.
Rozdział 6
Co można nazwać bronią, jeśli nie sekrety?
.
Choć ostatnimi czasy zaczął czytać więcej i zachłanniej niż kiedykolwiek wcześniej, narobił sobie zaległości na zajęcia, a im bardziej starał się je nadgonić, tym mocniej uświadamiał sobie, jak bardzo do tyłu jest z materiałem w odniesieniu do innych uczniów. Próbował sobie wmawiać, że nic go to nie obchodzi, że szkolne zajęcia nie są najważniejszą kwestią w życiu - tylko to tłamszące poczucie beznadziejności nie opuszczało go ani na krok, zupełnie, jakby przykleiło się do jego myśli jak rzep do psiego ogona. Właśnie próbował nadgonić materiał na Zielarstwo, z mizernym skutkiem skupiając się nad małym druczkiem „Tysiąca magicznych ziół i grzybów", kiedy do jednej z szyb Pokoju Wspólnego zaczęła się dobijać wielka sowa śnieżna, tłukąc bezprecedensowo dziobem w okno.
Harry przygryzł wnętrze policzka i odłożył czytany podręcznik na podłokietnik wysiedzianego fotela o czerwonym obiciu. Kiedy zbliżył się do okna Hedwiga przestała postukiwać dziobem w szkło i spojrzała na niego swoimi wielkimi, nieco wyłupiastymi oczami, przekrzywiając głowę.
— Witaj nieznajoma — powiedział cicho Harry, otwierając okno i wzdrygnął się, gdy chłodne powietrze uderzyło w jego rozgrzane ciało.
Hedwiga przycupnęła na parapecie i wyciągnęła nóżkę z uwiązaną do niej, kremową kopertą. Harry miał ochotę uderzyć głową w ścianę, kiedy dostrzegł na jej froncie emblemat rodu Blacków. Przeciągnął palcem po czarnej krokwi widniejącej pomiędzy dwoma trupio białymi gwiazdami pięcioramiennymi a ikoną przedstawiającą miecz. Dwa, zwrócone ku sobie harty zdawały się podtrzymywać krawędzie emblematu, a przeplatająca go białym tuszem wstęga z wyraźnym mottem: „Toujours pur" odcinającym się drukowanymi literami, arbitralnie wskazywała wszystkim tym, którzy wywodzą się z rodów czarodziejów czystej krwi i choć trochę orientują się w koneksjach rodowych rodzin czystokrwistych, od kogo najpewniej nadszedł ten list.
Pospiesznie wygrzebał pergamin z zaklejonej koperty, po czym odłożył ją na chłodny, kamienny parapet, podpalając pożółkły róg, sięgnąwszy po różdżkę.
Kiedy płomienie strzeliły w górę, Hedwiga zahuczała i z roztargnieniem uderzyła skrzydłami w powietrze, przeskakując na ramię Harry'ego, po czym karcąco uszczypnęła go dziobem w ucho.
List był krótki i raczej oszczędny w słowa. Harry - z Hedwigą na ramieniu - wrócił na fotel, bezwiednie przeciągając palcami po białych, sowich piórach, przeciągając wzrokiem po chaotycznym, pospiesznym piśmie swojego ojca chrzestnego.
— No, nie do wiary — mruknął z rezygnacją Harry, czytając nakreślone zdania, obiecując sobie, że spali ten list najszybciej, jak się da - z całą pewnością nie utylizując go w szkolnym kominku, który bez wątpienia rewiduje Umbridge.
Harry,
Dumbledore wymaga, abyś był obecny na kolejnym zebraniu. Nie pytaj dlaczego, sam tego nie wiem, a Albus nie kwapi się do dawania najmniejszych wyjaśnień. W końcu darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, prawda Harry? Zatrzymaj to w tajemnicy - wiem, że to pewnie zbyt wiele, ale muszę cię prosić, abyś nie informował o tym ani Rona, ani Hermiony. W każdym razie jeszcze nie teraz, dopóki nie wiemy, co staremu chodzi po głowie.
Zgłoś się do Snape'a w tą sobotę o dziewiętnastej. Powinien być już o wszystkim poinformowany, ale na wszelki wypadek przekaż mu ten list, dobrze?
Nie pakuj się w żadne kłopoty, szczeniaku.
Do soboty,
Wąchacz
P.S. Nie zgub kasztana.
Harry złożył pergamin na pół, zamknął oczy i przyłożył rękę do czoła, zastanawiając się, co takiego tym razem przyszło do głowy dyrektorowi, aby w trakcie semestru ściągać go na Grimmauld Place (pod powiekami urządzały sobie przemarsz tysiące obaw, z którymi wolałby się kryć, a które drążyły w nim jak w glinie).
Odetchnął głęboko i z listem zbyt ciężkim w jego słabej dłoni, podniósł się z wyściełanego fotela.
-VVV-
— Przepraszam — oświadczył na wstępie Harry, robiąc zbolałą minę i unosząc dłoń, w której ściskał lekko już pomięty pergamin. — To nie tak, że ja się tu pcham na siłę.
Snape zmrużył oczy, ogniskując wzrok na trzymanym przez Harry'ego liście. Pomiędzy jego brwiami wykwitła przeciągła zmarszczka.
— Przyniosłeś mi podpałkę do kominka? — wycedził powoli, a Harry - chcąc nie chcąc i nie bez ziarna nerwowości - przewrócił kpiarsko oczami i podał mu krótki list ponad progiem.
Snape ledwie obrzucił jego treść spojrzeniem, a jego wargi wykrzywiły się w paskudnym grymasie i przez chwilę - krótką jak ułamek sekundy - Harry myślał, że profesor zgniecie cienki pergamin w garści i rzuci nim w jego twarz jak zniewagą.
Jednak, zamiast zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, Mistrz Eliksirów szerzej otworzył przejście i gestem zaprosił Harry'ego do środka; przestępując próg, nie spuszczał oczu ze Snape'a, który wyciągnąwszy różdżkę, skinął jej końcem w nieokreślonym kierunku, a blada mgła światła o wyjątkowo niskim natężeniu ogarnęła pokój jak przeźroczysta tkanina. Jego oczy balansowały na niechlujnym piśmie Syriusza, prześlizgując się pomiędzy wierszami, przesuwając się płynnie po koślawych literach.
— Cóż — odezwał się cicho Snape — to nastręcza nam nieco problemów.
Odsunął list od twarzy i spojrzał ponad nieznacznie pomiętym pergaminem na skaczącego wzrokiem po jego twarzy Harry'ego.
— Problemów? — powtórzył, nie zrozumiawszy, a Snape westchnął, przesuwając palcem po krawędzi gładkiego pergaminu.
— Dumbledore jest perfekcyjnym legilimentą, pamiętasz? — zakpił, unosząc nieznacznie ściskany w dłoni list. — A ty, Potter, jesteś jak księga otwarta dla postronnych. Wystarczy, że na ciebie spojrzy. Masz tajne porozumienia wypisane na źrenicach.
Harry zmarszczył nos; nagła fala nerwowości uderzyła w jego ciało jak chłodny przeciąg.
— Przecież mu nie odmówię — powiedział cicho, przestępując z nogi na nogę, skacząc spojrzeniem pomiędzy czarnymi oczami.
Snape prychnął i przetarł palcami nasadę nosa. Na jego ziemistej twarzy odmalowało się ostre skupienie.
— Nie patrz mu w oczy — zarządził, marszcząc brwi — tylko nie zachowuj się zbyt ostentacyjnie, bo zauważy. — Czarne oczy spoczęły na nim jak materialny ciężar. — I przestań się tak denerwować, na Merlina. Najgorsze, co możesz teraz zrobić, to pokazać po sobie, że coś cię gryzie, jasne?
— Mhm — mruknął Harry, przygryzając wnętrze dolnej wargi, zastanawiając się, jak, na litość Morgany, ma odseparować się od tego przygniatającego jego żołądek napięcia, jak odciąć się od tej fali nieokreślonego stresu, zalewającej jego ciało jak tsunami. — A co, jeśli się zorientuje?
Ciche westchnienie Snape'a sprawiło, że gryzący jego nerwy niepokój stał się niemal namacalny. Oderwał on dłoń od twarzy i przechylił głowę, lustrując Harry'ego przeszywającym wzrokiem, pod którym Harry poruszył się niespokojnie.
— Dyrektor, Potter, nie ma podstaw, aby cię o cokolwiek podejrzewać, a...
— Wobec tego jaki jest powód, dla którego zwołuje mnie na to zebranie?
Snape warknął cicho, mrużąc - nie bez zniecierpliwienia - oczy.
— Raczyłbyś mi nie przerywać? — syknął wściekle, a Harry odetchnął głęboko, starając się utemperować własne nerwy i odwrócił głowę w stronę wysokich, ciężkich regałów, obserwując chmurnie półki gnące się od ciężaru licznych publikacji naukowych i przetartych upływem czasu woluminów.
Snape milczał dłuższą chwilę; czuł jego intensywny, przewiercający wzrok szukający czegoś po omacku na jego twarzy.
— Wyciągasz pochopne wnioski — ocenił ostro Snape, a Harry prychnął i spojrzał na niego spode łba. — Tak, Potter, właśnie to robisz — pokręcił pogardliwie głową. — Miotasz się jak ryba w sieci, bo otrzymałeś nieokreśloną wiadomość od swojego impulsywnego chrzestnego, mówiącą, że dyrektor chce cię widzieć na zebraniu Zakonu. Tyle że, Potter, to nie jest powiedziane, że on nas przejrzał, wiesz? — sarknął, ściszając głos, przyglądając mu się, jakby Harry stał tam i głośno protestował przeciw jego słowom, jakby nie widział w nim nic ponad pyszałkowatość i Harry miał ochotę cisnąć w niego zniewagą, rozłupać to stanowcze przekonanie wieńczące ziemistą twarz, powiedzieć mu, że to nie żadna buta, tylko przestrach - żywy i namacalny, kumulujący się pod jego skórą, ale nie powiedział, bo Snape nazwałby to sprostowanie bezczelnością. — Pójdziemy tam — pokiwał głową Snape — i dowiemy się, o co chodzi. A ty, Potter, będziesz się zachowywał jak na sumiennego, lojalnego Złotego Chłopca przystało, jasne?
Harry przytaknął bez przekonania, dochodząc do wniosku, że spieranie się ze stabilną upartością Snape'a do niczego sensownego go nie zaprowadzi.
— Potter — westchnął Snape; rysy ziemistej twarzy wygładziły się. Mężczyzna pochylił się, szukając jego spojrzenia. — Nie jesteś sam na tej scenie, wiesz?
Harry podniósł wzrok na czarne, migoczące oczy, nie wiedząc, jak ma to rozumieć. Ponieważ - istotnie - przed Albusem Dumbledorem nigdy nie odpowiadał za czyimś pośrednictwem, nigdy nie odpowiadał z drugą osobą u boku, nigdy nie odpowiadał, mając poparcie kogoś starszego, znającego się na retoryce, mogącego stanąć w jego obronie. Spowiadając się przed Dumbledorem, zawsze był sam.
-VVV-
Harry uważał Dumbledore'a za niezwykle pojętego człowieka, który bez patrzenia i na odległość potrafi wnikliwie ocenić rozwój danej sytuacji. I właśnie dlatego sceptyczność rosnąca w jego piersi sięgnęła zenitu, kiedy usłyszał od Snape'a, że dyrektor niekoniecznie wie, co wyprawia jego Złoty Chłopiec i na jakie kroki się zdecydował.
Patrząc na Dumbledore'a, odnosił wrażenie, że ten zawsze znajduje się o krok przed nim, że potrafi przejrzeć jego zamiary, zanim jeszcze on sam w pełni je zaakceptuje przed samym sobą, że kiedy zdaje mu się, że wywinął się poza wpływy dyrektora, ten zaskakuje go, wyłaniając się zza jego pleców.
Dumbledore był jak cień. Był jak umysł przenikający inne umysły - niematerialny, niezależny od formy fizycznej. Jak mugolska kamera sunąca po planie filmowym, przemierzał on przestrzeń, podążając jak fala świadomości za plecami to tego, to tamtego, obserwując, milcząc, zachowując dla siebie wszelkie przemyślenia, jakby nie ufał nikomu i niczemu, poza własną nieomylnością i nigdy nie było czymś jasno określonym to, na kim tym razem skupił się jego niebieskooki, przenikliwy wzrok.
-VVV-
— Przestań, Potter — westchnął Snape w sobotę o dziewiętnastej. — Przed pierwszą wizytą u Czarnego Pana obawiałeś się mniej niż w tej chwili. To absurdalne.
Harry przeciągnął językiem po górnych zębach, myśląc, że to nie najlepiej, że jest to po nim aż tak widoczne.
— Aha — mruknął pod nosem, wlepiając wzrok w mętną posadzkę — tyle że wtedy oczekiwałem, że Voldemort albo na mnie naskoczy, albo popadnie w samozachwyt, że w ogóle udało mu się mnie do siebie ściągnąć — wzruszył ramionami — a teraz, szczerze powiedziawszy, nie wiem nawet, czego tak właściwie powinienem oczekiwać.
-VVV-
Harry, mając wrażenie, że traci oddech, przebiegł przez ciemny, ciasny korytarz prowadzący do przestronnej jadalni i wpadł prosto w objęcia wyciągającego ku niemu ramiona Syriusza. Kiedy ten zaśmiał się szczekliwie, beztrosko, entuzjastycznie, Harry zacisnął mocno palce na jego miękkiej szacie, ewidentnie odznaczającej się wysoką jakością materiału, i spojrzał na jego pomarszczoną, wyciągniętą w ciepłym uśmiechu twarz.
— Ty nierozważny kretynie jeden — wyszeptał Harry, kręcąc głową, błądząc spojrzeniem po jego znajomych rysach. — Nigdy więcej nie wysyłaj mi listu z pieczęcią Blacków na kopercie, słyszysz? Nigdy więcej, Syriuszu.
Syriusz odsunął go od siebie łagodnie i machnął niedbale ręką, jakby to nie miało znaczenia, a Harry poczuł, jak coś ciężkiego zaciska się jak pętla na jego gardle. Ślad spłowiałego tatuażu wystawał spod kołnierzyka jego koszuli, długie, ciemne włosy opadały falami na jego - nieco przychude - ramiona; pod jego szarymi oczami rozlewały się jasnofioletowe cienie, jakby od tygodni nie sypiał najlepiej.
— Rozumiem, że nie napytałem ci tym biedy? — zapytał swoim miękkim, nieco zachrypniętym głosem, który jeszcze dwa lata temu tak bardzo go przerażał, a teraz nie wyobrażał sobie życia, w którym nigdy nie usłyszałby tego zmarnowanego tonu przyprawionego latami milczenia.
Harry wyciągnął ręce i uchwycił dłonie Syriusza - wciąż tak bardzo chude, mimo nabrania nieco ciała od czasów wyjścia z Azkabanu - w swoje palce. Jego skóra była ciepła, choć chropowata - wciąż tak bardzo sucha, że jego ręce przywodziły na myśl ręce starego człowieka. Harry przytulił te niedoskonałe dłonie do policzka.
— Jeśli ktoś coś zauważy... — powiedział cicho Harry, bojąc się choćby rozważać podobną ewentualność. — Jeśli zgłoszą to do organów ścigania...
Syriusz prychnął z niejakim politowaniem.
— Zdradzę ci coś na temat ludzi, Harry — oznajmił, puszczając mu perskie oko (na jego twarzy malowała się czysta przekora); wyswobodził rękę z uścisku jego palców i zmierzwił mu chaotycznym ruchem włosy. — Mają oczy, ale patrzeć to oni nie umieją.
-VVV-
To był człowiek, który bardzo długo milczał — myślał Harry, spoglądając w szare, roześmiane oczy. — Milczał w otoczeniu chłodnych murów, w zaciszu swojej nędznej celi, w ograniczonej, ciasnej przestrzeni. Milczał w obecności zobojętniałych dementorów. Milczał o procesie, którego nie było. Milczał o zemście, której pragnął, a która została mu odebrana. Milczał przez całe dwanaście lat, kulił ramiona, przytulał kolana do wychudzonego ciała, liczył dni, noce, dni, noce, miesiące, miesiące, miesiące, aż w końcu stracił rachubę, wygrzebywał drobne wszy ze zniszczonych, suchych włosów, chuchał w skostniałe palce, kiwał się to w przód, to w tył, sumując w myślach ilość kamieni składających się na zimny, szary mur, który go otaczał. Narastał w zapomnienie, w kurz, w gniew.
Kiedy wyszedł z Azkabanu, nie przestawał mówić - jakby chciał nadrobić te wszystkie lata milczenia. Potrafił uchwycić go za rękę i godzinami opowiadać o swoich młodzieńczych latach, o buncie przeciw rodzinie, o postawieniu się zasadom szlachetnego, antycznego rodu, o przyjaciołach, o wygłupach i szlabanach - tej formy zbrodni i kary - które z nimi dzielił.
Nigdy nie mówił o więzieniu - jakby chciał odseparować od siebie tą ponurą część swojego życia - ale ono zawsze tam było: za jego słowami, trwałe jak monument - echo jego przeszłości mówiące czasem więcej niż słowa.
Zamknięty w izolatce, balansujący na granicy szaleństwa pół człowiek.
Czasami, patrząc w jego szare, błyszczące oczy, Harry'emu zdawało się, że dostrzega w nich przebłysk szaleństwa, ale potem Syriusz otwierał usta i odzywał się do niego, a jego słowa nie brzmiały wcale jak słowa obłąkanego człowieka - były pełne empatii, zrozumienia, ciepła, były pełne życia. I Harry puszczał mimo uszu wszystkie jego fanaberie, wszelkie przejawy jego dziwactw, wszystkie ryzykowne pomysły uzasadniane krótką, ciętą frazą, ponieważ rozumiał - bardziej, niżby chciał - że w głębi duszy Syriusz wciąż miał zaledwie dwadzieścia dwa lata. Miał dwadzieścia dwa lata i starał się czerpać z życia, którego mu odmówiono, pełnymi, pomarszczonymi garściami.
-VVV-
Kazał mu czynić przed nim wyznania - jego spowiednik, powiernik jego cierpienia, Dumbledore - i to przy świadkach, czekających na jego słowa. Owszem - było kilka głosów na nie, bo czy to na pewno dobry pomysł, bo po co drążyć w bólu, bo wszyscy, naokoło, przez postronnych, cichaczem gdzieś za jego plecami przekazali już sobie tę szumną historię z ust do ust, z rąk do rąk, bo: „Albusie, to tylko dziecko!", ale Harry wyłapał milczące głosy wśród sprzeciwów i oburzeń; czuł utkwione w nim, magiczne oko siedzącego z założonymi rękami Moody'ego, dostrzegał współczującą minę Remusa, nerwowo przestawiającego spodek do herbaty z miejsca w miejsce, widział napięcie odznaczające się na ramionach Snape'a, udającego ponad nerwowość, że cała ta sytuacja niezmiernie go nuży.
I Harry wiedział, że to do niego należało ostatnie słowo - bez względu na decyzję Dumbledore'a, bez względu na rekonesans, jaki inni poczynili w tym temacie, bez względu na potrzeby Zakonu Feniksa.
— Nie prosiłem się o to, wie pan? — powiedział cicho, przesuwając palcami po jednej z przeciągłych rys znaczących szeroki stół, a przekrzykujące się głosy ucichły, jakby ktoś nacisnął pauzę na mugolskim pilocie do zdalnego sterowania. Uniósł głowę i spojrzał ponad blatem w kierunku Albusa Dumbledore'a, zawieszając wzrok na jego pomarszczonych dłoniach zaciśniętych na pękatej filiżance z różowej, czeskiej porcelany.
— Mimo wszystko te zdarzenia odbyły się z twoim udziałem. — Głos dyrektora był tak spokojny, tak zrównoważony, że Harry miał ochotę wykrzywić sceptycznie wargi, ale w ostatniej chwili powstrzymał ten odruch.
— Pozwolił mi pan uczestniczyć w tym turnieju — przypomniał Harry, przykładając dłonie do filiżanki parującej herbaty, o którą poprosił z początkiem spotkania, a rozgrzane ścianki naczynia poparzyły mu palce. — Jedno pańskie słowo i ten absurd mógł nie mieć miejsca.
Starał się zachować jak dorosły człowiek, utrzymać niezachwiany spokój na swojej twarzy, zatrzymać miękkość głosu, ale Dumbledore rozbił jego fasady, drążąc w jego psychice jak kret w miałkiej ziemi.
— Musiałem zobaczyć jak rozwinie się sytuacja, Harry — oznajmił; jego głos był współczujący i cichy, ale słowa wyraźnie słyszalne - brzmiał na skruszonego, ale Harry, zamiast okazać empatię, wzdrygnął się jak porażony prądem i mocniej zacisnął dłonie na naczyniu pełnym wrzątku. Skóra na jego palcach poczerwieniała, ale gniew skokowo rosnący w jego umyśle nie pozwalał mu skoncentrować się na tym bólu - ból był dobry, trzymał go w ryzach, studził temperament, odciągał jego umysł od liżącej jego żyły białej gorączki. — Chyba rozumiesz, że bez tego nie mielibyśmy pojęcia, że Voldemort powrócił? — zapytał spokojnie Dumbledore, a Harry wciągnął przez nos powietrze i puścił ściskaną porcelanę, myśląc, że lada moment nie opamięta się i roztrzaska ją na drobny mak.
— Jak rozwinie się sytuacja? — powtórzył; jego ramiona trzęsły się z tłumionego gniewu. — Nie jestem przedmiotem pańskiej zabawy w politykę. — Zmuszał się, aby nie podnieść wzroku i nie cisnąć Dumbledore'owi w twarz całą swoją burzliwością, całym bólem i rozczarowaniem, i zranieniem, jakiego dostarczył mu ten cios prosto w plecy.
Dumbledore odłożył naczynie z filiżanką i zaplótł razem palce, kładąc złączone, pomarszczone dłonie na blat.
— To Bartemiusz Crouch Senior podjął ostateczną decyzję, Harry, przecież o tym wiesz — przypomniał mu Dumbledore, przechylając głowę, jakby starał się uchwycić jego wzrok; Harry odwrócił twarz ku ścianie. — Harry?
Harry zastanawiał się poważnie, czy jest sens kłócić się o zasady moralne. Mógłby mu powiedzieć: „To nie Bartemiusz Crouch miał władzę w murach zamku", mógłby prychnąć i uświadomić temu staremu czarodziejowi, przekonanemu o własnej wyjątkowości, że nawet nie próbował wydostać go z tej niedogodnej sytuacji, w jakiej się znalazł, że zgodził się bez szemrania, mógłby wziąć głęboki oddech i oznajmić: „Przecież pan wie, a wiem to także i ja, że mam rację", ale wzruszył tylko ramionami i podniósł wzrok na niezwykle bladą, nieoczekiwanie milczącą Tonks.
Zastanawiał się, czy te zebrania zawsze prezentują się w taki sposób: ludzie siedzą i debatują - o nim, za jego plecami, rozgrzebując jego życie, analizując jego wspomnienia. Jeden mówi, że Harry Potter oszalał, drugi, że postąpił tak słusznie, jak dało się postąpić w ekstremalnej sytuacji, w której się znalazł, jeszcze inny, że będąc na jego miejscu, podszedłby do wszystkiego całkiem inaczej, ale jak konkretnie by się zachował, wytłumaczyć już nie jest w stanie.
Jego wzrok przeskoczył na Remusa, zerkającego na niego z bólem w oczach, który to uciekł spojrzeniem z niejakim zawstydzeniem, jakby wcale nie zamierzał, nie chciał i bał się usłyszeć z jego ust tę wstrząsającą historię; Syriusz wyglądał, jakby wszystkie, żyjące w nim standardy kłóciły się pomiędzy pragnieniem przyciągnięcia Harry'ego do piersi a roztrzaskaniem silną pięścią zbyt długiego nosa dyrektora. Snape nie patrzył w jego stronę - jego ciemnooki wzrok konsekwentnie - na pozór obojętnie i nie bez znudzenia - wpatrywał się w starą, pełną odprysków ścianę i Harry przez moment zastanawiał się, jak przeważnie zachowuje się Mistrz Eliksirów, kiedy to jego Dumbledore bombarduje oczekiwaniami.
Nie chciał opowiadać o nocy, w której Voldemort powrócił, nie chciał odsłaniać się przed tymi wszystkimi ludźmi, nie zamierzał siedzieć tu i mówić o tym, jak klątwa torturująca burzy krew w jego żyłach, jak nie potrafi przygryźć warg i nie krzyczeć, jak zdziera sobie gardło, a łzy moczą mu twarz, sklejają rzęsy, wpadają do ust, kapiąc na język. Nie chciał mówić o tym, jak jedno, trafne zaklęcie przygniata mu kręgosłup w pokłonie, za który się nienawidzi, a z którym nie potrafi walczyć i jak wszystkie mięśnie stoją w ogniu pod tą ciężką, czarną jak dym ulatujący z komina magią, która go dusi, dusi, dusi. Jak bolesna jest walka z Imperiusem po tylu połykających go Cruciatusach, spalających go od środka, spopielających jego wewnętrzną siłę. Jak dudni mu w uszach, kiedy słyszy szelest szat sunących po ziemi, szmer nagich stóp łamiących z każdym krokiem niewielkie gałązki obsiewające cmentarz, jak wariuje od dźwięku tego chłodnego śmiechu, śmiechu, śmiechu - tak okrutnego, tak sadystycznego, tak innego od przemawiającego do niego, miękkiego głosu, zdającego się swoją melodyjnością gładzić go po kręgosłupie. Jak długie, zimne palce wyciągnięte w jego kierunku lądują na jego policzku i są miękkie, są litościwe - przesuwają się po jego skórze z czułością, która jest fałszywa, Harry wie, że jest fałszywa, ale nie potrafi ich odtrącić, nie potrafi zmusić się do odwrócenia głowy i przez moment zapomina, jak się poruszać, bo magia - obca, a zarazem dziwnie znajoma - przemykająca tuż koło niego, przesuwająca się po jego skórze jak welwet, odbiera mu zmysły.
Serce dudniło pod jego mostkiem - nieregularnie, głucho, szalenie, a Harry, starając po sobie nie okazać zbytniej nerwowości, pomyślał: „Którą z tych rzeczy właściwie miałbym wam opowiedzieć?".
— Zna pan tą historię, dyrektorze — odezwał się cicho i był dumny z tego, że w jego głosie nie było słychać słabości, która roztapiała jego kości, jakby te były stworzone z wosku. — Dlaczego, w związku z tym, jestem panu potrzebny do jej rozpowiadania?
Nie uzyskał odpowiedzi.
-VVV-
— Dumbledore będzie dysponował informacjami, które mu dostarczysz we wszelaki sposób — powiedział mu później Snape cichym, pełnym ostrożności głosem, wyciągając koniec różdżki z zamka w drzwiach swojego gabinetu i odwracając się niespieszne ku niemu — ale nigdy nie wyjawi twoich sekretów bez twojej zgody. — Przechylił głowę, przyglądając się uważnie jego twarzy. — Nawet jeśli będzie od ciebie wymagał zaprezentowania ich postronnym, nigdy, przenigdy nie uczyni tego za ciebie. Takie ma zasady, Potter. — Snape zbliżył się do niego powoli, a Harry odczuł niemiłosierną potrzebę odsunięcia się na bezpieczniejszą odległość. — To od ciebie zależy, czy pękniesz pod jego wpływem.
Harry zazgrzytał zębami, obrzucając Snape'a wrogim spojrzeniem.
— Nie pękłem pod jego wpływem — prychnął, kiedy jego poczucie godności zostało nieprzyjemnie ściśnięte.
Czarne oczy otaksowały go nieprzeniknionym spojrzeniem.
— Jeszcze nie — potwierdził — ale musisz wiedzieć, że Dumbledore to potężny czarodziej i z zasady...
— Profesorze — przerwał mu Harry, przykładając dłoń do czoła. — Nie złamałem się pod różdżką Voldemorta...
— Czarnego Pana, ty krnąbrny dzieciaku!
— ...więc czemu miałbym ustąpić rozkazom Dumbledore'a?
Snape zazgrzytał zębami wytrącony z równowagi.
— Dlatego, Potter — wysyczał, cedząc powoli słowa, pochylając się, aby zajrzeć mu prosto w oczy z czymś ostrym jak srebro, czystym jak łza zakorzenionym w spojrzeniu — że dyrektor to znakomity manipulant. Potrafi postawić przed tobą tysiące retorycznych pytań, uogólnia powierzane ci informacje, selekcjonuje je i decyduje, o czym on sam chce, abyś usłyszał. Często odpowiada pytaniem na pytanie, patrzy ci w oczy z zamiarem wyciągnięcia z twojej głowy twoich osobistych opinii jak dropsów z szuflady, zasiewa ziarna wątpliwości i balansuje słowami tak, aby wpłynąć na twoje decyzje.
— Potrafię o siebie zadbać — nie zgodził się Harry, doskonale wiedząc, co Mistrz Eliksirów insynuuje.
— On cię może rozgryźć z dziecinną łatwością, Potter! — warknął w odpowiedzi Snape, obnażając zęby. — Problem w tym, że nie możemy dopuścić do tego, by dowiedział się o twojej zdradzie.
Harry niemal zadławił się wydychanym powietrzem.
— Mojej zdradzie! — powtórzył, drżąc jak osika, czując, jak tętno skacze pod jego skórą. — Mojej zdradzie!
Snape z rozmachem chwycił go za przód szaty i przyciągnął do siebie na niebezpiecznie bliską odległość.
— Tak, święty chłopcze Dumbledore'a — wysyczał mu prosto w twarz — twojej zdradzie.
-VVV-
To bardzo mocne słowo - zdrada. Wywoływało u Harry'ego przewrót żołądka i lekkie mdłości. Wolał to nazywać: zwróceniem się ku własnym wartościom albo: podążeniem za potrzebami swoich przekonań, wmawiając sobie, że ma do tego prawo, że może sobie na to pozwolić, że uzyskał zgodę Snape'a (zgodę Snape'a!), więc na co przejmować się całą resztą? To nie na ich opinii mu zależało, to nie z ich zdaniem się liczył - wyrzuty sumienia odłożył więc na inną okoliczność.
Jednakże słysząc spomiędzy tych wąskich ust słowo, którego tak mocno się bał, słowo, którego tak bardzo nienawidził, coś w nim się wewnętrznie złamało, coś trzasnęło i rozlało salwą poczucia winy po jego umyśle. To nie tak, że gdyby mógł zacząć od nowa, cofnąłby swoje postępowania - oczywiście, że nie - zrobiłby wszystko tak samo, pozwolił się oczarować nutom tego cichego głosu przemawiającego gdzieś wewnątrz jego nieuporządkowanego umysłu, starałby się poznać oblicze geniuszu - nawet, jeśli był on skropiony fanatyzmem - poszedłby do niego, choćby Snape odmówił dostarczenia go na miejsce, choćby musiał prosić, choćby musiał polegać jedynie na sobie, poszedłby do niego, bo chciał, bo mógł, bo podjął decyzję.
I podejmując ją, doskonale wiedział, że nie ma wyborów bez konsekwencji.
-VVV-
— Jak może mówić mi pan o zdradzie? — wyszeptał Harry, wlepiając wzrok w swoje stopy. — Właśnie pan, ze wszystkich osób — pokręcił głową, kiedy jego gardło zacisnęło się jak imadło — kiedy to pan te piętnaście lat temu wydał dziecko, które nie zdążyło nawet skończyć roku?
-VVV-
— Musisz wiedzieć, że ja cię nie potępiam za twoje decyzje, Potter.
— Nie? A tak to właśnie zabrzmiało.
-VVV-
Harry wpatrywał się w swoją różdżkę, z głową ciążącą mu jak porcelanowy wazon, ze znużoną twarzą i rozluźnionymi, zobojętniałymi mięśniami twarzy. Stał w gabinecie Snape'a, starając się przeczekać kolejną z ich beznadziejnych zajęć ochrony umysłu, nawet nie próbując zmobilizować się do działania.
Przez ostatnie kilka dni skrupulatnie omijali temat Dumbledore'a. Przez ostatnie kilka dni w zasadzie nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele, mówili do siebie w ogólnikach, unikali patrzenia sobie w twarz.
— Pan wie, co tam się wydarzyło — stwierdził beznamiętnie, nie patrząc na Snape'a, łającego go za to, że zaprzestał przykładania się do ich zajęć z Oklumencji, że przestał się wysilać, że poddał się bez walki, że odpuścił jak zwykły nieudacznik, a Snape zamilkł i zwrócił ku niemu twarz. — Na cmentarzu w Little Hangleton — pokiwał głową. — Widział pan to. Być może urywkami i fragmentarycznie — wzruszył ramionami — ale z pewnością poskładał pan sobie te chaotyczne skrawki w kompletne wspomnienie.
Snape opuścił różdżkę.
— Jesteś zadziwiająco pewien moich możliwości, Potter — odezwał się zimno, jakby próbował go odstraszyć, a Harry spojrzał na niego ze znużeniem i ponownie wzruszył ramionami.
— Jestem pewien — powiedział cicho, przecierając ciążącymi palcami zmarnowaną skroń — pańskiej niebywałej inteligencji, profesorze. — Coś w jego głowie pulsowało ostrym bólem. — Dlaczego — zapytał ciężko, patrząc zmęczonymi oczami w czarne oczy Snape'a — nie powiedział im pan, co tam miało miejsce? Przecież to pan, ze wszystkich osób, znał mój punkt widzenia, prawda?
Snape zmrużył oczy, wpatrując się intensywnie w jego poszarzałą twarz.
— A chciałbyś, żebym im powiedział? — zapytał, jakby nic poza tym się nie liczyło.
— Nie — wypluły usta Harry'ego, zanim zdołał nad nimi zapanować.
Stojący przed nim czarodziej pokiwał powoli głową.
— Tak myślałem. — To było jego jedyną odpowiedzią.
-VVV-
Podszedł do niego w ciemności korytarza - ten magnes na jego pogwałcanie regulaminu, kiedy Harry - nie mogąc zmrużyć oczu - wałęsał się kolejną nieprzespaną noc jak duch po milczącym, uśpionym zamku, lokując się ostatecznie w jednej z zimnych, okiennych wnęk średniej wygody; Harry westchnął, odwracając wzrok, czekając na kąśliwą reprymendę i odjęcie Gryffindorowi dziesięciu punktów za pałętanie się po ciszy nocnej.
Snape jednak nie zganił go, nie złajał, nie wlepił szlabanu. Oparł się o przeciwległą ścianę, przechylając głowę i wpatrując się w niego - siedzącego na parapecie, machającego niedbale nogą w powietrzu - zza kutyny czarnych włosów z niewiadomym wyrazem twarzy.
Przez długą chwilę przyglądał mu się milcząco - Harry nieprzyjemnie odczuwał wiszące między nimi napięcie.
— Spodziewałem się, że mnie przeklniesz, kiedy się dowiesz — przerwał ciszę Snape, a Harry zamknął oczy, przeklinając opaczność, a zaraz za nią cały wielki świat, za to, że ze wszystkich możliwych tematów Mistrz Eliksirów podjął właśnie tę kwestię. — Tego oczekiwałbym po impulsywnym, głupim Gryfonie, jakim jesteś.
Harry skrzywił się i pozwolił sobie na uniesienie powiek, ale nie uraczył Snape'a odpowiedzią. Czując głuche dudnienie wewnątrz własnej czaszki i natarczywy ból karku od zbyt długiego siedzenia w jednej pozycji, odwrócił wzrok ku wysokiemu oknu.
— Ewentualnie: że zaatakujesz mnie, kiedy wszystkie te aktualności ułożysz sobie pod sufitem — ciągnął Snape, nie przejmując się jego zrezygnowaną postawą. — Jestem przekonany, że twój drogi przyjaciel: pan Weasley postawiony na twoim miejscu w identycznej sytuacji, zaatakowałby mnie bez zważania na wszelakie konsekwencje swoich czynów.
Wzruszył ramionami, czując się dziwnie otępiały - chyba tylko dlatego nie odczuł natychmiastowej potrzeby stanięcia w obronie Rona i jego inteligencji.
— Cóż — rzekł nieco zmarkotniałym głosem — niejednemu psu Burek. Nie zgodzi się z tym pan, panie profesorze?
Snape nie odpowiedział, wpatrując się w niego swoimi oczami zlewającymi się z zatopioną w ciemnościach ścianą za jego plecami.
— Nie zażądasz wyjaśnień? — spytał cichym, ledwo słyszalnym głosem Snape, przechylając głowę. — Nie zapytasz dlaczego?
Harry uśmiechnął się bez rozbawienia, skubiąc rąbek swojej wygniecionej szaty.
— Wątpię, aby zrobił to pan z powodu jakichś osobistych animozji — odparł, zerkając w czarne niebo obsiane gwiazdami. — Nie sądzę, aby choć przez moment zdawał pan sobie sprawę z tego, kogo skazuje pan na śmierć. — Głos mu nie zadrżał, choć nagłe ukłucie w piersi było natarczywe i niemiłosierne; zdusił je w zarodku, jakby było gorącym płomieniem tańczącym na krótkim knocie świecy. — Wykonywał pan polecenia.
Mistrz Eliksirów nie ruszał się spod ściany - tkwił pod nią, przyklejony do jej powierzchni jak cień.
— I nie jesteś wściekły? — Głos Snape'a był tak cichy, że ledwo słyszał wypowiadane słowa. — Rozgoryczony? Pełen zawiści i pragnienia zemsty?
Harry prychnął, przykładając czoło do zimnej tafli szyby.
— Gdybym był taki żądny zemsty za wszystkie krzywdy, które mnie dotknęły — obwieścił, przymykając oczy — mój ukochany wuj już dawno by jej zasmakował. — Zerknął kątem oka na plamę czerni skrywającą się w cieniu wysokiej ściany. — Proszę się nie obawiać, nie wyznaję zasady: wet za wet, panie profesorze.
— Twój wuj — prychnął pogardliwie Snape, odpychając się od zamkowych murów i podchodząc powoli do parapetu, na którym siedział Harry; zielone oczy zmrużyły się nieufnie. Ziemista twarz naznaczona była niezachwianą, beznamiętną maską. — Twój wuj: pusta głowa i przemoc. Argumentowanie pięściami przy toczącej się z ust pianie. — Profesor zajrzał w jego oczy, zatrzymując się tuż przy parapecie, na którym siedział. Harry przyciągnął nogi do siebie, chowając kolana pod brodę, czując, jak całe jego ciało napina się jak w obliczu zagrożenia. — Nie jestem twoim wujem — powiedział miękko Snape, przechyliwszy głowę, przyglądając mu się wnikliwie. — Jestem racjonalnym człowiekiem, świadomie podejmującym własne decyzje, Potter. — Czarne, zatłuszczone włosy wpadły mu na pobłyskujące w ciemności oczy. — Kiedy wydawałem Czarnemu Panu przepowiednię, Potter, głos mi nie zadrżał ani na chwilę. Wierz mi.
— Wierzę — odparł szczerze Harry ani przez moment w to nie wątpiąc.
— I wciąż...?
— Wydaje się pan tego paradoksalnie łaknąć, panie profesorze — przerwał mu Harry, uśmiechając się nie bez chłodu. Zeskoczył z parapetu i stanął przed Snape'em, unosząc wysoko brodę. — Chciałby pan, abym zareagował wedle pańskich oczekiwań? Mam krzyczeć? Kopać? Rozkwasić panu nos? — Przechylił głowę w wyrazie jawnego cynizmu. — Nie zamierzam.
Mogli mu mówić, że jest impulsywny. Mogli mu mówić, że działa pochopnie, że najpierw robi, potem myśli, że nie widzi możliwości występowania drugiego dna w na pozór oczywistych kwestiach. Nie musieli go znać. Nie musieli wiedzieć, że potrafi myśleć.
-VVV-
Wiedza daje przewagę - w tym rzecz. Wiedza daje przewagę, której Harry nie kwapił się, aby rozdawać, jakby była loteryjnymi losami. Im więcej ktoś o tobie wie, tym mniejsze masz szanse się przed nim obronić, jeżeli zdecyduje się obrócić tą wiedzę przeciwko tobie.
Ukrycie zasobów własnej wiedzy jest stabilnym źródłem władzy, której Harry nie zamierzał powierzać nikomu.
Jestem samowystarczalny — myślał, próbując ignorować każde zaklęcie: „Legilimens", wypowiadane przez usta Snape'a, każdy nieokreślony sen wynikający z napastliwości Voldemorta, starając się uniknąć dłuższego, niż było to konieczne kontaktu wzrokowego. — Potrafię radzić sobie sam.
Tyle że nieustannie poruszał się przy kolekcjonerze informacji, wyłuskującym zdania z dłuższej dyskusji, zwracającym uwagę na słowa, na akcenty, na detale - przy niezawodnym, działającym dwutorowo szpiegu, który potrafił słuchać - a była to umiejętność powoli zanikająca w tych niespokojnych czasach.
Szpieg idealny, szpieg doskonały - zachowujący zimną krew i trzeźwy pogląd na sytuację. Taki właśnie był Snape - skoncentrowany na powierzanych mu zadaniach, zachowujący niebywały wręcz dystans poznawczy - niemy obserwator przytakujący rozmówcy.
I Harry zagryzał wargę, stojąc w jego gabinecie, przestępując z nogi na nogę pod czujnym, czarnookim wzrokiem, który zdawał się widzieć więcej i rozumieć lepiej.
— Cel uświęca środki — powiedziałby miękkim tonem Snape, gdyby zapytał o jego rolę szpiega w tej wojnie, błyskając na niego przebiegłym, przewiercającym spojrzeniem. — Poza tym, nie wtryniaj nosa w nie swoje sprawy.
— Jak pan to robi? — miał ochotę zapytać czasem Snape'a, obserwując, jak przemieszcza się powolnym krokiem po klasie eliksirów, rzucając pobieżne spojrzenia na zawartość kociołków swoich uczniów. — Jak pan to robi, że uzyskuje pan reakcję, jaką chce pan uzyskać, jak pan to robi, że manipuluje pan poglądami potężniejszych od siebie, jak pan to robi, że potrafi pan wywrzeć na rozmówcy dokładnie takie wrażenie, jakie jest po panu oczekiwane?
Kiedyś podobna myśl zdawałaby się absurdalna - że ten wredny, posługujący się ciętym językiem, rozdający szlabany na prawo i lewo mężczyzna potrafi budzić w innych pożądane emocje.
— Prosi go pan — przygryzał sobie język Harry — o ustępstwo, kiedy nie uśmiechają się panu jego racje? — Pod powiekami widział Snape'a klęczącego w niezachwianym spokoju przed unoszącym różdżkę Voldemortem i próbował sobie ułożyć w głowie jakie słowa, jakie gesty, jakie spojrzenia byłyby w stanie wpłynąć na największego czarnoksiężnika obecnej epoki. — Jest pan w Wewnętrznym Kręgu — zastanawiał się, spuszczając zamyślony wzrok na swoje buty. — To świadectwo tego, że jest pan zaufany czy podejrzewany?
Chciałbym uosabiać podobną tajemnicę, co pan — myślał nie bez okrucha zazdrości, mając ochotę samemu kopnąć się za to w kostkę, wmawiając sobie, że wcale tego nie potrzebuje, że ma wiele innych talentów - ważnych, istotnych w tej wojnie talentów - których Snape nie przejawia. Umiejętność wnikania do świadomości samego Czarnego Pana - chociażby - przed którą kazali mu się nauczyć bronić, z wytłumaczeniem: „to niebezpieczne". Walczenie ze smokiem także jest niebezpieczne — miał czasami ochotę fuknąć Harry — a jakoś nikt nie protestował, kiedy podczas Turnieju Trójmagicznego wyszedłem na arenę.
— Szpieg powinien być pełen charyzmy — zazgrzytał kiedyś zębami Harry, gdy Snape nazwał go: „impulsywnym, nieodpowiedzialnym imbecylem, który nie dba o własne bezpieczeństwo", opuściwszy różdżkę po kolejnym mentalnym, dość brutalnym ataku, którego nie udało się Harry'emu odeprzeć. — Z pewnością nie powinien warczeć na wszystko, co się rusza.
— Wiesz, Potter — odpowiedział mu miękko Snape, ani na moment nie odwracając spojrzenia od poprawianego mankietu koszuli, którą nosił pod obszerną szatą, a Harry zmarszczył mocno brwi, wykrzywiając kwaśno usta — niebawem zrozumiesz, jak to jest stać na wadze przeciążanej przez dwa odważniki o tych samych wartościach i skakać w tę i we w tę po szali.
Harry najeżył się jak wściekły kot, zaciskając pięści.
— Mam rozumieć, że to jest jakiś dziwny sposób odreagowania, panie profesorze? — prychnął, kiedy rozdrażnienie zaczęło mierzwić go pod skórą. — Odzyskuje pan w ten sposób równowagę psychiczną, kiedy po biciu pokłonów Voldemortowi, może pan bezkarnie nakrzyczeć na mnie, wyrzucić mi wszystkie ułomności, a na deser wlepić szlaban z woźnym?
Czarne oczy łypnęły na niego poprzez kosmyki wpadających na jego ziemistą twarz, czarnych jak węgiel włosów.
— Uważaj — powiedział cicho, a ton jego głosu stał się aksamitny jak niezmącona tafla jeziora — stąpasz po cienkim lodzie.
Harry prychnął nie bez drwiny.
— Całe życie po nim stąpałem.
Wąskie brwi podjechały wysoko na blade czoło.
— Oj, lepiej mnie nie testuj, Złoty Chłopcze — odezwał się dźwięcznym głosem Snape, przechylając głowę, taksując jego twarz wnikliwym spojrzeniem. — Nie wiesz, gdzie leży granica mojej cierpliwości i co byłbym skłonny zrobić, kiedy ją przekroczę.
Harry zaczerpnął powoli powietrza przez nos i ustąpił, robiąc krok w tył pod taksującym, zamyślonym spojrzeniem czarnych oczu.
-VVV-
— A gdybym powiedział panu, profesorze — wyszeptał raz Harry, spędzając kolejny, nudny szlaban na porządkowaniu składników w niezwykle wysokim, choć stosunkowo niewielkim magazynie na ingrediencje — że zamierzam wyciągnąć na wierzch wszelkie tajemnice, z jakimi pan żyje?
Cichy, gardłowy śmiech zabrzmiał jak przestroga, kiedy odbił się od wysokich ścian składzika przeciągłym echem.
— Odpowiedziałbym ci — zamruczał niskim głosem Snape, wywołując salwę dreszczy pędzącą w dół jego kręgosłupa — że życzę powodzenia, Potter.
