EgoVagus – bardzo dziękuję za komentarz, cieszę się, że się podobało :)

Za zbetowanie rozdziału serdecznie dziękuję Panterze.


Auriga uprzątnęła ze stolika stos papierów i ostrożnie postawiła na nim tacę z serwisem do herbaty. Poświęciła chwilę na symetryczne ułożenie filiżanek i łyżeczek, a potem uniosła głowę i zerknęła na Severusa, który siedział zgarbiony i bezmyślnie obracał w dłoniach szklany przycisk do papieru, zupełnie nie zwracając uwagi na jej poczynania.

Sinistra westchnęła w duchu. Napełniła filiżankę i podała ją Snape'owi, drugą ręką łagodnie odbierając mu szklaną kulę. Miała wrażenie, że mężczyzna lada chwila ciśnie nią o podłogę, a zbyt ją lubiła, by mu na to pozwolić.

Severus spojrzał na nią zaskoczony, jakby zdążył już całkiem zapomnieć o jej obecności. Uśmiechnęła się.

Jak wypadła wizyta na dywaniku u dyrektora? — zapytała, siląc się na pogodny ton.

Na dywaniku? — Snape powoli odzyskiwał kontakt z rzeczywistością. — Co masz na myśli?

Spędziłeś u niego cały ranek.

Owszem, omawialiśmy plany Czarnego Pana.

Naprawdę? — Auriga przeszła przez pokój, by odłożyć przycisk na biurko. — Od czasu wydarzeń w Ministerstwie nie zostałeś wezwany — zauważyła pozornie obojętnie.

Nie jestem jedynym pionkiem w tej wojnie.

Nie — zgodziła się, zatrzymując za jego plecami. — I dlatego jesteś taki spięty? — ciągnęła, kładąc mu dłonie na ramionach i uciskając lekko. Severus znieruchomiał pod wpływem dotyku, ale po chwili poddał mu się, przekrzywiając głowę z przyjemnością.

To przez piątorocznych. Longbottom znowu wysadził kociołek — mruknął. — Dobrze, że to ostatnie zajęcia w tym roku. W przyszłym nareszcie będę miał z nim spokój...

On o nas wie, prawda? — szepnęła Auriga.

Longbottom?

Nie bądź niemądry! Albus.

Nie odpowiedział. Sinistra obeszła fotel i przysiadła na jego oparciu, obronnym gestem zaplatając ręce na klatce piersiowej.

Oczywiście, że wie — odpowiedziała sobie sama. — W tym zamku nic się przed nim nie ukryje. Co ci powiedział? — Nie patrzyła na Severusa, a jej głos był cichy i starannie oczyszczony z wszelkich emocji. — Że to niebezpieczne i lekkomyślne? Zbyt nieodpowiedzialne i egoistyczne z naszej strony? Czy on chce, żebyśmy to skończyli?

Wystarczyłoby potaknąć" — pomyślał Severus. Potwierdzić obawy Aurigi i wycofać się ze wszystkiego, co zaszło między nimi w ciągu ostatnich tygodni. Raz na zawsze przekreślić cały ten absurd, a winą obarczyć kogoś innego. Dumbledore by zrozumiał. Nie pochwaliłby tego, ale zrozumiał i nie wyjawił Sinistrze prawdy. Ona oczywiście wściekałaby się i protestowała, ale w końcu by odpuściła. Zresztą potrafiłby ją przekonać, że to nie ma sensu...

Snape zastanawiał się nad tym od rana i, szczerze mówiąc, miał nadzieję, że będzie mógł zastanawiać się jeszcze trochę, do czasu, aż będzie w stanie ją okłamać. Ale ona jak zwykle domyśliła się wszystkiego i musiał zdecydować już teraz.

Odpowiedz, Sev — poprosiła z niepokojem.

Snape obrócił w dłoniach filiżankę, wpatrując się w jej zawartości, jakby chciał tam znaleźć odpowiednie słowa.

Jakkolwiek może ci się to wydać dziwne, naprawdę nie jestem bezwolną kukiełką Dumbledore'a, Aurigo — powiedział w końcu, o włos tylko mijając się z prawdą.

Uniósł głowę i spojrzał na nią. Wydawała się zdziwiona tą odpowiedzią i nieco zakłopotana, bo z pewnością nie miała czegoś takiego na myśli.

Nawet gdyby — kontynuował ironicznie — jak to ujęłaś, chciał, żebyśmy to zakończyli, nie miałbym obowiązku go posłuchać. Ani najmniejszego zamiaru tego robić, jeśli już o tym mowa — dodał po namyśle.

Sinistra uśmiechnęła się lekko, z wyraźną ulgą, a on poczuł, jak wszelkie jego wątpliwości topnieją pod wpływem dziwnego ciepła, które odczuł. Nie chciał z tego rezygnować. Czy po tym wszystkim, co zrobił, nie zasłużył na odrobinę normalności? Dlaczego miałby odrzucać jedną z niewielu dobrych rzeczy, które go ostatnio spotkały? Zresztą Auriga była dorosła; wiedziała, na co się pisze, i znała ryzyko...

Pochylił się, by odstawić swoją filiżankę na stolik i dać sobie chwilę na opanowanie kłębiących się w nim uczuć, a potem wyprostował się i spojrzał na czarownicę pobłażliwie.

Doprawdy nie wiem — powiedział — skąd też wziął ci się pomysł, że Albus będzie mi robił wymówki z twojego powodu, Aurigo.

Sam stwierdziłeś, że lepiej by było, gdyby się nie dowiedział...

I wcale nie zmieniłem zdania! — prychnął, krzywiąc się z niesmakiem. — Jest stanowczo zbyt podekscytowany i rozentuzjazmowany całą sytuacją. Pogratulował mi, też coś!

Auriga przez chwilę patrzyła na niego zdumiona, a potem nagle wybuchnęła nieopanowanym, serdecznym śmiechem.

Wyobraź sobie, że mi wcale nie było do śmiechu — narzekał dalej Snape. — To ciebie Albus powinien męczyć, a nie mnie, ciekawe, co byś wtedy mówiła.

Och, biedaku, to musiało być naprawdę straszne! — wykrzyknęła Sinistra ironicznie, a potem pochyliła się, żeby go pocałować.

Pieprzyć to wszystko" — pomyślał Severus, przyciągając ją do siebie odruchowo. — „Potrafię ją ochronić. Nie będzie kolejnej Doliny Godryka. Nie tym razem".

xxx

Liza siedziała przy biurku, usiłując skupić się na poprawianiu wypracowań czwartorocznych. Szło jej to raczej kiepsko. W końcu, łapiąc się na tym, że po raz trzeci czyta to samo zdanie i zupełnie nic z niego nie rozumie, z westchnieniem odsunęła od siebie pergaminy i wstała gwałtownie. Zabrała z biurka papierosy i zapalając jednego podeszła do okna. Otworzyła je na oścież, a do gabinetu wdarł się chłodny powiew wiatru, niosący ze sobą woń mokrych liści i ziemi. Po niebie gnały nabrzmiałe od deszczu chmury, grożąc rychłą ulewą, a nad błoniami unosiła się gęsta jak mleko mgła. Vector otuliła się połami szaty i zaciągnęła mocno papierosem, a potem pozwoliła myślom skierować się na tematy, wokół których i tak krążyły przez cały dzień.

Miała okazję poznać Frankie, kiedy po raz pierwszy wybrała się z Julesem do Trzech Mioteł. Dopiero później dowiedziała się, że to jego dobra znajoma. Tamtego wieczoru chyba nawet nie zamienił z nią słowa; to na Lizie skupiała się cała jego uwaga i zainteresowanie. Frankie — chuda brunetka o nudnej, nieładnej twarzy i smutnych, podkrążonych oczach — siedziała obok niego, wyraźnie zniechęcona i zmęczona, i co chwilę powolnym gestem unosiła do ust swoją szklankę. W piciu Ognistej dotrzymywała tempa dwa razy od niej większemu Milesowi.

Taką Liza ją zapamiętała. Nigdy później się nie spotkały, choć Jules czasem o niej wspominał; zawsze mówił o Frankie z sympatią i zdaje się pomagał jej załatwiać jakieś sprawy w Ministerstwie. Vector nie przejmowała się tym, Shepard miał wielu przyjaciół i nie widziała powodów, dla których miałoby jej to przeszkadzać. Nie dostrzegała we Frankie żadnej rywalki — także dlatego, że wydawała jej się ona po prostu nijaka zbyt anemiczna i flegmatyczna jak na gust Julesa; krótko mówiąc: różniła się od niej samej pod każdym względem.

A jednak jakimś cudem zostali parą. Vector nie chciała nawet wiedzieć, kiedy to się stało. Czy Shepard rzeczywiście zdradzał ją na boku z dwiema kobietami, czy tylko z jedną, a drugą przygruchał sobie dopiero, gdy go rzuciła — nieważne! Tak czy inaczej to dupek, niewart jej uczuć.

Liza pociągnęła nosem. Koniec. Nie będzie dłużej zawracać sobie głowy Shepardem. Niech się spotyka z kim mu się tylko podoba. Ona go nie potrzebuje, jest tylu innych uczciwych i porządnych mężczyzn, tylko wybierać... Zresztą, po co komu mężczyzna? Tyle czasu obywała się bez żadnego i świetnie sobie radziła. Dziwnym trafem problemy pojawiały się zawsze równocześnie z facetami.

A skoro mowa o kolejnym kłopocie... Liza pomyślała o Gustawie. Oczywiście mężczyzna ani słowem nie skomentował jej zachowania, ale ona od czasu Nocy Duchów nie mogła nawet patrzeć na niego bez uczucia głębokiego zażenowania i wściekłości na samą siebie. Od bólu zranionej miłości własnej gorsza była jedynie świadomość, że odsłoniła się przed obcym człowiekiem i okazała słabość. Liza ledwie potrafiła przebywać z Gustawem w jednym pomieszczeniu, nie mówiąc o jakiejkolwiek rozmowie.

Jakaś część niej wiedziała, że takie zachowanie jest niemądre i niedojrzałe — tym bardziej, że Zieleziński naprawdę nie dał jej powodów do złości, a ona w gruncie rzeczy mało przejmowała się jego opinią na swój temat — ale wśród wszystkich kotłujących się w niej emocji podszepty zdrowego rozsądku niezbyt mocno się przebijały. Vector nie znosiła tracić kontroli — w szczególności nad sobą samą. Tymczasem ostatnio coraz częściej miała wrażenie, że zupełnie nad niczym nie panuje. Przeklęty Shepard; że też pozwoliła, by doprowadził ją do takiego stanu...!

Czy mogła przewidzieć, że tak się to skończy? Starała się nie dopuszczać do siebie myśli, że tak. Że zwyczajnie poniosła ją wyobraźnia; że popełniła jakąś niewybaczalną nadinterpretację słów i zachowań Julesa. Kiedy wracała do jego ostatnich listów — złapała się na tym, że w jakiś dziwny sposób zdołała poznać ich treść niemal na pamięć — przestawała być pewna czegokolwiek. Zaczynała mieć wątpliwości, czy aby na pewno dystans i powściągliwość, jakie w nich zachowywał, stanowiły formę flirtu. Nie chciała się nawet nad tym zastanawiać, bo wychodziło jej, że zrobiła z siebie jeszcze większą idiotkę, niż sądziła. Z dwojga złego wolała już zostać zranioną i zdradzoną, niż czuć się tak strasznie głupio.

Poza tym — dlaczego to musiało być takie trudne? Czemu nie mogła wreszcie poznać kogoś normalnego? A może to z nią coś było nie w porządku, skoro przyciągała uwagę samych kłamliwych drani?

Tak czy inaczej, na razie koniec z mężczyznami. W Hogwarcie miała marne szanse, żeby kogokolwiek poznać, dawno wyzbyła się co do tego złudzeń. Wystarczyło tylko popatrzeć na pozostałych członków kadry pedagogicznej. Nieliczni spośród nich, którym udało się założyć rodziny, zrobili to zanim zaczęli pracę w szkole. Reszta pozostawała samotna. Więc może ona także powinna po prostu przywyknąć do myśli, że do końca życia zasilać będzie hogwarckie grono starych panien i kawalerów?

Liza ostatni raz zaciągnęła się gniewnie, a potem machnięciem różdżki zlikwidowała niedopałek papierosa i z trzaskiem zamknęła okno.

xxx

Severus aportował się tuż przed bramą. Zdjął śmierciożerczą pelerynę i maskę, a potem rzucił na nie zaklęcie, sprawiając, że zdematerializowały się, by w chwilę później niepostrzeżenie pojawić się w jego komnatach. Paradowanie w takim stroju po szkole nawet w środku nocy nie było dobry pomysłem.

Następnie przywołał siebie skrzata.

Poinformuj dyrektora, że już wróciłem — poprosił. — Nie mam do przekazania nic nowego, zjawię się u niego jutro.

Czy Ogryzek ma też powiedzieć pani profesor?

Severus niecierpliwie skinął głową. Wolałby, żeby nie pytał o to za każdym razem...

Ogryzek deportował się, a on ruszył w stronę zamku, myśląc, że chyba po raz pierwszy w życiu przyszło mu żałować swojej dociekliwości. Czułby się lepiej, gdyby wszystko nadal odbywało się bez jego wiedzy i przyzwolenia. Mógłby wtedy z czystym sumieniem wściekać się i sprzeciwiać.

Przecież i tak by jej powiedział" — pomyślał z irytacją. Jakoś zdołała przekabacić głupiego skrzata na swoją stronę, wmawiając mu, że bez niej sobie nie poradzi. Severus rzecz jasna szybko to rozgryzł — zresztą Ogryzek ani myślał go okłamywać w tej kwestii — ale udawał, że nie ma o niczym pojęcia. Zresztą może ona także doskonale o tym wiedziała, tylko po prostu nie poruszała tego tematu, pozwalając mu wierzyć, że ma nad wszystkim kontrolę. Czasem nie potrafił rozgryźć tej przeklętej wiedźmy...

I tak zapewne kręciła się gdzieś na dole albo nawet siedziała w jego komnatach w lochach, skąd bliżej było do drzwi wejściowych niż z Wieży Astronomicznej. Często tak robiła, choć chyba sądziła, że o tym również Severus nie wiedział. Uprzedzona przez Ogryzka, wychodziła mu naprzeciw, udając, że akurat skończyła pracę i postanowiła przespacerować się do kuchni albo skontrolować korytarze. Oczywiście opuszczając komnaty, starała się nie pozostawiać w nich żadnych śladów swej obecności i całkiem nieźle jej się to udawało, ale Snape byłby naprawdę marnym szpiegiem, gdyby nie potrafił wychwycić ledwie dostrzegalnych zmian w ułożeniu poduszek na fotelu i subtelnego zapachu kobiecych perfum w powietrzu...

Kiedyś udało mu się nawet przyłapać ją śpiącą jak suseł na kanapie, bo Ogryzek nie miał serca, żeby wyrywać ją ze snu. Severus przygasił ogień w kominku i po cichu przeszedł do swojej sypialni, a potem przywołał do siebie skrzata, kazał mu ją obudzić i powiedzieć, że był tak zmęczony, że powlókł się do łóżka, nie zapalając nawet światła i nie rozglądając się po pokoju. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił — może rzeczywiście był zbyt zmęczony na konfrontację. Tak czy inaczej, wciąż przymykał oko na jej manewry i ciągle zapominał, by wreszcie zmienić hasło do swoich komnat...

Zbliżając się do zamku, Severus odruchowo zwolnił kroku i rozejrzał się, wypatrując znajomej sylwetki w ciemnościach. Kiedy zorientował się, co robi, natychmiast przestał. Zresztą wokół i tak nie było żywej duszy. Nocną ciszę mącił jedynie jednostajny szum drzew.

Na początku zachowanie Sinistry okropnie go drażniło. Nie był przyzwyczajony do tego, by ktoś się o niego troszczył i nie do końca wiedział, jak sam powinien zachować się w takiej sytuacji. Poza tym nie chciał, by ktokolwiek oglądał go w stanie, w jakim znajdował się po powrocie ze spotkań z Czarnym Panem. Granie roli oddanego szpiega było stresującym zajęciem. Cały czas musiał się pilnować; nerwy miał napięte jak postronki. W porównaniu do innych śmierciożerców stosunkowo rzadko padał ofiarą klątw. Częstsze od Crucatiusów — i znacznie gorsze w jego opinii — były jednak sesje legilimencji. Zwykle Czarny Pan ograniczał się do pobieżnego przeglądania myśli podczas rozmowy i wystarczyło, by Severus pokazał wystarczająco wiele oddania i gorliwości, by nie wzbudzić podejrzeń. Gorzej, jeśli ktoś wcześniej zdenerwował Lorda, nadużył jego cierpliwości albo zawiódł w ważnej sprawie. W takich chwilach Voldemort nawet nie starał się udawać, że jego śmierciożercy, elita czystokrwistych czarodziejów, znaczą choć odrobinę więcej niż najnędzniejszy mugol. Nie bawił się w subtelności i wdzierał się do umysłu bez ostrzeżenia, brutalnie wyciągając to, co akurat potrzebował. Severus zawsze bał się, że podczas jednej z takich sesji posiadane zdolności okażą się niewystarczające i Czarny Pan dojrzy w jego umyśle coś, co powinno pozostać ukryte.

Dlatego, nawet jeśli nie odniósł żadnych ran, czuł się słaby, wyczerpany i spięty. Zawsze potrzebował dużo czasu, by dojść do siebie. W ciszy i samotności powoli układał sobie wszystko w głowie, kawałek po kawałku...

A potem, ku własnemu najwyższemu zaskoczeniu, stopniowo zaczął odkrywać, że w towarzystwie Aurigi wszystko staje odrobinę łatwiejsze. Przynosiła mu eliksiry — to nic, że zabierała je z jego prywatnych zapasów, do których dał jej dostęp, kiedy zaczęła pomagać mu w pracowni; przynajmniej miał pewność, że zadziałają. Nie dawała się zniechęcić jego złośliwym uwagom i kpinom. Kiedy był zbyt zmęczony lub obolały, po prostu odprowadzała go do lochów i wracała do siebie. Kiedy czuł się lepiej, parzyła herbatę, zwiększała ogień na kominku, a potem siadali naprzeciw siebie i rozmawiali o wszystkim i o niczym, dyskutowali o eliksirach albo spierali się o jakieś inne głupstwa, a on mógł wreszcie przestać myśleć o Voldemorcie i wszystkim, co się z nim wiązało. Auriga zwykle powstrzymywała się od poruszania tego tematu, wiedząc, że i tak nie uzyska od niego żadnych informacji. Czasem emocje brały w niej górę i wtedy, zdenerwowana i bezsilna, zadawała pytania i żądała wyjaśnień, a on musiał ją przekonywać, że nie ma powodów do zmartwień. Robił to, rzecz jasna, jedynie dla świętego spokoju. I jeszcze — do czego by się nie przyznał — dlatego, że czasem, kiedy z pełnym przekonaniem kłamał, że nad wszystkim panuje, przynajmniej przez moment sam zaczynał w to wierzyć...

Severus wsunął się do pustej, pogrążonej w półmroku sali wejściowej.

Może coś się stało?" — przemknęło mu przez myśl. W czwartki miała zajęcia praktyczne z siódmym rokiem Gryffindoru; nie zdziwiłby się, gdyby Weasleyowie znowu próbowali odpalać fajerwerki na teleskopie... A może dostała migreny i po lekcjach od razu poszła się położyć? Albo po prostu była zmęczona; wczoraj pół nocy pomagała mu przy eliksirach, a dziś już przed południem zjawiła się w pokoju nauczycielskim, żeby wpisać oceny do dzienników lekcyjnych... Oczywiście zawsze istniała też szansa, że tym razem wreszcie postanowiła posłuchać jego słów i sobie odpuściła.

Starając się stłumić nieoczekiwane poczucie zawodu, Severus ostrożnie zamknął za sobą ciężkie drzwi.

Niemal uśmiechnął się, słysząc stukot obcasów na schodach. Odwrócił się spokojnie, pozwalając, by na jego usta wypłynął złośliwy uśmieszek.

Trelawney wie, że ma konkurencję? — przywitał Aurigę, kiedy do niego podeszła.

Spojrzała na niego zdumiona.

Świetnie idzie ci przewidywanie, kiedy wrócę. Czyżbyś wyhodowała sobie Wewnętrzne Oko? — podkpiwał dalej. — A może o czymś nie wiem i zamierzasz przekwalifikować się na astrologa?

Sinistra przewróciła oczami, uśmiechając się mimowolnie.

Już się wystraszyłam, że dostałeś jakąś klątwą i bredzisz, ale tobie po prostu zebrało się na żarty — prychnęła. — Czy to oznacza, że dobrze się czujesz?

Oczywiście, że czuję się dobrze, Aurigo — odparł Severus gładko. — Szkoda, że tego nie zdołałaś przewidzieć, nie musiałabyś się fatygować — stwierdził dla porządku, wiedząc, że i tak zignoruje tę uwagę, jak wszystkie wcześniejsze, a potem dodał: — Chodź na herbatę, skoro już tu jesteś.

xxx

Wreszcie nadeszła druga sobota listopada, wyczekiwana zarówno przez uczniów, jak i nauczycieli. Od rana siąpił chłodny deszcz, ale nie przeszkodził on w tym, by późnym rankiem szkoła niemal zupełnie opustoszała, bo większość jej mieszkańców udała się na stadion quidditcha.

Hailey nalegała, żeby wyjść natychmiast po śniadaniu i zająć najlepsze miejsca, więc Gustaw mókł na trybunach już od dobrych parunastu minut, obserwując schodzących się ludzi. Po ostatnim, jego zdaniem stanowczo zbyt bliskim kontakcie z quidditchem, sympatia Zielezińskiego do tej gry nieco osłabła, ale uznał, że skoro tym razem to nie on miał siedzieć na miotle, to nie będzie tak źle. Poza tym naprawdę był ciekaw, kto wygra.

Trybuny wypełniały się powoli. Podekscytowani uczniowie przekrzykiwali się nawzajem, zajmując miejsca. Przy wejściu Gustaw dostrzegł profesor Sprout rozmawiającą z rodzicami jednego z zawodników, którzy przyjechali tego dnia do Hogwartu, żeby popatrzeć na mecz. Zjawiło się także kilku gapiów z Hogsmeade, dla których szkolne rozgrywki stanowiły nie lada rozrywkę, a także paru absolwentów szkoły — większość z nich Gustaw kojarzył z zajęć uzupełniających.

W pewnym momencie w tłumie zapanowało małe poruszenie, a po chwili rozstąpił się on przed panną Powell, torującą sobie drogę kraciastą parasolką. Gustaw i Hailey wymienili pełne zaskoczenia spojrzenia. Tymczasem panna Powell spokojnie zasiadła na ławce przed nimi, częściowo zasłaniając im parasolem widok na boisko, na którym obie drużyny prowadziły rozgrzewkę. Hailey skrzywiła się i uniosła ręce z rozcapierzonymi palcami, jakby chciała udusić wredne babsko, ale Zieleziński tylko machnął ręką na znak, że nie warto robić awantury, i przesunął się na bok.

Po chwili dołączyła do nich Irma, a razem z nią Argus Filch — o dziwo bez Pani Norris, która, jak wyjaśnił woźny, nie lubiła wychodzić w taką pogodę. W końcu zjawił się także Horacy, okutany w długi płaszcz i z naciągniętym na twarz kapturem, co nadawało mu wygląd niewyrośniętego dementora. On także z pewnością wolałby w taką pogodę nie wyściubiać nosa ze swoich ciepłych i przytulnych komnat, ale jako opiekunowi Slytherinu nie wypadało mu opuścić tego meczu.

Gustaw cały ranek zastanawiał się, czy Liza zamierza przyjść i ucieszył się, widząc ją w tłumie w towarzystwie Aurigi, Filiusa i Minerwy. Tak jak przewidywał, po Nocy Duchów Vector nie odzywała się do niego, a nawet unikała. Szalenie go to irytowało, bo wiedział, że kobieta znowu w jakiś idiotyczny sposób odreagowuje na nim własne emocje, chociaż sam nie zrobił niczego, co uzasadniałoby jej złość. Przezornie schodził jej z drogi, ale nie czuł się z tym dobrze. Żałował, że ich relacje znów się popsuły i miał cichą nadzieję, że po meczu jakoś się to zmieni. W końcu pojawi się pretekst, żeby z nią porozmawiać...

Kiedy Liza przypadkiem popatrzyła w jego stronę, udało mu się pochwycić jej spojrzenie i uśmiechnął się porozumiewawczo. Nie wyglądała, jakby zrozumiała, o co mu chodzi. Zignorowała go i odwróciła się, wracając do rozmowy z Minerwą. Czyżby zapomniała? Miał ochotę ją o to zapytać, ale nie było okazji, bo cała czwórka usiadła w jednym z niższych rzędów.

Wkrótce potem komentator zaczął witać publiczność i odczytał nazwiska zawodników. Kapitanowie drużyn zdawkowo uścisnęli sobie dłonie. Wreszcie rozległ się przeciągły gwizd i mecz się rozpoczął.

Ślizgoni natychmiast przejęli kafla i po kilku zręcznych podaniach przerzucili go przez obręcz tuż obok nieco zdezorientowanego obrońcy Hufflepuffu. W sektorze Ślizgonów rozległ się wrzask radości. Obok Gustawa Hailey jęknęła z rozczarowaniem.

Dalej było już tylko gorzej. Puchoni zachowywali się, jakby nie bardzo wiedzieli, co mają robić. Ścigający latali bezładnie w tę i we w tę, pałkarze wpadali na siebie nawzajem, a obrońca rozglądał się bezradnie. Wydawało się, że tylko szukająca dobrze zna swoją rolę, bo wzbiła się wysoko ponad pozostałych graczy i leniwie okrążała boisko, wypatrując znicza i zręcznie uchylając się przed tłuczkami, które co jakiś czas posyłali w jej kierunku pałkarze przeciwnej drużyny, chcąc wyeliminować z gry.

Gustaw zauważył, że choć Ślizgonom szło o wiele lepiej, to większość uczniów solidaryzowała się z Puchonami. W tłumie widział całkiem sporo Gryfonów i Krukonów owiniętych żółto-brązowymi szalikami albo wymachujących proporczykami z godłem Hufflepuffu, a każdy wrzask Ślizgonów po zdobyciu punktów, niemal ginął w głośnym, pełnym niezadowolenia buczeniu. Zieleziński oczywiście wiedział, że Slytherin nie cieszy się zbytnią popularnością wśród reszty domów i mógł się tego spodziewać, ale i tak zrobiło mu się nieco przykro, tym bardziej, że sam przecież także ucieszyłby się z ich przegranej.

Mimo współczucia dla Ślizgonów, z każdą kolejną zdobytą przez nich bramką coraz bardziej rzedła mu mina. Sądził, że Puchoni jednak choć trochę zawalczą o zwycięstwo, tymczasem wydawało się, że naprawdę nie mieli żadnych szans. Do tej pory tliła się w nim iskierka nadziei, że może jakimś cudem wygrają albo przynajmniej zremisują, ale właśnie teraz zgasła.

„Cóż, gratuluję, na własne życzenie dołożyłeś sobie papierkowej roboty" — pomyślał z przekąsem, bardziej rozbawiony niż zły. Zerknął na Lizę, która spokojnie obserwowała grę, wymieniając jakieś uwagi z McGonagall. Na boisku nadal nie działo się nic ciekawego poza tym, że Ślizgoni zdobyli kolejne punkty, więc postanowił poużalać się nad sobą jeszcze trochę: — „Tak to już jest, jak człowiek chce być miły dla jednej humorzastej wiedźmy... Zachciało ci się poprawiać jej nastrój, no to masz, na pewno się ucieszy ze zmniejszenia ilości nudnych obowiązków. Nawet tego nie doceni; to tylko utwierdzi ją w przekonaniu, że jesteś zwyczajnym naiwniakiem. I w sumie będzie miała rację".

Jego narzekania przerwało nagłe poruszenie na trybunach. Drużynie Hufflepuffu udało się przejąć kafla — Blakely, jeden z ich pałkarzy, posłał tłuczka w ścigającego Slytherinu, Vaiseya, a ten wykonując unik wypuścił piłkę z dłoni prosto do rąk kręcącego się przy nim Cadwalladera. Puchon pomknął w kierunku obręczy, ale obrońca Ślizgonów z łatwością obronił jego rzut.

Gustaw zerknął na Hailey, chcąc powiedzieć jej coś miłego, żeby ją jakoś pocieszyć, ale ze zdumieniem dostrzegł, że dziewczyna wcale nie wygląda na załamaną nędznym wynikiem swojego domu. Wręcz przeciwnie, uśmiechała się pod nosem z jakąś dziwną satysfakcją. Zmarszczył pytająco brwi, ale udała, że tego nie zauważyła.

Gra toczyła się dalej, a Gustaw czuł się coraz bardziej znudzony i zniechęcony. Poza tym, mimo że ubrał się ciepło i zrezygnował z tradycyjnej szaty na rzecz porządnej mugolskiej kurtki przeciwdeszczowej — już dawno zauważył, że sporo uczniów, jak i część nauczycieli nosi w czasie wolnym albo pod szatami mugolskie ubrania, ale na wszelki wypadek starał się w takim stroju nie pchać przed oczy dyrektor McGonagall — coraz bardziej odczuwał chłód. Trochę żałował, że Hailey nie zaproponowała, że rzuci na niego jakieś zaklęcie ocieplające, tak jak Auriga podczas meczu nauczycieli. Głupio mu było jednak ją o to poprosić, zresztą po sposobie, w jaki ona sama siedziała: skulona i opatulona ciasno szalikiem, domyślał się, że chyba nawet żadnego nie znała.

Z jej twarzy jednak przez cały czas nie schodził uśmiech. Coraz bardziej zaintrygowany Gustaw zaczął nieco uważniej przyglądać się grze. Nie znał się na quidditchu zbyt dobrze, ale po chwili zauważył, że Ślizgoni, zdobywszy w ciągu niespełna kwadransa pięćdziesięciopunktową przewagę, trochę sobie odpuścili. Już wcześniej byli pewni, że łatwo zdobędą zwycięstwo, a to, co działo się na boisku, tylko utwierdziło ich w tym przekonaniu. Ścigający zaczęli trochę się popisywać, podając sobie kafla tuż przed nosem przeciwników. Kiedy kolejny raz udało im się zbliżyć do obręczy, Vaisey, najwyraźniej zamierzając ośmieszyć obrońcę, rzucił kafla prosto w niego, licząc, że rzuci się w bok i przepuści piłkę. Withby faktycznie poderwał miotłę, ale udało mu się obronić strzał nogą. Gustaw miał wrażenie, że o mało nie zleciał przy tym z miotły, ale kibice chyba byli zadowoleni, bo przez trybuny przetoczył się wrzask radości.

Mimo tego drobnego sukcesu, Ślizgoni wciąż prowadzili. Zdezorientowani Puchoni bezradnie plątali im się pod nogami, ale po namyśle Gustaw stwierdził, że to całkiem niezła strategia, bo przynajmniej przeszkadzali w grze i jeszcze kilka razy przypadkiem, ale skutecznie udało im się popsuć im akcję.

Tymczasem szukający: Laura Madley z Hufflepuffu i Colin Harper ze Slytherinu spokojnie krążyli nad boiskiem, nie niepokojeni przez nikogo. O ile na początku meczu Puchonka starała się trzymać blisko Ślizgona, o tyle teraz role się odwróciły i to Harper wisiał jej na ogonie. Najwyraźniej zamierzał poczekać, aż jego drużyna zdobędzie jak największą przewagę, bo nie spieszyło mu się za bardzo, żeby złapać znicza i tylko pilnował, by przeciwnik też go nie dostał. Nie był przy tym zbyt skupiony, a bardziej niż wypatrywanie złotej piłeczki interesowało go to, co dzieje się niżej, przy obręczach.

Mimo to, kiedy Laura nagle zanurkowała w ślad za złocistym błyskiem, zareagował natychmiast. Dziewczyna miała kilka sekund przewagi, ale on lepszą miotłę, więc jeszcze mógł ją wyprzedzić. I zapewne zrobiłby to, gdyby Blakely nie popisał się refleksem — i wyjątkowym fartem — i nie odbił w niego tłuczka. Harper w ostatniej chwili uskoczył w bok. Nim jednak zdołał zapanować nad rozedrganą miotłą, Madley tryumfalnie uniosła dłoń, w której trzepotała maleńka, złota piłeczka.

Hailey podskoczyła na ławce, z trudem powstrzymując się, żeby wzorem reszty Puchonów nie zerwać się na równe nogi.

— Wygrali! — wrzasnęła zdezorientowanemu Gustawowi do ucha. — Wygrali, wygrali, wygrali!

x

Deszcz zacinał coraz mocniej, więc po meczu wszyscy jak najszybciej wrócili do zamku. Pomona od razu udała się do pokoju wspólnego Hufflepuffu, żeby pogratulować drużynie i upewnić się, że nie będą świętować zbyt entuzjastycznie, a Hailey postanowiła jej towarzyszyć. Auriga wymówiła się bólem głowy i stwierdziła, że pójdzie się na chwilę położyć przed obiadem, natomiast Liza razem z pozostałymi członkami kadry pedagogicznej skierowała się do pokoju nauczycielskiego.

— A więc jednak Puchoni — zagadnęła współczująco do Horacego po drodze. — Po prostu mieli szczęście. Szkoda, bo Ślizgoni grali naprawdę nieźle.

— Szkoda, wielka szkoda — zgodził się, ale w jego głosie nie brzmiał zbyt wielki żal. Vector podejrzewała, że Mistrz Eliksirów ucieszyłby się z każdej okoliczności, która sprawiłaby, że nie musiał dłużej moknąć i marznąć na trybunach. — Lepiej do nich zajrzę, przyda im się jakieś pocieszenie. Mam nadzieję, że skrzaty nie dały Puchonom całego zapasu kremowego piwa...

Uśmiechnęła się lekko. Może w tym roku Horacy nie miał żadnego ulubieńca z zadatkami na gwiazdę quidditcha i dlatego rozgrywki nie ekscytowały go zbyt mocno, ale dbał o swoich podopiecznych najlepiej, jak potrafił.

Gustaw otworzył przed nią drzwi do pokoju nauczycielskiego i przepuścił ją przodem. Wydawało jej się, że patrzył na nią jakoś dziwnie, ale zignorowała to.

— A my co, napijemy się może grzanego wina? — zaproponowała Rolanda wesoło.

Odpowiedziały jej entuzjastyczne pomruki. Hagrid dołożył drew do kominka, a Filius machnięciem różdżki sprawił, że ciepłe powietrze w mig rozeszło się po całym pokoju. Liza stanęła przy oknie i zapaliła papierosa, Irma usadowiła się wygodnie w swoim fotelu i natychmiast wyciągnęła książkę. Do pokoju wsunęły się Minerwa i Poppy.

— Ten mecz to na pewno się odbył? — nie dowierzała ta druga. — Żadnych złamań, żadnych siniaków, niemożliwe. Przez dwadzieścia minut nie zdążyli się nawet przeziębić...

Liza spostrzegła, że Gustaw znów jej się przygląda. Przygładziła włosy, zastanawiając się, o co, u licha, mu chodzi. W końcu zirytowana spojrzała na niego pytająco, więc podszedł do niej z uśmiechem.

— Wygląda na to, że wygrałem — powiedział.

W pierwszej chwili nie zrozumiała.

— Zakład — wyjaśnił spokojnie. — Zapomniała pani?

Vector z trudem powstrzymała jęk rozpaczy.

— Nie, oczywiście, że nie zapomniałam — odparła szybko, choć tak właśnie było.

„Idiotka!" — ofuknęła się w duchu. — „Co też ci strzeliło do głowy?"

— Gratuluję. — Zmusiła się, by to powiedzieć. — Więc? Czego pan sobie zażyczy? — zapytała sucho.

— Jeszcze się zastanawiam. Dam pani znać, jak coś wymyślę.

xxx

Sev? Mogę ci zadać pytanie? — zagadnęła Auriga, kiedy Severus wreszcie skończył warzenie ostatniego eliksiru i z filiżanką herbaty usiadł w fotelu naprzeciw niej. — Jeśli nie będziesz chciał, nie musisz odpowiadać.

Spojrzał na nią pytająco.

Słucham?

W jaki sposób oszukujesz Czarnego Pana? Zastanawiam się nad tym od dawna i nie potrafię sobie tego poukładać. To najpotężniejszy czarnoksiężnik naszych czasów! Ponoć zawsze wie, kiedy ktoś kłamie i niczego nie da się przed nim ukryć. Jak tobie się to udaje?

O dziwo, Severus odpowiedział bez wykrętów ani złośliwych komentarzy:

Jestem oklumentą. Cholernie dobrym oklumentą — wyjaśnił, widząc jej zaskoczoną i pełną niedowierzania minę.

Auriga prychnęła cicho, ale musiała przyznać, że zrobiło to na niej wrażenie.

Czarny Pan świetnie opanował legilimencję, co rzeczywiście pozwala mu mieć wgląd w niedostatecznie chronione umysły — powiedział Snape. — Potrafię się przed tym bronić, podsuwając mu to, co chce zobaczyć. Jest przekonany, że ma we mnie najwierniejszego sługę.

Skrzywił się lekko, ale Sinistra nie zwróciła na to uwagi, tknięta nagłym niepokojem.

Tak, ja także potrafię stosować legilimencję — westchnął Severus z lekkim znudzeniem. — Nie, nie czytam w twoich myślach, Aurigo. To, można powiedzieć, standardowy zestaw nasuwających się pytań — uspokoił ją kpiącym tonem.

Zmieszana czarownica z irytacją uciekła wzrokiem przed jego przenikliwym spojrzeniem.

Muszę przyznać — dorzucił szczerze ubawiony — że odrobinę się na tobie zawiodłem. Sądziłem, że sama się domyślisz. ...No, nic nie powiesz? — zapytał, nieco zaskoczony jej milczeniem.

Uniosła ironicznie brwi.

Nie powinieneś doskonale wiedzieć, co teraz myślę? W końcu możesz grzebać ludziom w głowach i nawet się nie zorientują...

Severus spojrzał na nią dziwnie.

Uważasz, że to właśnie robię? — zapytał i Auriga ze zdziwieniem stwierdziła, że w jego głosie brzmi coś na kształt rozczarowania. — I naprawdę sądzisz, że legilimencja polega na „grzebaniu ludziom w głowach"? — dodał natychmiast ze zwyczajną złośliwością.

Sinistra wzruszyła ramionami, obserwując go uważnie.

Mniej więcej.

Więc się mylisz. To tak nie działa.

A jak?

Owszem, potrafię zobaczyć czyjeś myśli i uczucia, ale to wymaga skupienia i utrzymywania kontaktu wzrokowego. Umysł jest rzeczą złożoną i trudną. Nie mogę ot tak wedrzeć się do niego i wyciągnąć to, co akurat jest mi potrzebne. Gdybym to zrobił, w najlepszym razie zorientowałabyś się, że coś jest nie tak i próbowała się obronić, a w najgorszym, gdybym użył zbyt wiele siły, doprowadziłbym cię do obłędu.

Auriga nie wyglądała na przekonaną. Severus machnął ręką.

Tak czy inaczej, możesz być spokojna, bo nigdy nie używałem i nie użyłbym na tobie legilimencji. To... nie byłoby w porządku.

Na twarzy Sinistry odmalowało się zaskoczenie.

Miło, że tak mówisz — powiedziała niepewnie i roześmiała się. — To byłoby okropne, gdybyś wiedział, co myślę!

Czyżbyś miała coś do ukrycia? — zainteresował się Severus.

Nie, skąd — odparła natychmiast.

Kłamiesz.

Och, powiedziałeś...

Nie potrzebuję legilimencji, żeby to wiedzieć. — Pochylił się lekko w jej stronę. — Wystarczy mi twoja mina i gesty... uciekanie spojrzeniem... przyspieszony oddech...

Zakłopotana Sinistra wzruszyła ramionami, pocieszając się tym, że choć może i Severus jest świetnym legilimentą i potrafi rozpoznać kłamstwo, to w odczytywaniu i interpretowaniu kobiecych zachowań jest beznadziejny — jak większość mężczyzn.

Każdy ma jakieś sekrety — powiedziała obronnym tonem. — Nie zaraz jakieś wielkie, obciążające i niewygodne tajemnice, ale takie zwyczajne, drobne...

Bez wątpienia — zgodził się z rozbawieniem, opierając się wygodnie. — Czy chcę wiedzieć, dlaczego się rumienisz, Aurigo?

Nie rumienię się.

Przecież widzę.

Czarownica z brzdękiem odstawiła filiżankę na stolik.

Późno się zrobiło — stwierdziła odrobinę zbyt szybko, zrywając się z miejsca. — Pójdę już; ty też powinieneś się położyć.

Jak uważasz — zgodził się Severus, również wstając, żeby odprowadzić ją do drzwi.

xxx

Naprawdę nie jesteś ani odrobinę ciekaw, jak się tu znalazłeś? — westchnął ciężko Lucjusz.

Kilkukrotnie próbował zagaić ten temat, ale dotąd robił to nieco bardziej subtelnie, niby to od niechcenia, więc Severus mógł udawać, że po prostu nie rozumie, o co mu chodzi. Najwyraźniej jednak Malfoy stracił już cierpliwość.

— Nie — odparł krótko Snape, po czym przymknął oczy, zamierzając symulować drzemkę, w nadziei, że Lucjusz da mu spokój.

Przez pierwsze dni po tym, jak poczuł się lepiej, Severus głównie spał. Pozostały czas, z którym nie miał nic lepszego do zrobienia, spędzał na ćwiczeniu oklumencji. Zaczął od starannego oczyszczenia umysłu. Najpierw musiał pochować gdzieś to wszystko, co przeszkadzało: uparcie powracające myśli, bolesne wspomnienia, niewygodne uczucia, drażniące wyrzuty sumienia. Wytrwale upychał je po najciemniejszych kątach, a potem ogradzał wysokimi, kolczastymi murami, zza których nie mogły się wydostać. Zajęło mu to trochę czasu, ale w końcu się udało i od tamtej pory jego ulubionym zajęciem stało się wpatrywanie się w ogień albo spływający po szybie deszcz i niemyślenie. Wolał to nawet od spania, bo w snach nie kontrolował się tak, jak by chciał, i czasem przez jego zasieki przedzierały się strzępy zdarzeń, obrazów czy głosów... Zawsze budził się wtedy zlany potem i potem znów długo musiał porządkować umysł, zanim odzyskiwał spokój.

Severus usłyszał głośne szurnięcie i z irytacją otworzył oczy. Najwyraźniej Malfoy nie zamierzał tym razem dać się łatwo zbyć, bo przysunął sobie fotel i usiadł obok jego łóżka.

— Nawet nie zajrzałeś do gazety, prawda? — Spojrzał na stojący w kącie stolik zarzucony stertą makulatury, na którą składały się głównie „Proroki Codzienne" z ostatnich tygodni. Przyniósł je dwa dni temu z nadzieją, że Severus nie zdoła powściągnąć ciekawości i sięgnie do nich, żeby sprawdzić aktualną sytuację w czarodziejskim świecie. Pomylił się, sądząc, że podejdzie go tak łatwo.

Snape uniósł ironicznie brew.

— Dorzuciłem ci też „Eliksirotwórstwo praktyczne" — dodał Malfoy.

— Obecnie ledwie jestem w stanie samodzielnie utrzymać się na nogach na tyle długo, by dojść do łazienki. Szczerze wątpię, bym w najbliższej przyszłości mógł wrócić do warzenia eliksirów — zauważył.

Lucjusz wzruszył ramionami.

— Pomyślałem tylko, że to może cię zainteresować. Zresztą w końcu wydobrzejesz i będziesz musiał coś ze sobą zrobić.

Severus nie odpowiedział. Nigdy by się do tego nie przyznał, ale był zadowolony z tego, że na razie Cordice bezwzględnie zalecił mu leżeć i nabierać sił. Powolna rekonwalescencja uwalniała go od konieczności podejmowania decyzji i działania — i dobrze, bo nie miał pojęcia, co mógłby zrobić. Każda próba zastanawiania się nad tym i poczynienia planów na najbliższą przyszłość, prowadziła do prostej konstatacji, że lepiej, gdyby jednak zginął. Łatwiej było po prostu o tym nie myśleć. W końcu i tak na razie nie mógł ruszyć się z łóżka.

Na szczęście Lucjusz nie zdecydował się ciągnąć tego wątku i wrócił do tematu gazet.

— Masz rację, nic nie tracisz — westchnął, rozpierając się wygodnie w fotelu. — Nie ma w nich niczego ciekawego. Ciągle Potter i Potter. Nawet w tym cholernym „Eliksirotwórstwie"...

Można się było tego spodziewać, pomyślał zgryźliwie Severus. Nawet martwy, Potter musiał nieustannie ściągać na siebie uwagę.

— Ostatnio — ciągnął Malfoy — udzielił im wywiadu. Czasopismu o eliksirach! Pewnie chcieli sobie podnieść sprzedaż... Całkiem sporo wspominał w nim o tobie...

Severus zmarszczył brwi z lekką konsternacją. Miał dość głupie uczucie, jakby ominął go spory fragment wypowiedzi, bo w kształcie, w jakim do niego dotarła, nie miała najmniejszego sensu.

— Chwila — przerwał mu, unosząc się lekko na poduszkach. — Kto o mnie wspominał?

— Potter. W wywiadzie dla „Eliksirotwórstwa praktycznego", przecież mówię.

Snape czegoś tu nie rozumiał.

— Potter... przeżył?

Lucjusz spojrzał na niego z zaskoczeniem i skinął głową. Snape poczuł zimny dreszcz przerażenia biegnący mu po kręgosłupie. Malfoy faktycznie ani razu nie powiedział, że Potter zginął. Mając w pamięci słowa Dumbledore'a, Severus sam założył, że tak się stało. Ale skoro nie...

— Jesteś tego pewien? Widziałeś go żywego po bitwie?

— Oczywiście! W maju składał wyjaśnienia w sprawie Draco i Narcyzy w Ministerstwie. Potem zaszył się gdzieś z przyjaciółmi na dwa miesiące, żeby odpocząć, a od września rozpoczął kurs aurorski i zajęcia w Hogwarcie. Gazety na bieżąco rozpisują się o wszystkim, co robi; wiedziałbyś o tym, gdybyś choć zerknął... — wymownym machnięciem ręki wskazał stolik.

— To niemożliwe...

— Dlaczego? — zdumiał się Lucjusz.

— Nieważne — odparł Snape, starając się zabrzmieć chłodno i spokojnie, choć w środku zżymał się z niepewności i złości.

Jakim cudem chłopakowi udało się przeżyć? Powinien zginąć, inaczej wszystko poszło na marne... Można się było zresztą spodziewać, że Potter wszystko koncertowo spieprzy. Co Dumbledore sobie myślał, powierzając taką misję bezczelnemu, zadufanemu w sobie nastolatkowi? Co teraz? Jeśli cząstka duszy Voldemorta nadal w nim żyła, to znaczy, że prędzej czy później wszystko zacznie się od nowa...

Chyba że to Dumbledore się pomylił.

Czy to możliwe? Nie byłaby to jego pierwsza pomyłka, ale jednak... Severus sam nie wiedział, co o tym myśleć. Nie sądził, że ta wiadomość może wywołać w nim tyle emocji. Pogodził się z tym, że syn Lilymusi umrzeć; że chronił go tylko po to, by zginął w odpowiednim momencie. Tymczasem on przeżył. Oczywiście to komplikowało pewne sprawy...

Snape nieświadomym, bezradnym gestem uniósł dłoń do czoła i potarł skronie.

— Wszystko w porządku? — zapytał Malfoy, wpatrując się w niego podejrzliwie.

Severus potaknął, a potem westchnął z rezygnacją.

— Powiedz mi, co się wydarzyło — poprosił.

xxx