Serdecznie dziękuję Panterze za zbetowanie tekstu.
Albus nie był zbytnio zaskoczony, kiedy po wejściu do pracowni eliksirów zobaczył w niej Aurigę i Severusa pogrążonych w ożywionej dyskusji. Sinistra siedziała przy stole, a Snape stał obok, pochylając się ponad jej ramieniem nad arkuszem pergaminu, przyciśniętym w rogach dwoma filiżankami z herbatą. Tłumaczył jej coś, ale ona kręciła głową, nie zgadzając się i co chwila wchodząc mu w słowo. Mimo to nie wyglądał na zirytowanego; sprawiał raczej wrażenie rozbawionego i rozluźnionego. Ona także się śmiała, spoglądając na niego błyszczącymi wesoło oczyma.
Dumbledore delikatnie zastukał w otwarte drzwi, chcąc przyciągnąć ich uwagę.
— Dobry wieczór, Aurigo, Severusie — odezwał się. — Wszedłem przez gabinet. Pukałem, ale chyba mnie nie usłyszeliście...
Snape natychmiast wyprostował się sztywno; jego twarz przybierała surowy, nic nie mówiący wyraz. Sinistra za to uśmiechnęła się do Dumbledore'a przyjaźnie.
— Dobry wieczór, dyrektorze. W czym możemy pomóc?
— Chciałbym porozmawiać z Severusem na osobności, moja droga.
— Och, oczywiście... — westchnęła. — W takim razie już go panu oddaję — powiedziała swobodnie, maskując rozczarowanie, i podniosła się energicznie. — Dobranoc, Sev. Dyrektorze. — Skinęła mu głową z szacunkiem.
Kiedy wyszła, Albus zajął jeden z foteli przy kominku i wskazał Severusowi miejsce naprzeciwko siebie. Zerknął z nadzieją na stojący na stoliku imbryk z herbatą, więc Severus machnięciem różdżki przywołał czystą filiżankę i poczęstował go.
— Dziękuję. I przepraszam, że wam przeszkodziłem.
— Nie musiałeś się tu fatygować — powiedział Snape spokojnie, pomijając milczeniem tę uwagę. — Wystarczyłaby wiadomość, że chcesz mnie widzieć, a przyszedłbym do twojego gabinetu.
— Pomyślałem, że jesteś zapracowany, a mi przyda się rozprostować stare kości.
— Już skończyłem z eliksirami, zarówno tymi dla skrzydła szpitalnego, jak i dla Zakonu. Powinno wystarczyć na jakiś czas.
— Z pomocą Aurigi poszło ci to szybciej niż zwykle.
Przez twarz Snape'a przemknął grymas niezadowolenia.
— O nic jej nie prosiłem — odparł natychmiast. — Sama zaproponowała mi pomoc. Zresztą pozwoliłem jej zajmować się tylko najprostszymi rzeczami. I oczywiście wszystko sam sprawdziłem...
Rozbawiony Dumbledore uniósł dłonie w uspokajającym geście.
— Nie mam do ciebie pretensji! — sprostował. — I ani przez moment nie chciałem sugerować, że zaniedbujesz swoje obowiązki, Severusie. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że znalazłeś sobie pomocnicę.
Snape tylko wzruszył ramionami. Wyraźnie nie miał ochoty rozmawiać o Auridze, więc Dumbledore postanowił podejść do tematu z innej strony.
— Obawiam się, że ostatnio byłem bardzo zajęty i nie stanowiłem dla ciebie wystarczającego oparcia, Severusie — powiedział. — Może się zdarzyć, że przyszłości również nie będziesz mógł liczyć na moją pomoc. Jak wiesz, pan Minister chętnie pozbyłby się mnie ze szkoły i oddał ją w ręce profesor Umbridge.
Severus uniósł brew.
— Sądzisz, że posunie się aż tak daleko?
— Mam nadzieję, że nie będzie miał ku temu sposobności, ale staram się rozważyć wszystkie opcje. Tak czy inaczej, rad jestem, że jest w zamku jeszcze jedna osoba, która się o ciebie troszczy. I której na to pozwalasz.
— Pozwalam? — prychnął Snape z irytacją. — Myślisz, że ona pyta o pozwolenie? Doskonale potrafię poradzić sobie sam i nie potrzebuję do tego Sinistry, ale ona w ogóle nie chce mnie słuchać. Jest uparta jak osioł...
— Obaj zdajemy sobie sprawę, że gdybyś naprawdę tak myślał, znalazłbyś sposób, by ją do siebie zniechęcić — przerwał mu Dumbledore. — Co jak co, ale do zrażania do siebie ludzi masz talent, mój drogi.
Snape spojrzał na niego nieprzyjemnie, ale najwyraźniej sam zorientował się, jak słabo brzmią jego wymówki, bo nie zaprotestował. Wnioski, do jakich doszedł, były jednak dalekie od tych, jakich oczekiwał Dumbledore.
— To właśnie powinienem zrobić, prawda? — zapytał cierpko.
— Co masz na myśli?
— Czy nie do tego zmierza ta rozmowa? — rzucił ze złością. — Od początku nie powinienem pozwalać Auridze mieszać się w to wszystko. To ryzykowne i nierozsądne. Nie powinna w ogóle dowiedzieć się, że jestem szpiegiem. Nie miałaby wtedy powodów, żeby mnie żałować i mi współczuć. Teraz przejmuje się... i z jakichś powodów czuje zobligowana, żeby mi pomagać. Jakby wierzyła, że to, co robię, czyni ze mnie kogoś lepszego, niż jestem w rzeczywistości... Może myśli, że w ten sposób przyczyni się jakoś do wygrania tej wojny? Tak bardzo chciałaby móc coś zrobić, a skoro nie pozwoliłeś jej pracować dla Zakonu...
— Prosiłem cię o opinię w tej sprawie i powiedziałeś, że lepiej jej w to nie wciągać — wtrącił Dumbledore, obserwując go z zainteresowaniem. — Czyżbyś zmienił zdanie?
— Nie — odparł Snape natychmiast. — Masz wystarczająco wielu wyszkolonych ludzi. Ona się nie nadaje. Jest taka... dobra... I naiwna. Nie potrafi nawet kłamać, a gdyby doszło do walki, nie byłaby w stanie nikogo skrzywdzić. A jeśli coś poszłoby nie tak i dała się złapać... — Zawahał się. — Wie za dużo — dokończył szybko. — Powinieneś pozwolić mi wtedy wyczyścić jej pamięć...
Dumbledore uśmiechnął się łagodnie.
— Jesteś dla siebie zbyt surowy, mój chłopcze.
— Surowy? — powtórzył Snape unosząc lekko brwi.
— I sądzę, że nieco przeceniasz naszą Aurigę — zauważył Albus.
Severus spojrzał na niego z niekłamanym zdumieniem.
— Szczerze wątpię, by kierowały nią jakieś szczególnie idealistyczne pobudki, takie jak chęć aktywnego wsparcia naszej sprawy, choć oczywiście popiera ją całym sercem — stwierdził Dumbledore z psotnymi iskierkami w oczach. — Auriga już wcześniej traktowała cię z dużą sympatią. Czy nie przyszło ci do głowy, Severusie, że teraz także poświęca ci swój czas, bo po prostu przebywanie w twoim towarzystwie sprawia jej przyjemność?
Snape wzruszył ramionami, nieprzekonany.
— Auriga niewątpliwie posiada wszelkie zalety charakteru, które jej przypisujesz — ciągnął Albus — ale przede wszystkim cię lubi. Nawet bardzo, jeśli wolno mi zauważyć.
— Nonsens.
— Dlaczego nie chcesz dopuścić do siebie myśli, że ktoś może darzyć cię szczerym i prawdziwym uczuciem?
Na twarzy Severusa odmalowała się lekka konsternacja.
— Uczuciem? — prychnął ze złością i ledwie wyczuwalnym wahaniem.
Dyrektor potaknął cierpliwie.
— Jak widzę, ona także nie jest ci obojętna. A ja jestem ostatnią osobą, która chciałaby cię za to krytykować. Wręcz przeciwnie, sądzę, że gdybyś tylko dał wam szansę...
— Wystarczy! — przerwał Snape twardo. — Doskonale wiesz, że to niemożliwe... Nawet gdyby któreś z nas podzielało te bzdurne sentymenty, które sobie wydumałeś, a tak, zapewniam cię, nie jest. To koniec tematu, Albusie — dodał, widząc, że starszy czarodziej chce zaprzeczyć. — Zresztą chyba nie przyszedłeś tutaj, żeby dyskutować o Sinistrze, prawda?
xxx
— Pamiętasz, że Czarny Pan kazał mi przyprowadzić cię do Wrzeszczącej Chaty, a potem odesłał mnie do bitwy — zaczął Lucjusz. —Ale kiedy tak długo nie wracałeś, poszedłem tam znowu, żeby sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku...
Severus uniósł ironicznie brwi. Malfoy spojrzał na niego z najszczerszym zdziwieniem, ale po chwili skapitulował i odwrócił wzrok. Był doskonałym kłamcą, ale przecież miał przed sobą człowieka, któremu przez lata udawało się oszukiwać samego Lorda Voldemorta.
Snape jednak nie zadał żadnego z kłopotliwych pytań, jakie mogły mu się nasuwać. I dobrze, bo Lucjusz sam nie wiedziałby, co odpowiedzieć. Nie miał pojęcia, co kierowało nim tamtej nocy. Nawet nie brał udziału w walce, nie odpowiadał atakiem na zaklęcia aurorów i członków Zakonu Feniksa, tylko mechanicznie odbijał kierowane w jego stronę klątwy. Nie liczyło się nic więcej, jak tylko to, by odnaleźć Dracona i Narcyzę. Zabrać ich stamtąd. Nie pozwolić, by coś im się stało.
Chyba sądził, że Snape będzie mógł mu pomóc. Przecież tyle razy już chronił Draco, zgodził się nawet złożyć Wieczystą, więc a nuż wiedział, gdzie chłopak przepadł i co zamierzał zrobić. Zawsze był dla niego większym autorytetem niż ojciec...
— Poszedłem do Wrzeszczącej Chaty — powtórzył Lucjusz, odpychając od siebie wspomnienie panicznego strachu i desperacji, jakie towarzyszyły mu tamtej nocy.
Pamiętał wszystko doskonale. Niepewnie przekroczył próg, zaciskając dłoń na różdżce, a jego wzrok natychmiast przyciągnął nieruchomy kształt, leżący na podłodze w kałuży krwi. Rozejrzał się i nie dostrzegając żadnego zagrożenia, podszedł do niego szybko. Przyklęknął przy Snape'ie i zawołał go cicho po imieniu. Severus nie zareagował. Nikt z taką raną w gardle raczej nie mógł już niczego odpowiedzieć.
— Byłeś ledwie żywy — poinformował Lucjusz Severusa, siląc się na beztroski ton. — Właściwie wyglądałeś na zupełnie martwego; nie dziwię się, że Potter się nabrał. Bo, pewnie już tego nie pamiętasz, Potter uciekł, zostawiając cię na pewną śmierć.
— To było do przewidzenia — mruknął Snape.
— Później oczywiście zadbał o to, żeby oczyścić twoje imię — ciągnął Lucjusz kpiąco. — Mówił, jak bardzo mu przykro, że zginąłeś jak bohater i jesteś najodważniejszym człowiekiem, jakiego znał i tak dalej. Ale mniejsza o to. Ja na szczęście miałem na tyle przytomności, by rzucić zaklęcie diagnozujące...
Ktoś inny zapewne z miejsca uznałyby Snape za trupa, Malfoy jednak, nauczony wieloletnim doświadczeniem zdobytym w służbie u Czarnego Pana, zdawał sobie sprawę z faktu, że w wielu przypadkach umieranie jest znacznie dłużej trwającym procesem niż by się wydawało. Jego szwagierka, Bellatriks, zawsze uważała, że to fascynujące, jak rozpaczliwie niektórzy ludzie trzymają się życia.
Bez większych nadziei rzucił zaklęcie. Pozwalało ono na wykrycie wszelkich urazów i zranień, i niezwykle przydawało się w sytuacjach, kiedy człowiek nie mógł polegać na własnych zmysłach, bo cały zdawał się płonąć z bólu. Gdyby Snape był martwy, po prostu by nie zadziałało. Lucjusz po cichu miał nadzieję, że tak właśnie będzie... Po chwili jednak sylwetkę Snape'a otoczyła słaba czerwonawa poświata. Zaklęcie wariowało, na przemian gasło i nabierało koloru, pokazując, że całe ciało mężczyzny jest jedną wielką, bolesną raną, mimo że tylko na szyi dało się zauważyć jakikolwiek ślad. Jad Nagini musiał rozprzestrzenić się dalej wraz z krwią i zatruwać resztę organizmu, ale mimo wszystko w Severusie tliła się jeszcze jakaś uparta iskra życia. Lucjusz zaklął pod nosem. Przebiegło mu przez myśl, że przecież mógłby zostawić go tutaj, by toksyna zrobiła swoje. W takim stanie Snape i tak nie mógł mu się do niczego przydać. Nikt by się nie dowiedział, gdyby po prostu stąd odszedł...
Sam nie wiedział, co go powstrzymało.
— Spodek! — wrzasnął, przeklinając w duchu samego siebie. Nie minęło pół sekundy, a wystraszony skrzat zjawił się przy nim, gnąc w ukłonach. — Przynieś moją apteczkę, ale już — rozkazał Malfoy. Nie czekając nawet, aż skrzat zniknie, zaczął przeszukiwać kieszenie Snape'a. Ten stary paranoik zawsze nosił przy sobie fiolki z różnymi eliksirami, tak na wszelki wypadek... Nieraz zresztą uratowały mu one życie. Teraz także mogły się przydać.
Tym razem nie znalazł żadnych fiolek oprócz jednej, nie większej od małego palca i skrzętnie ukrytej w wewnętrznej kieszonce szaty. Zawierała zaledwie kilka kropel przezroczystego płynu. Lucjusz zawahał się. Nie miał pojęcia, co to mogłoby być, nie znał żadnego eliksiru leczniczego, który by tak wyglądał...
Zaklęcie zamigotało i zbladło jeszcze bardziej: Snape coraz słabiej opierał się działaniu trucizny... Malfoy zaklął głośno i wlał mu do gardła zawartość fiolki. Nic się nie wydarzyło. Z cichym pyknięciem wrócił Spodek, niosąc w ramionach nieduży kufer z ciemnego drewna. Lucjusz otworzył go prędko i zaczął przebierać w antidotach. Wątpił, żeby jakaś zwyczajna surowica podziałała na jad Nagini, ale nie miał wielkiego wyboru, więc po prostu napoił Snape'a tymi eliksirami, które posiadał na stanie...
— Na Merlina! — przerwał opowieść zgorszony Severus. — Chciałeś mnie uratować czy dobić? — sarknął.
Lucjusz zignorował tę uwagę.
— Później uleczyłem ci ranę na szyi — kontynuował. — Użyłem dyptamu, poprawiłem zaklęciami uzdrawiającymi... Nie wiem, co dokładnie, ale coś musiało ci pomóc, bo zacząłeś oddychać odrobinę głębiej... No a potem kazałem skrzatowi zabrać cię do Malfoy Manor.
— Dlaczego nie do Munga?
— To było jeszcze zanim wyszło na jaw, że jesteś po właściwej stronie.
— Później też mnie tam nie przeniosłeś.
— Nie wyprzedzajmy historii. Kiedy odesłałem cię ze skrzatem, podrzuciłem do Wrzeszczącej Chaty ciało Rabastana Lestrange'a. Postarałem się nieco utrudnić rozpoznanie zwłok... zresztą potem i tak ktoś podpalił tę ruderę i aurorzy znaleźli tylko zwęglone szczątki. I twoją różdżkę. Wybacz. Założyłem, że — jeśli oczywiście przeżyjesz — i tak lepiej będzie, jeśli wszyscy uznają cię za trupa i nie będą szukać.
Urwał, czekając na jakąś reakcję, może wybuch złości z powodu utraty różdżki, ale Severus milczał.
— Potem... — podjął Malfoy, ale zawahał się.
Prawda była taka, że po tym wszystkim osunął się na podłogę z mocno walącym sercem i drżącymi dłońmi, zastanawiając się z przerażeniem, co najlepszego właśnie zrobił. Sprzeciwił się Czarnemu Panu. Skoro nasłał na Snape'a Nagini, najwidoczniej miał ku temu jakiś powód.
Ale o tym przecież nie zamierzał Snape'owi mówić.
— Potem wróciłem do zamku — kontynuował. — Czarny Pan przyszedł do Wielkiej Sali, razem z nim był ten półolbrzym, Hagrid. Przyniósł bezwładnego Pottera. Wszyscy sądziliśmy, że chłopak zginął, ale on podniósł się nagle... Powiedział Czarnemu Panu, że go zdradziłeś i... No mniejsza o to — zakończył kulawo, patrząc na Severusa niepewnie. Nie chciał mu powtarzać, co dokładnie powiedział Potter w tamtej chwili. Przeczuwał, że to by mu się nie spodobało... Na szczęście Snape nie drążył i tego tematu, więc Malfoy spokojnie streścił mu dalszy przebieg bitwy.
Kiedy skończył, zapadła cisza. Lucjusz nie wiedział, czego może się spodziewać, więc czekał na reakcję Severusa. Zastanawiał się, czy nie powiedział za dużo. Cordice radził, żeby powoli dawkować informacje, i chyba nie bez przyczyny, bo Snape wyglądał na odrobinę przytłoczonego... Milczał, jakby potrzebował czasu, żeby poukładać sobie to wszystko w głowie.
— Nadal jesteśmy w Malfoy Manor? — zapytał po chwili.
— Tak. Konkretniej w domu na terenie posiadłości. Kiedyś mieszkał tu ogrodnik, ale od parudziesięciu lat budynek stoi pusty. Jest nienanoszalny i chroniony Fideliusem, dlatego aurorzy go nie znaleźli, choć kilkukrotnie rewidowali dwór. Wcześniej trzymałem tu różne artefakty, które niekoniecznie powinny znajdować się w posiadaniu praworządnego członka czarodziejskiej społeczności...
— Więc nikt nie wie, że tu jestem?
— Oprócz Narcyzy, Draco, Cordice'a i mnie — nikt — potwierdził Lucjusz.
Severus z namysłem skinął głową.
— Masz jeszcze jakieś pytania? — zagadnął Malfoy.
Snape zawahał się i poruszył niespokojnie.
— Potter powiedział Czarnemu Panu, że go zdradziłem.
— Tak, Lord był wściekły, że udało ci się go oszukać... — zaczął Lucjusz, ale Snape mu przerwał:
— Zrobił to na polu bitwy, przy wszystkich, tak?
— Publicznie oczyścił twoje imię...
— Czy powiedział także, jak się tego dowiedział?
— Cóż...
Severus stracił cierpliwość.
— Przestań kluczyć! Powiedz mi, jak dużo wypaplał Potter? — warknął zimno.
Malfoy odkaszlnął z zakłopotaniem. W jego spojrzeniu kryło się współczucie.
— Obawiam się, że wszystko, Severusie — odparł.
x
— Na dzisiaj to wszystko, pamiętajcie o wypracowaniu na przyszły tydzień. Tylko błagam, nie przepisujcie mi drętwych regułek z podręcznika, jak ostatnio. Jeśli czegoś nie rozumiecie, przyjdźcie do mnie na dyżur albo dopytajcie bardziej obeznanych w temacie kolegów...
Dźwięk dzwonu obwieścił koniec lekcji mugoloznawstwa. Trzecioroczni zaczęli opuszczać klasę, niezbyt zadowoleni z zadanej pracy domowej. Gdyby to od niego zależało, Zieleziński również chętnie oszczędziłby sobie wątpliwej przyjemności, jaką była lektura ich wypocin, niestety musiał wystawiać im jakieś oceny, a nie wszyscy w klasie byli na tyle aktywni, by nałapać ich podczas lekcji. Nie chciał marnować zajęć na sprawdzian — wolał poświęcić ten czas na ćwiczenia praktyczne i wyjaśnienia — a im też nic się nie stanie, jeśli trochę popracują samodzielnie.
Do rozpoczęcia kolejnych zajęć miał dwadzieścia minut, więc zamknął drzwi sali i przeszedł do tonącego w szarości gabinetu. Aura za oknem nie nastrajała optymistycznie. To był jeden z tych przygnębiających, zimnych i wilgotnych dni charakterystycznych dla początku listopada. Gustawowi z coraz większym trudem przychodziło zachwycanie się widokami za oknem: przygaszoną zielenią traw, ciemnymi fioletami pni drzew w Zakazanym Lesie, gdzieniegdzie przetykanymi resztkami liści barwy ochry i ugru, granatem wierzchołków gór tonących w gnanych wiatrem, napęczniałych deszczem chmurach. Tęsknił za słońcem. Bardziej tęsknił chyba jedynie za prądem i centralnym ogrzewaniem.
Na szczęście jego przewidujący skrzat domowy pozapalał świece i dołożył drew do kominka, a w dodatku zostawił na biurku imbryk z gorącą herbatą i wielki kawałek ciasta marchewkowego. Auriga musiała zainterweniować w tej sprawie, bo skrzat zjawił się w jego gabinecie kilka dni po Nocy Duchów, szalenie zakłopotany i zawstydzony. Ku konsternacji Gustawa, zaczął się gęsto tłumaczyć, opowiadając, że „szanowny profesor Carrow", któremu wcześniej usługiwał, denerwował się za każdym razem, kiedy ujawniał przy nim swą obecność, i nie zwracał się do niego inaczej niż „skrzacie", nie zadając sobie trudu zapamiętania jego imienia. Był bardzo zdziwiony, że nowy nauczyciel nie wzywał go tak samo. Gustawowi dobry kwadrans zajęło przekonanie go, że nie jest na niego zły i nie chce go ukarać. Po kolejnych piętnastu minutach udało mu się dowiedzieć, że stworzenie ma na imię Pyskacz. Wyglądało na to, że nawet hogwarckie skrzaty cierpiały traumę po roku rządów śmierciożerców.
Gustaw przysunął sobie fotel do ognia i ulokował się na nim z drugim śniadaniem, starając się nie patrzeć na zalegające na biurku sterty prac domowych uczniów piątego i szóstego roku, które od kilku dni czekały na sprawdzenie, a do ruszenia których nie potrafił się zmusić. Jeszcze jeden dzień zwłoki im nie zaszkodzi, a jemu należała się chwila odpoczynku po całym poranku zajęć...
Przemknęło mu przez myśl, że mógłby po prostu oddać wypracowania do sprawdzenia Lizie. Istniało jednak ryzyko, że na temat mugoli profesor numerologii wiedziała niewiele więcej niż uczniowie. A może nawet o wiele mniej. Albo zupełnie nic. Musiał przyznać, że to byłoby dość... rozczarowujące. Choć jeśli spojrzeć z drugiej strony, nieco rozczarowania co do tej konkretnej czarownicy mogłoby wyjść mu tylko na dobre.
Prawdę mówiąc, Gustaw nie miał pojęcia, co zrobić z tym durnym zakładem. Dopiero po meczu dotarło do niego, że tak naprawdę ani przez chwilę na serio nie wierzył, że Puchoni mogą wygrać i nie zastanawiał się nad swoim życzeniem. Cóż, miał kilka pomysłów — ale żaden z nich rozważany na poważnie nie wydawał się tak dobry jak w niemających się nigdy spełnić marzeniach...
Minął ledwie tydzień od kiedy Liza dostała kosza od tamtego mężczyzny. Co prawda nie dawała niczego po sobie poznać, ale Gustaw wiedział swoje — w końcu nie zachowywałaby się tak w Noc Duchów, gdyby to jej nie obeszło. Przypuszczał, że jak każdy na jej miejscu, czuła się zraniona i wściekła. I to najprawdopodobniej wściekła nie tylko na tego konkretnego faceta, ale na cały rodzaj męski w ogóle. W takich okolicznościach proponowanie jej randki nie wydawało się zbyt dobrym posunięciem.
Właściwie Zieleziński podejrzewał, że byłoby to coś w rodzaju aktu wyrafinowanego masochizmu z jego strony. Nawet jeśli Liza nie posłałaby go od razu do diabła razem z całym tym absurdalnym zakładem i zgodziła się na przykład zjeść z nim kolację, to z pewnością nie omieszkałaby dać mu dyskretnie do zrozumienia, co o tym sądzi. Może nie byłaby ostentacyjnie niegrzeczna i nie wyśmiała go wprost, ale kilkoma celnymi, złośliwymi uwagami i ironicznymi spojrzeniami potrafiłaby skutecznie zakomunikować, że nie ma u niej żadnych szans, i zepsuć cały wieczór. Gustaw zdecydowanie nie chciał fundować sobie takiego przeżycia.
Z drugiej strony, może właśnie teraz, kiedy czuła się rozczarowana i samotna, nie sprawiłoby mu trudności przekonanie jej do siebie, gdyby odpowiednio się postarał...? Dotąd kobiety, które mu się podobały, zwykle w jakimś stopniu odwzajemniały jego zainteresowanie. Liza nie mogła się przecież aż tak bardzo od nich różnić. Na pewno i na nią znalazłby się sposób.
Tylko czy to byłoby w porządku? Gdyby się z nią umówił i wzbudził jej sympatię na tyle, by ich randka miała ciąg dalszy... Przecież tego naprawdę pragnął. Owszem, kolacja byłaby niezła na początek, ale co mu po takiej jednej kolacji?
„Za dwa miesiące już cię tu nie będzie" — przypomniał sobie cierpko, upijając łyk herbaty. — „A ona nie wygląda na zainteresowaną nawiązywaniem przelotnych romansów. Nawet jeśli udałoby ci się ją uwieść, to co, gdyby nie potraktowała tego tak niedbale jak ty? Wiesz, jak to się zwykle kończy".
Może gdyby chodziło o kogoś innego, nie miałby takich zahamowań. W innej sytuacji krótki, intensywny romans z piękną kobietą nie wydawałby się niczym złym. Później oczywiście Gustaw by wyjechał. Może nawet bez wyrzutów sumienia; może to ona, wyleczywszy przy nim złamane serce, rzuciłaby go pierwsza... Gdyby tylko poznał ją w innym miejscu, innych okolicznościach — w przytulnej kawiarni w Wiedniu czy Pradze, na kolacji u wspólnych znajomych w Sydney, w nowojorskim metrze albo na którejś z karaibskich plaż...
Niestety, Heloiza była tutaj, w Hogwarcie, intrygująca i pociągająca, a zarazem pogubiona i nieszczęśliwa, przytłoczona tymi wszystkimi rzeczami, z którymi jakoś musiała sobie radzić: przeżytą wojną, zmartwieniami uczniów i problemami współpracowników, a teraz jeszcze rozpadem związku, po którym, zdaje się, oczekiwała czegoś więcej. Gustaw mógłby spróbować to wykorzystać... tylko czy naprawdę aż tak mu na tym zależało? Nie chciał dokładać jej przykrości i im dłużej się nad tym zastanawiał, tym bardziej umacniał się w przekonaniu, że nie powinien niczego próbować, by przypadkiem nie zburzyć jej mozolnie odbudowywanego spokoju.
Wobec tego pozostawał problem wygranego zakładu. Gustaw westchnął ciężko, z namysłem obracając w dłoniach kubek.
„Mógłbyś po prostu darować jej to życzenie i miałbyś spokój" — stwierdził, ale ta myśl wzbudziła w nim stanowczy opór. Nie, zdecydowanie nie mógł tego zrobić. Bez przesady, aż tak wspaniałomyślny nie był! Liza sama się przyznała, że podpuściła go z zakładem, a potem z quidditchem — wiedział, że podłożył jej się w najgłupszy możliwy sposób, ale dotąd nie sądził, że zupełnie świadomie to wykorzystała — i nie zasłużyła sobie na taryfę ulgową. Poza tym była bezczelna i złośliwa, i sama dopytywała się o jego kolejne pomysły...
Po prostu nie mógł jej zawieść.
xxx
To było bardzo dziwne lato. Mugole narzekali na lodowatą mgłę, która snuła się ulicami, odbierając radość i chęć życia. Cały kraj nawiedzały gwałtowne burze, nie dające się przewidzieć i przeczące prawom przyrody. Ludzie znikali jak kamfora prosto z ulicy albo znajdowano ich martwych we własnych domach, za zamkniętymi od wewnątrz drzwiami, nie noszącymi żadnych śladów włamania.
Auriga złożyła „Proroka Codziennego" i podała go ojcu z cichym westchnieniem.
— Piszą o Brockdale — rzuciła krótko w odpowiedzi na jego pytające spojrzenie.
Wczoraj w wieczornych wiadomościach widzieli relację z katastrofy londyńskiego mostu. Mugole rzecz jasna byli przekonani, że to wina nawałnicy, która przeszła przez miasto, ale Auriga i jej rodzina ani przez chwilę nie mieli wątpliwości, kto naprawdę jest za to odpowiedzialny. Poranna gazeta jedynie potwierdziła ich przypuszczenia.
— To straszne — odezwała się z niepokojem pani Sinistra. — Czy ktoś zginął?
— Piszą tu o jedenastu ofiarach śmiertelnych — odczytał jej mąż. — Sami mugole. Zaczyna się identycznie jak ostatnim razem...
Dalszą rozmowę przerwali dwaj bratankowie Aurigi, którzy właśnie wpadli do kuchni. Za nimi weszła ich matka, Natalie, z rozwianymi włosami i stertą papierów pod pachą, jak zwykle prawie spóźniona do pracy.
Korzystając z zamieszania, jakie wzbudzili, Auriga wymknęła się na taras, żeby uciec przed badawczym spojrzeniem matki. Przyzwyczaiła się do ukrywania swoich uczuć — w końcu w Hogwarcie robiła to przez cały czas — ale nad pewnymi reakcjami nie potrafiła zapanować. Inni domownicy niczego nie zauważali, ale przenikliwym oczom Erin Sinistry nie mogły umknąć takie drobiazgi jak chwilami nieobecne spojrzenie córki czy wstrzymywany podczas przeglądania „Proroka Codziennego" oddech.
Zapytała ją o to kiedyś, gdy zostały same. Siedziały na tarasie przy popołudniowej herbacie, a Auriga, stęskniona i pełna niepokoju, nie potrzebowała długiego namawiania, by przyznać się, że jest ktoś w jej życiu; że kocha i boi się. Nie zdradziła żadnych szczegółów, a mama taktownie nie wypytywała, wiedząc, że w swoim czasie dowie się wszystkiego. Najprawdopodobniej doszła do wniosku, że córka znów poznała jakiegoś mugola i martwiła się o niego w związku z nasilającymi się atakami śmierciożerców. Auriga nie czuła się z tym dobrze, ale nie wyprowadzała jej z błędu.
Usiadła na zalanych porannym słońcem schodach, przelotnie zastanawiając się, co by powiedziała jej mama, gdyby dowiedziała się, że bardziej niż o mugoli, Auriga martwiła się o pewnego — nawróconego i skruszonego, ale wciąż — śmierciożercę...
Za każdym razem, kiedy dowiadywała się o kolejnych tragediach, nie mogła nie zadawać sobie pytania, czy Severus brał w tym udział. Nigdy by mu się do tego nie przyznała, ale równie mocno jak tego, że coś mu się stanie, bała się myśli, że mógłby zostać zmuszony by kogoś zabić czy torturować. Starała się nie dopuszczać do siebie świadomości, że już robił takie rzeczy. To należało do przeszłości, a on zmienił się i starał odpokutować dawne grzechy. Jeżeli chciała być razem z nim, musiała skupić się na chwili obecnej, zamiast zadręczać się myślą, że miał na rękach krew niewinnych ludzi. Czasem nie przychodziło jej to tak łatwo. Ale przecież od początku wiedziała, że związek z Severusem łatwy nie będzie...
Nie miała pojęcia, gdzie teraz jest i co robi. Stanowczo zabronił jej pisać i powiedział, że sam się do niej odezwie, ale jak dotąd otrzymała tylko jeden list, sztywny i lakoniczny w treści, z którego dowiedziała się, że przebywa w swoim domu w Cokeworth, przygotowuje jakieś eliksiry dla Czarnego Pana i jest obserwowany. Pisał, że wszystko jest w porządku, przypominał, by nie próbowała się z nim kontaktować, a całość zakończył oschłym „łączę wyrazy szacunku". Sinistra pocieszała się, że przynajmniej rozpoczął od „Aurigo", a nie „Szanowna Pani Profesor". Bez większego żalu spaliła ten epistolarny koszmarek — jak zresztą nakazywało postscriptum.
List przyszedł trzy tygodnie temu i od tamtego czasu Severus nie dawał znaku życia.
Jeszcze w czerwcu Auriga miała cichą nadzieję, że spędzą te wakacje razem, ale kiedy poruszyła ten temat, Snape stanowczo zapowiedział jej, że latem musi opuścić Hogwart i niestety nie będą mogli się spotykać. Wobec takiego postawienia sprawy ona sama postanowiła nie rezygnować ze swych wcześniejszych planów i po zakończeniu roku szkolnego udać się do Hagi na kongres astronomiczny, a potem jak co roku odwiedzić rodziców. Severus o dziwo na pomysł jej wyjazdu zareagował pozytywnie i próbował nawet namówić ją, by przedłużyła pobyt na kontynencie i wróciła do kraju dopiero przed rozpoczęciem roku szkolnego. Jego nastawienie zmieniło się diametralnie, kiedy tylko dowiedział się, że całą imprezę organizują mugole i że Sinistra wcale nie zamierza zatrzymać się w czarodziejskiej części miasta. Trochę się wtedy zirytował. Twierdził, że po tym, jak społeczeństwo czarodziejów dowiedziało się o powrocie Czarnego Pana, śmierciożercy przestaną się ukrywać i zaczną atakować nie tylko mugoli i czarodziejów mugolskiego pochodzenia, ale także tych czystokrwistych, którzy mieli promugolskie poglądy i otwarcie przyznawali się do powiązań ze światem mugoli. Według niego Auriga doskonale pasowała do tego opisu, poza tym jako nauczycielka w jedynej brytyjskiej szkole magii i podwładna Dumbledore'a z łatwością mogła znaleźć się na celowniku. Nie docierały do niego tłumaczenia Sinistry, że gdy pracowało się w jej dziedzinie nie można było ignorować mugoli i ich technologii. Oprócz niej na kongres miało przyjechać mnóstwo czarodziejów z całego świata. Wielu z nich poprowadzi wykłady i odczyty, podczas gdy ona pozostanie w tłumie gości zupełnie anonimowa i nikt nawet nie zwróci na nią uwagi, tym bardziej, że wszystko odbywać się będzie na drugim końcu Europy. Severus powiedział jej, że jest lekkomyślna i niepoważna. Spróbował nawet zabronić jej jechać, ale wtedy naprawdę się na niego wściekła. Wytknęła mu hipokryzję i nadopiekuńczość — to drugie chyba bardziej go dotknęło — i w efekcie okropnie się posprzeczali. Nie potrafili jednak złościć się na siebie zbyt długo. Auriga szybko dała się ugłaskać, choć oczywiście w kwestii wyjazdu postawiła na swoim.
I nawet kiedy okazało się, że Severus nie mylił się w swoich ponurych przewidywaniach, nie zmieniła zdania. Uważała, że przesadzał — cokolwiek by o niej nie myślał, była tylko zwyczajną nauczycielką, nikim ważnym. Voldemort nie miał żadnych powodów, by się nią interesować, natomiast śmierciożercy zdawali się nie przebierać w ofiarach, więc ich celem mogła stać się bez żadnej szczególnej przyczyny, znajdując się po prostu w złym miejscu o złej porze...
Z zamyślenia wyrwało ją skrzypnięcie drzwi. Natalie wyjrzała do niej na taras.
— Hej, Aur. Chłopcy zjedzą śniadanie i możecie iść. Są strasznie podekscytowani, od wczoraj nie mówią o niczym innym... Dzięki, że się nimi zajmujesz. Nie daj się zamęczyć.
Auriga uspokoiła ją pogodnym uśmiechem. Natalie cofnęła się do domu, pożegnała chłopców i pocałowała Ala, który właśnie wszedł do kuchni, a potem głośno stukając obcasami pobiegła do salonu, by stamtąd kominkiem dostać się do swojego biura. Auriga odprowadziła ją spojrzeniem, czując delikatne ukłucie zazdrości.
Ostatnio miała dużo czasu na rozmyślanie i coraz częściej łapała się na myśleniu o Severusie w związku z różnymi dziwnymi rzeczami. Na przykład zastanawiała się, jak zareagowaliby na niego jej bliscy. Czy polubiliby go i — mimo że na pierwszy rzut oka mógł wydawać się odpychający i nietowarzyski, a oni nie mieli pojęcia, co robił — zrozumieli, dlaczego się w nim zakochała? A czy Severus czułby się dobrze w ich towarzystwie? Podejrzewała, że to byłaby dla niego zupełnie nowa sytuacja — jak więc by się zachował? Czy choćby ze względu na nią przynajmniej starałby się wywrzeć na nich dobre wrażenie?
Przez chwilę Auriga całkiem poważnie rozważała pomysł zaproszenia go do domu na święta, zanim doszła do wniosku, że i tak się nie zgodzi — tłumaczyłby się ostrożnością i tajemnicą, i oczywiście miałby rację, ale ona mimo wszystko poczułaby jakieś irracjonalne rozczarowanie. Poza tym jakiś złośliwy głosik w jej głowie uparcie powtarzał, że Severus nijak nie pasowałby do takiego rodzinnego obrazka. Na życzliwą ciekawość jej rodziców reagowałby dystansem i gryzącą ironią, żarty i docinki Ala odbierałby jako atak, a na wygłupy dzieciaków patrzyłby z niesmakiem. W końcu uciekłby pod pierwszym lepszym pretekstem, wykorzystując obowiązki względem Dumbledore'a albo Czarnego Pana jako wygodną wymówkę, a najbliżsi Aurigi uznaliby, że kompletnie jej odbiło, skoro kogoś takiego przyprowadziła.
Kiedy Auriga rozmyślała o tym zbyt długo, zaczynała zadawać sobie pytanie, czy w normalnych okolicznościach ten związek miałby jakiekolwiek szanse na przetrwanie. Czasem opadały ją wątpliwości, częściej strach, że nigdy nie będzie miała okazji się przekonać.
Obecna sytuacja zdecydowanie normalna nie była. Ze względu na nadchodzącą wojnę Sinistra godziła się na kompromisy i ustępstwa, na które w innym wypadku by nie poszła. I pewnie gdyby nie ta wojna, ona i Severus długo jeszcze by się rozmijali. Na czym właściwie opierały się ich relacje? Na długoletniej przyjaźni, odrobinie zaufania, poczuciu zagrożenia i rozpaczliwym pragnieniu bliskości i bezpieczeństwa w postępującym chaosie... Auriga nie miała pewności, czy to dobre fundamenty pod budowanie czegokolwiek.
Ale przecież kochała Severusa. Chciała być z nim, nawet jeżeli to oznaczało, że na razie musiała po prostu pozwolić mu robić to, co do niego należało, nie zdając pytań i nie żądając zbyt wiele w zamian. Mogła mieć tylko nadzieję, że kiedy nastaną spokojniejsze czasy, nie pożałuje dokonanych wyborów.
Mimo tych wszystkich wątpliwości — i graniczącej z pewnością obawy, że Severus nie myśli o niej nawet w połowie tak często, jak ona o nim — tęskniła. Czuła też nieustanny niepokój, ale powtarzała sobie, że brak wiadomości to dobra wiadomość. Gdyby stało się coś złego, Dumbledore z pewnością dałby jej znać; możliwe też, że wcześniej dowiedziałaby się o tym z „Proroka". Severus najprawdopodobniej uważał, że skoro miesiąc temu napisał, że wszystko jest w porządku, i nic się od tego czasu nie zmieniło, to nie ma potrzeby pisać po raz kolejny.
Sinistra westchnęła cicho, zaplatając dłonie na kubku. W powietrzu unosił się zapach macierzanki i rudbekii z przydomowego ogródka. Okolica była cicha i spokojna; właściwie niewiele się tu zmieniło od czasu dzieciństwa Aurigi. Czas wlókł się tu niemiłosiernie. Sinistra starała się cieszyć spokojem i beztroską rodzinnego domu i nie myśleć o tym jak o ciszy przed burzą. Chodziła na długie spacery po okolicy, porównywała miejsca i ludzi ze swoimi wspomnieniami o nich — sprzed roku i sprzed dwudziestu lat. Nadrabiała zaległości w książkach, wylegiwała na hamaku w ogrodzie i marzyła o niebieskichmigdałach. Słuchała codziennych sprzeczek rodziców o drobiazgi, plotek o sąsiadach, opowieści o dzieciach i dzieciach sąsiadów. Patrzyła na Ala i Natalie, którzy po całym dniu pracy mieli jeszcze siłę, żeby zajmować się dwójką nadpobudliwych chłopców, a potem przytuleni przysypiali na kanapie przed telewizorem. Bawiła się z bratankami, żeby trochę odciążyć brata i bratową, i po cichu zazdrościła im tego spokojnego snu, pracy kończącej się punkt szesnasta i zupełnie zwyczajnych problemów.
Oczywiście rozmawiali o bieżących wydarzeniach: o zaginięciu Emmeliny Vance, morderstwie Amelii Bones i zmianie na stanowisku Ministra Magii. Dyskretnie otoczyli swój dom i domy sąsiadów zaklęciami alarmowymi i ochronnymi i nauczyli chłopców, jak w razie wypadku skorzystać z kominka. Jednak zarówno Al, jak i Natalie z przekonaniem twierdzili, że żadnej wojny nie będzie. Nawet państwo Sinistra, którzy przecież widzieli, co działo się dwadzieścia lat temu, zdawali się wierzyć, że kolejny raz do czegoś takiego nie dojdzie. W sobotnie popołudnia nadal urządzali w ogrodzie grilla, na którego zapraszali mugolskich znajomych, a w niedziele razem z dzieciakami jeździli rowerami do miasta na lody. Auriga powstrzymywała się od defetyzmu i zastanawiała się głupio, czy Severus potrafi jeździć na rowerze...
Szczęknęły otwierane drzwi. Chłopcy najwyraźniej skończyli już śniadanie, bo wybiegli na taras, dopytując się, kiedy wyruszają. Chcąc nie chcąc musiała porzucić niewesołe rozważania i wstać. Asekurując dłonią kubek z resztkami kawy, ze śmiechem pozwoliła im zaciągnąć się do domu. Jej bratankowie byli na tyle absorbujący, że mogła mieć pewność, że w najbliższych godzinach nie będzie miała czasu na ponure myśli.
xxx
Liza nie należała do osób, które lubiły się nad sobą użalać, długo trawiąc porażkę. Potrzebowała ledwie kilku dni, by wziąć się w garść i stwierdzić, że Shepard stanowczo nie zasługuje na to, by marnowała swój czas i energię na rozmyślania o nim. Miała tysiące innych, po stokroć bardziej absorbujących spraw na głowie...
Zaczęła od posprawdzania wszystkich zaległych zadań domowych. Potem przygotowała materiały do zajęć na miesiąc naprzód, opracowała zestaw próbnych egzaminów dla grupy owutemowej, a nawet uzupełniła dzienniki lekcyjne. Kiedy już zabrakło jej zwyczajnych nauczycielskich zadań do wykonania, poszła do Minerwy. Dyrektorka miała pewne opory przed obarczaniem podwładnych własnymi obowiązkami, ale gdy któryś z nich sam się oferował, chętnie przyjmowała pomoc.
Tym sposobem pod koniec tygodnia Lizie prawie udawało się nie myśleć o Julesie.
W czwartkowe popołudnie rozłożyła się z nową partią papierologii w pokoju nauczycielskim. Była właśnie w trakcie dokonywania końcowych obliczeń, kiedy skrzypnęły otwierane drzwi.
— Cześć, Lizzie. Co robisz?
Liza obejrzała się przez ramię na wchodzącą Aurigę i uniosła rękę na znak, żeby dała jej chwilę. Dotknęła różdżką leżącego przed nią pergaminu i powiodła nią w dół, zakreślając kolumnę liczb. U dołu strony pojawił się wynik. Vector zaklęła cicho i powtórzyła zaklęcie, ale suma nadal nie chciała wyglądać ani odrobinę lepiej.
Tymczasem Sinistra schowała do przegródki dziennik lekcyjny trzeciego roku, a potem podeszła do przyjaciółki i zajrzała jej przez ramię.
— To jakiś eksperyment numerologiczny? — zapytała, widząc arkusze pergaminu zapełnione rzędami obliczeń.
— Nie. Pomagam Minerwie w rozliczeniu transzy dotacji z Ministerstwa. Liczyłam to dwa razy i wciąż brakuje mi dziesięciu sykli!
Auriga zmarszczyła brwi.
— Powodzenia — mruknęła bez przekonania.
Liza odchyliła się na krześle, odsuwając od siebie papiery.
— Chyba już za długo na to patrzę i dlatego błąd mi umyka — westchnęła. — Sprawdzę to później. Za chwilę wybieram się do Rosmerty. — Od czasu incydentu z Julesem przyjaciółka w listach nieustannie dopytywała ją o samopoczucie i zapraszała do siebie na kremowe i plotki. Mimo wszystko z jej listów przebijało więcej troski i sympatii niż czczej ciekawości, więc Liza w końcu postanowiła ją odwiedzić. — Też masz okienko, prawda? Może masz ochotę iść ze mną?
— Nie, dzięki. Mam dużo pracy, może innym razem.
— Ostatnio cały czas pracujesz — zauważyła Liza z przekąsem.
Auriga spojrzała na nią pytająco.
— To dobry czas na obserwacje — powiedziała. — Pogoda dopisuje.
— Szkoda tylko, że tak rzadko widujemy cię tu na dole — westchnęła Vector.
Sinistra zmarszczyła brwi, jakby nie miała pojęcia, o co jej chodzi.
— Przecież tu jestem — odparła pogodnie.
Liza stwierdziła, że nie ma sensu brnąć w tę dyskusję, więc zamiast wytknąć jej, że zejście na dół, żeby odnieść dziennik lekcyjny nie równa się spędzaniu czasu ze znajomymi, odpowiedziała nieco tylko krzywym uśmiechem.
Porozmawiały jeszcze przez chwilę, nim Auriga znów umknęła na górę, by zaszyć się w swoim gabinecie. Liza również zaczęła się zbierać. Szykowała się już do wyjścia, kiedy do pokoju weszli Hailey, Filius i Gustaw, pogrążeni w ożywionej rozmowie. Liza przywitała się z nimi dość chłodno i Flitwick aż spojrzał na nią niepewnie, zaskoczony jej tonem. Poczuła się niezręcznie i niemal natychmiast ogarnęła ją irytacja.
„Na Merlina — pomyślała — chyba najwyższa pora, żebyś przestała zachowywać się tak absurdalnie". Powinna porozmawiać z Zielezińskim. Nie zrobił jej nic złego, a ona zachowywała się idiotycznie. No i pozostawała kwestia tego nieszczęsnego zakładu...
Zerknęła na Gustawa, który zupełnie swobodnie opowiadał o czymś roześmianej Hailey.
„To może poczekać" — stwierdziła, sięgając po płaszcz. Był zajęty, zresztą i tak nie chciałaby rozmawiać o tym przy innych współpracownikach i nie wypadało spóźnić się na spotkanie z Rosmertą...
Zdając sobie sprawę, jak kiepskie to wymówki, Liza otworzyła drzwi.
x
Okazja do rozmowy z Gustawem nadarzyła się prędzej, niż się spodziewała. Już nazajutrz, podczas jednej z przerw, gdy Vector zeszła do pokoju nauczycielskiego po dziennik siódmego roku, prawie wpadła na niego w drzwiach. Mężczyzna przepuścił ją uprzejmie, rzucając krótkie „dzień dobry". Pokój szczęśliwie był pusty.
— Proszę zaczekać, profesorze... — odezwała się pod wpływem impulsu.
Gustaw zatrzymał się z ręką na klamce i odwrócił się zaskoczony.
— Czy moglibyśmy porozmawiać? — zapytała. — Lekcje zaczynają się dopiero za kwadrans, a ja nie zajmę panu dużo czasu.
— Jasne. — Mężczyzna wzruszył ramionami i uśmiechnął się do niej przyjaźnie. — Jeśli chodzi o ten zakład... — Liza machnęła lekceważąco ręką. — Więc o co?
Vector odetchnęła głęboko.
— Zdaje się, że jestem panu winna przeprosiny — oznajmiła sucho.
— Tak? — zdziwił się głupio.
— Owszem — skrzywiła się lekko. — Za te wszystkie głupoty, które wygadywałam w Noc Duchów. Moje zachowanie było nieprofesjonalne i nie na miejscu, ale byłam wtedy... w lekkiej niedyspozycji. Zdaję sobie sprawę, że to mnie wcale nie usprawiedliwia...
Życzliwy uśmiech mężczyzny zaczynał działać jej na nerwy.
— Nie widzę też usprawiedliwienia dla pana i tego, że pozwolił mi pan się sobie narzucać, zamiast zostawić mnie samą — dodała. — Tak czy inaczej chciałam, by pan o tym wiedział... I... — Liza przypomniała sobie, co właściwie miała powiedzieć — jest mi naprawdę przykro.
Jej ton chyba tego nie wyrażał, ale Gustawowi najwyraźniej to nie przeszkadzało.
— Czy to oznacza, że nareszcie przestanie się pani na mnie wściekać? — zapytał z rozbrajającą szczerością.
Liza aż zamrugała ze zdumienia.
— Ja się na pana wcale nie wściekam.
— Odniosłem inne wrażenie — odparł niezrażony. — Śmiertelnie się pani na mnie obraziła.
— Też coś! — prychnęła.
— Jak inaczej nazwać to ciągłe unikanie, nie odzywanie się i boczenie?
— Nie boczyłam się... — sarknęła Liza, porządnie już wściekła, że stroi sobie z niej żarty.
Gustaw uspokajająco uniósł dłonie.
— W porządku, proszę się nie denerwować — dodał prędko, poważniejąc. — Oczywiście nie obraziła się pani, droczę się tylko. Wszystko rozumiem i właściwie miałem nadzieję puścić to w niepamięć. Co pani na to?
Czarownica przyglądała mu się przez chwilę zmrużonymi oczami i w końcu skinęła głową. Zadowolony Gustaw znowu błysnął zębami w uśmiechu.
— Świetnie — powiedział. — Naprawdę kamień spadł mi z serca.
Liza skrzywiła się lekko.
— No to teraz możemy pomówić o tym nieszczęsnym zakładzie... — podjęła.
— A, tak. Spotkajmy się jutro o dziewiątej przy drzwiach wejściowych, dobrze? Proszę zabrać płaszcz. A teraz proszę mi wybaczyć, ale muszę już iść i przygotować klasę do zajęć. Do zobaczenia!
Nim zaskoczona Liza zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, pożegnał ją ostatnim szerokim uśmiechem i uciekł z pokoju, zostawiając ją samą z dość głupim uczuciem kompletnej dezorientacji. Przez chwilę patrzyła za nim z konsternacją, a potem prychnęła cicho i zerknęła na zegarek.
Do rozpoczęcia zajęć pozostało pięć minut. Jeszcze zdąży zapalić.
x
