.
Rozdział 8
Klisze pełne wspomnień i kamienie u szyi
.
Harry siedział przy niewielkim stoliku przy ścianie w ponurym, ciemnym gabinecie Snape'a, wpatrując się w jeden z regałów z książkami, którego półki uginały się pod ciężarem grubych tomów, zastanawiając się, czemu nigdy wcześniej nie zwrócił uwagi na to, że ten ciasny, wysoki regał, wciśnięty pomiędzy dwoma innymi zapełnionymi literaturą popularno-naukową, jest zapełniony klasykami mugolskiej literatury. Miał ochotę do niego podejść. Przeciągnąć palcami po przetartych grzbietach, rozczytać wszystkie, co do jednego, tytuły z okładek, przekonać się, czy znajdzie pośród nich swojego ulubionego, fantastycznego Dickensa, czy obok mocno zużytych - nawet w otoczce magii konserwującej, krzyczących starością - „Widoków Londynu", nie stoją może „Fale" i „Pani Dalloway", czy gdyby wyciągnął z półki Goldinga, otworzył na pierwszej lepszej stronie i zanurzył nos w pożółkłych kartach, to odetchnąłby tym specyficznym, pociągającym zapachem starych książek, przypominającym mu woń lasek wanilii, tak różną od stęchłego zapachu wiszącego w powietrzu pamiętnej komórki pod schodami.
Zachował w pamięci je wszystkie - przemycane po kryjomu do domu, czytane przy mdłym świetle latarki pod kołdrą, w ukryciu. Zachował w pamięci własny strach - niepokój, że jeśli zostanie nakryty na tej sekretnej czynności przez swoje wujostwo, na zawsze straci dostęp do literatury. Zachował w pamięci rozbiegane spojrzenie, które kierował na nauczyciela angielskiego z wiecznie tym samym błaganiem na ustach: „Tylko ani słowa ciotce i wujowi, proszę, proszę, proszę", kiedy ten przynosił mu coraz to ciekawszą pozycję z własnej, osobistej biblioteki i z krzepkim uśmiechem wkładał mu w dłonie, mówiąc: „możesz ją trzymać, ile tylko zapragniesz", a Harry czuł łzy, które tamował całą siłą woli, piekące go w gardło jak kwas.
Chyba nigdy nie zapomni pierwszej książki, którą przyciskał do piersi, której z namaszczeniem odchylił okładkę - pamiętał, że była niebieskawa, może turkusowa, a może lazurowa - i zanurzył się w nadrukowanych słowach, które porwały go z dala od tej ciasnej komórki i tego gustownego, pięknego domu, w którym czuł się tak bardzo nieszczęśliwie. „Śmierć czyha na nas w pełni życia" — napisała Agatha Christie, a kilkuletni Harry, zatrzasnął książkę, schował twarz w poduszkę, wepchnął pięść do ust i się rozpłakał.
Siedział i wpatrywał się w regał jak cielę w malowane wrota.
Dopiero nieznacznie uniesiony głos Snape'a przywrócił go do rzeczywistości - ponieważ jego umysł zdawał się zatrzymać swą pracę na tę krótką chwilę:
— Jak za moment nie raczysz nawiązać do tego, pożal się boże, nowego profesora, to cię, Potter, wyproszę — ostrzegł, a Harry otrząsnął się i skierował na niego - wciąż lekko nostalgiczne - spojrzenie.
— Przepraszam — odezwał się cicho, nie będąc pewnym, czy jego głos brzmi naturalnie i pokręcił głową, aby odegnać zamęt z umysłu. — Hughes — rzucił hasłowo, starając się wymazać wspomnienie komórki pod schodami sprzed oczu. — Legilimencja.
Snape przyglądał mu się na wpół niechętnie, na wpół z zamyśleniem znad złączonych dłoni, na których opierał brodę. To dziwne odczucie - kiedy w tych czarnych oczach wpatrzonych prosto w jego własne, nie ma pogardy.
— Dlaczego sądzisz — zapytał Snape z ciężkim westchnieniem - jakby ta rozmowa była dla niego męcząca - a Harry zaczął się zastanawiać, czy dobrze postąpił, przychodząc do niego z tą kwestią — że mógłby ją znać?
Harry wzruszył ramionami, oczami wyobraźni widząc już pogardę malującą się w rysach tej ziemistej twarzy.
— Intuicja — przyznał, spodziewając się, że Snape go wykpi, że przewróci oczami, że nazwie go paranoikiem albo idiotą; że wyprosi go z gabinetu. — Jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.
Snape go nie wyśmiał.
Harry odetchnął głęboko przez nos, przecierając palcami brwi w geście aż krzyczącym zmęczeniem.
— Chociaż... — zamyślił się. — Może to tylko paranoja? — Do jego głosu wkradła się pytająca nuta, gdy szukał w nieczytelnej twarzy Snape'a potwierdzenia.
I może to byłoby jakimś wyjaśnieniem - może uroił sobie sytuację, źle odczytał słowa, szukając przeszkód tam, gdzie nie było śladu nawet po ich cieniach, może zbudował w umyśle zakrzywioną wizję świata, który czyha na niego na każdym kroku, a który nie jest wcale wiernym odzwierciedleniem rzeczywistości?
Wąskie wargi wykrzywiły się w kwaśnym grymasie i zanim Harry zdążył odpowiedzieć sobie na to pytanie, Snape prychnął, brzmiąc tak, jakby spluwał.
— Zadziwiająca wiara we własne możliwości, Potter — zaszydził, kręcąc głową; kilka kosmyków przetłuszczonych włosów przysłoniło mu oczy. — Zamiast stawiać mi tu jakieś nieracjonalne diagnozy, ty mi lepiej, Potter, powiedz, co takiego zrobił nasz szanowny profesor Transmutacji, że doszedłeś do podobnych wniosków?
Harry - w nerwowym tiku - oblizał dolną wargę.
— Powiedział mi — oznajmił, skacząc spojrzeniem po tej ziemistej twarzy — że lubi to, jak mówię, co myślę.
Snape wygładził szatę i odchylił się do tyłu, moszcząc się wygodnie na oparciu krzesła.
— Tak to ujął? — uniósł brwi. — Że lubi, jak mówisz to, co myślisz? — Odgarnął z kości policzkowej plączące mu się po twarzy włosy i przechylił nieznacznie głowę, przyglądając się Harry'emu, jakby ten był nowo wynalezionym składnikiem do eliksirów o nieznanych jak dotąd właściwościach.
— Mam go zacytować, na bogów? — nachmurzył się Harry, wykrzywiając cierpko wargi. — W porządku, mogę — wzruszył ramionami. — Powiedział, tutaj cytat, wiesz, co lubię ja - sposób, w jaki mówisz dokładnie to, co myślisz.
Snape postukał - raczej bezwiednie - palcami o dolną wargę.
— A to była odpowiedź na...?
— A co to ma za pieprzone znaczenie? — obruszył się Harry.
— Wszystko ma znaczenie, ty idiotyczny gówniarzu — oznajmił Snape, przeciągając z oschłością sylaby. — I racz pohamować nieco ten swój niewyparzony język, jasne?
Harry zamknął oczy i policzył w myślach do trzech, kiedy chłodna jak ciekłe srebro irytacja wślizgnęła mu się do krwiobiegu jak toksyna.
— Jak słońce — wypluł, zaczynając przeklinać się w myślach, za to, że w ogóle przypałętał się do tego koszmarnego gabinetu. — Powiedziałem mu... — zaczął, biorąc głęboki oddech i próbując przymierzyć słowa, które ani myślały ułożyć się, jak należy, na jego języku. — Matko, no nie pamiętam, co mu dokładnie powiedziałem — wypuścił ze świstem powietrze, myśląc, że Snape pewnie będzie miał go przez to wyznanie za idiotę, i przetarł nasadę nosa. — Rzuciłem mu jakieś ochłapy, w stylu: nie lubię popularności, czy też: nie lubię, jak ludzie mnie obserwują, coś takiego.
Snape wyglądał, jakby usłyszał coś nieoczywistego i Harry pomyślał, że mógł swoimi słowami nieco naruszyć wyobrażenie profesora o jego pławieniu się w blaskach sławy.
— A ty — powiedział wolno Snape, wpatrując się w jego twarz nie bez zamyślenia — co mu odpowiedziałeś?
Harry był bliski ulegnięcia chęci zazgrzytania zębami i kopnięcia pierwszej rzeczy, która nawinie się pod stopę.
— Nic mu, na Merlina, nie odpowiedziałem — warknął, wbijając sobie paznokcie we wnętrza dłoni. — Przestraszyłem się, dobra? Przestraszyłem się i wyszedłem z gabinetu.
Wąskie brwi Snape'a podjechały wysoko na czoło.
— To ci dopiero — powiedział cicho, przyglądając mu się jak wilk owcy — reakcja godna prawdziwego Gryfona.
-VVV-
Nigdy nie twierdził, że jest Gryfonem z krwi i kości, nigdy nie próbował przypisać sobie niewyczerpywanych pokładów męstwa, nigdy nie próbował nikomu wmówić, że odwaga uszlachetnia, nigdy nie reprezentował stanowiska głoszącego, że nie istnieją takie rzeczy, których mógłby się bać.
Ponieważ takie rzeczy - w istocie - istniały. Miały swój specjalny segment w archiwach jego umysłu, nagromadzone, skumulowane, stłumione. Przypominające o sobie zdecydowanie zbyt często i - jak na złość - bez uprzedzenia. I zwykle, w reakcji na kontakt z nimi, salwował się w ten sam sposób - ucieczką.
I tak na dobrą sprawę, nie przypominał sobie czasów, w których nie bał się niczego.
-VVV-
W kominku zamigotał ogień, a pomarańczowo-różowe refleksy rozlały się po ponurych ścianach komnaty, wykurzając z kątów cienie i przeganiając wiszący w powietrzu, posępny półmrok. Harry - ledwo rejestrując, że Snape odkłada swoją różdżkę na biurko - skierował twarz ku tańczącemu na szkłach jego okularów, trzeszczącemu ogniu jak kot, który wyciąga głowę ku słońcu, strosząc wąsy.
— Ciekawie się za niego zabierasz — powiedział Snape, a jego głos był miękki i Harry, nie wiedząc, co powinien na to odpowiedzieć, wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od ciepłego światła przemykającego po czerwonych, chropowatych cegłach kominkowych. — Szukasz w jego słowach ukrytych znaczeń, sprawdzasz jego nastawienie do twojej wiedzy i znajdujesz w nim zainteresowanie, więc wykorzystujesz to.
Harry pokręcił z niesmakiem głową, nie odrywając oczu od ognia.
— Gonię za najdrobniejszymi niuansami — sprostował, uśmiechając się niewesoło — bo tak naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Joseph Hughes to pieprzona, chodząca ostrożność. Na dokładkę wyciąga celne wnioski z każdego mojego - nawet najmniejszego - słowa i nie potrafiłby pan sobie wyobrazić jakie to piekielnie irytujące. Staram się zdobyć jego zaufanie, więc mówię mu o różnych, na pozór błahych sprawach - problem w tym, że on widzi w nich drugie dno i, o ironio, wcale się z tym jakoś bardzo nie kryje. — Ukłucie w piersi, jakie towarzyszyło tym słowom, było silne - bo nie udało mu się wywieść Hughesa w pole, chociaż sądził, że potrafi, bo nie zachował się na tyle subtelnie, by nie pozostawić po sobie odcisków swoich słów, a był przekonany, że nie stanowi to dla niego większej trudności. — Nie to, żebym żałował, że zdecydowałem się rozeznać w jego intencjach, ale... — Wciągnął głęboko powietrze przez nos i przytrzymał je głęboko w płucach.
Snape pokręcił głową, patrząc na niego, jakby czerpał z niego garściami, jakby jego gesty, jego słowa, jego oczy wysyłały ku niemu sygnały, których nie potrafił zahamować, zachowując dla siebie, jakby wyraz jego oczu był nie do zakłamania, jakby ścierał emocje bezpośrednio z jego źrenic i Harry czuł się tak, jakby pierwszy raz od dłuższego czasu ktoś patrzył bezpośrednio na niego, a nie poprzez niego - czuł się widziany i nie rozumiał, dlaczego ktokolwiek miałby poświęcać mu swoją całkowitą uwagę; spuścił wzrok na własne dłonie.
Jego serce - stuchlałe, spłoszone, małe - drżało, kiedy Snape patrzył na niego w ten nietuzinkowy, odmienny od reszty świata sposób: jakby nie filtrował jego emocji, jego uczuć przez emocjonalne, zamknięte w ścisłych ramach klisze i przyjęte na wiarę przekonania. Jakby ujrzał - w tej chwili, niespodziewanie - jego prawdziwą twarz i stojące za nią obawy i niepewności. Jakby zobaczył chłopca z komórki pod schodami, a Harry miał ochotę zapaść się pod ziemię i już nigdy nie wyściubić stamtąd nosa.
Harry wypuścił ze świstem powietrze.
— Tak naprawdę nic o nim nie wiem - i to właśnie jest moja słabość — powiedział cicho swoim dłoniom. — Jeśli on faktycznie jest Śmierciożercą, może kiedyś pęknąć. Nie wiem, czy nie zrobi czegoś nieoczekiwanego i nie przyłoży mi różdżki do gardła — przyznał przyciszonym głosem — nie jestem pewien, jakich kroków powinienem się po nim spodziewać.
Snape powoli nachylił się nad oddzielającym ich, filigranowym stolikiem i włożył mu palce pod brodę, unosząc mu głowę. Harry przygryzł - niezbyt mocno - dolną wargę i podniósł na niego oczy.
— Tak długo, jak będzie to leżało w mojej intencji — wyszeptał Snape, błądząc spojrzeniem pomiędzy jego oczami — nikt nie wyrządzi ci najmniejszej krzywdy, Potter.
Chciałbym móc w to uwierzyć — pomyślał Harry, ale nic nie odpowiedział.
-VVV-
Potem będzie na niego warczał przez tydzień - Snape, ten aspołeczny, chodzący sztorm rozdrażenienia - jakby musiał zrehabilitować przed samym sobą te kilka słów szczerości, jakby ich żałował, jakby żywił do siebie wyrzuty, że zbyt szeroko uchylił swoją szczelną, stałą skorupę, a Harry będzie słuchał w milczeniu wszystkich urągliwych epitetów, przyjmował na siebie każdy złowróżbny syk, każdy zniechęcony warkot, każdy szturm na jego spokój, a opryskliwy głos Snape'a będzie spływał po nim jak po kaczce.
— Wiesz, Snape — miał czasami ochotę powiedzieć — słowa nie są czymś, co można tak łatwo cofnąć — ale nic nie mówił, bo nie zamierzał narażać się na jeszcze większą powódź jadu z jego strony.
I kiedy przychodził na zajęcia Oklumencji, dowiadywał się, że jest nieporadny i marny, i nieutalentowany, że próba wbicia mu do głowy magii umysłu idzie jak krew w piach i że nawet pięciolatek - będąc na tym etapie swojej edukacji w doskonaleniu tej dziedziny - poradziłby sobie lepiej, a Harry uśmiechał się ponuro w odpowiedzi, kręcił głową i zachowywał milczenie.
— Czy ty w ogóle rozumiesz termin: „zamknij umysł"? — prychał na niego Snape, a jego głos był ostry jak mugolski skalpel. — Czy ty w ogóle się choć trochę wysilasz? Czy potrafisz nie reprezentować sobą księgi otwartej na oścież?
— Postaram się — odpowiadał drętwo Harry.
— Potter — irytował się Snape, obnażając zęby jak dzikie zwierzę — wałkujemy to tak długo, że coś już powinno dotrzeć do tej twojej pustej łepetyny — zarzucał głową jak rozdrażniony byk — a ty śmiesz mi mówić, że się postarasz?
Harry zaciskał zęby, mając wrażenie, że słowa Snape'a ryją w nim jak naostrzone pazury, a to jego głupie serce było dziwnie ciężkie, kiedy pompowało krew po jego organizmie.
— Jestem w stanie to opanować — zapewniał, ale jego głos brzmiał słabo - mimo to patrzył mu w oczy, tak bardzo chciał uwierzyć w prawdomówność tego stwierdzenia. Czuł, że jeśli tylko Snape spojrzy na niego i potwierdzi: „tak, jesteś w stanie" - oczywiście nie omieszkując dorzucić do tego kilku ociekających jadem epitetów, to z pewnością dotrze do celu, osiągnie sukces, okręci sobie całą tą Oklumencję wokół małego palca, ale im dłużej Snape na niego patrzył, tym mniejszą pewność siebie znajdywał w sobie Harry; bo Snape w to nie wierzył - wątpił, czy Harry jest na tyle zdolny, że podźwignie opanowanie tak ciężkiej, skomplikowanej, niejednopłaszczyznowej dziedziny, wątpił w to, że Harry'emu uda się zablokować mentalny atak samego Lorda Voldemorta, nie dowierzał staraniom, które Harry wkładał w to, aby to osiągnąć.
Jakby nie rozumiał, że człowiek potrzebuje oparcia, nie zbesztania, żeby wybić się ponad standardy.
-VVV-
Harry przełykał ślinę, myśląc, że coraz trudniej jest mu oglądać swoje popsute sny; nie wiedział, jak wiele z nich jest w stanie jeszcze ujrzeć i nie zwariować.
— Masz dosyć, Harry? — pytał mężczyzna z jego sennych urojeń, a w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie.
Miał ochotę zmarszczyć nos i zamknąć oczy, ale nie mógł - nie tu, po drugiej stronie jawy.
— Wcześniej tej nocy miałem sen — powiedział raz Voldemortowi, brzmiąc, jakby mówił przez suche wargi. — Był pełen słońca, wiesz? I kolorów. I ciepła.
— Nie lubię ani ciepła, ani kolorów — mruczał z potępieniem ten, który nie chciał go puścić i wydawał się rozbawiony samą sugestią, że mógłby. I Harry za nic w świecie nie był w stanie pojąć dlaczego - dlaczego to takie niemożliwe, dlaczego to nie do przyjęcia.
— A co lubisz? — pytał ze szczerą chęcią zrozumienia tego nieoczywistego człowieka, ale w odpowiedzi otrzymywał jedynie pobłażliwy uśmiech i piekące upomnienie mające swoje źródło w bliźnie znaczącej jego czoło; wyrywał się ze snu, zaciskając z bólu zęby i przyciskając mocno dłoń do pulsującej ostro głowy, jakby ta była kompresem, który przyniesie ulgę.
-VVV-
— To śmieć — usłyszał za swoimi plecami, kiedy tej nocy siedział na Wieży Astronomicznej, czytając artykuł o mocno naruszonej przez cenzurę treści o zamieszkach w Londynie - które wcale nie były wyczynem Śmierciożerców, no jakże? Westchnął i zamknął gazetę, odkładając ją na ziemię koło swoich nóg. — Polecam Żonglera — oznajmiła Dora, osuwając się koło niego po ścianie z uszczypliwym uśmiechem — dziesięć razy bardziej rzetelny.
— Ludzie mają Żonglera za majaki obłąkanego czarodzieja — zauważył.
Odpowiedziało mu szydercze prychnięcie.
— To chyba nie czytali jeszcze sekcji wiadomości politycznych w Proroku — odrzekła z całkowitym przekonaniem o własnej racji Dora i strzeliła głośno z gumy balonowej. Jej ciemne oczy zerknęły na niego przez wpadające jej na powieki włosy.
Harry się uśmiechnął, obserwując profil jej szczupłej twarzy. Bawiła się kosmykami zwijającymi się jak chude, cienkie żmije przy końcówkach. Światło księżyca ślizgało się po jej szyi jak po lodzie.
— Dora — westchnął, odwracając wzrok i przecierając palcami nasadę nosa — co ty tutaj jeszcze robisz?
— Przyszłam posiedzieć z moim ulubionym samotnikiem — szturchnęła go zaczepnie w ramię. — No, doceń moje zaangażowanie w podtrzymanie znajomości.
Harry uniósł wysoko brwi, odsuwając rękę od twarzy.
— Wiem, że nie jestem w twoim typie — puściła mu oczko Dora — ale potrzebuję zdjęć do nowej identyfikacji aurorskiej — oznajmiła i jak gdyby nigdy nic, wyciągnęła z torebki magiczny aparat i wcisnęła Harry'emu w dłonie. — No, słońce, cykaj — zarządziła, unosząc podbródek i robiąc głupią minę do obiektywu.
Wpatrywał się w jej wygiętą żartobliwym grymasem twarz dobrą chwilę, zanim uniósł aparat; a potem roześmiał się - głośno, szczerze i bez opamiętania.
-VVV-
Kiedy zamykał oczy, widział, jak tańczą na szczycie Astronomicznej Wieży, póki nogi nie odmówią im posłuszeństwa, jak kręcą się wokół własnej osi jak ptaki, jak psy goniące własne ogony, jak robią sobie zdjęcia na tle zalanych ciemnością błoni i gwieździstego nieba, strojąc miny i zaśmiewając się jedno przez drugie. Widział włosy, które ze spłowiałych przechodzą w róż, a potem w pomarańcz i plączą mu się między palcami, widział, jak padają na ziemię pod gwieździstym niebem, trzęsąc się z zimna, gdy zimowe, nocne powietrze zaczęło szczypać ich w policzki.
I widział też Remusa, który dystansuje się od tych drobnych dłoni, od tego zadartego nosa, od tych absurdalnie pomarańczowych włosów; miał ochotę złapać Dorę za ręce i powiedzieć: „On prosi się o złamane serce", powiedzieć: „On nie jest taki silny, jak udaje", powiedzieć: „On cię kocha na zabój", ale nie powiedział - skupił się na przyciskaniu ust do jej policzków i patrzeniu na to, jak pokazuje wszystkie zęby, gdy się uśmiecha, jak dwie ukośne zmarszczki biegną od jej nosa ku kącikom ust, jak łzawią jej ciemne oczy, gdy śmieje się do rozpuku.
Kiedy tamtej nocy rozstawali się pod światłem księżyca, Harry trochę zbyt długo wpatrywał się w jej wymięty kołnierzyk, a Dora trochę za długo ściskała mu rękę na pożegnanie.
-VVV-
— Dobrze się bawiłeś wczoraj w nocy? — zapytał chłodno Snape, wpuszczając go do swojego gabinetu, a Harry nie rozumiał, dlaczego poczuł się tak, jakby złamał jakieś niepisane reguły, robiąc coś niewłaściwego.
-VVV-
— Potter — zwrócił jego uwagę Snape, odkładając pióro, kiedy odrabiał jeden z licznych szlabanów, które zarobił w tym semestrze, a Harry uniósł na niego - nie bez lekkiego zamentu - wzrok — to się nie ma prawa skończyć dobrze.
— Co nie ma prawa się dobrze skończyć? — zapytał Harry, mając nadzieję, że Snape nie mówi o tym, o czym wydawało mu się, że mówił.
— Dobrze wiesz, co — odpowiedział cicho, a czarne oczy spojrzały prosto w zielone. — Może lepiej dla ciebie będzie, gdy skończysz z tym już teraz.
Harry nie odpowiedział, spuszczając wzrok na arkusz pergaminu i kontynuował pisanie karnego eseju o właściwościach balsamu z płonącej lewizji, jakby wcale mu w tym nie przerwano.
-VVV-
Nie musiał mu tego mówić - Harry doskonale wiedział, że znajduje się w fatalnym położeniu, wiedział to od pierwszej chwili, kiedy uśmiechy Nimfadory Tonks stały się figlarne, spojrzenia dłuższe, a źrenice szersze. Od pierwszej chwili, gdy zauważył, w jaki sposób zerka na niego spod rzęs i nieświadomie przechyla na bok głowę, odsłaniając szyję, na której tętniła niebieskawa żyła. Od pierwszej chwili, gdy przez jego umysł przemknęły proste, urwane myśli: „a może by tak...?", „a jeśli...?", „a gdyby...?".
I zdał sobie sprawę, że gdy zachodziło słońce, chciał usłyszeć jej głos i dotknąć palcami twarzy skropionej w pudrowo-bursztynowym blasku lejącym się znad linii horyzontu.
Potem śnił o promieniach słońca na roześmianej twarzy i refleksach padających na oczy o barwie głębokiego granatu.
-VVV-
Obudził go ból głowy. Ściskający, jakby ktoś mu obwijał ciężkie klapy wokół czaszki, jakby miał przyspawaną metalową obręcz do skroni, wiercący, drażliwy. I Harry, zaciskając powieki, myślał, jak to by było nigdy nie wstawać, leżeć pod tą miękką, rozgrzaną kołdrą na giętkim materacu, zaplątany w zwijające się prześcieradło już do końca życia.
Przez falujące kotary jego łóżka przedzierało się poranne słońce, które kłuło go w oczy i mroźny podmuch zimy, który ktoś wpuścił do środka przez wysokie, prostokątne okna.
Harry zwinął się w kłębek, słysząc szamotanie się swoich współlokatorów szykujących się na zejście do Wielkiej Sali, szurających krzesłami, zaśmiewających się, szeleszczących materiałami szat; słyszał zgrzytanie obręczy przesuwanych po cienkich karniszach wokół ich łóżek i kliknięcie zatrzaskiwanych w pośpiechu szuflad. Zaciskając mocno dłoń na krawędzi uklepanej poduszki, która po partacku układała mu się pod karkiem, wywołując tępy ucisk w kręgosłupie szyjnym, próbował zignorować otaczające go szelesty, decydując, że jeśli raz na cały semestr spóźni się z rana na zajęcia, to świat się nie skończy, ale wtedy ktoś z niegasnącą werwą odsunął kotary jego łóżka, a snop światła uderzył go w głowę jak łom.
— Wstawaj, stary — zawołał Ron, chwytając za krawędź jego kołdry i zrywając ją z niego jednym pociągnięciem, a Harry nie powstrzymał pełnego sunących mu po skórze dreszczy wzdrygnięcia, gdy zimne powietrze spadło na niego jak grom z jasnego nieba. — Śniadanie czeka — wyszczerzył się do niego, zdmuchując z twarzy nieuklepane, potargane w nieładzie, rude włosy i złapał podirytowanego Harry'ego za łokieć, ciągnąc za niego, jakby miał do czynienia z workiem ziemniaków.
Harry warknął wściekle i przekręcił się na drugi bok.
— Zostaw mnie, Ron. — Jego głos był chrapliwy, niższy niż normalnie, wciąż zaspany. — I oddawaj moją kołdrę.
— Nie — oznajmił rudzielec, pokazując mu przy tym niemal wszystkie zęby, a Harry, przez ułamek sekundy, miał kompulsywną chęć, by zamachnąć się i przydzwonić mu pięścią w tą wysuniętą buńczucznie szczękę. — Snape cię poćwiartuje i zakonserwuje w formalinie, jeśli spóźnisz się do niego na zajęcia. No dalej, ruszaj się!
Harry, zgrzytnąwszy zębami, miał ochotę mu powiedzieć, żeby przestał teoretyzować o tym, co mógłby, a czego nie mógłby zrobić Snape, bo nie ma o tym bladego pojęcia, ale jak zwykle zdusił słowa, wypuścił ciężko powietrze i bez wdawania się w niepotrzebne dyskusje, zaczął wyplątywać się z zawiniętego wokół jego nóg prześcieradła.
-VVV-
Zanim jednak dotarł na pierwsze zajęcia tego dnia - które, jak się okazało, wcale nie były Eliksirami, a Zielarstwem ze Sprout - silna dłoń Snape'a uchwyciła go za bark z siłą metalowych kleszczy (chude palce wbiły się pod obojczyk jak igły chirurgiczne) i wepchnęła do jednej z nieużywanych sal, zagraconych milionami pudeł ze starym wyposażeniem uczelnianym, nieobleczonych kurzem chyba jedynie dzięki niegasnącej chęci działania na zysk szkoły skrzatów domowych.
Harry skrzywił się, czując chłodne oburzenie wspinające się w górę jego ramion i uniósł wysoko podbródek, stawiając czoła wwiercającemu w niego intensywny wzrok Severusowi Snape'owi, przytrzymującemu go w miejscu z siłą nieadekwatną do chudości jego ramion i mizerności mięśni.
— Co pan sobie wyob...?
— Arabella Doreen Figg nie żyje — wciął się w jego podminowany zryw Snape, a Harry zadławił się własnymi słowami, czując chwytający go jak nagły skurcz ucisk gdzieś w głębi gardła, podczas gdy z jego ust uciekł nieartykułowany chargot i na moment jego dziwnie mglisty i zamazany umysł przełączył się na jakiś absurdalny tryb oszczędzania energii, w którym wszystko wokół niego toczyło się wolniej albo jakby informacje docierały do niego w powłóczystym tempie - przesuwały się po jego umyśle, jakby ktoś przepychał je bardzo wąskimi, ledwo drożnymi kanalikami, a te stawiały temu opór w każdym ułamku sekundy.
Tętniący ból głowy, który powitał go dzisiejszego ranka, ponownie dał mu się we znaki i Harry - przełykając ślinę - przycisnął chłodne knykcie do skroni, mając wrażenie, że czuje w niej miarowe pulsowanie, przyprawiające go o paranoję. I nagle zapragnął wyrwać się z uchwytu Snape'a i uciec gdzie pieprz rośnie, ukryć się tak, aby nie docierały do niego najmniejsze informacje ze świata.
Snape zdawał się to wyczuć, bo zanim Harry zdążył się szarpnąć, obrócił nim z niepokojącą łatwością i przyszpilił do gładkiego, ciemnego drewna wiodących na korytarz drzwi; zielonooki wzdrygnął się, czując przenikające jego kości, bijące od nich zimno.
Zacisnął oczy, próbując się skupić i wytężyć myśli, ale pod powiekami widział tylko szpakowate włosy spięte z tyłu głowy, przykryte niezbyt estetyczną, ozdobną siatką i wielkie, ciemne oczy zerkające na niego spod nienaturalnie cienkich, wyskubanych brwi.
Harry wypuścił drżąco powietrze, kiedy niczym grom z jasnego nieba, uderzyły w niego prawdopodobne okoliczności tej śmierci.
Pokręcił głową; stał naprzeciw Snape'a, patrzył na niego i kręcił głową, wywijając górną wargę, jakby mówił: „o czym ty, człowieku, mówisz?"; coś kłującego uciskało go w czaszce.
— Nie — powiedział słabo - to słowo wypadło z jego ust jak kamień. Z głębi gardła wyrwało mu się zapowietrzone prychnięcie. — Nie, to nie jest możliwe. — Jego spojrzenie błądziło po twarzy Snape'a, automatycznie doszukując się wszelkich oznak tego, że Snape nie mówi poważnie albo że się pomylił, albo że otrzymał niekompletne informacje, a z jego ust nie schodził sceptyczny grymas; pokręcił głową, jakby odganiał się od natrętnej muchy. — Przecież widziałem się z nią ledwie kilka miesięcy temu i miała się świetnie. Przecież...
— Potter — przerwał mu Snape - jego twarz była nieruchoma jak gips, poważna, szczera; pochylił się nad nim, patrząc mu prosto w oczy — Arabella Figg nie żyje.
Usta Harry'ego poruszały się, jakby układały się w słowa, ale żaden dźwięk nie wychodził z jego gardła; kręcił głową - coraz lżej, coraz wolniej - a jego oczy wodziły po trzeźwej, boleśnie pewnej siebie twarzy swojego profesora, szukając czegoś - czegokolwiek - sam nie do końca wiedząc, co oczekuje odnaleźć.
Jego dłonie uniosły się, jakby kierowane zewnętrzną siłą, i poruszyły w nieokreślonym geście, a Harry - próbując zebrać myśli - nie potrafił stwierdzić, co takiego pragnął tym przekazać.
Snape odsunął się, jakby dawał mu przestrzeń do pozbierania do kupy swojego ciała, reagującego w jakiś niewspółmierny z jego chęciami sposób i upięcia nerwów w solidnych ryzach, a Harry, miał problemy ze skompletowaniem słów, którymi mógłby zapytać. Przytrzymał się futryny, kiedy jego kolana stały się niemożliwie miękkie i zadrżały pod nim jak wieża z kart.
To absurdalne — przemknęło mu przez myśl i nie miał pojęcia, dlaczego Snape nie potrafi uzmysłowić sobie tego, że to, co mówił, to, co mu przekazywał, jest tak bardzo nieprawdopodobne. To jasne jak słońce - Snape się pomylił, oczywiście, że się pomylił - i Harry niebawem mu to udowodni.
— Zaraz... — starał się zebrać myśli. — Zaraz wyślę Hedwigę. List. Do pani Figg i...
Snape westchnął ciężko i w geście krzyczącym wyczerpaniem, uniósł dłoń do twarzy i przetarł palcami powieki; Harry dopiero wówczas zauważył, jak nienaturalnie poszarzała jest skóra wokół jego oczu i przez myśl przemknęło mu: „a co, jeśli...?", „a może...?".
Z ust młodszego czarodzieja wydobył się zdławiony odgłos, którego sam nie potrafił rozpoznać. Jego zmiękłe kolana wygrały walkę z jego ciałem i usiadł jak pies, zapierając się o stabilną pod jego - nagle zdrętwiałymi - palcami ścianę.
Miał trudności z przyjęciem do siebie tej wiadomości, ze zrozumieniem jej - jakby jakaś niewidoczna dla oka siła hamowała jego procesy myślowe, nie pozwalając mu na w pełni świadome rozumowanie - szczególnie, kiedy jego umysł bez przerwy podsuwał mu niechciane skojarzenie idące w parze z wyrazami: „pani Figg" i „śmierć", skojarzenie, które próbował wyprzeć umysłem i nie potrafił, skojarzenie, do którego starał się zdystansować, skojarzenie, które siało zamęt gdzieś pomiędzy jego uciskającymi czaszkę skroniami. I skojarzenie to brzmiało: „Voldemort".
— Chcesz wiedzieć, co się stało? — zapytał miękko Snape, a jego głos doszedł do Harry'ego jakby z oddali, jakby to było echo niesione przez wodę, jakby dzieliły ich długie metry szerokiego jeziora.
Kiedy Harry uniósł głowę, zorientował się, że ma przed sobą jego ziemistą twarz, jego niemożliwie czarne oczy, jego wydatny nos i - choć próbował - nie potrafił uświadomić sobie, w którym momencie Snape ukucnął naprzeciw niego; wiedział tylko, że teraz tam był, był i patrzył na niego, i o coś pytał. O coś, czego sens nie od razu dotarł do jego świadomości.
— Miała — wychrypiał Harry przez suche gardło — wypadek, tak? — Uparcie starał się nie myśleć, że to mogło być coś innego; jego usta drżały. — Poślizgnęła się na spacerze? Czy coś... coś na nią spadło, tak? Jakieś drzewo czy...?
— To było morderstwo, Potter.
Trzy krótkie słowa zamykające mu usta jak knebel - bo Harry myślał, że to niemożliwe, bo myślał, że Voldemort nie mógłby, nie sprawiłby, nie próbowałby - a jakiś natrętny głos z tyłu jego głowy szemrał po cichu: „jesteś pewien?". Tyle że w jaki sposób, dlaczego teraz - teraz kiedy do niego przyszedł, po co, w jakim celu? I w całym tym mętliku myśli, tak wielką absurdalnością wydawało mu, że Voldemort mógłby tego celu w ogóle nie mieć.
W jego głowie, zamiast pragnienia zemsty albo zadośćuczynienia - jakby to była jego wina, albo poczucia paniki, pojawiła się absurdalna myśl, którą wypowiedział na głos, zanim się zastanowił:
— A co z jej kotami?
Snape pokręcił głową, patrząc na Harry'ego, jakby urosła mu druga głowa, a potem - bez najmniejszego zawahania - wyciągnął ręce i owinął palce wokół jego policzków.
— Potter — wyrzucił z siebie jak westchnienie — skup się na jedną, przeklętą chwilę. — Czarne oczy przeskakiwały między zielonymi. — Jeśli Arabella Figg została zamordowana, to ktoś to zaplanował, rozumiesz? I świadczę głową, że nie był to Albus Dumbledore.
Harry doskonale rozumiał, co Snape sugeruje, ale nie potrafił przyjąć tego do wiadomości.
— Może to były zwykłe utarczki — zaproponował cicho. — Może...
— Na litość Morgany, Potter!
Harry spuścił wzrok i skulił ramiona, mając wrażenie, że w jego żołądku spoczywa kamień - bo w głębi duszy doskonale wiedział, że jeśli to prawda i pani Figg nie żyje, to ta śmierć nie była spowodowania żadnymi utarczkami.
-VVV-
— Czy wysłałeś swoich ludzi na Arabellę Figg? — zapytał ciężko Harry, mając wrażenie, że jego język waży tony i wypełnia mu usta jak balon - jakby był nienaturalnie spuchnięty.
— To, że do mnie przyszedłeś — roześmiał się miękko Voldemort, patrząc na niego znad uniesionych w rozbawieniu policzków — nie oznacza jeszcze, że wojna dobiegła końca.
Harry'emu dzwoniło w głowie - wpatrywał się w tą bladą, upodobnioną do węża twarz i to, co pulsowało w jego żyłach, nie było wstrętem, nie było nienawiścią, nie było gniewem - to było rozczarowanie, tępe i głuche jak echo dobiegające z pustej studni. Jego nieporadne serce zdawało się ciążyć w jego klatce piersiowej, naciskać na mostek, osuwać się do żołądka, jakby nie potrafiło spokojnie wybijać swoich stałych, monotonnych rytmów.
— Dlaczego? — zapytał i nie dodał nic więcej; stał i czekał, i wierzył - głęboko, może trochę głupio i naiwnie, ale z całego swojego zmarnowanego serca - że musiał istnieć jakiś ścisły powód, że wszystko da się jakoś wytłumaczyć - nie wiedział jak, nie wiedział jakimi słowami, nie wiedział jakimi gestami, ale ufał, że na pewno.
Voldemort przez moment nic nie mówił - tylko patrzył, ale nie na niego, przed siebie, jakby dostrzegał coś, czego oczy Harry'ego nie były w stanie uchwycić.
— Skąd pomysł, że musiał istnieć jakiś powód? — spytał na pozór spokojnie, ale coś stało za tymi słowami, coś, czego Harry nie do końca potrafił nazwać - wibrowało gdzieś na granicy tego miękkiego głosu jak wprawiona w ruch struna.
I Harry nie odpowiedział, bo tak naprawdę nie musiał. Stał i czekał, i patrzył na Voldemorta, który zdawał się unikać jego wzroku - Harry jeszcze nie do końca wiedział, jak powinien to rozumieć. Czarny Pan uciekający spojrzeniem był dla niego czymś tak świeżym i tak nadzwyczajnym, że Harry nie potrafił oderwać od niego oczu.
— Wiedziała za dużo — odezwał się w końcu Voldemort, co zasadniczo niczego nie wyjaśniało, ale chwilowo całkowicie Harry'emu wystarczyło, a on sam poczuł się tak, jakby ogromny ciężar osuwał się z jego piersi w bezdenną przepaść.
Kiwnął głową i odstąpił.
-VVV-
Kiedy Snape kolejny raz rzucił na niego zaklęcie: „Legilimens", Harry nie wiedział, czy jest na to gotowy, bo w głowie widział tylko to, jak stawia czoła całemu światu i to, jak goni za kobietą, która nie powinna go interesować. Dostrzegał czerwień w inteligentnym spojrzeniu i próbował oddzielić słuszność od obłędu, odnaleźć ten złoty środek, to aurea mediocritas, zrozumieć coś na pozór niemożliwego do rozwikłania - i tak, jak oczekiwał, nie był w stanie. Odliczał sekundy, gdy blizna go piekła i zastanawiał się, jak wiele potrafi zachować dla siebie.
-VVV-
Złoto lśniło w jego szklance, gdy Snape zakręcał butelkę whiskey i zerkał na niego spomiędzy przetłuszczonych, czarnych włosów, spadających mu na twarz. W jego spojrzeniu było coś kategorycznego.
Harry uniósł szkło na wysokość oczu i przyjrzał się falującemu w jego obrębach alkoholowi przykrywającemu dno.
— To trucizna? — wyrwało mu się, choć wcale nie o to miał zamiar zapytać, a Snape wykrzywił paskudnie wargi i odstawił kanciastą butelkę na blat.
— W jakimś sensie na pewno — prychnął, lustrując go wzrokiem. — Pij, Potter. Do dna.
-VVV-
Wspiął się na wytartą kanapę Snape'a i odchylił głowę do tyłu, wbijając wzrok z sufit - czarno-szarą masę wiszącą mu nad głową.
— Mieszkała przy Wisteria Walk — odezwał się, bawiąc się chłodną w jego dłoniach szklanką; starał się oddychać ze spokojem, ale coś ciężkiego ścierało się z jego gardłem - wygiął wargi, sprawdzając, czy jest w stanie się uśmiechać. Był w stanie. — Ona i te jej beznadziejne koty — pozwalał ulatywać słowom z ust, jakby były oddechem. — Spotykałem ją na ulicy i to ona zawsze podchodziła do mnie pierwsza. — Podciągnął kolana pod brodę, dłubiąc paznokciem w niewielkim przetarciu w czarnym materiale swojej szaty, śledząc spojrzeniem rozlazłe ruchy swoich palców. — Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, przeszła do mnie na drugą stronę ulicy, myślałem, że chce o coś zapytać, jakiś sklep, numer domu, sam nie wiem — wzruszył beznadziejnie ramionami — a ona kiwnęła na mnie głową i powiedziała, że pokaże mi kolekcję zdjęć swoich pupili — prychnął, mrugając powoli, a potem parsknął nerwowo; nie mogąc dłużej wytrzymać ucisku w kołnierzyku swojej szaty, zahaczył dłonią o najwyższy guzik i przecisnął go przez dziurkę, zaciągając się głęboko powietrzem, gdy ten ustąpił. — Mówiła do mnie: „upiekłam tort czekoladowy, ale jak na złość moje koty nie chcą się przeprosić z czekoladą" — zaśmiał się ciężko, głucho, bez rozbawienia, wykrzywiając gorzko wargi. — Morgano — pokręcił głową, przyciskając knykcie do ust — co to była za zdziczała kobieta. — Uniósł wzrok znad swoich kolan na milcząco przypatrującego się mu Snape'a. Te jego niemożliwie czarne oczy przywodziły Harry'emu na myśl ziejące pustką dziury. Wiedział, że w porównaniu do swojego apatycznego profesora, z jego oczu emocje wręcz promieniują, wylewają się, bryzgają, ale było mu już wszystko jedno - nie spuścił wzroku. — Robiła dla mnie te przepyszne, rozpływające się w ustach, najlepsze, jakie jadłem w życiu ciasta z czekoladą, a w całym jej domu pachniało jak na zapleczu cukierniczym. Słodyczą. Cukrem. Kakaem. W domu mojego wujostwa nigdy nie dostałem do rąk niczego słodkiego i za pierwszym razem, kiedy przyszedłem do domu pani Figg, nie byłem pewien, czy wolno mi to ciasto zjeść — śmiał się Harry, brzmiąc tak, jakby płakał. — Czasami leżałem u niej na podłodze w kuchni i wgapiałem się w blachę siedzącą w piekarniku. Głupie, prawda? Miała ogrzewanie podłogowe pod kafelkami, wie pan? I myślałem o sobie jak o wielkim kocurze wygrzewającym się na półce kominkowej, kiedy tak leżałem, tam u niej, na tej kuchennej podłodze, wdychając zapach czekolady. A ona się śmiała i proponowała grę w karty. — Harry westchnął i pokręcił głową, spuszczając wzrok na ziemię. — To był dom, w którym mogłem leżeć na podłodze bez obaw, że ktoś mnie podepcze, w którym miałem prawo na gry karciane i na wcinanie słodkości bez ograniczeń, bez umiaru. I czasami myślałem sobie — mówił, przełykając ślinę — że mógłbym tam już zostać. Przed tamtym piekarnikiem. Na tamtej ciepłej podłodze w kuchni.
-VVV-
Joseph Hughes oparł się o regał w głębokich czeluściach biblioteki i spojrzał na niego przeciągle, splatając ramiona na piersi; Harry odwzajemnił jego niebieskookie spojrzenie i przechylił pytająco głowę, zamykając przeglądany tom o transfiguracji ludzkiej i wciskając go na swoje miejsce pomiędzy dwoma, niezbyt opasłymi książkami.
— Masz na pieńku z Dolores Umbridge? — zapytał Hughes, uśmiechając się, a nikłe zmarszczki obrosły kąciki jego ust i oczu.
Harry przygryzł wargę, robiąc minę godną przyłapanego na gorącym uczynku spiskowca.
— Ymm — mruknął, spoglądając trochę w górę, a trochę w bok — no cóż...
Hughes roześmiał się, a jego śmiech był tak przyjemny dla ucha, że Harry zaczął się zastanawiać, czy jest w ogóle szczery.
— Bez nerwów — uniósł dłonie w uspokajającym geście Hughes, puszczając mu perskie oko — ja też za tą panią nie przepadam — ściszył głos do konspiracyjnego szeptu — ale nikomu ani mru mru.
Harry posłał mu swój najbardziej czarujący uśmiech, zastanawiając się, w jakim stopniu to, co mówi Hughes, jest prawdą. Ruszył wzdłuż alejki, mijając kolejne, wyselekcjonowane alfabetycznie regały sięgające sufitu, a Hughes podążył w krok za nim.
— Dobrze sypiasz?
Pytanie Hughesa wmurowało go w ziemię i Harry, czując się tak, jakby ktoś chlusnął mu w twarz lodowatą wodą, stanął dęba. Hughes niewątpliwie to zauważył, bo wnet podążył z wyjaśnieniem:
— Pytam, bo masz okropne cienie pod oczami — oświadczył beztrosko i Harry nawet mógłby w to dać wiarę, gdyby czerwona lampa w jego umyśle nie migała jak światła mugolskich kogutów na dachach policyjnych furgonetek. — Chyba że to jakieś tajemne randki — zaśmiał się przyjaźnie, przez co podejrzliwość Harry'ego sięgnęła zenitu, a jego umysł zalało tysiące sprzecznych emocji, których powodzi nie potrafił zatamować — w takim układzie nie powinienem się interesować.
Harry odwrócił się powoli w stronę nowego profesora. Coś na jego twarzy musiało wywrzeć na nim piorunujące wrażenie, bo uśmiech spełznął z jego ust jak za sprawą zaklęcia, a on sam cofnął się o krok, unosząc dłonie w pojednawczym geście.
— Hej, spokojnie — poprosił Hughes; jego głos przycichł i stracił na figlarności. — Jeśli nie chcesz mówić, nie musisz. W końcu to nie moja sprawa, prawda?
Przeskakiwał spojrzeniem pomiędzy zimnymi, niebieskimi oczami Hughesa, widząc, jak światło znika z jego źrenic, a tęczówki ciemnieją o jotę.
— Jeśli chce mi pan coś powiedzieć — oznajmił przyciszonym głosem Harry, robiąc krok w stronę profesora, przechylając głowę — proszę to zrobić bez wykrętów i słownych gierek. — Odgarnął włosy spadające mu na twarz, celowo odsłaniając przy tym bliznę na czole. — Jeśli chce pan o coś zapytać, profesorze — nie przerywał, choć w gardle miał sucho — proszę się nie krępować.
Hughes zmarszczył mocno brwi i pokręcił - raczej bezwiednie i nie bez zamyślenia - głową, przypatrując mu się, jakby go oceniał, a Harry uniósł wyżej brodę i poddał się tej kalkulacji z całkowitą tego świadomością.
Zimne, niebieskie oczy ostatecznie opadły na ziemię, a Harry, który miał tak sucho w gardle, że przełykanie śliny stało się niemal bolesne, choćby chciał, nie widział w tym nic, ponad wyraz niemej kapitulacji i oddania honorów. Hughes o nic nie zapytał.
-VVV-
— Robisz z codziennych spraw przedstawienie — powiedział mu później Hughes, a jego głos pobrzmiewał lekką naganą, której Harry, choć próbował, nie potrafił poddać interpretacji.
— Ale to pan, panie profesorze, to przedstawienie inicjuje — uciął dyskusję, przyglądając się jego twarzy zmarszczonej krytyką bijącą z jego chłodnych, błękitnych oczu.
Hughes schylił czoło, jakby przyznawał się do błędu, a potem wycofał się tyłem, jak przed naprężonym do skoku drapieżnikiem, zanim w końcu odwrócił się i zniknął za rogiem.
Harry, pozwalając sobie na zamknięcie oczu, pomyślał, że chyba podejrzewa, przez kogo przysłany został Hughes. I - szczerze powiedziawszy - po raz pierwszy coś się w nim w środku zburzyło, coś ukuło, układając się jak kamień w bucie, coś przetrąciło jego poczucie kontroli nad sytuacją. Ponieważ Harry - Harry, który poradził sobie z trzema zadaniami Turnieju Trójmagicznego, który wyczarował cielesnego patronusa w wieku zaledwie trzynastu lat, który rozpłatał bazyliszkowi gardło mieczem, którego rękojeść trzymał w swej niedużej dłoni po raz pierwszy w życiu - bladego pojęcia nie miał, co z tym fantem uczynić.
