Rozdział powstał już jakiś czas temu przy okazji porządków na Forum Mirriel, ale niestety dopiero teraz znalazłam chwilę, żeby umieścić go także tutaj. Sporo czasu minęło od ostatniej aktualizacji. Mogę tylko przeprosić, ostatnio jestem zajęta pisaniem czegoś zupełnie innego i WBD musiało zostać odłożone na bok.

Pięknie dziękuję za wszystkie komentarze. Cieszę się, że powrót Snape'a zza grobu został przyjęty tak dobrze — prawdę mówiąc, strasznie się bałam tego momentu. Gratuluję tym, którzy już wcześniej domyślili się, że Sev żyje. ;) Corriente — fragment z popielniczką jak najbardziej nawiązuje do ŚD, fajnie, że to wyłapałaś :)

Serdecznie dziękuję Panterze za beta-reading.


3.

Jak się czujesz?

Liza czuła się, jakby w czaszce stepowało jej stado hipogryfów — a to był tylko jeden z łagodniejszych objawów kaca — więc zamiast odpowiedzieć, przewróciła się na drugi bok i nakryła kołdrą po sam czubek głowy.

— Wszystko w porządku? — Głos Aurigi wbił się w jej sponiewierany mózg tysiącem igiełek.

— Mam kaca! — jęknęła.

— Wcale się nie dziwię.

Vector wyjrzała ze swego kokonu tylko po to, by popatrzeć na przyjaciółkę ze złością. Przez ból, który odczuwała, wyszło jej to raczej marnie. Ponownie naciągnęła na siebie kołdrę. Ciemność i chłód pościeli łagodziły nieco symptomy dnia następnego. Nie działały niestety na wyrzuty sumienia, odzywające się cichutko gdzieś z tyłu umysłu.

— Nie wiem, co mi odbiło — odezwała się Liza niepewnie, odkrywając się już na dobre i siadając na łóżku. — Mam nadzieję, że nie nagadałam ci niczego głupiego...

— Nie pamiętasz?

Vector wzruszyła ramionami i wstała ostrożnie.

— Od drugiej butelki wszystko robi się nieco zamazane — przyznała, niepewnie kierując się w stronę łazienki. Weszła do środka i oparła się o umywalkę, starając nie patrzeć w lustro.

— No więc mnie niczego nie nagadałaś — usłyszała z sypialni. — Ale Gustawowi owszem...

Tę część wieczoru Liza pamiętała jak przez mgłę i, prawdę mówiąc, dotąd żywiła nadzieję, że była jedynie wytworem jej szalonego, pijanego umysłu, złym snem albo czymś w tym rodzaju — w zasadzie nie miałaby nic przeciwko, by cały wczorajszy wieczór okazał się li i jedynie sennym koszmarem... Ale na mierzenie się z myślami o Julesie nie czuła się na razie gotowa, więc skupiła się na przypomnieniu sobie, o czym właściwie rozmawiała z Gustawem. Niewyraźnym przebłyskom towarzyszyło irytujące przeświadczenie, że plotła zupełnie od rzeczy, robiąc z siebie kompletną idiotkę. Co gorsza, była przekonana, że w przeciwieństwie do niej, on wszystko zapamiętał doskonale. Liza skrzywiła się lekko. Mogła przewidzieć, że tak to się skończy... Albo i nie, w końcu po co, do diabła, on w ogóle przyszedł akurat wtedy do kuchni? Chciała tylko napić się wina i trochę nad sobą poużalać, do czego miała święte prawo po tym, co ją spotkało. Nikt go tam nie zapraszał, nikt nie prosił, żeby jej się narzucał i prowokował do głupiego gadania.

Vector ze złością — ale powoli, by nie narażać się na kolejny przemarsz hipogryfów — zebrała rozczochrane włosy i związała je byle jak na czubku głowy. Umyła twarz i napiła się zimnej wody prosto z kranu.

— Żyjesz? — zapytała Auriga z pokoju.

Naprawdę nie musiała aż tak wrzeszczeć!

— Ledwo — westchnęła Liza żałośnie, wychodząc do niej.

— Widać. Wyglądasz koszmarnie.

— Wielkie dzięki! — zdenerwowała się Vector. — Nie powinnaś mnie raczej pocieszać? Myślałam, że ten dupek chce do mnie wrócić, a on tylko zabawił się moim kosztem, bo ciągle spotyka się z tą cholerną idiotką! Merlinie, jaka ja byłam głupia!

Auriga natychmiast spoważniała, a na jej twarzy odmalowało się współczucie.

— Och, tak mi przykro, Lizzie...

— Ale jakoś wcale nie jesteś zdziwiona — zakpiła Vector. — Od początku się tego spodziewałaś, prawda? Nawet się nie zainteresowałaś, dlaczego stwierdziłam, że upicie się skrzacim winem będzie dobrym pomysłem na zakończenie wieczoru.

— Daj spokój. Sądziłam, że po prostu wróciłaś wcześnie i dziewczyny wyciągnęły cię na kieliszek.

— Akurat! — Liza nie zamierzała jej odpuścić. — Ani razu o niego nie zapytałaś, a teraz jeszcze się wyzłośliwiasz. Ale pewnie sobie zasłużyłam...

Auriga uśmiechnęła się pobłażliwie.

— Dobrze wiesz, że wcale tak nie myślę, Lizzie. Po prostu Gustaw wydawał się wczoraj szalenie zakłopotany, kiedy po ciebie wróciłam... Ale nieważne, masz rację, nie powinnam sobie żartować — zgodziła się. — Przykro mi, że ci nie wyszło z Julesem. To po co on właściwie chciał się z tobą spotkać?

Liza odwróciła wzrok, zastanawiając się nad odpowiedzią. W końcu bezradnie wzruszyła ramionami na znak, że nie ma pojęcia, i spojrzała na przyjaciółkę smutno.

— Och, nie patrz tak na mnie! — mruknęła. — Nie wiem! — wybuchnęła z irytacją. — Nie rozumiem dlaczego... Ja... Myślałam... Ale miałaś rację, zadowolona? Nie chcę teraz o tym rozmawiać. A w ogóle to mogłabyś już sobie iść, głowa mi pęka i nie mam siły na dyskusje...

Sinistra nadal przypatrywała jej się ze spokojem, ani trochę nie urażona jej niemiłym tonem, wciąż emanując zrozumieniem i troską.

— W porządku — powiedziała tylko, uśmiechając się ciepło. — Zaraz zaczynam dyżur w Hogsmeade, porozmawiamy o tym później.

— Albo nigdy — stwierdziła kwaśno Vector, wracając do łóżka.

x

A ty gdzie zniknąłeś na cały ranek? — dopytywała się Hailey, kiedy wczesnym popołudniem szli z Gustawem ścieżką w stronę Hogsmeade, żeby zmienić Filiusa i Hagrida na dyżurze.

Hailey nie ucieszyła się z tego dodatkowego obowiązku, tym bardziej, że na wieczór miała inne plany. Udało jej się co prawda wynegocjować z Minerwą, że urwie się trochę wcześniej, ale i tak narzekała, uparcie twierdząc, że dostała dyżur tylko dlatego, że była najmłodsza z kadry, zarówno wiekiem, jak i stażem.

Zieleziński chyba jako jedyny nauczyciel dobrowolnie zgłosił się do nadzorowania sobotniego wyjścia do Hogsmeade, uznając, że to dobra okazja, żeby samemu zobaczyć wioskę. W sobotni poranek nie był już taki pewny, czy to świetny pomysł. Większość nocy spędził na przewracaniu się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. Udało mu się to dopiero przed świtem, więc kiedy o ósmej zadzwonił budzik, wyłączył go, nawet nie otwierając oczu. Drugi raz obudził się tuż przed południem, niewyspany i w kiepskim humorze. Dopiero teraz rześkie jesienne powietrze i szybki marsz powoli przywracały mu zwyczajną energię i entuzjazm. Dzień był wietrzny, ale słoneczny, wprost idealny na małą wycieczkę. Gustaw z pewnością żałowałby, gdyby zmarnował go na siedzenie w zamku.

— Aż się zdziwiłam, bo na śniadaniu byłam tylko ja, profesor Slughorn i Poppy — gadała w najlepsze Hailey. — Filius i Hagrid wpadli zaledwie na chwilę. Panna Powell pewnie stwierdziła, że skoro nie ma pani Minerwy, to nie musi się fatygować. Nawet Liza się nie zjawiła, a przecież z niej taki ranny ptaszek, zawsze przychodzi najwcześniej. Ciekawe, czy w ogóle wróciła wczoraj do zamku...

— A ty? Jak spędziłaś wieczór? — Zieleziński szybko zmienił temat.

Był szalenie ciekaw, co Liza robiła w Hogsmeade i co — czy też kto — tak jej popsuło humor, ale jakoś nie czuł się na siłach, by rozmawiać o tym z Hailey.

— Urządziłyśmy sobie z dziewczynami Noc Duchów... — odparła dziewczyna. — Z Pomoną, Rolandą i Irmą. Grałyśmy w karty, plotkowałyśmy, no wiesz...

— Wiem.

— Ja się zmyłam dość szybko, bo musiałam dzisiaj wcześnie wstać, ale one jeszcze siedziały, ciekawe jak długo...

— Prawie do północy — wyrwało się Gustawowi.

Hailey spojrzała na niego ze zdziwieniem.

— Ach, więc naprawdę wiesz — mruknęła, krzywiąc się lekko.

— Też nie mogłem spać — wyjaśnił,wzruszając ramionami.

— I spotkałeś je? Ponoć bardzo się spiły...

Zieleziński dyplomatycznie nie odpowiedział. Hailey z nagłym zakłopotaniem uciekła wzrokiem w bok.

— Chyba nie powinnam zostawiać ich samych... Ale byłam zmęczona, a one jak się wstawiły, to zaczęły smęcić i gadać takie rzeczy, że aż przykro się tego słuchało. Mówiłam, żeby skończyły, a one dalej na smutno... Wiesz, jak to jest.

Gustaw skinął głową. Najpierw alkohol przyjemnie uderzał do głowy i poprawiał nastrój, ale potem często przychodził taki moment, że wyciągał z człowieka wszystko, co w nim siedziało — te rzeczy, które na trzeźwo upychał po kątach umysłu, żeby przed samym sobą udawać, że ich nie ma. Potem trzeba było wypić jeszcze więcej, żeby zagłuszyć napływające myśli i wspomnienia.

— Wiem, co tu się działo, ale nie sądziłam, że to wciąż tak bardzo w nich tkwi, Gustawie — powiedziała cicho Hailey. — Co mogłam im powiedzieć? Jak miałam je pocieszać? Zresztą mi też już szumiało w głowie...

xxx

Noc była wyjątkowo nieprzyjemna: ciemna, bezgwiezdna i zimna jak rzadko kiedy o tej porze roku. Wiatr ponuro zawodził w konarach drzew i szarpał pelerynę Severusa, który z trudem brodził w bajorze, w jakie po ostatnich deszczach zamieniła się ścieżka. Głowa mu pękała i zmuszał się do każdego kroku, zaciskając zęby i marząc tylko o gorącej kąpieli i długim śnie.

Niewyraźny zarys bramy Hogwartu przywitał z absurdalną wręcz ulgą. Aportował się zaledwie pół mili od niej, zbyt rozkojarzony, by celować dokładniej, a czuł się, jakby przebył ich co najmniej dwadzieścia. Teraz musiał tylko przejść przez błonia i dziedziniec, byle do zamku, w zamku już będzie lepiej...

Jego uwagę przykuł ledwie dostrzegalny w mroku ruch. Nim zdążył pomyśleć, trzymał w dłoni różdżkę i celował nią w gardło człowieka, który czaił się w ciemnościach.

Jeszcze jeden ruch... — syknął.

Severus! — usłyszał. — Lumos!

W bladym świetle zamajaczyła wystraszona kobieca twarz.

To tylko ja. Zabierz to, z łaski swojej.

Czarownica uniosła rękę i ostrożnie odsunęła różdżkę sprzed swojej szyi. Severus opuścił ją, zirytowany swoją reakcją.

Co tutaj robisz, Sinistra? — warknął.

Czekam na ciebie, oczywiście.

Był zbyt zmęczony, by się zdziwić. Auriga uśmiechnęła się do niego łagodnie; na jej twarzy malowała się troska.

Jak się czujesz? Nie wyglądasz najlepiej...

No co ty nie powiesz — prychnął.

Jesteś ranny? Mogę ci jakoś pomóc? — dopytywała się. — Wzięłam kilka eliksirów, na wszelki wypadek... — zamilkła zakłopotana. — Och, pewnie sądzisz, że nie powinnam...

Snape pokręcił głową. Owszem, nie powinna, ale to mogło poczekać.

Masz coś przeciwbólowego? — zapytał, odpuszczając sobie zjadliwy komentarz.

Auriga potaknęła i wyciągnęła z kieszeni niewielką fiolkę. Severus odkorkował ją i wypił zawartość duszkiem, nawet nie patrząc na etykietkę.

Potrzebujesz czegoś jeszcze? — odezwała się Sinistra.

Wystarczy — odparł, czując jak jego mięśnie rozluźniają się, a ból w skroniach odpływa.

Sinistra obserwowała go w milczeniu, zmartwiona i przejęta.

Mam nadzieję, że nie siedziałaś tu całą noc — westchnął.

Pokręciła szybko głową.

Ostatnim razem wezwanie przyszło, kiedy piła u niego herbatę. Gdy wrócił po trzech godzinach, zastał ją chodzącą w tę i we w tę po jego salonie, kompletnie roztrzęsioną. Widząc go całego i zdrowego, przez chwilę wyglądała, jakby miała ochotę rzucić mu się na szyję. Oczywiście natychmiast się opanowała i starała nie dać niczego po sobie poznać, ale nawet nieszczególnie bystry obserwator, zauważyłby, że przez cały ten czas zamartwiała się, wyobrażając sobie nie wiadomo jak przerażające i krwawe scenariusze. Upewniwszy się, że nic mu nie jest, pożegnała się szybko, wyraźnie zakłopotana. Severus stanowczo odsunął od siebie nieśmiało formułującą się myśl, że to w pewien sposób miłe, i solennie obiecał sobie, że następnym razem, kiedy zacznie go przy niej palić Mroczny Znak, nie będzie bawił się w uprzejmości i tłumaczenia, tylko zwyczajnie ją spławi. Nikt, a już w szczególności ona, nie powinien wiedzieć, kiedy opuszczał zamek.

Tymczasem i tak jakoś się dowiedziała, chociaż wezwany został tuż po kolacji, kiedy zaczynała zajęcia.

Nie, no co ty — odpowiedziała na jego pytanie. — Akurat przypadkiem wyszłam, kiedy ty...

Snape spojrzał na nią przenikliwie, nieomal rozbawiony. Zawsze fatalnie kłamała, ale teraz przeszła samą siebie. Najwyraźniej zdawała sobie sprawę, jak głupio brzmiało jej wyjaśnienie, bo urwała i zmieszana spuściła wzrok.

Skąd w ogóle wiedziałaś?

Zajrzałam do lochów po lekcjach i nie zastałam cię, więc domyśliłam się, że zostałeś wezwany. — Zerknęła na niego, żeby sprawdzić, czy kupi taką odpowiedź.

A tak naprawdę, Sinistra? — zapytał z politowaniem.

Wzruszyła ramionami.

To jest prawda.

Nie miał ochoty teraz tego dociekać. Eliksir nieco pomógł, ale nie zniwelował znużenia, jakie odczuwał.

Nie było cię sześć godzin — powiedziała Auriga cicho.

Martwiła się — na Merlina, odkąd pamiętał, radził sobie sam i nikt się o niego nie martwił! — ale chyba nie oczekiwała, że będzie jej się tłumaczył? Co było nie tak z tą kobietą?

Wiem — uciął sucho, ruszając w stronę zamku. — To oznacza, że mam jakieś dwie godziny, żeby się przespać przed lekcjami... trzy, jeśli odpuszczę sobie śniadanie... — Obejrzał się przez ramię. — Idziesz?

xxx

Luna Lovegood dała się zauważyć z daleka. Stała przy grobie Lupinów, przyglądając się chryzantemom — pewnie szukała w nich nargli albo jakichś innych absurdalnych stworzeń — i wyglądała dziwnie niestosownie w swoim różowym płaszczu i niebieskim berecie, jak zwykle radosna i nieobecna. W ręku trzymała wiecheć paskudnych, żółtych kwiatów, a pod pachą duży, kolorowy znicz. Na chwilę przykucnęła, niemal zlewając się z różnobarwnymi liśćmi, zaścielającymi ziemię, a potem nagle wstała i lekkim krokiem ruszyła przed siebie. Lawirowała między nagrobkami z nosem wycelowanym w niebo i zmrużonymi oczami, czasem okręcając się wokół własnej osi, czasem przystając, by przyjrzeć się nie wiadomo czemu, a długi wełniany szalik wlókł się za nią po ziemi z szelestem. Nieliczni odwiedzający odrywali wzrok od grobów i zerkali na nią jak na wariatkę.

Auriga uśmiechnęła się do siebie, patrząc jak dziewczyna znika w odległej alejce cmentarza. Podeszła do opuszczonej przez nią mogiły. Oprócz wiązanki z żółtych badyli i doniczki z chryzantemami, było tam jeszcze kilka wieńców i zapalonych zniczy, a także zapomniana dziecięca zabawka. Sinistra patrzyła na nią przez chwilę, walcząc z ogarniającą ją melancholią. Wreszcie z ciężkim westchnieniem dołożyła przyniesione przez siebie kwiaty i ruszyła dalej.

Po kilku minutach marszu znalazła się na obrzeżach cmentarza, gdzie znajdował się właściwy cel jej wizyty. Ten konkretny grób zawsze odwiedzała na końcu — może dlatego, że stał tak na uboczu, z dala od pozostałych, a może z innych powodów, nad którymi sama nie chciała się zastanawiać. Zatrzymywała się przy nim najkrócej, jakby samo dłuższe patrzenie na czarny, surowy kamień było ponad jej siły. Zwykle udawało jej się nie płakać. Łzy pojawiały się później — czasem kiedy samotnie wracała do zamku, wsłuchana w szum wiatru i pokrzykiwania ptaków, czasem dopiero w jej komnatach, pustych i nieprzyjemnych, przy złudnie radosnym ogniu na kominku, albo nocą, gdy kładła się do zimnego łóżka i długo przewracała z boku na bok, nie potrafiąc zasnąć.

Zazwyczaj nikogo tu nie spotykała. Czasem jakaś przywiędła wiązanka czy znicz świadczyły o tym, że ktoś pamięta. Jednak tego dnia drobna figurka w jaskraworóżowym palcie kucała obok grobu, huśtając się na piętach. Auriga zawahała się na moment, ale wtedy Luna nagle spojrzała na nią przez ramię i uśmiechnęła. Chcąc nie chcąc, Sinistra podeszła bliżej, ledwie patrząc na epitafium, do połowy przesłonięte wiązanką z białych lilii:

R.I.P.

Severus Snape

1960 — 1998

Kwiaty zdążyły już zmarznąć i przywiędnąć, ale nie mogły leżeć tam długo. Z pewnością nie było ich, kiedy Auriga odwiedzała cmentarz ostatnim razem. Czarownica skrzywiła się z niesmakiem, zastanawiając, kto mógł je przynieść i po co. Czyżby znał historię Snape'a i uważał je za poruszający symbol jego miłości i poświęcenia? Żałosne...

Sinistra doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że myślenie w taki sposób jest głupie i dziecinne, ale nie potrafiła i nawet nie do końca chciała zapanować nad swoją, zupełnie niewłaściwą, niechęcią do Lily Potter i wszystkiego, co się z nią wiązało. Dopóki nie wyrywała się z tym głośno, nie było w tym przecież nic złego.

Przykucnęła obok Luny, by zapalić świeczkę. Dziewczyna nie patrzyła na nią, znów pochyliła głowę. „Może się modli" — pomyślała Auriga, nieco zakłopotana jej towarzystwem. Ciekawe, że w ogóle przyszła... Niewiele osób tu bywało. Minerwa nie miała czasu na takie wycieczki, pozostali członkowie kadry również, a wśród innych ludzi Severus nigdy nie cieszył się zbytnią popularnością. Tym bardziej uczniowie, którzy nie darzyli go sympatią za życia, raczej nie odwiedzali jego grobu, gdy już umarł. W każdym razie Sinistra jeszcze żadnego tu nie widziała. Cóż, Lovegood zawsze była nieco specyficzna.

„A Severus nigdy jej nie lubił" — przypomniała sobie. Nie wiedziała, czy bardziej irytowało go jej kompletne oderwanie od rzeczywistości, czy to, że przyjaźniła się z Potterem, zresztą to nie miało znaczenia. Tak czy inaczej Auriga wątpiła, by mężczyzna ucieszył się, że Luna o nim pamiętała. Właściwie była pewna, że nie spodobałyby mu się ani wściekle żółte kwiaty, które przyniosła, ani lilie, ani znicze i wszystkie inne sentymentalne śmiecie, ani też to, że ktokolwiek w ogóle tu przychodził.

Jej samej odwiedzanie tego miejsca pozwalało się uspokoić, kiedy myśli stawały się zbyt uporczywe. W czarnym nagrobku i złotych literach było coś kojąco ostatecznego. Wszelkie wątpliwości, żale i pretensje stawały się nagle nieważne. Nawet to, czy Severus kochał ją czy Lily Potter, przestawało mieć znaczenie, bo ponad wszystko przebijał się dojmujący ból i poczucie niesprawiedliwości. Nie powinien umierać, nie po tym wszystkim, co zrobił i co poświęcił. Rozpacz była w pewien sposób właściwa, a z pewnością bezpieczniejsza niż zadręczanie się pytaniami, na które nigdy nie miała uzyskać odpowiedzi. Severus zabrał je ze sobą do grobu.

Tym razem było jednak inaczej. Patrząc na te lilie, Auriga poczuła wzbierający w niej bunt.

„Nie zasłużyłeś sobie na spoczywanie w pokoju, Severusie" — pomyślała z nagłą złością. — „To ty powinieneś się teraz męczyć ze wścibskimi dziennikarkami, z aurorami i całą resztą... Do cholery, powinieneś przeżyć choćby tylko po to, żeby mi się z tego wszystkiego wytłumaczyć! Żebym mogła na ciebie nawrzeszczeć i powiedzieć, co myślę o tobie i o tym, jak mnie potraktowałeś, a potem nigdy więcej się do ciebie nie odezwać za te wszystkie kłamstwa i za to, że mi nie zaufałeś! I żebym mogła cię przekląć za tę historię z Lily Potter, ty draniu!".

Pociągnęła nosem, bo pomimo wzburzenia znowu ogarnęło ją rozżalenie i do oczu cisnęły się łzy.

— Wszystko w porządku, pani profesor? — Luna wpatrywała się w nią spokojnie.

Sinistra prędko skinęła głową.

— Tak, oczywiście — odparła, siląc się na lekki ton.

Dziewczyna odpowiedziała uśmiechem, a potem pożegnała się i odeszła swobodnym krokiem. Auriga patrzyła za nią przez chwilę, a potem odwróciła się do grobu. Czuła się przeraźliwie samotna.

— Nic nie jest w porządku, Sev — wyszeptała. — Tak bardzo mi ciebie brakuje...

xxx

To było okrutne, Severusie — zauważył Dumbledore cicho.

Doprawdy? — Mężczyzna, który wciąż jeszcze wpatrywał się w zatrzaśnięte za Aurigą drzwi, odwrócił się gwałtownie do portretu swojego poprzednika. — Miałem powiedzieć jej prawdę? — syknął z wściekłością. — A może wyrzucić stąd i w nieskończoność unikać tej rozmowy?

Severusie. — Ton Albusa i łagodne spojrzenie jego błękitnych oczu przywołały Snape'a do porządku. Aż dziwne, że nawet jako obraz Dumbledore nie utracił tej umiejętności.

Kazałeś mi obiecać, że niczego się nie domyśli — powiedział Severus gorzko. — Czego się spodziewałeś?

Nie otrzymał odpowiedzi.

Czy to naprawdę konieczne? — wtrąciła cicho Dilys Derwent. — Albusie, przecież ta dziewczyna go ko... — Czarownica zająknęła się i urwała pod naporem pełnego nienawiści spojrzenia Severusa.

Wśród portretów poniósł się szmer oburzenia.

Nie ma potrzeby reagować złością, dyrektorze Snape — upomniał go łagodnie Everard. — Tym bardziej, że Albus i Dilys mają rację. Sposób, w jaki potraktował pan tę kobietę...

Był jak najbardziej zrozumiały, biorąc pod uwagę okoliczności — przerwał mu z irytacją Fineas Black. — Nie rozumiem, o co ten hałas, przecież to tylko nauczycielka astronomii...

Zamknijcie się wszyscy! — warknął Severus.

W ciszy, jaka zapadła, wreszcie mógł usłyszeć własne myśli. Odwrócił się i usiadł w dyrektorskim fotelu, zaciskając dłonie na rzeźbionych podłokietnikach. Wystarczyło, że wścibskie portrety obserwowały każdy jego ruch, nie miał zamiaru wysłuchiwać ich krytycznych uwag ani tym bardziej prób usprawiedliwienia go. Nie potrzebował, żeby się nad nim litowali.

Co się dzieje? — rozległ się nagle nieco rozespany głos Dextera Fortescue. — Zdrzemnąłem się, coś mnie ominęło?

Ktoś uciszył go syknięciem, ktoś inny zaczął cicho wyjaśniać sytuację. Zaskoczenie ustąpiło i portrety znów zaczęły szeptać między sobą, oburzone i urażone zachowaniem swojego żywego następcy. Severus westchnął z rozdrażnieniem. Mógł się założyć, że jeszcze żaden z urzędujących dyrektorów nie śmiał odzywać się do nich w ten sposób.

Już dobrze, moi mili — ponad ogólny szum rozmów przebił się jak zawsze spokojny głos Dumbledore'a. — Tak trzeba. Przykro mi, Severusie.

Musiałem to zrobić — powiedział Snape, nieco wbrew sobie. — Auriga nie jest głupia. Gdybym wciąż zachowywał się pasywnie, z pewnością zaczęłaby coś podejrzewać. Jeśli pozostawiłbym jej choć cień wiary, że moje uczucia do niej były szczere, nie przestałaby analizować całej sytuacji i w końcu wyciągnęłaby odpowiednie wnioski. Teraz skupi się na tym, że wykorzystałem ją i upokorzyłem, i będzie zbyt wściekła i urażona, żeby myśleć logicznie. Gwarantuję, że w tej chwili nie żywi już żadnych wątpliwości co do tego, po czyjej jestem stronie.

Spokojnie odwrócił się do portretów. Derwent patrzyła na niego niepewnie, jakby ten jego chłodny, wyprany z emocji wywód zmroził ją bardziej niż wcześniejszy wybuch. Dumbledore ze smutkiem zmarszczył brwi.

Nie musisz się tłumaczyć, mój drogi.

Nie tłumaczę się — warknął Severus.

Albus ze współczuciem pokiwał głową.

xxx

Obudził go stukot kroków na nagiej drewnianej posadzce i szmer rozmów. Pokój był prawie pusty i każdy dźwięk niósł się po nim głuchym pogłosem. Severus miał ochotę warknąć na intruzów, żeby sobie poszli, ale wydobycie z siebie głosu wymagało zbyt wiele wysiłku. Wczoraj czuł się już lepiej, ale w nocy wróciła gorączka, odbierając mu wszelkie siły. Chciał spać.

Ostatnie dni mijały jeden za drugim, podobne do siebie, wypełnione na przemian bólem i mgłą. Niekiedy Severus budził się niemal zupełnie przytomny, dość świadomy, by rozumieć, co się wokół niego dzieje, czasem nawet na tyle, by zamienić kilka słów z pilnującym go skrzatem albo z Lucjuszem i towarzyszącym mu niemal zawsze mężczyzną, który przedstawił się jako doktor Bernard Cordice. Czasem udawało mu się nawet usiąść na łóżku i przełknąć kilka łyków wody. Kiedy jednak raz z jakichś niezrozumiałych powodów, których teraz nie potrafił sobie przypomnieć, spróbował samodzielnie wstać, nogi odmówiły mu posłuszeństwa i zwalił się ciężko na ziemię. Przeleżał na podłodze dobry kwadrans, nim do pokoju wrócił Spodek i pomógł mu się pozbierać. Jeszcze nigdy w życiu, nawet po najgorszej sesji Cruciatusów w wykonaniu Czarnego Pana, Severus nie był tak bardzo słaby i bezbronny... O dziwo, nie odczuwał z tego powodu żadnej irytacji czy dyskomfortu. Właściwie miał to kompletnie gdzieś.

Zrobił swoje.

Czarny Pan zginął — to była jedna z pierwszych rzeczy, jakiej Snape dowiedział się od Lucjusza, kiedy zaczął odzyskiwać świadomość. I jedyna, która miała jakiekolwiek znaczenie.

Severus jak przez mgłę pamiętał tamte dni, kiedy pogrążony w malignie i otumaniony cierpieniem, rzucał się na łóżku, nie potrafiąc odróżnić rzeczywistości od wspomnień. Jego myśli były rozproszone i zupełnie pozbawione logiki. Na widok Lucjusza pierwsze, co mu się nasunęło, to niejasne wrażenie, że Malfoy przyszedł po niego, żeby zaprowadzić go do Czarnego Pana. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że to już się zdarzyło. Wrzeszcząca Chata. Nagini. I przeszywający całe ciało, niekończący się ból.

Starał się go zwalczyć i mimo wszystko rozumować na chłodno. Co mógł zdradzić, będąc w takim stanie? Jakie były szanse, że i tym razem zadziałał jego wyuczony przez lata nawyk chronienia umysłu, nawet w najbardziej ekstremalnych sytuacjach? Czy majacząc w gorączce, nadal potrafił ukryć swe myśli? Ogarnęło go przerażenie, kiedy uświadomił sobie, że nie ma pojęcia, co się z nim działo. Nie panował nad sobą, nie kontrolował ciała ani umysłu. Czarny Pan mógł czytać z niego jak z otwartej księgi, a Potter... Potter...

Potem szarpał się i walczył. Nie miał różdżki, ale udało mu się rozwalić Malfoyowi nos, nim Cordice unieruchomił go zaklęciem i wlał mu w gardło jakiś eliksir. Snape poczuł, że opuszczają go siły. Potter będzie musiał poradzić sobie sam, pomyślał. Da sobie radę, przecież przekazał mu te cholerne wspomnienia. Tak, pamiętał, był pewien, że to zrobił...

Ta myśl, zamiast przynieść mu ulgę, spowodowała kolejny atak paniki. Jeśli zrobił, co do niego należało, a mimo to Czarny Pan żył... Jeśli dowiedział się, że pomagał Potterowi... Snape miał świadomość, co czeka go w tej sytuacji i przez chwilę wszystko stało mu się obojętne, a potem znowu pojawiło się cierpienie i sam nie wiedział, czy był już torturowany, czy może w tej właśnie chwili jest, a jego pogrążający się w szaleństwie umysł podsuwa mu irracjonalne obrazy. Nie chciał krzyczeć, ale krzyczał, chyba nawet błagał... Wtedy Cordice musiał podać mu kolejny eliksir, bo świat dokoła powoli przestał wirować i Severus stopniowo zapadł się w ciemność.

Później do jego otumanionego lekami mózgu zaczęły docierać wyjaśnienia Malfoya i pamięć o tym, co się wydarzyło. Fakty wskakiwały na swoje miejsce niczym elementy układanki i choć wciąż było w niej mnóstwo dziur, to Severus wiedział już, co przedstawia całokształt. Czarny Pan zginął. Nic innego się nie liczyło, nawet to, w jaki sposób ona sam znalazł się w miejscu, w którym akurat przebywał, gdziekolwiek by się ono nie znajdowało, ani to, co wspólnego ma z tym wszystkim Lucjusz Malfoy. Snape wiedział tylko, że zrobił, co do niego należało, a teraz mógł iść do diabła.

Za każdym razem, kiedy ponownie ogarniała go gorączka, a świat wypełniał się majakami, miał nadzieję, że się więcej nie obudzi. Niestety — za każdym razem, gdy odzyskiwał przytomność, był coraz bardziej świadomy i coraz mniej osłabiony.

Tym razem także pragnął przestać istnieć albo przynajmniej zapaść ponownie w sen, ale mimowolnie zaczął przysłuchiwać się toczonej przy nim rozmowie.

— Wyjdzie z tego?

— Nie minął jeszcze tydzień! Potrzeba czasu...

— Jak długo?

— Nie będę w stanie mu pomóc, jeśli on sam nie będzie chciał wyzdrowieć.

— Niech pan coś zrobi!

— Proszę z nim rozmawiać. Opowiadać mu o różnych rzeczach, nawet jeśli będzie pana ignorował. Proszę spróbować go czymś zaciekawić.

Severus nie musiał widzieć twarzy Lucjusza, żeby wiedzieć, że ich odczucia są podobne i Malfoy patrzy na Cordice'a jak na wariata. Rzecz jasna doktor nie przejął się nim w ogóle.

— Zna go pan, prawda? Wie, kim był, czym się interesował, co lubił robić...

Malfoy najwyraźniej nadal nie wykazywał zrozumienia dla tego pomysłu. Zapadła cisza.

— Ostatecznie może pan kogoś do tego zatrudnić — powiedział Cordice. Stukając obcasami po gołej posadzce podszedł do drzwi i otworzył je. — A jak pańskie sprawy? — zapytał jeszcze konwersacyjnym tonem. — Chodzą słuchy, że Biuro Aurorów jednak chce postawić panu zarzuty.

— Nie mogę się doczekać — stwierdził Lucjusz niedbale, wychodząc za nim. — Raz na zawsze mnie uniewinnią i będę miał spokój.

— Ach, tak — odparł doktor, zamykając cicho drzwi. — Rzecz osądzoną uważa się za prawdę...

Głosy oddalały się stopniowo, aż wreszcie zupełnie umilkły, a Severus mógł na powrót pogrążyć się we śnie.

x

Listopadowy zmierzch zapadał szybko i kiedy Auriga wróciła z cmentarza do Hogsmeade, słońce już schowało się za szczytami gór. Główną ulicą, jasno oświetloną szeregiem smukłych latarni, spacerowali nieliczni, okutani w płaszcze i szaliki przechodnie. Większość ludzi kryła się przed porywistym wiatrem w sklepach, które kusiły i przyzywały jaskrawymi witrynami, albo grzała się przy herbacie w którymś z pubów czy kawiarni.

Zziębnięta Sinistra zerknęła tęsknie na Gospodę pod Świńskim Łbem. Knajpa co prawda nie wyglądała ani zachęcająco, ani przytulnie, ale kominki grzały tam nie gorzej niż w Trzech Miotłach, a o wiele łatwiej było znaleźć przy nich miejsce. Poza tym herbata z miodem Aberfortha, podawana w wielkich, fajansowych kubkach, nie miała sobie równych wśród innych...

Najpierw jednak obowiązki. Co prawda jeszcze się nie zdarzyło, żeby któryś z uczniów poważnie narozrabiał podczas wizyty w wiosce, ale czasem miały miejsce wypadki jak ten z Katie Bell dwa lata temu. Zwykle dyżury nauczycieli ograniczały się do pilnowania porządku w Trzech Miotłach, ale wypadało też zajrzeć do paru sklepów, by chociaż pokazać się uczniom.

Auriga zsunęła z głowy obszerny kaptur — wiatr natychmiast wykorzystał okazję, by potargać jej loki — i pomaszerowała szybko, żeby choć trochę się rozgrzać. Na chwilę zatrzymała się przy pełnej poubieranych w najmodniejsze w tym sezonie stroje manekinów wystawie sklepu z ubraniami Gladraga, po czym bez żalu stwierdziła, że w ogóle jej to nie interesuje i ruszyła dalej. Ominęła ogonek kolejki wystającej z gwarnego Miodowego Królestwa, pełną książek i plakatów wystawę Derwisza i Bangesa, i wciąż zamkniętą na cztery spusty siedzibę Zonka, która wyraźnie odstawała od ogólnego klimatu ulicy i nie dawała zapomnieć o niedawno zakończonej wojnie. Przyspieszyła kroku.

Przy sowiej poczcie natknęła się na Hailey i Gustawa, którzy natychmiast zaproponowali, by do nich dołączyła. Sinistra szybko doszła do wniosku, że nawet dobrze się składa, że ich spotkała. Zdecydowanie wolała towarzystwo beztroskich, pogodnych współpracowników od własnych niewesołych myśli i samotnego włóczenia się po Hogsmeade bez celu. Wesoła paplanina Hailey i pogodne komentarze Gustawa odrobinę poprawiły jej humor. W trójkę przechadzali się po wiosce, zaglądając do sklepów i rozmawiając z uczniami. Po jakimś czasie Hailey coraz częściej zaczęła zerkać na zegarek i w końcu oznajmiła, że musi już iść, bo jest umówiona. Odprowadzili ją do głównej ulicy, gdzie pożegnała się z nimi, a potem raźnym krokiem podeszła do czekającego na nią młodego mężczyzny.

— To gdzie teraz? — zapytał Gustaw, odwracając się z rozbawieniem do Aurigi.

— Trzy Miotły? — zaproponowała. — Chodźmy, tam wybierze się pan innym razem — dodała, widząc, że mężczyzna z fascynacją zerka w stronę Miodowego Królestwa. — Najlepiej w tygodniu, kiedy nie będzie tylu ludzi. Zresztą Rosmerta też ma dobre rzeczy; koniecznie musi pan spróbować jej piwa kremowego albo pitnego miodu.

— Niech będzie — skapitulował Zieleziński. — Proszę prowadzić.

— Hailey z kimś się spotyka? — zagadnęła Auriga, kiedy ruszyli w stronę pubu.

Gustaw pokiwał głową.

— Od niedawna. Chyba sama jeszcze nie wie, na czym stoi, więc specjalnie się tym nie chwali — przyznał i dodał: — Może liczyć na pani dyskrecję, prawda?

— Oczywiście. Po prostu nie wspominała, że kogoś ma... — Auriga uśmiechnęła się nagle. Spojrzał na nią pytająco. — A to się niektórzy trochę zdziwią... Mniejsza o to. — Pokręciła głową, starając się spoważnieć. — To tutaj, mam nadzieję, że znajdą się jakieś wolne miejsca...

Chyba większość ludzi odwiedzających tego dnia Hogsmeade postanowiła zakończyć dzień kuflem kremowego piwa, bo pub wypełniony był po brzegi. Sporą część klienteli stanowili oczywiście uczniowie, ale nie brakowało także późnych turystów oraz mieszkańców, którzy nie przepuszczali okazji, kiedy ich senne na co dzień miasteczko ożywało pod wpływem młodzieży. O znalezieniu wolnego stolika można było tylko pomarzyć, więc Auriga i Gustaw usiedli przy kontuarze między parą obcokrajowców i siwowłosym staruszkiem. Za barem krzątała się madame Rosmerta, która natychmiast porzuciła dotychczasowe zajęcie, by do nich podejść.

— Jak się masz, Aurigo? — przywitała się pogodnie. — Dawno cię tu nie widziałam, pewnie wpadł ci dyżur, co? Pan w takim razie musi być tym nowym nauczycielem? — Popatrzyła z zaciekawieniem na Zielezińskiego, odrzucając na plecy długie, jasnobrązowe włosy.

Sinistra przywitała się z nią i przedstawiła jej Gustawa.

— Bardzo mi miło — powiedział.

— Mnie również. Mam nadzieję, że będzie nas pan częściej odwiedzał. — Barmanka uśmiechnęła się zachęcająco, a Auriga z niejakim rozbawieniem zaczęła się zastanawiać, jakie opowieści na temat nowego nauczyciela musiały już krążyć po Hogsmeade. — Ale, ale, czego się napijecie? Kremowe? Miód pitny? Nie chcę się chwalić, ale w tym roku jest jeszcze lepszy niż zwykle...

W chwilę później stanęły przed nimi dwa kufle złocistego miodu. Rosmerta, korzystając z tego, że w knajpie brakowało wolnych miejsc, a szklanki wszystkich gości chwilowo były pełne, przysiadła się do nich, opierając o ladę.

— Jak tam Liza? — zagadnęła bez wstępów. W jej głosie, poza źle skrywaną ciekawością, brzmiała też troska.

Auriga uśmiechnęła się smutno.

— W porządku — odparła. — Nic jej nie będzie.

— Wypadła stąd wczoraj jak burza i nawet nie zdążyłam z nią pomówić, ale Jules wszystko mi opowiedział. Niby się rozstali, ale Lizę chyba dotknęło to, że znalazł sobie inną...

— Chyba tak — zgodziła się Sinistra, zerkając niepewnie na Gustawa, który przysłuchiwał się rozmowie z zainteresowaniem.

Rosmerta najwyraźniej nie miała nic przeciwko jego obecności.

— Powiedział, że już dawno sobie odpuścił i wcale nie robił jej nadziei... Ale tak sobie myślę, że po co w takim razie się z nią umawiał? Chyba że rzeczywiście to Liza mu się narzucała...

— Nie, to on ciągle do niej pisał i nie dawał jej spokoju — odparła natychmiast Auriga, gotowa bronić nieobecnej przyjaciółki.

— Jules twierdził, że chciał tylko wyjaśnić sprawy między nimi, a ona... no, wiesz, wyobrażała sobie za wiele i dlatego tak się wściekła...

— Na Merlina, Rose! Przecież sobie tego nie wymyśliła! Nie powiedział jej, że się z kimś spotyka. Sama myślałaś, że nadal chce do niej wrócić.

— No fakt. Może nie powinnam na nią naciskać — westchnęła Rosmerta. — Ale skąd mogłam wiedzieć, że jemu tak szybko przejdzie? Wydawał się taki zakochany, świata poza nią nie widział, a rozstanie zupełnie go zdruzgotało! Miesiąc temu siedział mi tutaj co wieczór, pił na umór i żalił się... — Pokręciła głową z politowaniem. — Mężczyźni!

W głębi pubu ktoś zawołał ją po imieniu, więc przeprosiła ich i wróciła do pracy. Auriga odprowadziła Rosmertę wzrokiem, a potem westchnęła cicho. Upiła łyk miodu; napój przyjemnie ją rozgrzał, ale nie zdołał przegonić ponurych myśli.

— A więc to dlatego. — Gustaw odezwał się pierwszy, przerywając niezręczne milczenie.

— Nie osądzaj jej ani się nad nią nie lituj, bo to jeszcze gorsze — poprosiła ostro Sinistra.

— Nie miałem zamiaru — stwierdził łagodnie.

— Wybacz — spuściła z tonu. — Tylko wątpię, czy Liza byłaby zadowolona, że to słyszałeś.

Zieleziński z westchnięciem odchylił się lekko na swoim krześle. Właściwie cieszył się, że to Rosmerta, a nie on, zaczęła temat Vector. Tyle pytań kłębiło mu się w głowie, ale teraz nie potrafił zdobyć się na zadanie żadnego z nich.

— Jest na mnie wściekła, prawda? — zapytał po prostu.

— Prawda — przyznała cicho, odrobinę zaskoczona. — I jeszcze bardziej na siebie.

— Ale to mnie się oberwie. — Uśmiechnął się krzywo. — Szkoda, już prawie zaczynaliśmy się dogadywać.

Sinistra spojrzała na niego dziwnie, ale nie skomentowała tej uwagi.

— Powinieneś już przywyknąć do tego, że wszyscy tu jesteśmy trochę pogubieni...

— Trochę? — powtórzył Gustaw ze zdziwieniem. — Powiedziałbym, że trochę bardziej niż trochę.

Auriga parsknęła niewesołym śmiechem w swój kufel z miodem.

— Masz rację.

xxx

Długo masz jeszcze zamiar bezsensownie gapić się w dół, Aurigo? — Cierpki głos Severusa wyrwał Sinistrę z ponurych rozmyślań. Odwróciła się szybko, a widząc, że mężczyzna jest sam, podeszła do niego i przytuliła się bez słowa. Snape zawahał się lekko, ale po chwili objął ją i łagodnie pogładził po włosach.

Dobrze, że przyszedłeś — szepnęła czarownica. — Nic ci nie jest?

Nie. Na Merlina, nie płacz.

Słyszałam, co się stało w Ministerstwie. Widziałam dzieci, które trafiły do infirmerii. Poppy mówiła, że z tego wyjdą...

Z pewnością nic im nie będzie — zgodził się Severus. — Jeśli o to chodzi, są gorsze niż karaluchy.

Przestań! — fuknęła cicho, odsuwając się odrobinę i patrząc na niego poważnie. — Jak możemy pozwalać, żeby walczyły za nas dzieci, Sev? To my powinniśmy tam być zamiast nich! Nie boję się, Severusie, znam zaklęcia, mogłabym walczyć, ale Albus nie pozwala mi do was dołączyć...

I słusznie — odparł spokojnie.

Auriga jęknęła z bezsilnej złości i zacisnęła dłonie na jego szacie.

Nie traktuj mnie tak! — poprosiła gniewnie. — Nie jestem dzieckiem! Nie chcę siedzieć bezczynnie i umierać z niepokoju, podczas gdy wszyscy inni działają! Mogłabym pomóc, zrobić coś pożytecznego... Przecież brakuje wam ludzi. Przekonaj dyrektora...

Nie. Albus ma rację, jesteś potrzebna w szkole. Nie możemy posłać wszystkich do walki i ryzykować utratę całej kadry...

Och, on też bez przerwy tak mówi — weszła mu w słowo. — Tylko że niektórzy nauczyciele należą do Zakonu i wykonują dla niego zadania, a przecież są o wiele cenniejsi dla Hogwartu niż ja! Minerwa, Filius, Hagrid... Nie wspominając już o tobie! Narażasz się najbardziej ze wszystkich i jakoś nikt nie martwi się, co będzie, jeśli coś ci się stanie. Doskonale wiesz, że mam rację, Severusie. W przeciwieństwie do was, ja nic nie znaczę w tej wojnie i nawet gdybym zginęła... to nie byłaby wielka strata...

Dość tego! — Snape przerwał jej ostro i odsunął ją od siebie ze złością. — Nie chcę tego słuchać, Sinistra. Jesteś zdenerwowana i zmęczona, i nie wiesz, co mówisz.

Wcale nie...

Za pół godziny będzie śniadanie i wypadałoby, by choć część nauczycieli się na nim pojawiła. Dlatego teraz uspokoisz się i doprowadzisz do porządku, a potem zejdziemy do Wielkiej Sali, gdzie będziesz udawać równie zaskoczoną i zmartwioną doniesieniami „Proroka" jak inni.

Chciała zaprotestować, kazać mu przestać traktować się w ten sposób i zmusić, by przyznał jej rację, ale jakaś twarda nuta w jego głosie sprawiła, że się powstrzymała.

Koniec tematu, Aurigo. Nie będziemy więcej wracać do tej rozmowy. Nigdy.

xxx

Wnętrze pubu było duszne, a klientela głośna. W głębi sali ktoś skocznie przygrywał na skrzypcach, ktoś inny śpiewał. Auriga uśmiechała się, co Gustaw poczytywał sobie za osobistą zasługę. O wiele bardziej wolał widzieć ją pogodną niż zagubioną, zmęczoną i nieszczęśliwą jak wczorajszej nocy. Odblask ognia roziskrzał jej oczy i ślizgał się po rozwianych lokach, a cienie miękko układały się na twarzy. Przemknęło mu przez myśl, że byłby z tego ładny portret; w głowie odruchowo zaczął szkicować linie i światłocienie...

Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że swoim gadaniem i głupimi żartami tylko chwilowo poprawił czarownicy humor. Wszystkie jego działania w Hogwarcie odnosiły chyba jedynie takie krótkofalowe skutki, a jemu, szczerze mówiąc, brakowało już pomysłów. Nie nadawał się do tego. Do cholery, zatrudniono go jako nauczyciela mugoloznawstwa, a nie terapeutę!

Muzyka grała coraz raźniej, a jacyś uczniowie śpiewali głośno razem z wokalistą.

— Napić się nie dadzą w spokoju — narzekał siedzący obok Zielezińskiego staruszek, obejmując troskliwie kufel z piwem, żeby nie strąciły go grupki chichoczącej młodzieży, biegającej między parkietem i stolikami.

Stojąca za barem Rosmerta tylko uśmiechnęła się na to i sama zaczęła przytupywać do rytmu.

„Szkoda, że nie ma tu Lizy" — pomyślał ni z tego, ni z owego Gustaw. Był dziwnie pewien, że spodobałaby jej się muzyka i atmosfera. Bez trudu potrafił ją sobie wyobrazić, dokładnie w każdym szczególe. Mogłaby tańczyć, jak wtedy przy ognisku, zatracając się zupełnie, piękna, zmysłowa, roześmiana... A gdyby znów znalazła się tak blisko, jak wczoraj, mógłby ją jednak pocałować...

Mężczyzna sięgnął po kufel i duszkiem dopił resztkę miodu, starając się wyrzucić z głowy głupie myśli. Co takiego miała w sobie ta zwariowana kobieta i dlaczego tak mu się to podobało?

— Idziemy? — zagadnęła Auriga, wyrywając go z zamyślenia. — Za parę minut wszyscy zaczną się zbierać na kolację. Możemy zrobić jeszcze jeden obchód i też wracać.

Gustaw skinął głową. Pożegnali się z Rosmertą, powoli przepchnęli do drzwi i wyszli w chłodny jesienny mrok. Część sklepów już zamknięto; przez okna widać było uwijające się ze sprzątaniem skrzaty. Kolejka sprzed Miodowego Królestwa zniknęła, a właściciele podliczali przy ladzie utarg z całego dnia. Auriga z Gustawem niespiesznie obeszli pustoszejącą wioskę — po drodze zaglądając jeszcze do madame Puddifoot, która poinformowała ich, że właśnie wygoniła ostatnią romantyczną parkę, a potem do Świńskiego Łba, gdzie Aberforth z właściwą sobie uprzejmością odburknął, że żadne dzieciaki się u niego dziś nie kręciły — a potem skierowali się z powrotem do Hogwartu. Na prowadzącej do zamku ścieżce natknęli się na grupkę maruderów, składającą się z siódmiorocznych Gryfonów i Krukonów, którzy zasiedzieli się w Trzech Miotłach. Uczniowie skwapliwie skorzystali z okazji i przyłączyli się do nauczycieli, żeby mieć wymówkę na wypadek spóźnienia i uniknąć bury od pana Filcha po powrocie do szkoły.

W rozgadanym i wesołym towarzystwie nastolatków, Zielezińskiemu szybko przeszło dziwne przygnębienie, w jakie wpędziły go rozmyślania o Lizie i — jak podejrzewał — miód pitny. Auriga także nieco się ożywiła i zagadnęła uczniów o starszych przyjaciół, z którymi spotkali się w Hogsmeade. Spośród absolwentów Gryffindoru jedynie Neville Longbottom zdecydował się na fakultet z astronomii, bo uznał, że ocena i wiedza z tego przedmiotu przyda mu się przy jego ukochanym zielarstwie, o reszcie zaś nie miała żadnych wiadomości. Gustaw był nieco bardziej na bieżąco, bo jego zajęcia należały do obowiązkowych i spotykał się ze wszystkimi regularnie co dwa tygodnie.

Od Ginny dowiedzieli się, że Hermionie bardzo podoba się na studiach uzdrowicielskich — rzecz jasna szybko stała się najlepsza na roku. Harry na kursie aurorskim również radził sobie całkiem nieźle. Ron dołączył do interesu starszego brata i pomagał mu przy Magicznych Dowcipach Weasleyów na Pokątnej. Namówił go też, by nie rezygnował z planów, które snuł razem z Fredem i otworzył filię sklepu w Hogsmeade; od tygodnia negocjowali z właścicielem budynku, w którym przed wojną znajdował się sklep Zonka.

Rozmawiając dotarli do zamku, gdzie w sali wejściowej już czekał na nich pan Filch. Obok niego, wyraźnie znudzona i zmęczona, stała Liza, przytupując ze zniecierpliwieniem obcasem. Woźny trzymał długi zwój pergaminu i energicznie stukał weń palcem.

— ...Ginewra Weasley, Jack Sloper, Demelza Robinson, Luna Lovegood...

— Tylko dlaczego znowu przyszedł pan z tym do mnie? — Vector z niezbyt dobrym skutkiem starała się powściągnąć irytację.

— To w większości Gryfoni, pani profesor! — Filch był oburzony jej brakiem zainteresowania.

— Jestem pewna, że niedługo wrócą.

— A jeśli...

— Na Merlina, ktoś chyba ma dziś dyżur w wiosce, prawda? — westchnęła czarownica. — Niech mi pan powie kto, to wyślę patronusa, żeby... Ach, to nie będzie konieczne — stwierdziła, gdy dostrzegła wchodzącą do sali wejściowej grupę. — Widzi pan, już są. I o co tyle hałasu?

Filch odwrócił się na pięcie.

— Dobry wieczór, profesor Vector, panie Filch — powiedziała grzecznie Ginny, ściągając czapkę i rękawiczki. — Bardzo przepraszamy, trochę się zasiedzieliśmy...

— Zasiedzieliście... — prychnęła niezadowolona Liza, patrząc karcąco na uczniów i unosząc lekko brwi na widok Aurigi i Gustawa, którzy weszli jako ostatni.

— Wracali z nami, Lizo — powiedziała Sinistra. — Przepraszam, powinnam była pomyśleć i dać wam znać, że się spóźnimy.

Zieleziński starannie zamknął drzwi i uśmiechnął się niepewnie. Vector ledwie na niego spojrzała. Lekceważąco machnęła ręką.

— Czy to wszyscy, panie Filch? — zapytała cierpko, a kiedy woźny skinął głową, dodała: — W takim razie czy możemy już iść na kolację?

x

Lucjusz wszedł do sypialni i z ciężkim westchnieniem osunął się na łóżko. Siedząca przy toaletce Narcyza ostatni raz przeciągnęła szczotką po swoich długich, jasnych włosach i odłożyła ją na blat. Spojrzała na męża w lustrze.

— Co z nim? — zapytała.

Mężczyzna skrzywił się.

— Obudził się, ale nie jest z nim najlepiej — przyznał.

— Chyba nie sądziłeś, że po półrocznej śpiączce będzie jak nowo narodzony — zakpiła łagodnie pani Malfoy.

— Sprawia wrażenie, jakby wcale nie cieszył się, że żyje! Jest na nas wściekły!

— A czego się spodziewałeś? Wdzięczności?

Lucjusz wzruszył ramionami. Narcyza pochyliła się nad szufladką i udała, że szuka kremu pod oczy, żeby nie dostrzegł jej gorzkiego uśmiechu. Może i Lucjusz miał rację, twierdząc, że jego akt irracjonalnego miłosierdzia, jakim było uratowanie Snape'a, zwróci im się z nawiązką w przyszłości, ale nie powinien oczekiwać, że sam uratowany mu za to podziękuje.

— W takim stanie na nic mi się nie przyda — narzekał Malfoy. — Cordice twierdzi, że teraz wszystko zależy od samego Severusa. Jeśli nie weźmie się w garść i sam nie zechce wyzdrowieć, to już żadne eliksiry mu nie pomogą. Powiedział, że powinienem zatrudnić dla niego terapeutę! Też coś! Kto za to zapłaci, pytam? Cordice żąda bajońskich sum, a nie potrafi wykonać tego, czego się od niego wymaga... Żałuję, że w ogóle sprowadziłem tu Snape'a. Trzeba było zostawić go we Wrzeszczącej Chacie, żeby zdechł!

— Na to jest już za późno — odparła spokojnie Narcyza.

— Jeszcze mogę się go pozbyć. Przysięgam, że go otruję, jeśli nadal będzie zachowywał się w ten sposób...

Pani Malfoy uśmiechnęła się pod nosem. Doskonale wiedziała, że Lucjusz tylko się odgraża. Nie dlatego, że nie potrafiłby popełnić morderstwa — Narcyza nie była głupia; wiedziała, że każdy śmierciożerca miał krew na rękach i nie spodziewała się, że jej mąż stanowił wyjątek. Jednak życie Severusa miało dużą wartość i zbyt wiele wysiłku i pieniędzy włożyli w odratowanie go, by zwyczajnie się pozbyć, w dodatku teraz, gdy ich starania przyniosły wreszcie jakieś rezultaty.

— Daj mu trochę czasu. Czekaliśmy wystarczająco długo...

Lucjusz tylko prychnął z irytacją, po czym wstał i również zaczął przygotowywać się do snu. Pani Malfoy zakończyła wieczorne zabiegi i usiadła na łóżku, przyglądając mu się w milczeniu.

„Draco się nie ucieszy" — pomyślała, ale nie powiedziała tego głośno, nie mając ochoty na kolejną sprzeczkę. Obaj mężczyźni byli tak bardzo do siebie podobni. Tak bardzo uparci... Narcyza starała się łagodzić konflikt, ale nie chciała stawać po stronie żadnego z nich. W efekcie obaj uważali, że jest przeciwko i mieli do niej żal, że się z nimi nie zgadza. Zaczynała mieć tego serdecznie dosyć. Po tym, co przeszła ich rodzina, naprawdę nie powinni kłócić się w tak idiotyczny sposób.

Myślami mimowolnie wróciła do Draco. Ostatnio chłopak ciągle przesiadywał w pokoju albo snuł się po posiadłości niczym duch. Przestał spotykać się ze znajomymi; kiedy Narcyza dopytywała dlaczego, niechętnie wyznał, że pokłócił się z Blaisem. O co — tego już się nie dowiedziała; mogła jedynie podejrzewać, że ma to związek z tym, że Zabini zdecydował się kontynuować naukę w szkole i rozpoczął praktyki w świętym Mungu.

Nie on jedyny starał się mimo wszystko ruszyć do przodu. Gregory Goyle i Dafne Greengrass także wrócili do Hogwartu. Goyle dorywczo pracował w jakimś sklepie na Pokątnej i opiekował się matką, która mocno podupadła na zdrowiu po tym, jak jej mąż zginął podczas bitwy w Hogwarcie, a przeciwko jej samej wniesiono oskarżenie o popieranie Czarnego Pana — choć przecież, myślała z goryczą Narcyza, Alana Goyle miała z Czarnym Panem tyle wspólnego, co ona sama. Niestety, pozbawiona sojuszników i niezbyt bystra kobieta stała się łatwym celem dla aurorów.

Dafne Greengrass znajdowała się w niewiele lepszej sytuacji. Wszyscy jej krewni albo już siedzieli w Azkabanie, albo byli na dobrej drodze, by tam trafić, i jedynie nawał pracy w Wizengamocie i przedłużające się procesy sprawiały, że tak się jeszcze nie stało. Dafne zerwała wszelkie kontakty z rodziną. Obecnie pomieszkiwała w Dziurawym Kotle i pracowała u madame Malkin, żeby jakoś utrzymać siebie i młodszą siostrę, Astorię.

Reszta znajomych Draco ze Slytherinu wyjechała z kraju: Teodor Nott kontynuował naukę w Durmstrangu, Pansy Parkinson i Millicenta Bulstrode dostały się do jakiejś pomniejszej szkoły magii na kontynencie. Nie widzieli dla siebie miejsca w powojennym świecie, w którym musieliby żyć z łatką dzieci śmierciożerców, albo po prostu chcieli przeczekać gdzieś daleko ten najgorszy okres. Tak czy inaczej każdy próbował jakoś poukładać swoje sprawy i żyć dalej. Narcyza miała wrażenie, że tylko jej syn wciąż nie potrafił odnaleźć się w tym nowym porządku. Nie chodziło nawet o idee. W ostatnim okresie wojny rodzina Malfoyów dotkliwie przekonała się, jak niewiele warta jest czysta krew i jak bardzo krucha okazała się ich pozycja w świecie rządzonym przez Czarnego Pana. Draco nie mógł nie odczuć ulgi, że ten koszmar się skończył. Był jednak zbyt dumny, by przyznać się do błędu, i za mało wyrachowany, by grać skruchę, której nie odczuwał.

Narcyza przygryzła lekko wargę. W tej sytuacji ani ona, ani Lucjusz nie potrafili mu pomóc — to łamało jej serce.

xxx