cichy i skromny. Wiadomości o nim nie podano do prasy, więc na cmentarzu w Hogsmeade nie zgromadził się tłum gapiów, a jedynie garstka osób. Większość spośród nich stanowili pracownicy Hogwartu. Zjawiła się także nieliczna delegacja z Ministerstwa, z samym świeżo mianowanym Ministrem Kingsleyem Shackleboltem na czele, kilkoro członków Zakonu Feniksa i — co nieco Lizę zaskoczyło — Harry Potter wraz z przyjaciółmi.
Złoty Chłopiec trzymał się na uboczu, smutny i jakby zakłopotany. Po jego prawej stronie stała zamyślona Hermiona Granger, którą obejmował ramieniem blady i poważny Ronald Weasley, po lewej zaś miał Ginewrę Weasley, spokojną i wyraźnie zdeterminowaną, by stanowić dla niego oparcie. Oprócz nich przyszła jeszcze Luna Lovegood. Dziewczyna zbliżyła się aż do samego grobu i z uwagą wsłuchiwała w słowa prowadzącego ceremonię czarodzieja — chociaż równie dobrze mógł to być śpiew ptaków. Jeśli chodziło o tę dziwną Krukonkę, Vector nigdy nie miała co do niczego pewności.
Dzień wstawał piękny i słoneczny, jakby chciał sobie z nich wszystkich zakpić. Słońce odbijało się w trawie i nagrobkach, mokrych od całonocnego deszczu. Po cudownie błękitnym niebie leniwie snuły się obłoki, białe i puchate jak owieczki.
„Idealna atmosfera na pogrzeb kogoś takiego" — pomyślała Liza z ironią, żałując, że nie może sobie zapalić. Szybko zaczęło ogarniać ją znudzenie i zniecierpliwienie. Buty całkiem jej przemokły, a mimo że ściągnęła płaszcz i przewiesiła go sobie przez ramię, w czarnej sukni wciąż było jej nieznośnie gorąco. Niestety, staruszek prowadzący ceremonię dopiero się rozkręcał. Przemawiał całkiem ładnie, ale jak na gust Lizy zbyt rozwlekle. Czarownica zastanawiała się, czy w ogóle znał Severusa przed śmiercią — bo nie wątpiła, że o jego „bohaterskim poświęceniu", o którym z zapałem mówił, dowiedział się najdalej kilka dni temu z „Proroka".
Heloiza nie zamierzała udawać rozpaczy. Oczy miała zupełnie suche i nie zbierało jej się na płacz, chociaż przed wyjściem z komnat przezornie schowała do kieszeni chusteczkę. Obok niej Minerwa dyskretnie ocierała łzy, mocno zaciskając pobladłe wargi. Stojącej przed nią Poppy lekko drżały ramiona; Filius i Hagrid pospuszczali głowy, pogrążeni w myślach. Irma skryła twarz za opadającą z ronda kapelusza czarną woalką, więc Liza nie widziała jej miny. Dostrzegała jednak, że Argus Filch stoi bardzo blisko niej, a ich dłonie prawie się stykają. Szybko odwróciła wzrok, nie chcąc, by zauważyli, że się im przygląda. Tylko Pomona wydawała się zupełnie opanowana i z dystansem obserwowała przebieg ceremonii. Kiedy Liza skierowała na nią spojrzenie, pochwyciła je i uśmiechnęła się krzepiąco.
Prawie cała hogwarcka kadra stawiła się, by ostatni raz pożegnać Snape'a — a raczej to, co z niego zostało: spalone i zupełnie nierozpoznawalne szczątki i poczerniałą od ognia różdżkę, zamknięte w czarnej trumnie, której ze zrozumiałych względów przez całą uroczystość nie otworzono nawet na chwilę. Brakowało jedynie Batsheby, odesłanej przez Minerwę do domu zaraz po bitwie, Rolandy, która kilka dni temu wyprosiła urlop, żeby po roku rozłąki wreszcie spędzić trochę czasu z mężem, a także Horacego i Sybilli — tego dnia akurat wypadł im dyżur w skrzydle szpitalnym. No i Aurigi. Na samą myśl o niej, Liza poczuła jednocześnie przeraźliwy żal i nie do końca ukierunkowaną wściekłość.
Sinistra naprawdę źle znosiła obecną sytuację. Jednocześnie z potwierdzeniem śmierci Severusa, otrzymała dowody na to, że mężczyzna przez cały czas stał po ich stronie. Jakby tego było mało okazało się też, że przez całe życie kochał inną kobietę i to dla niej poświęcił się i zginął. Każda z tych trzech rzeczy sama w sobie byłaby trudna do zniesienia, nic więc dziwnego, że Auriga kompletnie się załamała. Liza nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, przez co przechodziła, jak bardzo oszukana i zrozpaczona musiała się czuć.
Po tym, jak Minerwa pokazała jej wspomnienia Snape'a, Sinistra przynajmniej starała się funkcjonować normalnie. Pracowała tak samo, a może jeszcze bardziej intensywnie niż wcześniej, choć wykańczanie się w ten sposób nie przynosiło jej już żadnej ulgi. Stawała się coraz bardziej zamknięta w sobie i apatyczna, unikała rozmów ze współpracownikami i gdyby nie to, że wciąż razem mieszkały, pewnie unikałaby także Lizy.
Potem, dokładnie trzy dni temu, przyszła wiadomość o pogrzebie i w Auridze jakby coś pękło. Przepłakała cały wieczór i kolejną noc, a następne dni spędziła w łóżku, na przemian śpiąc, szlochając w poduszkę albo gapiąc się pusto w ścianę. Vector bez słowa skargi przejęła część jej obowiązków, wytłumaczyła ją przed zirytowaną Minerwą i zmartwioną Poppy, i przekonała wszystkich, by dali jej święty spokój.
Mimo wszystko na początku Sinistra nie chciała słyszeć o tym, że miałaby nie pójść na pogrzeb i prawie się pokłóciły, kiedy Liza jej to zasugerowała. W końcu jednak sama stwierdziła, że nie da rady przejść przez uroczystość, a Vector pozostało jedynie utwierdzać ją w przekonaniu, że to właściwa decyzja i nie powinna mieć z tego powodu poczucia winy.
Wreszcie przemowa dobiegła końca i trumna została spuszczona do głębokiego dołu, a następnie przysypana ziemią. Czarodziej machnął różdżką, wygładzając ją nieco i wyczarowując w jej miejscu prosty, kamienny nagrobek, wokół którego zebrani zaczęli składać kwiaty. Liza stwierdziła, że ma już dosyć. Nie czekając na pozostałych, sprężystym krokiem ruszyła w stronę Hogwartu. Może nim zacznie się śniadanie, zdąży spotkać się z Aurigą? Kiedy zajrzała do niej przed wyjściem, jeszcze spała. Jej oddech był niespokojny, a na wymizerowanej twarzy lśniły ślady łez. Liza nie miała serca jej budzić, zresztą i tak nie wiedziałaby, co powiedzieć. Teraz jednak Sinistra na pewno zapyta o pogrzeb... Na myśl o tym Vector poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.
Ku jej zaskoczeniu, przed bramą zamku czekał na nią Jules. Mężczyzna palił papierosa, opierając się niedbale o jeden z filarów, ale na widok Lizy natychmiast wyprostował się i przejechał dłonią po włosach.
„Na Merlina — pomyślała Vector — czy ten człowiek nie ma przypadkiem jakiejś pracy?"
— Dzień dobry, Lizo! — wykrzyknął entuzjastycznie, a ona z uśmiechem przewróciła oczami.
— Znowu ty — westchnęła z udawanym zniechęceniem. — Jaki tym razem masz pretekst, żeby tu być?
— Żadnego, po prostu chciałem cię zobaczyć — odparł Shepard i spojrzał na nią przenikliwie. — I widzę, że przyszedłem w samą porę. Kto tym razem?
Liza pokręciła głową na znak, że nie ma o czym mówić.
— Nieważne, nawet nie znałam go za dobrze — odparła wymijająco, choć w rzeczywistości pogrzeb podziałał na nią bardziej przygnębiająco, niż skłonna byłaby przyznać. A potem, nim zdążyła przypomnieć sobie o tych wszystkich rzeczach, które powinna zrobić, a których się obawiała i na które nie miała już siły, dodała: — Zabierz mnie stąd, proszę. Nie zniosę kolejnej stypy w Wielkiej Sali!
Shepard uśmiechnął się ze zrozumieniem i podsunął jej ramię.
— Jak sobie życzysz, Liz.
xxx
— Aurigo! Aur, poczekaj...
Sinistra udała, że nie słyszy zniecierpliwionego wołania Poppy Pomfrey, i spokojnie skręciła w boczny korytarz. Miała pecha, bo schody, którymi zamierzała uciec na wyższe piętro, właśnie postanowiły przesunąć się wraz z kilkunastoma zdenerwowanymi szóstorocznymi na pokładzie.
— A niech to! — mruknęła do siebie z rezygnacją, zatrzymując się i odwracając, by stawić czoła koleżance. — O, Poppy, coś się stało? — zdziwiła się całkiem przekonująco.
— Stało, stało — sarknęła zdyszana pielęgniarka. — Gonię za tobą od pokoju nauczycielskiego! Wołałam cię, nie słyszałaś?
Auriga uśmiechnęła się przepraszająco.
— Wybacz, zamyśliłam się.
Pomfrey westchnęła ciężko i pokręciła głową.
— Zdawało mi się, że raczej specjalnie unikasz mnie od kilku dni... No, ale skoro już cię złapałam, to możemy porozmawiać. Nie tutaj, proszę. — Obrzuciła potępiającym spojrzeniem wędrujące schody i narzekających głośno uczniów. — Chodź ze mną.
Sinistrze nie pozostało nic innego, jak posłuchać. Poppy w milczeniu poprowadziła ją jakimś bocznym korytarzem z dala od świadków i hałasów, a potem zaprosiła do jednej z nieużywanych klas. Sama starannie zamknęła za sobą drzwi i stanęła przed nimi, jakby chciała zagrodzić jej wyjście.
— Lumos! No, od razu lepiej... Powiedz mi, jak się czujesz? Wszystko w porządku?
Zaskoczona Auriga skinęła głową, rozglądając nieuważnie po pomieszczeniu. Poupychane byle jak po kątach ławki i krzesła pokrywała gruba warstwa kurzu, ciężkie od niego były także zasłony w oknach i kandelabry. W brudzie na podłodze dało się jednak zobaczyć wyraźnie czystsze ślady, jakby ktoś niedawno coś po niej przesuwał. Prowadziły pod jedną ze ścian, do wielkiej płachty poszarzałego materiału, pod którym rysowały się duże, kanciaste kształty. „Pewnie ktoś powrzucał tutaj meble ocalałe z zawalonych pomieszczeń" — stwierdziła Sinistra, gładząc zakurzoną bawełnę. Teraz w zamku często można się było natknąć na takie magazyny.
— Słuchasz mnie, Aurigo? Rozmawiałam z Horacym. Powiedział mi, co stało się we wtorek w pracowni.
Sinistra zerknęła na koleżankę i zaraz odwróciła wzrok.
— To tylko skaleczenie — mruknęła bagatelizującym tonem. — Profesor Slughorn nie powinien zawracać ci głowy. I on, i ty doskonale wiecie, że wystarczy trochę wyciągu ze szczuroszczeta...
— Gdybym martwiła się o twoje skaleczenie, to zawołałabym cię do mojego sterylnego i oświetlonego gabinetu, żeby je obejrzeć, Aur — przerwała jej Poppy stanowczo. — Chodzi mi o to, co się stało później. Wystraszyłaś Horacego.
— Profesor miewał do czynienia z histeryzującymi uczniami — odparła sucho Sinistra. — Powinien dostrzec podobieństwo.
Pomfrey spojrzała na nią surowo.
— Nie porównuj się do dzieci, które pierwszy raz mają w ręku groźne ingrediencje. Pracowałaś ze smoczą krwią mnóstwo razy, sama widziałam. Nie pierwszy i nie ostatni raz się zraniłaś, do tego dość powierzchownie. Ból nie mógł być wielki, a w porównaniu z tym, co przeszłaś w maju, śmiem twierdzić, że zupełnie nieadekwatny do reakcji. Tym bardziej, że gdy leczyłam ci oparzenia, nawet nie zakwiliłaś...
— Byłam wtedy w szoku i nic nie czułam! We wtorek w pracowni trochę się wystraszyłam, no dobrze, spanikowałam... Jestem tylko człowiekiem, Poppy!
— Spójrz na mnie.
Auriga niechętnie pozwoliła zajrzeć sobie w oczy. „I tak nie potrafisz w nich czytać" — mimowolnie przemknęło jej przez myśl. Mimo to z trudem wytrzymała ciepłe i pełne troski spojrzenie pielęgniarki. — „Wiem, że się o mnie martwisz, ale nie mogę ci powiedzieć — pomyślała. — Przepraszam, po prostu nie mogę".
Poppy zrozumiała niemy przekaz — a może po prostu dała za wygraną. Uśmiechnęła się cierpko.
— Każdy z nas ma swoje demony, moja droga, rzecz w tym, żeby się im nie poddawać. Zawsze powtarzam naszym uczniom, że czasem nawet zwykła szczera rozmowa z kimś życzliwym potrafi pomóc. Wiem, że ty już od dawna nie jesteś uczennicą i twoje problemy zasadniczo różnią się od tych, z którymi oni się borykają, ale mechanizm jest podobny, a moje drzwi zawsze pozostają otwarte.
— Dziękuję. Ja... ja naprawdę sobie radzę — skłamała Auriga. — Jeśli przestanę, niezwłocznie do ciebie przyjdę.
— Do niczego cię nie zmuszę.
— Dziękuję — powtórzyła.
Rozmowa wydawała się zakończona, ale Pomfrey nadal nie ruszała się sprzed drzwi.
— Czy to już wszystko? — nie wytrzymała Auriga. — Wybacz, mam u siebie cały stos wypracowań do sprawdzenia...
Poppy westchnęła cicho.
— Mam nadzieję, że zamierzasz zjawić się na kolacji — przypomniała surowo.
— Oczywiście, przecież dziś Noc Duchów! — Sinistra uśmiechnęła się blado. — Naprawdę wszystko jest w porządku, Poppy.
Pielęgniarka z rezygnacją odsunęła się sprzed drzwi.
— Skoro tak twierdzisz.
x
Kiedy Gustaw wszedł wieczorem do Wielkiej Sali, aż przystanął z wrażenia. Ze ścian zwisały ogromne pajęczyny, a w powietrzu śmigały roje nietoperzy, powodując migotanie płomieni świec. Wszystkie stoły gęsto zastawione były wydrążonymi dyniami tak, że niemal nie starczało już miejsca na półmiski z jedzeniem. Ono również było inne niż zazwyczaj — oprócz odświętnych potraw znajdowało się tam mnóstwo słodyczy, a niektóre z nich wyglądały, jakby same miały ochotę spełznąć z talerzy.
— Fajnie, nie? — zapytała Hailey, zjawiając się przy nim nie wiadomo skąd.
— Yhym — odmruknął Zieleziński. — Czy to jest w ogóle jadalne? — zapytał, patrząc niepewnie na czekoladową żabę, której jakoś udało się wyskoczyć z patery i teraz długimi skokami rejterowała w stronę krawędzi stołu.
— Och, oczywiście — zapewniła go gorąco Hailey. — Sam spróbuj, przyszły prosto z Miodowego Królestwa!
Mężczyzna nie wyglądał na przekonanego, tym bardziej, że nie był pewien, czy w tym wypadku słowa „przyszły" nie powinien rozumieć dosłownie.
— Może później — obiecał.
Wielka Sala powoli zaczynała wypełniać się ludźmi. Uczniowie rozmawiali i śmiali się głośno, oglądając dekoracje. Większość wyglądała na zachwyconą, choć Gustaw spostrzegł, że niektóre z dziewcząt nieufnie spoglądały na nietoperze i z niepokojem przygładzały włosy.
Jego wzrok przyciągnęła Liza Vector, która właśnie weszła do sali. Wyglądała jak zawsze pięknie: ubrana w prostą czarną suknię, wykańczaną delikatną koronką, z włosami upiętymi w niedbały kok i kilkoma niesfornymi pasmami, okalającymi miękko twarz. Zieleziński wiedział, że osiągnięcie tego efektu niewymuszonego uroku i elegancji zwykle wymagało od kobiet mnóstwa wysiłku i czasu spędzonego przed lustrem. Podejrzewał, że w przypadku Lizy nie było inaczej, a co więcej, mogła się ona wspomagać odrobiną magii. Mimowolnie zaczął się zastanawiać, czy to czasem nie ta magia sprawiała, że Vector wydawała mu się tak intrygująca.
— Niezła jest, nie? — zagadnęła Hailey domyślnie, zauważając, komu się przygląda. — Chciałabym w jej wieku tak wyglądać... No dobra, kiedykolwiek tak wyglądać... — westchnęła.
Mężczyzna z zakłopotaniem odwrócił wzrok, ale ciekawość zwyciężyła i po chwili zapytał:
— A ile ona właściwie ma lat?
Simms spojrzała na niego z lekkim politowaniem, a potem odparła z powagą:
— Och, nasza droga Lizzie liczy sobie trzydzieści lat. Ilu sobie nie liczy, lepiej nie pytaj. Jest na tym punkcie dość drażliwa.
Zieleziński roześmiał się szczerze.
— Tak naprawdę, to w przyszłym roku stuknie jej czterdziestka — dodała Hailey z odrobinę złośliwym uśmieszkiem. — Tylko, jakby coś, nie mów jej, że wiesz o tym ode mnie...
Liza zbliżyła się do stołu, więc dziewczyna natychmiast umilkła. Czarownica spojrzała na nich, marszcząc czoło.
— Właśnie o tobie rozmawialiśmy — poinformowała ją Hailey beztrosko. — Ładna kiecka.
— Dziękuję — mruknęła Vector, rozglądając się wokół i krytycznym wzrokiem mierząc dekoracje. — Czy znajdzie się tutaj coś normalnego do picia? — zapytała. — Sok dyniowy?
— Chyba tam — podpowiedział Zieleziński — w tej wydrążonej dyni obok... hm, tego czegoś...
— Bloku karaluchowego — sprecyzowała Hailey.
— Pływają w nim jabłka — zauważyła Liza z rozbawieniem.
— O? Możliwe, że skrzaty coś pomieszały... — Dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco.
Vector tylko machnęła ręką.
— Kto przygotowywał dekoracje? — zainteresowała się.
— Ja i Filius. Pani Minerwa powiedziała, że zwykle zajmował się tym sam dyrektor Dumbledore, ale to w końcu nic skomplikowanego, wyczarować parę pajęczyn i nietoperzy... Nie podoba ci się?
— Podoba — zapewniła ją Liza pogodnie.
Hailey popatrzyła na nią podejrzliwie.
— A tak poza tym, to wszystko w porządku? Dziwnie widzieć cię w tak dobrym humorze bez powodu.
Gustaw uśmiechnął się mimowolnie. Osobiście był zdania, że to bardziej miły widok niż dziwny.
Vector w odpowiedzi uniosła lekko brwi.
— Skąd wiesz, że nie mam powodu? — rzuciła zagadkowo, po czym odeszła, żeby zająć miejsce za stołem, zanim zaciekawiona Hailey zdążyła zadać pierwsze z nasuwających jej się pytań.
Zieleziński z żalem odprowadził Lizę wzrokiem. Niestety przez resztę wieczoru nie nadarzyła się okazja, by dowiedzieć się, co wprawiło ją w tak dobry nastrój. Obok niej jak zawsze usiadła Auriga, a kolejne miejsce, zwykle należące do niego, nim się spostrzegł, zajęła profesor Babbling, stwierdzając, że chciałaby pomówić z Hailey i Rolandą. Gustaw, chcąc nie chcąc, przystał na tę zamianę, choć przypuszczał, że staruszka miała po prostu serdecznie dosyć towarzystwa wiecznie naburmuszonej i krytykującej wszystko panny Powell.
Mimo wszystko nie wyszedł na tym aż tak źle, jak się obawiał. Profesor Powell odpowiedziała na jego powitanie i nawet zmusiła się do wymiany kilku grzecznościowych zdań, zanim wróciła do wyniosłego krzywienia się i mierzenia pełnym niesmaku wzrokiem łypiących na nią z patery czekoladowych żab. Jego druga sąsiadka, Pomona Sprout, okazała się jednak bardzo miła i większość wieczoru spędził gawędząc z nią i profesorem Slughornem.
Przy drugim krańcu stołu profesor Babbling także wydawała się zadowolona — nic dziwnego, bo Hailey absolutnie z każdym potrafiła złapać dobry kontakt i nie czuła się ani trochę mniej swobodnie przez dzielącą je różnicę wieku. Liza z kolei rozmawiała z Filiusem, Minerwą i Aurigą. Śmiała się głośno, ożywiona i wesoła, a jej nastrój w jakiś sposób udzielał się chyba nawet Sinistrze, bo ona również uśmiechała się lekko i po raz pierwszy od kilku dni nie sprawiała wrażenia tak straszliwie przemęczonej i smutnej. Korzystając z okazji, że Horacy i Pomona posprzeczali się o zastosowanie korzenia jakiejś kompletnie nieznanej mu rośliny, Gustaw przez moment pozwolił sobie na dyskretną obserwację Heloizy. Żałował, że siedzi zbyt daleko, by móc przyłączyć się do konwersacji. Potem profesor Sprout poprosiła, by opowiedział coś o swoich podróżach, więc przestał o tym myśleć.
Uczta upłynęła w przyjemnej atmosferze i przeciągnęła się dłużej niż codzienne kolacje. Na krótko przed dwudziestą Wielką Salę opuściła dyrektor McGonagall. Panna Powell, która od początku wyraźnie nie kryła niezadowolenia z powodu tego, że musi brać udział w świętowaniu, uznała to za sygnał, że jej także wolno wyjść i wrócić do swoich, z pewnością o wiele ważniejszych, spraw. Niedługo później — Zieleziński nawet nie zauważył kiedy — wymknęła się także Liza.
Uczniowie i pozostali nauczyciele również powoli zaczęli się rozchodzić. Kilkoro drugorocznych Gryfonów podeszło jeszcze do Gustawa, żeby zapytać o możliwość wypożyczenia jego magnetofonu i płyt na sobotnie popołudnie — jak uzasadnili swą prośbę: w ramach rekompensaty za to, że nie wolno im wyjść do Hogsmeade. Zgodził się i ustalając z nimi szczegóły, dotarł na piętro, gdzie ich drogi się rozchodziły. Nie chciało mu się wracać do swojego mieszkania, więc stwierdził, że zajrzy do pokoju nauczycielskiego. Miał nadzieję, że może odbędzie się w nim jeszcze jakieś nieformalne spotkanie kadry, albo że przynajmniej spotka Hailey, która tak jak on często nudziła się wieczorami w swoich komnatach.
Niestety, pokój był pusty, więc nieco rozczarowany Gustaw wrócił do siebie.
x
Liza odetchnęła głęboko i poprawiła włosy, a potem pchnęła drzwi Trzech Mioteł, uzbrajając się w spokojny uśmiech. Wnętrze knajpy powitało ją szmerem rozmów, muzyką, blaskiem świec i ciepłem bijącym od wielkiego kominka. Klientów nie było wielu: grupka rozchichotanych czarownic, sączących kremowe i plotkujących z Rosmertą przy barze, jakaś rodzina jedząca kolację i kilka pojedynczych osób, pochylonych nad kuflami albo dziabiących ze znużeniem w talerzach. Vector skinęła głową Rosmercie, a ona mrugnęła figlarnie i uniosła wyprostowany kciuk, a potem wskazała na stolik skryty w kącie za jednym z drewnianych filarów podtrzymujących strop. Liza poczuła przyjemne trzepotanie w żołądku. Trochę obawiała się, że w Trzech Miotłach dostaną miejsca gdzieś na widoku, jak na scenie, ale najwyraźniej Jules wykazał się odrobiną rozsądku i taktu, i zarezerwował stolik na uboczu. Na Merlina, naprawdę nie był taki najgorszy, a błędy przecież zdarzają się każdemu...
Shepard, gdy tylko ją zobaczył, zgasił papierosa w popielniczce i wstał. Przez chwilę nic nie mówił, po prostu patrzył na nią w milczeniu z dziwnym wyrazem twarzy.
— Liza — powiedział wreszcie. — Wyglądasz pięknie.
Czarownica podziękowała za komplement uśmiechem. Pozwoliła Julesowi odwiesić swój płaszcz, a potem odsunąć dla siebie krzesło.
— Siadaj, proszę. Dobrze znowu cię widzieć. — Zajął miejsce naprzeciw niej.
Nic się nie zmienił. Jego twarz, którą Liza zdążyła całkiem dobrze poznać, była może tylko nieco bledsza, ciemne włosy trochę bardziej posiwiałe na skroniach. Mimo wszystko wciąż wyglądał bardzo przystojnie. Wydawał się jednak dziwnie spięty. Nerwowym ruchem wyjął z kieszeni papierosy i wyciągnął paczkę w jej stronę. Odmówiła, więc zapalił sam. Stojąca przed nim popielniczka była już pełna niedopałków.
— Wina? — zaproponował i nie czekając na odpowiedź, chwycił stojącą na stole karafkę i napełnił ich kieliszki.
Później zapytał Lizę, co słychać w Hogwarcie i przez chwilę prowadzili banalną, mocno niezręczną rozmowę, która urwała się ledwie po kilku zdaniach. Zapadła cisza. Obserwując zaciągającego się raz za razem Julesa, Liza była coraz bardziej skonsternowana. Nie tego się spodziewała. Shepard nigdy nie miał problemu z tym, jak się zachować. W każdej sytuacji wydawał się wiedzieć, co zrobić i powiedzieć, no i zawsze potrafił sprawić, że Liza czuła się w jego towarzystwie swobodnie i przyjemnie. Takie zdenerwowanie nijak do niego nie pasowało.
— Zamierzasz mi powiedzieć, o co chodzi? — zapytała wreszcie rzeczowo, nie mogąc dłużej znieść przeciągającego się milczenia. — Coś się stało?
Jules spojrzał na nią i odetchnął ciężko.
— Kiedy się rozstaliśmy, zacząłem się z kimś spotykać, Liz — oznajmił.
Zaskoczona Vector uniosła lekko brwi, nie bardzo wiedząc, do czego zmierza.
— Cóż, zanim się rozstaliśmy, także z kimś się spotykałeś — zauważyła sucho.
Shepard machnął ręką, zirytowany, że w ogóle o tym wspominała.
— Chodzi o to, że mam kogoś. Teraz. I nie zamierzam jej zostawić.
— Nie rozumiem... — powiedziała Liza ostrożnie, odstawiając kieliszek.
— Przykro mi, Liz, nie chciałem tego — westchnął Jules z rezygnacją. — Nie powinienem w ogóle zawracać ci głowy. I tak by nam nie wyszło. Nie pasujemy do siebie...
— To jakiś żart? — warknęła Liza, przerywając jego nieskładne wyjaśnienia. Głos drżał jej od tłumionej furii. — Zemsta za to, że nie chciałam przejść do porządku dziennego nad twoimi skokami w bok?
Jules skrzywił się.
— Zemsta? Na Merlina, o czym ty mówisz, Liz... Proszę, nie rób scen. Sama mówiłaś, że to koniec. Nie chciałaś ze mną rozmawiać, nie odpisywałaś na listy. I właśnie wtedy...
— A jak niby miałam się zachowywać!? Zdradzałeś mnie, na boku spotykałeś się z innymi kobietami — i to nawet nie jedną, ale dwoma! A może i było ich więcej, wcale bym się nie zdziwiła...
— Znowu zaczynasz? — prychnął. — Próbowałem ci to wytłumaczyć! Przyznaję, z tamtą kobietą mnie poniosło, popełniłem błąd... Zresztą ty byłaś taka niedostępna i chłodna, jakby w ogóle ci nie zależało na mnie ani na nas...
— Więc to moja wina?!
— Tego nie powiedziałem! Ale nie było nikogo innego. Z Frankie spotykam się od niedawna, nie możesz mieć o to pretensji...
— Frankie? — powtórzyła Liza głucho.
— Poznałaś ją, pamiętasz? — zapytał niezręcznie.
Nie odpowiedziała, mierząc go pełnym wściekłości spojrzeniem.
— Nie myśl o mnie źle, Liz — poprosił. — Zależało mi na tobie, naprawdę. Robiłem wszystko, żeby cię odzyskać, ale ty... — Wzruszył ramionami. — Ile można czekać? Teraz wszystko się zmieniło. Z Frankie jest mi dobrze. To dobre i słodkie stworzenie. I kocha mnie! Rozumiesz?
Liza pokręciła głową i zerwała się z miejsca, sięgając po płaszcz.
— Nie chcę tego słuchać!
— Zaczekaj, Liz — zaoponował Jules. — Usiądź, uspokój się...
Vector zignorowała go i ruszyła do drzwi.
— Przepraszam! — rzucił za nią bezradnie, ale nawet się nie odwróciła.
Starała się, żeby jej wyjście nie wyglądało jak ucieczka, choć tym właśnie było. Lizie zdawało się, że wszyscy klienci Trzech Mioteł patrzą na nią z litością. Musieli słyszeć jej kłótnię z Shepardem, przecież wcale nie dbała o to, by zachować dyskrecję. Każdy wiedział, jak wielką idiotką się okazała!
Ignorując wołającą za nią Rosmertę, Liza wypadła z pubu i ruszyła w stronę Hogwartu. Rose dostała swoje przedstawienie, powinna być zadowolona, nic tak nie ożywia sennego, piątkowego wieczoru jak mała miłosna awantura... Liza wiedziała, że jest dla przyjaciółki niesprawiedliwa, bo ta z pewnością stanęłaby po jej stronie, ale w tej chwili pałała nienawiścią do całego świata, ze szczególnym wskazaniem na tę jego część, która widziała jej upokorzenie.
Przeklęty drań... Jak śmiał ją tak potraktować!? Po co były te całe podchody, głupie listy i naleganie na spotkanie? Żeby ją poniżyć? Udowodnić, że nie jest jedyna i niezastąpiona, że nie jest mu do niczego potrzebna, bo, jeśli zapragnie, może mieć każdą? Ani przez moment nie wątpiła, że Julesowi chodziło jedynie o to, by jej dopiec. Jeszcze kilka tygodni temu jego zachowanie nie zrobiłoby na niej wrażenia, a tylko potwierdziło jej opinię o nim. Czy Shepard także o tym wiedział i dlatego postarał się odzyskać przychylność Lizy, by tym mocniej później ją zranić? Do diabła, jak mogła być tak głupia?!
I dlaczego, do licha, to tak bardzo bolało?
Vector czuła się zupełnie rozbita. W Trzech Miotłach starała się jeszcze nadrabiać miną, ale na głównej ulicy Hogsmeade opanowanie ją opuściło. Na szczęście w mroku nocy nikt nie mógł dostrzec łez, które mimo woli popłynęły jej po policzkach. Kiedy opuściła miasteczko i oddaliła się od niego na tyle, by mieć pewność, że nie spotka żadnego wieczornego przechodnia, pozwoliła sobie na kilka minut niepohamowanego, oczyszczającego szlochu, połączonego z miotaniem inwektyw pod adresem Sheparda i samej siebie. To nieco pomogło i bramę Hogwartu Liza przekraczała spokojniejsza, z zaczerwienionymi, ale suchymi już oczami.
Znalazłszy się w sali wejściowej zawahała się przez chwilę, zanim, zamiast jak zwykle skierować się ku schodom, zdecydowanym krokiem skręciła w korytarz prowadzący do kuchni. Wiedziała, że nie powinna tego robić. Alkohol nie rozwiązywał żadnych problemów, ale w tej chwili Vector miała to kompletnie gdzieś. Chciała tylko przestać czuć się, jakby ktoś właśnie złamał jej serce. Jeden kieliszek skrzaciego wina nie mógł jej bardziej zaszkodzić. Ani dwa.
Ani cała butelka.
Skrzaty, które miały dyżur, powitały ją jak zwykle entuzjastycznie.
— Proszę wejść, pani profesor — powiedział jeden z nich, czyniąc zapraszające gesty, podczas gdy jego towarzyszka już zniknęła w piwniczce, bez słów odgadując, czego jej potrzeba. — Są u nas panie profesorki, zachce pani do nich dołączyć?
Liza spojrzała na niego zaskoczona. Stanowczo nie miała ochoty na czyjekolwiek towarzystwo; obawiała się, że zaczną wypytywać ją o Sheparda.
— Kto? — zapytała podejrzliwie.
— Profesor Hooch, madame Pince i profesor Sprout — wyjaśnił usłużnie skrzat. — Grają w karty w jadalni... O, właśnie... — dodał, wskazując na drzwi, w których stanęła zwabiona głosami Rolanda. — Ale jeśli pani nie chce... — zwrócił się do Lizy, ale Hooch mu przerwała:
— Czemu ma nie chcieć? Nie wygłupiaj się i chodź do nas, Lizzie — oznajmiła wesoło, po czym odwróciła się na pięcie, kiwając na koleżankę dłonią.
Vector nie pozostało nic więcej, jak pójść za nią.
Pomona i Irma siedziały przy jednym końcu długiego stołu, na którym skrzaty umieszczały potrawy, zanim posyłały je do znajdującej się piętro wyżej Wielkiej Sali. Na blacie leżały rozrzucone karty do gry i kilka pustych butelek po skrzacim winie; bateria tych ostatnich stała również na podłodze. Z jednej, nieopróżnionej jeszcze butelki skupiona Sprout drżącymi dłońmi rozlewała wino do trzech kieliszków. Gdy Rolanda i Liza weszły do środka, kobieta spojrzała na nie, a strumień alkoholu natychmiast chlusnął na stół i karty. Irma chichocząc rzuciła się po różdżkę, by je ratować, Pomona zlizywała kapiący z rąk trunek. Obie, jak nietrudno było zauważyć, miały mocno w czubie.
— Właź, czego stoisz w progu... — Rolanda złapała Lizę pod ramię i poprowadziła ją do krzesła. — Gdzie cię wywiało zaraz po uczcie, hę? Miałaś randkę? Z tym swoim... Romeem?
— Julią — wtrąciła niewyraźnie Irma. — To znaczy Julesem! — poprawiła się.
— Wtedy nie wróciłaby tak wcześnie — stwierdziła Pomona, patrząc na nie porozumiewawczo.
— Siadajże, Lizzie! — zarządziła Rolanda. — A ty oddawaj tę butelkę, zanim całkiem zmarnujesz dobre wino...
Liza nie miała chęci ani siły szukać wymówek, które przemówiłby do ich zamroczonych umysłów. Wydawało się, że temat Julesa nie interesował ich aż tak bardzo, jak puste kieliszki, a zresztą nawet gdyby jej samej coś się wyrwało, to i tak jutro niczego nie będą pamiętać.
Uspokojona tą myślą, Vector wreszcie usiadła. Rolanda już napełniała kieliszek, który dostawił dla Lizy skrzat, Pomona paplała o czymś, rozdając wilgotne karty. To tylko ułatwiało sprawę.
xxx
Stojąca przy blankach wieży Auriga odwróciła się, słysząc skrzypnięcie otwieranej klapy w podłodze.
— Cześć, Sev — powiedziała mile zaskoczona. — Myślałam, że cały wieczór masz zamiar pracować.
— Przy tym hałasie nie mogę się skupić. Przeklęte bachory. Założę się, że to sprawka Weasleyów.
— Och, jestem pewna, że tak — zgodziła się pogodnie.
Przez ciemne niebo nad zamkiem z wizgiem przemknął srebrzysty fajerwerk, obficie sypiąc iskrami.
— Ale musisz przyznać, że to robi wrażenie — dodała Sinistra.
Severus machnął różdżką, zamykając za sobą klapę w podłodze i rzucając dodatkowe zaklęcie, mające ostrzec go, gdyby ktoś się zbliżał. Dopiero wtedy podszedł do blanek i stanął obok niej.
— Nie sądzisz, że przesadzamy? — zapytała Auriga cicho, niby to od niechcenia. — Dziwnie się czuję, kiedy spotykamy się na posiłkach albo w pokoju nauczycielskim i wymieniamy te wszystkie zdawkowe uprzejmości i drobne złośliwości, jak gdyby nigdy nic. Cały czas muszę się pilnować, żeby nie uśmiechać się do ciebie zbyt radośnie i nie powiedzieć głośno czegoś, co później trudno byłoby wytłumaczyć.
— Już o tym rozmawialiśmy — mruknął wymijająco.
— I nadal uważam, że jesteś... hm, odrobinę przewrażliwiony, Sev. Nie robimy przecież nic złego.
— Oczywiście, że nie.
— Powiedziałam Lizie... — przyznała po chwili z wahaniem.
— To by tłumaczyło, dlaczego ostatnio tak dziwnie na mnie patrzy — stwierdził spokojnie.
— Nie jesteś zły?
— Cóż, skłamałbym, gdybym powiedział, że się tego nie spodziewałem.
— To moja najlepsza przyjaciółka, Sev, nie mogłam tego przed nią ukrywać! Już dawno się domyśliła, że czuję do ciebie miętę, a później opowiedziałam jej wszystko... Sama by zauważyła, że coś jest na rzeczy, skoro nagle się pogodziliśmy, a ja przestałam być tak zdołowana. Jestem pewna, że nikomu nie powie; ufam jej bardziej niż sobie...
Snape spojrzał na nią z rozbawieniem.
— Nie musisz się tłumaczyć, Aurigo. Od początku wiedziałem, że albo jej powiesz, albo sama się zorientuje, więc możemy uznać, że ten warunek nigdy jej nie obejmował. ...Tylko, proszę, nie rozmawiajmy o tym. Będę czuł się lepiej nie wiedząc, co jej mówisz na mój temat.
— Trzeba było od razu powiedzieć, że po to cała ta konspiracja! — roześmiała się Sinistra. — Ty po prostu nie chcesz, by ktokolwiek odkrył, że potrafisz żywić do kogoś cieplejsze uczucia. Wiesz, masz rację, to zrujnowałoby twój wizerunek! Gdyby wyszło na jaw, że zaniedbujesz eliksiry, żeby spędzać wieczory ze swoją dziewczyną i obściskiwać się z nią na szczycie Wieży Astronomicznej jak zadurzony nastolatek...
— Wariatka — skwitował Snape. — I nie obściskujemy się, cokolwiek masz na myśli. Nawet cię nie obejmuję.
— Nie mogę zrozumieć, dlaczego — westchnęła niewinnym tonem.
Snape drgnął lekko, a ona uśmiechnęła się nieznacznie. Nie znała drugiego mężczyzny tak zamkniętego w sobie, tak wycofanego i bojącego się okazywać uczucia, nawet wtedy, kiedy mógł mieć pewność, że są w pełni odwzajemnione. Czasem ją to bawiło, a czasem irytowało, kiedy zaczynała odnosić wrażenie, że ich kontakty opierają się głównie na wzajemnym krążeniu wokół siebie i robieniu ostrożnego kroku w przód tylko po to, by zaraz się potknąć i odskoczyć o dwa. Ona sama także była raczej powściągliwa w wyrażaniu uczuć i nie przychodziło jej to łatwo. No i oczywiście każda kobieta lubiła, kiedy to mężczyzna o nią zabiegał, a nie odwrotnie...
Ale czasem, jak dziś, on sam do niej przychodził, dawał się wciągać w nie do końca poważne dyskusje i pozwalał z siebie żartować, a potem ostrożnie i z wahaniem obejmował ją ramieniem, jakby wciąż jeszcze nie przyzwyczaił się, że naprawdę może to robić.
Auriga z zadowoleniem oparła głowę o jego bark.
— Nie wyobrażam sobie, żeby w tej szkole dało się coś takiego długo utrzymać w sekrecie — wróciła do przerwanego tematu. — Wystarczy, że dowie się Rolanda i już po tajemnicy.
— Więc się nie dowie, to oczywiste.
— A myślisz, że Albus się domyślił? Wydaje się zawsze świetnie o wszystkim poinformowany.
— Jeśli nawet, to nie rozmawiał o tym ze mną. I szczerze mówiąc, wolałbym, żeby jednak się nie dowiedział...
— Dlaczego? — zdziwiła się, unosząc niespokojnie głowę. — Myślisz, że on... no wiesz... mógłby mieć coś przeciwko temu, że się ze mną spotykasz?
Severus wzruszył lekko ramionami, jakby chciał powiedzieć, że nie ma pojęcia.
— Wiesz, gdzie on teraz jest? — zapytała.
Pokręcił głową, a potem pochylił się i pocałował ją. Auriga uśmiechnęła się lekko; zdecydowanie wolała być uciszana w ten sposób niż ironicznymi uwagami. Nie odpuściła jednak tak łatwo.
— Nie musisz mi mówić gdzie. Pytam tylko, czy wiesz.
— Nie. Naprawdę nie, Aurigo — zapewnił ją. — Przypuszczam, że sam się ze mną skontaktuje, kiedy uzna to za stosowne.
Pod tym względem także niewiele się zmieniło. To, że zostali parą, nie oznaczało, że nagle przestał udzielać wymijających odpowiedzi na każde jej pytanie i zaczął się jej ze wszystkiego spowiadać — ba, pewnie nadal nie mówił nawet ćwierci tego, co sam wiedział. Powoli godziła się z tym, że zawsze będzie miał przed nią tajemnice — nie z powodu braku zaufania, ale z ostrożności i troski. Poza tym wierzyła, że choć w kwestiach związanych ze szpiegowaniem Sev nie jest z nią do końca szczery, to w sprawach dotyczących ich dwojga już tak. Znała go od dawna; wiedziałaby, gdyby próbował ją oszukać.
Wysoko nad ich głowami przeleciała kolorowa rakieta. Auriga uniosła różdżkę i z psotnym uśmiechem rzuciła zaklęcie znikające, co sprawiło, że fajerwerk rozszczepił się na kilka mniejszych, które wybuchły z hukiem, malując na ciemnym niebie ogromne wielobarwne kwiaty.
— Czasem jesteś gorsza niż uczniowie — stwierdził Snape z mieszaniną rozbawienia i politowania.
— Och, tak jakby ci to przeszkadzało!
— Tego nie powiedziałem.
Niebo przeciął zielono-złoty smok, ciągnąc za sobą ogon błyszczących iskier. Auriga mocniej wtuliła się w Severusa. Niejasno zastanawiała się, czy to w porządku, że właśnie teraz, kiedy w Hogwarcie panoszy się Umbridge, Dumbledore ukrywa się przed aurorami, a gdzieś tam w kraju ignorowany przez Ministerstwo Voldemort rośnie w siłę, ona sama czuje się tak bardzo szczęśliwa.
xxx
Pogrążony w półmroku korytarz oświetlał jedynie blask księżyca za oknem. Pełnia, pomyślała Sinistra i zaraz, jakby jedno z drugim wiązało się nierozerwalnie, przemknęło jej przez myśl: Remus. Kolejna osoba, z której śmiercią nie potrafiła się pogodzić. Właściwie nawet nie byli szczególnie bliskimi przyjaciółmi. Auriga zdążyła polubić go podczas tego roku, który Lupin spędził w Hogwarcie, ale pomimo swych starań nie mogłaby powiedzieć, że go poznała. Pod pewnymi względami Remus bardzo przypominał jej Severusa... Ale nieważne, obaj nie żyją, obu opłakała, wystarczy.
Wielka, blada twarz księżyca skryła się za chmurami, jakby nie chciała przywoływać przykrych wspomnień. Hol pogrążył się w ciemnościach, ale Auriga nie zapaliła różdżki, pozwalając, by otulił ją bezpieczny mrok. Znała te korytarze na pamięć, często chodziła nimi podczas nocy takich jak ta, kiedy nie potrafiła zasnąć. Po godzinie czy dwóch leżenia w łóżku i gapienia się w sufit, spacer wydawał się dobrym pomysłem, choć wcale nie pomagał odgonić tłoczących się w głowie myśli. Znów dręczyły ją wspomnienia, kłębowisko bezładnych obrazów, dźwięków i wrażeń, które składały się w sceny, o których pragnęła zapomnieć.
Sinistra nie zastanawiała się, dokąd idzie, dopóki nie stanęła przed wejściem do lochów. Nogi same, bez porozumienia z wolą zaniosły ją w miejsce, gdzie niegdyś udawała się, gdy było jej źle. Dopóki nie ujrzała znajomego korytarza, właściwie nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo pragnęła znów się tu znaleźć.
Jeszcze trochę, wystarczyłoby tylko zejść po schodach, a potem w parunastu krokach przebyć drogę dzielącą ją od tych ukochanych komnat, najmilszego miejsca na świecie... Ach, gdyby mogła znowu usiąść przy rozpalonym kominku, napić się Earl Greya, a potem przytulić do Severusa, wdychać korzenno-ziołowy zapach, jakim po całym wieczorze spędzonym nad kociołkami przesiąkały jego szaty, przekomarzać się z nim i całować...
Auriga gniewnie potrząsnęła głową.
„Na Merlina, weź się w garść!" — skarciła się w myślach. Minęło tyle czasu, najwyższa pora się przyzwyczaić! Będzie dobre półtora roku od kiedy ostatni raz zeszła do lochów na nocną schadzkę. Od półtora roku zasypiała i budziła się samotnie. Czas się ogarnąć! Pogodzić z tym, że jego nie ma i już nigdy nie będzie. To głupie — tak tęsknić!
Czarownica rzuciła ostatnie spojrzenie na pusty korytarz i odwróciła się na pięcie, chcąc jak najszybciej oddalić od tego miejsca. Zdawałoby się, że po tylu miesiącach to wszystko stanie się choć odrobinę łatwiejsze do zniesienia...
Auriga poczuła nieznośne drapanie w gardle. Nie potrafiła dłużej zapanować nad pochłaniającą ją falą rozgoryczenia i żalu, więc poddała się jej. Na chwilę znów z całą mocą ogarnęły ją wątpliwości. Czy na pewno nie mogła niczego zmienić? Gdyby wcześniej odważyła się pójść do Severusa z własnymi rozterkami — które wtedy wydawały się niemądrym sentymentem, który za wszelką cenę trzeba w sobie zwalczyć, zanim wydarzy się nieszczęście — i z tym całym rozpaczliwym pragnieniem znalezienia racjonalnego wyjaśnienia tego, co się wydarzyło... Czy gdyby nie dała zwieść się obraźliwymi uwagami i drwinami, zaufałby jej i pozwolił sobie pomóc? Nie znała odpowiedzi, ale pragnęła, by brzmiała ona „nie".
Pogrążona w myślach Sinistra zaczęła wspinać się po schodach. Nużyła ją ta wędrówka, ale nie chciała jeszcze wracać do swoich komnat, wiedząc, że i tak nie jest wystarczająco zmęczona, by zasnąć. Przemknęło jej przez myśl, że chciałaby pójść do Lizy i zwierzyć jej się ze wszystkiego, co ostatnio ją dręczyło. Dotąd o tym nie rozmawiały. Vector, choć starała się tego nie okazywać, była tak przejęta i podekscytowana spotkaniem z Julesem, że Auriga postanowiła nie zawracać jej dodatkowo głowy własnymi problemami, tym bardziej, że w ostatnich miesiącach robiła to już stanowczo zbyt często. Zapytana o wtorkowe spotkanie z Brendą Fenwick, rzuciła tylko lakoniczne wyjaśnienie i zbagatelizowała sprawę, twierdząc, że nie ma o czym mówić. Liza rzecz jasna nie uwierzyła jej, ale nie drążyła tematu, wiedząc, że Sinistra sama powie, kiedy będzie gotowa.
Niestety, akurat ten wieczór Heloiza spędzała poza Hogwartem, a nie było nikogo innego, komu Auriga mogłaby się wygadać, wiedząc, że wszystko zrozumie, bez konieczności uprzedniego tłumaczenia całej historii swoich skomplikowanych relacji z Severusem, odpowiadania na tysiące pytań i wysłuchiwania pełnych zaskoczenia i niedowierzania komentarzy...
Sinistra zaczęła zastanawiać się, czy byłoby jej łatwiej, gdyby wszyscy wiedzieli o jej związku ze Snape'em. Nie musiałaby ukrywać żałoby i dusić w sobie uczuć. W Hogwarcie traktowano by ją jak każdą inną kobietę, która straciła na tej wojnie ukochanego mężczyznę. Każdy robiłby wszystko, by oszczędzić jej bólu i smutku, nikt nie usiłowałby rozmawiać z nią o Severusie, a dyskusje na jego temat urywałyby się, kiedy tylko wchodziłaby do pokoju. Ludzie współczuliby jej i mówiliby, jak bardzo im przykro, ktoś może nawet dodałby coś w rodzaju „on na pewno cię kochał" albo „nie chciałby, żebyś rozpaczała". Słuchając takich grzecznościowych kłamstw, może sama zaczęłaby naprawdę w nie wierzyć.
Także Minerwa musiałaby wreszcie przestać odnosić się do niej w sposób, który sprawiał, że czasem czuła się jak histeryzująca bez powodu uczennica. Auriga miała świadomość, że starsza koleżanka nie robi tego specjalnie i gdyby tylko wiedziała o tym, co łączyło ją z Severusem, zachowywałaby się zupełnie inaczej — bardziej taktownie, nie wpadając w protekcjonalny ton i nie dziwiąc się, że Sinistra nadal opłakuje Snape'a albo że rości sobie prawa do informacji o nim i dotyczących go spraw. Może mogłyby nawet szczerze porozmawiać — w końcu ona na swój sposób także kochała Severusa.
„Nie bądź śmieszna" — zganiła się Sinistra. Takie zastanawianie się i gdybanie, nie miało sensu. W rzeczywistości najlepsze, co mogła zrobić, to zadbać o to, by tajemnice nigdy nie wyszły na światło dzienne. Ostatecznie bliżej jej było raczej do oszukanej kochanki niż do wdowy po bohaterze.
Uśmiechnęła się gorzko.
„Ale dość już, dość o mnie!" — postanowiła sobie twardo. — „Ciekawe, co z Lizą? Czy pogodziła się Julesem, wyjaśnili sobie wszystko?"
Nie poruszały tego tematu zbyt często, szczególnie ostatnio, ale nie musiały. Auriga znała przyjaciółkę wystarczająco dobrze, by wiedzieć, jak bardzo zmęczona była takimi przelotnymi romansami, kończącymi się zawsze frustracją i rozczarowaniem. Silna i niezależna Liza świetnie radziła sobie sama, ale jednak pragnęła wreszcie znaleźć kogoś, z kim mogłaby stworzyć stały i stabilny związek. Poza tym, choć wciąż pozostawała atrakcyjna, nie młodniała i chyba coraz bardziej ciążyła jej świadomość, że jeśli teraz nie założy rodziny, to później może być na to zwyczajnie za późno. W niczym nie pomagał jej też fakt, że dzieci większości jej szkolnych koleżanek już uczęszczały do Hogwartu.
Auriga bardzo by chciała, żeby Liza uniknęła kolejnego zawodu, ale sama do końca nie wierzyła, że tak się stanie. Zwykle doszukiwała się w działaniach innych dobrych intencji i uważała, że każdy zasługuje na drugą, a czasem nawet na kolejną szansę, jednak w przypadku Julesa jej wiara w ludzi zawodziła. Sinistra nie była naiwna. Takie rzeczy z reguły nie kończyły się dobrze, a Vector naprawdę zasługiwała na kogoś lepszego...
Skręciła w korytarz prowadzący do komnat przyjaciółki, myśląc sobie, że nie zaszkodzi przecież sprawdzić, czy wróciła. Żywiła gorącą nadzieję, że pomyliła się co do Sheparda, że własne rozgoryczenie i smutek wpłynęły na jej ocenę sytuacji, ale jeśli miała rację, to Liza mogła teraz potrzebować rozmowy z kimś rozumiejącym i życzliwym, tak samo mocno jak Auriga.
xxx
Zza uchylonych drzwi sali w skrzydle szpitalnym dobiegała specyficzna woń krochmalu i eliksiru pieprzowego. Auriga chodziła nerwowo po korytarzu, starając się wyłapać coś ze strzępów przyciszonej rozmowy, którą prowadzili przebywający w środku Albus i Poppy. Kłócili się — pielęgniarka pewnie próbowała przekonać dyrektora, by sobie poszedł, czego czarodziej z uporem odmawiał. W końcu musiał wygrać, bo Poppy fuknęła coś krótko, a potem na kamiennej posadzce zastukały jej pantofle i zaszeleściło przepierzenie prowadzące do jej gabinetu, przez który mogła dostać się do swych komnat.
Auriga doskoczyła do drzwi, ale te zamknęły się łagodnie tuż przed jej nosem. Nie dość, że nie widziała już nawet długich cieni na posadzce, które w jakiś dziwny sposób ją uspokajały, to na dodatek przestała również cokolwiek słyszeć.
Ogarnęła ją nagła złość na Dumbledore'a. Do licha, on miał Severusa na całe dnie! Środek nocy to była jej pora! Teraz to ona powinna siedzieć przy Sevie i rozmawiać z nim — i to nie w infirmerii, ale w lochach albo na Wieży Astronomicznej, wdychając zapach herbaty, a nie medykamentów... Zresztą, mniejsza o miejsce! Byleby mogła tylko wreszcie iść do niego i na własne oczy przekonać się, że nic mu nie jest...
„Ale nie, spiski są ważniejsze!" — pomyślała gorzko. — „A ty, głupia kobieto, umieraj z niepokoju, czekając aż ktoś łaskawie raczy cię poinformować, co się dzieje".
Przez kolejne minuty Auriga na zmianę podchodziła do drzwi z zamiarem natychmiastowego wejścia do środka i odchodziła od nich, mówiąc sobie, że da Albusowi jeszcze minutę, dwie... Wreszcie zrezygnowana usiadła na ziemi i oparła się o nie plecami, kryjąc twarz w dłoniach. Nawet wiszące na ścianach portrety obserwowały ją ze współczuciem ze swych ram.
Znużona kobieta niemal przysypiała, kiedy nagle poczuła na plecach delikatne pchnięcie. Albus wsunął nos w przerwę między drzwiami i framugą i spojrzał na nią błyszczącymi błękitnymi oczami.
— A więc nadal tu czekasz — powiedział, jakby nieco zasmucony tym faktem. — Jestem ci winien przeprosiny, Aurigo, ale sama rozumiesz, że ta rozmowa nie mogła zostać odłożona na później.
Sinistra wstała, rozcierając ścierpnięte i zmarznięte ramiona.
— Chcę się z nim zobaczyć. Przynajmniej przez chwilę — oznajmiła.
— Oczywiście. Nie śmiałbym ci zabronić po tym, jak wytrwale czuwałaś. — Dyrektor uśmiechnął się ciepło. — Przekonałem Poppy, by się położyła i sądzę, że nie wróci przed świtem. Ufam, że nie będziesz męczyć Severusa, a mnie narażać na jej furię, gdyby zobaczyła, że nie daliśmy mu odpocząć.
Auriga niecierpliwie pokiwała głową, patrząc na wejście, które wciąż blokował.
— Nie zatrzymuję cię dłużej, moja droga. Dobranoc.
— Dobranoc — odmruknęła.
Dyrektor odszedł korytarzem, a ona natychmiast pchnęła drzwi i wsunęła się do pogrążonego w półmroku pomieszczenia. Severus był jedynym pacjentem. Jego łóżko stało w samym rogu sali, za obszernym parawanem, przez który sączył się blady blask lampki. Auriga podeszła tam szybko i aż przystanęła ze zgrozy, widząc bladego i wyraźnie śmiertelnie zmęczonego szpiega, który jedynie kolorem włosów i piżamy kontrastował z białą pościelą.
— Na Merlina, Sev... — jęknęła, kucając przy łóżku i chwytając go za rękę.
Mężczyzna otworzył oczy.
— Cześć — powiedział dziwnym tonem.
— Cześć... Jak się czujesz?
— Cudownie — zapewnił kwaśno, próbując skrzywić się ironicznie.
— Co się stało? Twój skrzat powiedział mi, że Dumbledore cię tutaj przyprowadził... Czemu nie dałeś mi znać, że zostałeś wezwany? Byłeś na jakiejś akcji, czy to Czarny Pan tak cię urządził? Na Merlina, sądzisz, że on coś podejrzewa?
— A już miałem nadzieję, że może ty jedna nie zasypiesz mnie dziś pytaniami — sarknął Severus.
— Przepraszam. Tak się wystraszyłam...
— To nic takiego. Sam bym sobie poradził, ale Poppy jest przewrażliwiona i uparła się, żeby wsadzić mnie do łóżka. Nie było gorzej niż zwykle. — Ledwie wyczuwalnie uścisnął jej dłoń, jakby chciał przekazać tym gestem, że naprawdę wszystko jest w porządku. Przez dłuższą chwilę patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy, a potem nagle powiedział niezręcznie: — Ja... cóż, hm... cieszę się, że przyszłaś, Aurigo...
Sinistra poczuła dławiący ucisk w gardle, do oczu napłynęły jej łzy i musiała przygryźć wargę, żeby się nie rozpłakać. Severus przewrócił oczami.
— Ale teraz wynoś się, zanim Pomfrey cię tu zobaczy — dodał cierpko.
— Poppy jest u siebie, więc mogę trochę przy tobie posiedzieć — szepnęła kobieta zduszonym głosem. — Ale śpij już. Musisz odpocząć, brzmisz i wyglądasz jak siedem nieszczęść...
— Czyli do siebie pasujemy — zauważył kpiąco. — Będziesz tam klęczeć jak jakaś pokutnica?
Auriga w lot pojęła niewypowiedzianą prośbę. Nie puszczając jego ręki, pospiesznie zrzuciła buty i ostrożnie położyła się obok niego.
— Tylko na chwilę — zastrzegł surowo, nie wiadomo, czy mówiąc to bardziej do siebie czy do niej. — Nikt nie może cię tu zobaczyć.
— Pójdę, jak tylko zaśniesz — obiecała Auriga łagodnie.
— Za pięć minut.
— Kwadrans.
— Pół godziny i bez dyskusji — mruknął, a ona roześmiała się cicho, bo gdyby tego nie zrobiła, musiałaby się rozpłakać.
— Śpij, Sev — szepnęła. — Wszystkiego przypilnuję.
xxx
— Lizzie?
— Nie, to tylko ja, Gustaw.
— Och... Lumos. — Różdżka rozbłysła światłem, wydobywając z półmroku sylwetkę Aurigi i rzucając blask na niego. Kobieta skinęła dłonią, zapalając zaklęciem kilka najbliższych świeczników. — Co pan tu robi? — zapytała.
Zmieszał się lekko, mocniej zaciągając poły szaty zarzuconej niedbale na spraną koszulkę i dżinsy.
— Nie mogłem zasnąć i postanowiłem odwiedzić kuchnię. Kubek kakao zawsze dobrze robi na sen — wyjaśnił z zakłopotanym uśmiechem.
— Nie mógł pan poprosić swojego skrzata?
— Ehm... Właściwie to nie bardzo wiem, jak miałbym go przywołać — przyznał. — To bardzo dyskretne stworzenia, trzeba przyznać...
— Ojej, zupełnie o tym nie pomyślałam! — wykrzyknęła Auriga. Zdawała się autentycznie przejmować tym, drobnym przecież, utrudnieniem, które zresztą nie było pierwszym, jakie Zieleziński napotykał od czasu zamieszkania w Hogwarcie. — Mógł pan powiedzieć...
Gustaw machnął ręką.
— A tam. Spacer dobrze mi zrobi.
Mimo jego zapewnień kobieta wciąż wyglądała na smutną i zrezygnowaną.
— A pani? Jaką pani ma wymówkę? — zagadnął Zieleziński pogodnie.
— Właściwie to szukam Lizy... — odparła. — Nie widział jej pan gdzieś?
— Tylko przy kolacji. Ale dlaczego miałaby być gdzieś tutaj, zamiast u siebie? Już prawie północ.
Sinistra westchnęła cicho i przez chwilę skubała rękaw sukienki, zastanawiając się nad odpowiedzią.
— Po uczcie poszła do Hogsmeade — odezwała się w końcu. — Prawie Bezgłowy Nick powiedział mi, że wróciła ponad godzinę temu, ale w komnatach jej nie ma...
— Martwi się pani?
Wzruszyła ramionami.
— Nie, jest dorosła, nic jej nie będzie... Chciałam porozmawiać... Może po prostu jestem ciekawa? — Uśmiechnęła się, ale po chwili znów nieświadomie przybrała minę, jakby za moment miała się rozpłakać.
— Pani też dobrze zrobi kubek kakao — zadecydował Gustaw. — Da się pani namówić, Aurigo?
Dała. Skinęła głową, a potem machnęła różdżką, zbierając płomienie świec w jedną niedużą kulkę światła, którą zawiesiła nad ich głowami. W półblasku zaklęcia przebyli resztę korytarza.
Auriga milczała, a i Gustaw nie odczuwał potrzeby, by coś mówić, bo cisza między nimi nie była niezręczna. Poza tym kobieta wydawała się tak pochłonięta biciem się z własnymi myślami, że wątpił, by cokolwiek z jego słów do niej dotarło. Obserwując ukradkiem Sinistrę, próbował wyczytać z jej twarzy, co ją gnębi. Wiedział, że gdyby spytał, odparłaby, że absolutnie nic, a potem znów przybrała maskę opanowania, na którą — doprawdy nie wiedział jak — udawało jej się nabierać większość osób w tym zamku...
— Trzeba połaskotać gruszkę — odezwała się, kiedy zatrzymali się przed obrazem, za którym znajdowało się wejście do kuchni.
— Wiem — odparł Zieleziński z satysfakcją. — Trochę się namęczyłem za pierwszym razem, ale już mam to opanowane.
Z wprawą pogładził owoc w odpowiednim miejscu, a ten zgiął się wpół i zmienił w mosiężną klamkę.
— Często pan tu przychodzi? — zapytała Auriga.
— Czasem. Nie jestem zbytnio przystosowany do regularnego trybu życia. Włóczęga ze mnie, ot co — stwierdził wesoło, otwierając szeroko obraz-drzwi.
Gdy tylko weszli, zjawiła się przy nich grupka skrzatów. Na ich zakłopotanych twarzyczkach malowała się głęboka ulga.
— Pani profesor! Jak dobrze! — ucieszyła się mała skrzatka, nerwowo targając sobie uszy. — Mrużka przeprasza... wino w tym roku takie mocniejsze... Ale sorki same prosiły...
Auriga aż zamrugała ze zdziwienia, Gustaw także musiał mieć niezbyt rozgarniętą minę, bo drugi skrzat zaczął tłumaczyć:
— Panie profesorki urządziły sobie u nas Noc Duchów. Chyba trochę przesadziły z alkoholem...
— Myśmy nie chcieli... — jęknęła Mrużka, ale jej słowa utonęły w rozgłośnym śmiechu, dobiegającym z sąsiedniego pomieszczenia.
Sinistra przewróciła oczami.
— W porządku — powiedziała spokojnie. — Ale chyba będę musiała odłożyć wypicie kakao z panem na inną noc — zwróciła się z przepraszającym uśmiechem do Gustawa, który z niejakim zdziwieniem obserwował zmianę, jaka w niej zaszła. Ponura i zagubiona kobieta, z którą rozmawiał chwilę temu, w jednej chwili znów stała się energiczną, odpowiedzialną nauczycielką. Zafrasowane skrzaty patrzyły w nią jak w obrazek.
— Lepiej odprowadzę je do komnat, zanim pobudzą uczniów — oznajmiła Sinistra, kierując się w stronę jadalni. — Nie wiem, co też im znowu strzeliło do głów... Jeszcze tego brakowało, żeby potwierdziły się obawy Minerwy, że bez niej szkoła staje do góry nogami!
x
— Co wyście sobie myślały?
— Przestań, kochana... To tylko jedna butelka — powiedziała Rolanda. — Lepiej napijcie się z nami...
— Dlaczego akurat dzisiaj? — jęknęła Sinistra, jednocześnie próbując podtrzymać słaniającą się na nogach Irmę.
— Noc Duchów! — wykrzyknęła Rolanda, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. — Kolejna! To już niemal tradycja! Wiesz, Gustawie... Mogę ci tak mówić?... My tu sobie często urządzamy babskie wieczorki. Przyjdź kiedyś — zachęciła go uprzejmie.
Zieleziński musiał przyznać, że nauczycielka latania trzymała się najlepiej z całej czwórki i gdyby nie fakt, że mówiła od rzeczy — co po prawdzie na trzeźwo też czasem jej się zdarzało — można by odnieść błędne wrażenie, że wypiła niewiele. Z pewnością nie dało się tak pomyśleć o rozchichotanej profesor Sprout i pani Pince, która ledwie trzymała się w pionie. Liza także chyba nie była pijana, ale najwyraźniej zamierzała, bo pomimo próśb przyjaciółki nie wstawała od stołu.
— Nie marudź, Aur. Nic mi nie będzie, jeśli jeszcze trochę tu sobie posiedzę — oświadczyła.
— Na Merlina, Lizzie...
Vector zignorowała ją i uniosła kieliszek do ust. Zirytowana Sinistra machnięciem różdżki odesłała go do kuchni, zanim zdążyła upić choć łyk.
— Ej! — ofuknęła ją Liza. — Zawsze musisz psuć zabawę...
Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale w tej chwili Hooch raźno zaintonowała hymn Hogwartu, całkowicie zagłuszając jej słowa. Auriga spojrzała na nią bezradnie, obracając w palcach różdżkę. Wyglądała, jakby poważnie rozważała, czy nie rzucić na nią Silencio.
— Wystarczy, Rolando — przerwała jej stanowczo. — Chodź. Ty też, Irmo. Odprowadzę was — zarządziła, wyprowadzając kobiety z kuchni. W progu odwróciła się do Gustawa z przepraszającym uśmiechem. — Wolę nie wiedzieć, co sobie pan o nas myśli — westchnęła ze znużeniem.
Wyglądała na zakłopotaną, a Zieleziński podejrzewał, że zwyczajnie wstydziła się za koleżanki. Wolał nie mówić jej, że widywał już ludzi w gorszym stanie, i że czasem sam w takowym bywał.
— O pani? Że jest nadzwyczaj rozsądną osobą i doskonałą przyjaciółką — zapewnił krzepiąco.
Sinistra przewróciła oczami.
— Zaraz wracam.
Nim zniknęła za drzwiami, spojrzała ze zmartwieniem na Lizę,. Jeszcze przez chwilę słychać było jej łagodny głos, którym uspokajała i uciszała koleżanki, cichnący w miarę jak wszystkie cztery oddalały się korytarzem.
Gustaw zorientował się, że został w kuchni sam z Lizą, która najspokojniej w świecie otworzyła kolejną butelkę wina. Spojrzała na niego pytająco, a kiedy podziękował, wzruszyła ramionami i przywołała kieliszek. Napełniła go, a następnie zapaliła papierosa i wydawało się, że zupełnie przestała zwracać na Zielezińskiego uwagę, jak gdyby był zaledwie jednym z kuchennych mebli.
Cisza, jaka zapadła po wyjściu Rolandy i Pomony, najwyraźniej bardzo jej odpowiadała. Vector oparła się wygodnie, kładąc wyciągnięte nogi na jednym z pustych krzeseł. Stopy miała bose — jej szpilki leżały bezładnie porzucone pod stołem — a sukienka podwinęła się, odsłaniając zgrabne łydki. Kobieta odchyliła do tyłu głowę, zmrużyła oczy i wydmuchała dym, w zamyśleniu wpatrując się w ulatujące pod sufit smugi.
Gustaw odniósł nagle wrażenie, że w tej scenie jest coś niesamowicie intymnego i w żadnym razie nie przeznaczonego dla jego oczu. Czuł się jak intruz, a jednak jakaś przemożna siła powstrzymywała go przed opuszczeniem pomieszczenia i pozostawieniem Lizy samej... To dziwne, bo przecież już nieraz przyglądał się jej ukradkiem, gdy paliła i piła wino, siedząc wygodnie w swoim fotelu w pokoju nauczycielskim. Sam chyba nie potrafiłby powiedzieć, w czym tkwiła różnica. Może w tym, że nigdy wcześniej nie widział jej właśnie takiej: zrezygnowanej i w dziwny sposób bezbronnej, nie starającej się niczego udowadniać ani udawać, pragnącej jedynie utopić w skrzacim winie jakiś przeraźliwy smutek. Gustaw zastanawiał się, co wprawiło ją w ten nastrój — tak bardzo kontrastujący z tym, w jakim widział ją podczas kolacji — ale nie śmiał zapytać.
Nagle Liza otworzyła oczy i spojrzała na niego, unosząc lekko brwi.
— Pan dalej tutaj? — mruknęła.
— Ja... przepraszam, lepiej już pójdę... — zająknął się niezręcznie.
Czarownica machnęła ręką, a potem wyprostowała się i z cichym brzękiem odstawiła kieliszek na stół. Jeszcze raz zaciągnęła się mocno, a potem zgasiła niedopałek papierosa w popielniczce.
— Niech pan siada, skoro naprawdę zamierza pan mnie pilnować — powiedziała z odcieniem zwyczajnej złośliwości w głosie. — Chociaż jestem dużą dziewczynką i sama potrafię o siebie zadbać, słowo.
— Nie wątpię — odparł zakłopotany Zieleziński. — Ale i tak nie mam nic do roboty, więc mogę dotrzymać pani towarzystwa — skłamał, siadając.
— Ach, doprawdy? — westchnęła drwiąco. — Jak pan uważa. — Wzruszyła ramionami, po czym znów odchyliła się wygodnie na krześle.
Na chwilę zapanowało nieznośne milczenie, a potem, ku zaskoczeniu Gustawa, Liza odezwała się znowu, nieco kapryśnym tonem:
— Nie zamierza pan nic mówić?
— Co ma pani na myśli?
— Cóż, skoro już pan się uparł dotrzymywać mi towarzystwa, mógłby mnie pan przynajmniej zabawiać konwersacją.
Patrzyła na niego wyczekująco, ale on milczał, nie bardzo wiedząc, jak odpowiedzieć na tak postawione żądanie.
— Patrzcie, a zawsze pan taki wygadany! — prychnęła. — No proszę — zachęciła go — jak się panu podobała Noc Duchów?
— Cóż... bardzo.
— Więc bawił się pan o niebo lepiej niż większość z nas.
— Uczniowie wydawali się zadowoleni, a to chyba najważniejsze, prawda? Choć odniosłem wrażenie, że pani także miała dobry nastrój...
— Do czasu — prychnęła Liza.
— Przykro mi, że dla pani ten wieczór nie zakończył się dobrze.
Liza spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem.
— I tyle? Nie zapyta pan, co się stało?
— Nie chciałbym być wścibski.
— Och, dotąd pan nie miał takich oporów — roześmiała się. — Więc naprawdę? — zapytała po chwili. — Żadnych więcej pytań? Żadnej sprytnej zmiany tematu, żeby poprawić mi humor? Żadnego komplementu?
Zieleziński nie mógł powstrzymać uśmiechu.
— Sądziłem, że tego typu działania jedynie panią irytują — zauważył.
— Przez większość czasu owszem — przyznała. — Co raczej pana nie powstrzymywało...
Rozbawiony Gustaw powstrzymał się od komentarza. Dyskusja w tym tonie z pijaną Lizą mogła być zabawna, ale podejrzewał, że nazajutrz, kiedy kobieta wytrzeźwieje, nie będzie zbyt zadowolona z tego, co wygadywała. O ile w ogóle cokolwiek z tego zapamięta...
Kiedy Vector znów się odezwała, jej głos był poważny i przepełniony goryczą.
— Co jeszcze pan wymyśli, żeby przywrócić nas do równowagi? Ma pan jeszcze jakieś świetne pomysły? Jak dodatkowe zajęcia dla uczniów, dzikie tańce przy ognisku i mecze quidditcha...
— Na razie nie — przyznał zaskoczony mężczyzna. — Ale jeśli tylko mogę zrobić coś jeszcze, proszę powiedzieć.
Vector westchnęła ciężko.
— Szkoda tylko, że tak naprawdę to nic nie daje.
— Wszyscy dobrze się bawili.
— Tak, ale...
— Czy nie o to tylko chodzi? Wszystko, czego wam potrzeba, to czas — powiedział Gustaw łagodnie.
Liza wpatrywała się w niego uważnie.
— Więc jak długo jeszcze? — W jej głosie nie było już złości ani goryczy, a tylko znużenie. — Bo minęło prawie pół roku i nic nie wskazuje na to, by cokolwiek miało się poprawić. Każdy radzi sobie jak może. Te tutaj piją za dużo, Auriga nie może spać i snuje się po zamku, Poppy wszystkim matkuje, Minerwę wysłaliśmy na przymusowy urlop, żeby nam się tu nie wykończyła z przepracowania...
— A pani?
— Ja? — Skrzywiła się lekko, jakby mimowolnie nasunęła jej się odpowiedź, na głos powiedziała jednak tylko: — Ja nie jestem jeszcze na tyle pijana, żeby się panu zwierzać.
Wzruszyła ramionami i zakołysała winem w swoim kieliszku.
— Niech się pan ze mną napije — powiedziała nagle. — Przecież nie przyszedł pan tutaj po szklankę mleka, prawda? — zakpiła.
Gustaw nie wyprowadził jej z błędu. Liza machnięciem różdżki przywołała kieliszek — w ostatniej chwili złapał go, zanim spadł na ziemię kilka cali od stołu. Vector skrzywiła się lekko, podsuwając mu butelkę.
— No proszę! — zirytowała się, widząc jego wahanie. — Zgodził się pan dla mnie wsiąść na miotłę, a nie może pan napić się ze mną wina?
Gustaw zerknął na nią zaskoczony, posłusznie napełniając swój kieliszek.
— Dlaczego sądzi pani, że zrobiłem to dla pani? — zapytał.
Liza wzruszyła ramionami.
— Nie zaprzeczył pan.
— Poza tym coś się pani pomieszało, quidditch był pomysłem Hailey, nie moim.
Spojrzała na niego kpiąco.
— I oczywiście to nie pan jej go podsunął? Och, niech pan się nie wykręca! Hailey chętnie angażuje się w pana zwariowane pomysły, ale nigdy nie wychodzi z inicjatywą. Jest młoda i pełna energii, ale brak jej polotu i siły przebicia, żeby łamać utarte schematy i konwenanse. Pan nie ma o nich pojęcia, więc nawet pan nie wie, że robi pan coś wbrew panującym tutaj zasadom.
— Nie jestem pewien, czy mnie pani krytykuje, czy chwali — przyznał ze śmiechem Gustaw.
— Stwierdzam fakty.
— Ale zaraz... — Zieleziński uświadomił sobie nagle pewną rzecz. — Czy to oznacza, że pani specjalnie poprosiła, żebym zagrał, bo wiedziała pani, że to był mój pomysł?
— Nie prosiłam — sprostowała spokojnie. — Zaproponowałam. To nie moja wina, że to uderzyło w pana ambicję.
— Tak czy inaczej, zamierzała mnie pani sprowokować.
Liza uśmiechnęła się figlarnie.
— Nic więcej panu nie powiem. Powinnam już iść.
Pochyliła się, by sięgnąć pod stół po szpilki, a potem włożyła je. Wstała nieco chwiejnie; dopiero po jej nieskładnych ruchach dało się poznać, że i na nią podziałał wypity alkohol. Gustaw zerwał się z miejsca. Powinien ją odprowadzić; Auriga pewnie wolałaby upewnić się, że dotrze prosto do swoich komnat i odeskortowałaby ją tam, gdyby tu była. Poza tym naprawdę wolałby, żeby gdzieś po drodze Liza nie spadła ze schodów ani nie poskręcała sobie kostek...
Kobieta zachwiała się lekko. Podsunął jej ramię, a ona złapała je odruchowo. Na chwilę znalazła się bardzo blisko. Za blisko. Pachniała winem i papierosami. Gustawowi nasunęła się irracjonalna myśl, że smakowałaby tak samo i z pewnością czułby się, jakby całował popielniczkę. Pomyślał też, że to byłoby głupie i zupełnie niestosowne, i jeszcze — że wcale by mu to nie przeszkadzało...
Liza zamrugała, żeby opanować zawroty głowy, a potem odsunęła się.
W tej samej chwili skrzypnęły drzwi i do kuchni wróciła Auriga. Zieleziński z ulgą zostawił Lizę pod jej opieką i pożegnał się szybko.
xxx
— Słyszałam, że wyjeżdżasz. — Liza stanęła w drzwiach swojego salonu i niedbale wsparła się o framugę. — Widzę, że to już postanowione — dodała, obrzucając gorzkim spojrzeniem leżącą na łóżku torbę, do której Auriga pakowała swój niewielki dobytek: parę sztuk ubrań i drobiazgów codziennego użytku, kilka książek i innych rzeczy odratowanych ze zniszczonej Wieży Astronomicznej.
— Jutro rano — odpowiedziała Sinistra. — Zamierzam wreszcie odwiedzić rodziców. No i muszę trochę odpocząć.
Vector skinęła głową. Zawahała się lekko przed zadaniem kolejnego pytania:
— Ale... wrócisz?
Auriga uśmiechnęła się do niej blado.
— Wrócę. Ale na razie... och, wariuję tutaj, Lizzie! Mam wrażenie, że wszyscy mówią tylko o jednym, ciągle zadają pytania, zastanawiają się... Wszystko mi o nim przypomina! Cały czas mam przed oczami te jego wspomnienia... I nijak nie potrafię sobie tego poukładać... — Głos jej się załamał. — Nie wytrzymam tego dłużej — dokończyła pospiesznie.
Liza bez słowa podeszła do niej i usiadła obok na łóżku. Milczała przez moment, a potem odezwała się cicho i niepewnie:
— Nie sądzisz, że może niepotrzebnie aż tak się zadręczasz? Chodzi mi o te wspomnienia, Aur... One były przeznaczone dla Pottera, nie dla ciebie. A jemu w niczym nie pomogłaby informacja o tym, że ty i Snape byliście parą.
Sinistra spojrzała na przyjaciółkę zaskoczona.
— Ale jak on mógł być ze mną, skoro przez cały ten czas kochał inną? — zapytała z rozpaczą.
— Ta inna nie żyje od kilkunastu lat.
— Tym bardziej! Jak mógł kochać ją, a nie mnie? — wykrzyknęła gniewnie, a w jej oczach błysnęły łzy.
Liza wyciągnęła dłoń i łagodnie pogłaskała ją po ramieniu.
— Spokojnie, nie płacz. Skąd wiesz, że cię nie kochał? Jestem ostatnią osobą, która chciałaby go bronić, ale jakoś trudno mi uwierzyć, że przez cały ten czas tylko udawał, że coś do ciebie czuje. Po co miałby to robić? Zresztą, Aur, przecież widziałam was razem... Naprawdę sądzisz, że potrafiłby grać aż tak dobrze?
Sinistra wpatrywała się w nią ze zdumieniem.
— Więc uważasz, że on...
— Uważam, że jakkolwiek kiczowato to nie brzmi, powinnaś trzymać się tego, co sama widziałaś i czułaś, a nie ślepo wierzyć w to, co Snape postanowił przekazać Potterowi. Tym bardziej, że sama najlepiej wiesz, jak bardzo można wierzyć Snape'owi.
Auriga otarła oczy chusteczką.
— Więc dlaczego nie zostawił żadnej wiadomości dla mnie? Nie rozumiem tego. Mógł napisać, mógł... cokolwiek...
— Może spodziewał się, że sam będzie miał okazję ci się wytłumaczyć?
— Naprawdę tak myślisz?
Liza wzruszyła ramionami. Właściwie sama nie wiedziała, co powinna myśleć, nie była także pewna, czy dobrze postąpiła, dzieląc się z przyjaciółką swoimi przemyśleniami. Auriga tak bardzo potrzebowała wyjaśnienia — jakiegokolwiek wyjaśnienia... Może więc Liza powinna raczej przekonywać ją, że Snape to drań i oszust, który najzwyczajniej w świecie ją wykorzystał i nie jest wart jej łez? Może uświadomienie sobie tego pomogłoby jej bardziej niż podsycanie wiary, że jej związek z Severusem i jego miłość do niej nie były już od samego początku jednym, wielkim kłamstwem...
„Ale jeśli to właśnie pozwoli jej pogodzić się z tym, co się stało, i odzyskać spokój ducha, to niech sobie wierzy" — rozgrzeszyła się w myślach, patrząc na wciąż niepewną, zamyśloną Aurigę. — „Nawet jeśli to nie jest prawdą".
— Tak bym chciała, żeby wszystko znów było dobrze — wyrwało jej się westchnienie.
— Ja też — odparła cicho Sinistra. — Ale ty sobie radzisz, prawda? — zapytała nagle.
— Radzę, radzę — zapewniła szybko Vector.
— Ten twój Jules... Czy ty...? — Auriga urwała zmieszana.
— Może. — Liza wzruszyła ramionami. — Lubię go i jest mi z nim dobrze. Czeka teraz na mnie na dole.
Sinistra spojrzała na nią, udając zaskoczenie.
— Więc co ty tu jeszcze robisz? — Uśmiechnęła się.
— Musiałam zajrzeć i się pożegnać, prawda? Wiem, że ostatnio więcej mnie tu nie ma, niż jestem, ale mimo wszystko...
— Przecież nie wyjechałabym tak bez słowa, Lizzie!
Heloiza wstała, przybierając zwykłą nonszalancką pozę.
— No to... zobaczymy się jeszcze jutro, tak?
— Tak, zostanę na śniadaniu.
— A potem...
— Nie wiem. Napiszę. Ty też musisz koniecznie pisać mi, co się tu dzieje.
— Jasne. — Liza skinęła głową podchodząc do drzwi. — No to... do zobaczenia.
— Powodzenia, Lizzie.
— Tak, cóż, przyda się. I nawzajem, Aurigo.
xxx
listopad
Spójrz na mnie...
Severus usiadł, oddychając głęboko i świadomie. Przez chwilę próbował pozbyć się z głowy sennych wizji i zakotwiczyć w rzeczywistości, choć raczej z marnym skutkiem. Przed oczami wciąż miał scenę ze snu, Czarnego Pana, który po raz kolejny, jak na odtwarzanym w kółko filmie, skierował różdżkę w stronę Nagini. Magiczna kula, w której znajdował się zamknięty wąż, zaczęła toczyć się w stronę Severusa, coraz szybciej i szybciej, aż wreszcie wpadła na niego, więżąc jego ramiona i głowę w środku. Szarpnął się, usiłując wydostać z pułapki, a wtedy Nagini zatopiła kły w jego karku.
Nagle nie było już nic prócz oszałamiającego bólu, po stokroć gorszego niż wszystkie Cruciatusy, jakich dotąd doświadczył razem wzięte. Chyba krzyczał. Voldemort mówił coś jeszcze, ale wszystko wydawało się przytłumione i odległe.
A potem, zupełnie niespodziewanie, Severus zobaczył pochylającego się nad nim Pottera. Resztkami sił złapał go za gors koszuli i przyciągnął do siebie. Wspomnienia plątały się i myliły, uciekając z niego wraz z życiem. Przez chwilę miał wrażenie, że to Lily, nie Potter, wpatrywała się w niego rozszerzonymi ze strachu oczami. Obraz zaczął blaknąć, a on osunął się w krainę majaków i koszmarów.
Spójrz na mnie.
Severus gwałtownie odrzucił kołdrę, opuszczając bose stopy na lodowatą posadzkę. Szyja pulsowała mu rytmicznym bólem, w głowie huczało, jakby ktoś odpalił w niej wiązkę fajerwerków. Zrezygnował ze wstania i zamiast tego schował twarz w dłoniach, uciskając palcami skronie.
— Wszystko w porządku, sir? — usłyszał napastliwy, skrzekliwy głos.
Pokiwał głową, zdobywając się na opuszczenie rąk i spojrzenie na natręta.
— Może szklankę wody, sir? — zaproponował usłużnie skrzat.
Snape znów skinął głową, zamykając oczy dla ochrony przed atakiem migających świetlnych plamek, które zasnuły mu wzrok. Stworzenie wcisnęło mu w dłoń chłodną szklankę; uniósł ją do warg i wypił łapczywie, z ulgą czując, że suchość i niesmak w ustach ustępują.
— Zawiadomię pana... — powiedział skrzat niepewnie.
— Nie ma potrzeby — przerwał mu obojętnie.
— Pan kazał...
— Nie ma potrzeby — powtórzył ostro. — Położę się jeszcze. Nie przeszkadzaj mi.
Skrzat skłonił się nisko i zniknął posłusznie, a Snape wsunął się pod kołdrę. Teraz dla odmiany było mu przeraźliwie zimno i nawet puchowa pościel nie pomagała zwalczyć uczucia, jakby zamiast krwi krążył mu w żyłach lód.
Ten irytujący człowiek, który się nim zajmował, twierdził, że to normalne. Że minie jeszcze trochę czasu, zanim organizm całkowicie poradzi sobie z toksyną Nagini. Gorzej było z szyją — ta wciąż promieniowała irytującym, tępym bólem, którego nie zdołał przyćmić żaden eliksir. Snape odruchowo sięgnął dłonią do wielkiego opatrunku na karku, zasłaniającym wciąż jątrzącą się ranę.
Na kasetonowym suficie tańczyły odblaski ognia z kominka. Poświęcił im moment, licząc, że pomogą mu oczyścić myśli. Nic z tego. Cenna umiejętność zanikła i prócz tego, że w głowie Severusa kłębiło się tysiące niechcianych wspomnień i skojarzeń, to on sam, bez wzniesionych wokół umysłu barier, czuł się bezbronny i wystawiony na cel.
Potter zabił Czarnego Pana, wojna się skończyła — i to prawie pół roku temu! — a on żył. Sam nie wiedział, jakim cudem, ale żył.
I wcale nie był pewien, czy to jest powód do radości.
