Nigrum, musiałam Ci odpisać na Twoje fantastyczne komentarze, ale nie chcę się za bardzo rozpisywać przed rozdziałem, więc powiem tylko, że to niesamowite, jak wnikliwie potrafisz odnieść się do poszczególnych kwestii - czytając Twoje komentarze mam absurdalne przeczucie, że przejrzałaś moje notatki co do fabuły tego ff, słowo daję. Szczerze mówiąc, zaczęłam pisać tą historię głównie dlatego, że próbowałam sobie wyjaśnić kilka wątków poruszonych przez Rowling, zwrócić uwagę na kilka haczyków w całej serii, poruszyć kwestię pewnych aspektów, które pojawiły się w filmie, a na które może nie wszyscy zwrócili uwagę i zawrzeć to wszystko w jakiejś spójnej fabule. Co do Twojego ostatniego komentarza: jest ścisły powód, dla którego Oklumencja i Harry to nie najlepsza para, ale wyjawię go dużo później - chyba że czytelnicy domyślą się wcześniej ;) Zwróciłaś też uwagę na Tonks - co jest absolutnie niesamowite - i szczerze mówiąc, nie jestem pewna, co powinnam Ci napisać, nie zdradzając za dużo. Powiem tak - to jest piąty rok Harry'ego, jest wojna, a strony są dwie. Co do zniknięcia McGonagall - trzymam się wersji książkowej ZF i szczerze mówiąc, nie chciałam się na tym skupiać, ale może powinnam, zastanowię się. Dziękuję ślicznie za oba Twoje komentarze - dają mi dużo do myślenia.


.

Rozdział 9

Rysy zakorzenione w duszy

.

Lubił wspominać swoje szczenięce lata - jego oddychający przeszłością, niemogący się dopasować do tych ponurych, nudnych, cichych dni ojciec chrzestny.

Harry wciąż pamiętał ferie spędzone w domu przy Grimmauld Place dwanaście, popijanie gorącego kakao ze słodkimi, rozpuszczającymi się na powierzchni piankami i miękkość kolejnego, zrobionego na drutach swetra, który otrzymał od krzątającej się po kuchni pani Weasley. Szare oczy spoglądające na niego ponad głowami innych w ten szczególny, znaczący sposób. Podążanie za szczupłą, wysoką sylwetką przez szerokie drzwi, przez wąski korytarz, przez strome schody do jednego z licznych pokoi - jakby coś go ciągnęło, jakby go popychało, jakby nie potrafił odmówić temu szarookiemu spojrzeniu. Pamiętał pokój zachowany w barwach Gryffindoru i Syriusza siadającego na zagraconym biurku, śmiejącego się do niego przez oddzielającą ich, istną stajnię Augiasza, ponad ubraniami walającymi się na podłodze, ponad notesami porzuconymi gdzie popadnie.

— Czy opowiadałem ci kiedyś, Harry — zapytał Syriusz, a jego oczy migotały blaskiem, którego już dawno nie widział w tej statecznej szarości jego tęczówek — jak pojechaliśmy z Huncwotami i kilkoma szkolnymi znajomymi nad plażę Blackpool Sands w hrabstwie Devon?

Harry pokręcił głową i przysiadł na rozkotłowanym łóżku, od którego drewnianych, rzeźbionych oparć nie potrafił oderwać wzroku. Syriusz się uśmiechnął, patrząc przed siebie, jakby dostrzegał jakąś malowniczą wizję rozciągającą mu się przed źrenicami.

— To były tak piękne, beztroskie czasy — pokiwał głową jego ojciec chrzestny, a Harry przeciągnął spojrzeniem po jego promiennej twarzy, która zdawała się wygładzić, stracić kilka lat, nabrać zdrowszego odcienia, myśląc, że dawno nie widział tak czystego zachwytu w tych lśniących, szarych oczach. — Godne zapamiętania.


-VVV-


— Mieliśmy siedemnaście lat — powiedział mu Syriusz, błądząc zamglonym wzrokiem po jego twarzy, a Harry - zaciskając dłoń na krawędzi rzeźbionego oparcia - wstrzymał powietrze, obawiając się uronić choć słowo. — Byliśmy młodzi i roześmiani, i tak bardzo, bardzo beztroscy. Napisaliśmy nasze egzaminy końcoworoczne i nie musieliśmy się niczym martwić - tak nam się w każdym razie wydawało — uśmiechnął się - Harry dawno nie widział tak jasnego uśmiechu na czyjejś twarzy. — James rzucił pomysłem, żeby jechać nad morze, ot tak, zanim jeszcze na dobre zdążyliśmy opuścić mury Hogwartu - a my spakowaliśmy swoje rzeczy, powciskaliśmy flaszki po bocznych kieszeniach toreb i wskoczyliśmy do pociągu. Na wariackich papierach — zaśmiał się szczekliwie, w ten swój specyficzny, niepowtarzalny sposób, a Harry miał ochotę zebrać ten dźwięk w swoje dłonie i zatrzasnąć w jakimś małym, zgrabnym pudełku, które mógłby zawsze nosić ze sobą w kieszeni. — Myśleliśmy, że niczym nie musimy się przejmować, a świat był taki wielki i żywy, i czekał na nas z otwartymi ramionami, rozumiesz? — Jego szare oczy błyszczały tak zachłannie, że Harry nie potrafił oderwać od nich wzroku. — Wynajęliśmy dom - a właściwie jedno piętro - niedaleko plaży, z altanką i huśtawką ogrodową. Robiliśmy ogniska w ogrodzie na tyłach tego domu i piliśmy obrzydliwie ciepłą wódkę, nie kontrolując tego, ile w siebie wlewamy. Chodziliśmy na te głośne, szumne potańcówki w otwartych klubach przy plaży i kolebaliśmy się po parkiecie do utraty tchu, zalewając sobie żołądki kolorowymi drinkami i rozwodnionymi piwami. — Zaczerpnął głęboko powietrze i zamknął oczy. — Lubiliśmy, kiedy na nas patrzyli - ja i Dorcas - szczególnie podczas tańca, lubiliśmy przyciągać uwagę. Parkiet był zbity z podłużnych desek, które trzeszczały nam pod podeszwami, a my wiliśmy się na nim, jakbyśmy wyłączali rozumy i pozwolili zadziałać intuicji, poczuciu rytmu, sercu. A kiedy zdyszani podchodziliśmy do lady po kolejnego drinka, obcy ludzie pytali się nas: „gdzie nauczyliście się tak tańczyć?", „jesteście profesjonalnymi tancerzami?", „zatańczycie coś jeszcze?", a my zaśmiewaliśmy się jedno przez drugie, bo tańczyć nauczyliśmy się na szkolnych balangach w Pokoju Wspólnym, nie na wzniosłych turniejach i opłaconych lekcjach tańca, jak sugerowali. — Uśmiechnął się i uniósł ciężko powieki, spoglądając w okno, jakby dostrzegał obraz tamtych dni wymalowany wewnątrz futryny. — Inni patrzyli na nas i mówili: jesteście razem tacy uroczy, tak bardzo do siebie pasujecie, dobraliście się jak w korcu maku, a my szczerzyliśmy się jak głupi, wlewając sobie szot za szotem do zdartych gardeł — pokiwał - raczej bezwiednie - głową, śledząc nieobecnym spojrzeniem zaszronione, nagie gałęzie drzew rozpościerające się majestatycznie za wysokimi oknami. — Potem potrafiliśmy godzinami leżeć na zalanej ciemnością plaży pod gołym niebem albo turlać się w piasku jak w piaskownicy, albo nazywać gwiazdy, migoczące nam nad głowami.

Harry, patrząc na niego, myślał, że przez tą jedną, ulotną chwilę dane mu jest zobaczyć tego psotnika z tamtych lat, tego zalotnika szczerzącego połyskujące perłowym blaskiem zęby, pękającego brawurą młodzieniaszka z tych barwnych wspomnień.

Syriusz zaczerpnął głęboko powietrze, jakby zbierał w sobie siły albo skakał na głęboką wodę, a potem wyrzucił z siebie:

— Zaplanowaliśmy to. To niesamowite, wiesz? Mieliśmy siedemnaście lat i byliśmy razem ledwie od pięciu miesięcy. To był maj, a poznaliśmy się w styczniu. I zaplanowaliśmy to - wzięliśmy to w rachubę, kiedy tylko twój ojciec wyszedł z propozycją wyjazdu — roześmiał się, zerkając na niego przelotnie, ale w tym śmiechu nie było już tej samej beztroski, którą jeszcze chwilę temu słyszał w jego głosie. — Rozumiesz? My, szczeniaki, postawiliśmy sobie za cel zrobić to na tym wyjeździe tamtego gorącego lata. Wybraliśmy sobie wieczór, w którym twój ojciec wyciągnął Lily, Petera i Remiego na plażę - powiedzieliśmy im, że zostajemy w domu, „Nie, Luniaczku, nic się nie stało, nikt nie jest chory, nie zawracaj sobie nami gitary. Bawcie się dobrze" i rozłożyliśmy ręczniki na łóżku. I nie baliśmy się, nie mieliśmy wątpliwości, po prostu zrobiliśmy to — mówił Syriusz, kiwając głową, a Harry'emu omal nie opadła szczęka, kiedy uświadomił sobie, co jego chrzestny ojciec ma na myśli. Serce szemrzące coś niezrozumiale w jego piersi struchlało. Byłeś zaledwie dwa lata starszy, niż ja jestem teraz, dumał, przyglądając się zmarszczkom przecinającym jego promienną twarz (te migoczące oczy dziwnie się komponowały z niezdrowo poszarzałą skórą - pozostałością po latach Azkabanu); byłeś taki młody. I Harry przyłapał się na myśli, że z jednej strony chciałby mu przerwać, zamknąć mu usta, uciszyć go, z drugiej jednak pragnął usłyszeć tę historię do końca - przygryzł więc wnętrze dolnej wargi i nie przerywał. — A potem powtarzaliśmy to noc w noc, poranek za porankiem. I nie żałowaliśmy. — To brzmiało pięknie, kiedy tak o tym mówił, przemknęło Harry'emu przez myśl, kiedy obserwował te migoczące srebrem oczy; to brzmiało jak coś wartego przeżycia. — Pamiętam, jak siedzieliśmy z salonie i wlewaliśmy w siebie szkocką. To była ostatnia noc, a my musieliśmy skończyć nasze zapasy. — Oblizał usta, a potem roześmiał się szczekliwie. — Matko — westchnął, kręcąc - niemal niedowieżająco - głową — chyba nigdy wcześniej ani później nie nawaliliśmy się tak dosadnie, jak wtedy. Zaśmiewaliśmy się ze wszystkiego, absolutnie ze wszystkiego, chichraliśmy się do rozpuku, do łez i to z byle powodu — zakrył dłonią oczy, jakby go bolały albo jakby raziło go jakieś - zbyt jaskrawe - światło, niedostrzegalne dla oczu Harry'ego. — Tam był mugolski telewizor - w tym salonie na naszym piętrze i oglądaliśmy jakiś stary, czarno-biały film, niewiele rozumiejąc z fabuły. Peter coś powiedział - nie do końca pamiętam co - coś na temat jednej z kwestii tego filmu, który leciał w tle naszej paplaniny, zwracając uwagę na grę słów - a Dorcas, moja Dorcas, ze śmiechu zleciała z kanapy. Coś o facecie, który brał udział w zawodach balonowych i nieźle wypadł. — Harry patrzył, jak Syriusz przeciera - nieco nerwowym gestem - brwi. — Absurdalne. To wszystko było totalnie absurdalne - ale wtedy wydawało nam się tak bardzo zabawne — pokiwał głową. — Pamiętam, jak totalnie pijani, skakaliśmy przez ognisko — prychnął i wydął usta (to chyba miał być uśmiech, ale był trochę za bardzo krzywy, miał trochę za bardzo gorzkawy posmak i Harry miał ochotę wyciągnąć ramiona i zapleść je wokół jego chudej szyi, żeby ten uśmiech naprawić). — Jakie to idiotyczne, nie? To ognisko było prowizoryczne, przytachaliśmy masę drewna, które podwędziliśmy z jakiejś starej szopy, dorzuciliśmy suchych gałęzi, podpaliliśmy i et voilà — wzruszył ramionami i zwrócił ku niemu wzrok, a Harry zamarł jak sparaliżowany, bo jeszcze nigdy nie widział tak solidnego, głębokiego smutku w tych szarych, znajomych oczach. — A potem zalewaliśmy go wodą i deptaliśmy po tlących się resztkach jak głupi, próbując go ugasić, gdy ogień rozlazł się na boki po trawie. — Wypuścił ciężko powietrze, jakby się poddawał, a Harry miał ochotę do niego podejść, miał ochotę go uścisnąć, miał ochotę złapać go za rękę i przycisnąć ją do swojego policzka, ale tego nie zrobił, bo obawiał się go spłoszyć. — Żyliśmy tak bardzo po swojemu, tak mocno skupieni na: „tu i teraz", a tak niewiele myśląc o przyszłości, o odpowiedzialności, o racjonalności. I to było piękne, wiesz?

Nie był pewien, czy wiedział.


-VVV-


— Myślę, że to Voldemort go przysłał.

— Słucham?

— Josepha Hughesa.

Snape dokończył mieszanie chochlą w kociołku - pięć razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara - i odwrócił się w jego stronę, mierząc go wnikliwym wzrokiem.

— Skąd ta pewność?

— To nigdy nie jest pewność.

— Ach, tak...

Snape zaciągnął rękawy głębiej na nadgarstki i splótł ramiona na piersi, przyglądając mu się w taki sposób, jakby spoglądał na zamkowego ducha ujrzanego pierwszy raz w życiu.

— A niby w jakim celu miałby go przysyłać?

— Nie jestem całkowicie pewny, ale wszystko wskazuje na to, że zabicie mnie nie jest tego główną koncepcją.

— Przestań stroić sobie żarty, Potter, to poważna sprawa! — warknął obruszony Snape, wbijając sobie paznokcie w dłonie, a Harry westchnął przeciągle i zgodził się z nim krótkim, szorstkim skinięciem.

Miał w głowie tak wiele scenariuszy, ale nie był pewien, co powinien z nimi zrobić i pod jakimi kątami na nie spoglądać. Stał w prywatnym laboratorium Snape'a i liczył przebarwienia na białej, kafelkowej podłodze, czując każdym porem skóry beznadziejność sytuacji i próbując stłumić kotłujące mu się w głowie przypuszczenia. Nienawidził pochopnych oskarżeń, nienawidził nieprzemyślanych czynów, dokonanych na podstawie samych domysłów. Wiedział, że nie potrafią one przynieść niczego dobrego.

To pomieszczenie przywodziło mu na myśl kostnicę i wcale nie byłby zaskoczony, gdyby - stojąc tu i szukając - wygrzebał jakiegoś trupa z szafy. Przetarł palcami cienie rozlewające się pod zapalcowanymi szkłami okularów i wypuścił powoli powietrze, czując, jak nieznacznie opada z sił - trochę jak balon wypompowywany z helu. Miał pewną, nieco rozchwianą teorię na temat przysyłania tu przez Voldemorta Hughesa - opartą na mglistych fundamentach i ruchomych piaskach, ale zanim się nią podzieli ze Snape'em, musiał znaleźć na nią jakiekolwiek racjonalne potwierdzenie. Wiedział, że niepowagą z jego strony byłoby rzucanie w ciemno możliwościami.

— I co zamierzasz z tym zrobić? — zapytał Snape, zwracając na siebie jego uwagę, brzmiąc zgoła ostrożnie, jakby spodziewał się po nim głupiej brawury i heroicznych zrywów, a Harry uśmiechnął się kwaśno i spojrzał w jego czarne, niedostępne, skryte za otoczką obojętności oczy.

— Nic — odpowiedział, wzruszywszy ramionami. — Obserwować.

Jeśli Snape'a zaskoczyły jego słowa, nie dał po sobie niczego poznać.


-VVV-


Harry nie wiedział dlaczego ani w jakim celu, ale Dumbledore wysłał Syriusza na jakąś konieczną do przeprowadzenia misję, a Syriusz uparcie wzbraniał się przed wyjawieniem mu, o co chodzi. Harry oznajmił, że będzie czekał na jego powrót na Grimmauld Place i trzymał się tego pazurami, choć go zaklinali, prosili, wskazywali powody, dla których lepiej by było, gdyby pozostał w Hogwarcie, ale Harry zapewnił, że potrafi się sobą zająć, jakby dyskusja nawet nie istniała albo była zbyt opiewająca absurdem, aby ją ciągnąć, oznajmiając wszem wobec, że będzie bardziej spokojny, mogąc tam na niego zaczekać - i tym sposobem był tutaj teraz, ze Snape'em u boku, którego rola nie do końca była dla niego wiadoma, choć Harry podejrzewał, że maczał w tym palce nie kto inny, a Dumbledore, chcąc się upewnić, że Harry nie wyczyni jakiegoś głupstwa i nie pogna w te pędy śladem swojego ojca chrzestnego.

Wcale nie zamierzał go gonić, odciągać od zadania, zawracać mu głowę - jedyne czego chciał, to zaczekać, upewnić się, że Syriusz wróci cały i zdrów, że po powrocie zje porządny obiad i że ze śmiechem przytoczy jakąś głupią jak but z lewej nogi anegdotę ze swojej wyprawy - tylko na tyle liczył, nie zamierzał się wtrącać w nic więcej.

Stał więc w ponurej kuchni w domu Blacków i smażył na oliwie cebulę, czosnek i suszoną bazylię; Snape go obserwował - czuł jego spojrzenie spoczywające na jego dłoniach, zupełnie, jakby szukał defektów w jego sposobie przyrządzania obiadu, jakby czekał na jego potknięcie. Surrealne poczucie beznadziejności wypełniło mu żyły - surrealne, bo przecież to tylko Snape, co najwyżej rzuci mu kilka kąśliwych uwag, uśmiechnie się z wywyższeniem pod nosem i prychnie prześmiewczo z typową dla siebie pogardą dla wszystkiego, co go otacza - skóra go mierzwiła, ale dłonie nie przerwały mieszania drewnianą łyżką w rozgrzanym garnku. Dorzucił do niego suszone pomidory i zielone oliwki, których pełne słoiki zostawiła na kuchennej półce obok ziół i przypraw pani Weasley, pokrojone niedbale na drobne części. Snape wciąż tam stał, za nim, oparty o kuchenne szafki jak jakiś zastygły, marmurowy posąg - jakby zapuścił korzenie - a Harry przestąpił z nogi na nogę, kiedy chwytał nożyczki i przecinał opakowanie, w którym to matka Rona postanowiła przechowywać pomidorowy przecier. Przelał pół jego zawartości do garnka i zwiększył pod nim ogień; zacisnął zęby, kiedy czarne oczy przeskoczyły na zawartość jego rondelka, ale starając się to zignorować, dorzucił na oko soli i pieprzu, i ociupinę cukru, a potem spróbował sosu małą łyżeczką, którą wygrzebał z jednej z szuflad. Był trochę za słony - to przez oliwki i suszone pomidory, które same z siebie dają dużo słoności, ale chwilowo postarał się to zignorować, bo zapach wydobywający się z garnka wydawał mu się przepyszny, przyćmiewając te niedoskonałości. Odkroił kawałek masła od kostki i dorzucił do sosu, żeby go zagęścić, nie przestając przy tym wywijać pląsów w garnku drewnianą łyżką. Zmniejszył ogień i wrzucił do sosu dużo wcześniej przygotowane na bazie ziemniaków gnocchi; kiedy je zamieszał, coś przenikliwie, paląco zaczęło ściskać go pod mostkiem - spoglądał jak małe grudki ziemniaczano-serowe rozpadają się jak paćka, jak gęsta breja w pomidorowym sosie. Jego oczy zapiekły, choć powieki nawet nie drgnęły. Przestawił garnek na bok i postarał się, aby wyłowić z niego ocalałe gnocchi, ale te rozlatywały mu się pod łyżką jak kulki śnieżne, jak grudki zamarzniętej ziemi.

Wyłączył ogień, złapał za uchwyt garnka i otworzył kosz na śmieci, choć każdy wdech go przy tym dławił, jakby połykał dym, a potem - zaciskając zęby, czując, jak wilgotnieją mu oczy, ale usilnie walcząc z zachowaniem kamiennej twarzy - przerzucił do niego zawartość rondla. Cisnął opróżnionym, stalowym naczyniem do zlewu jednym, impulsywnym ruchem, rozbryzgując przy tym resztki czerwonego sosu po ścianie i oparł się dłońmi o krawędź blatu, zaciskając na nim dłonie tak mocno, że kłujący ból zaczął promieniować z jego skóry gdzieś w głąb mięśni, a potem zwiesił głowę, wlepiając pełen pogardy wzrok w ubabrany czerwienią odpływ, mając ochotę zobaczyć w nim własną twarz - jak ścieka gęstymi, ciągnącymi się plamami do rur, jak rozpuszcza się jak wosk pod płomieniem; coś niesłychanie cierpkiego ścisnęło go w skroniach - jakby jakieś niewidzialne wiertło przebijało się na wylot przez jego czaszkę.

Harry stał i czekał - czekał, aż Snape splunie na niego obelżywie słowami, aż go znieważy, aż go zhańbi i wypomni mu jego bezużyteczność - był na to gotowy, był przekonany, że potrafi to znieść z godnością. Tętniło mu w głowie.

Snape wypuścił powietrze z płuc, jakby je wstrzymywał; a potem zbliżył się do niego i Harry - choćby chciał - nie potrafił powstrzymać wzdrygnięcia. Tyle że Snape nie szarpnął go za włosy, nie wbił mu palców w ciało, nie odepchnął go na bok jak niepotrzebną przeszkodę, którą ktoś podrzucił mu pod nos - Snape położył ostrożnie dłoń na jego ramieniu, a gdy Harry się nie cofnął, oparł czoło o jego skroń.

— Posłuchaj — wyszeptał mu do ucha, a Harry starał się jak mógł przełknąć gulę ściskającą go za gardło, aby w razie konieczności móc cokolwiek odpowiedzieć, ale nie był w stanie — jesteś zdolny, jesteś mądry i masz wiele talentów. — Harry zdębiał, czując, jak pulsujący ból chwyta go w mięśniach szczęki, zdając się promieniować na zęby. — Nic, czego się podejmujesz, nie jest marnotrawstwem czasu i z pewnością nie jesteś dla nikogo ciężarem. — Leżące na jego ramieniu palce zacisnęły się lekko i Harry'emu przemknęło przez myśl, że powinno mu to przypominać ściskającą go boleśnie, szarpiącą nim wściekle łapę wuja Vernona, ale to nie było to samo - to nie było, nawet w najmniejszym stopniu, to samo, choć Harry nie do końca potrafił powiedzieć, na czym dokładnie polegała różnica. — Masz w sobie bardziej pokaźne pokłady odwagi od większości brawurowych, skretyniałych absolwentów Gryffindoru i więcej rozwagi od połowy kujonów z Ravenclawu. I czasami wykazujesz się taką przebiegłością, że biję się z myślami, dlaczego nie trafiłeś do Slytherinu. — Nie potrafił zrozumieć, dlaczego Snape mu to wszystko mówi, nie potrafił zrozumieć, dlaczego nie rozkwitła w nim jeszcze chęć ucieczki, nie potrafił zrozumieć, dlaczego te słowa sprawiały, że trudno mu było zaczerpnąć tchu. — I niechże wyrwą mi za to język, ale wiedz, że jesteś niepospolicie potężnym jak na swój wiek czarodziejem, skurczybyku. — Harry odetchnął głęboko, a powietrze przeszło jak smoła w dół i w górę jego gardła; gdyby miewał jakieś dziwaczne zaniki pamięci krótkotrwałej, mógłby pomyśleć, że ktoś mu właśnie podbił oczy albo że nie spał przez wiele nocy z rzędu - tak wielki ciężar kleił mu się do powiek. Serce mu biło jak dzwon.

Snape odsunął się i odrywając od niego oczy, rozsiadł się na jednym z kuchennych krzeseł, szurając jego nogami po i tak mocno porysowanej posadce.

— A teraz zrób ten obiad jeszcze raz — zarządził i brzmiał na podirytowanego, ale jego twarz była gładka jak nietknięte przez artystę płótno. Oparł się łokciami o blat i zaczął kontemplować długość własnych paznokci. — I tym razem racz go nie wyrzucać do kosza po ukończeniu — prychnął, drapiąc skórkę przy kciuku. — To nie eliksir, nie musi być perfekcyjny, wiesz? Ten twój - niewątpliwie paskudny - sos nie zatruje nikogo, jeśli sypnie ci się do garnka trochę więcej bazylii.


-VVV-


— W sumie to dziwne, że pił — powiedział później Harry, siedząc nad wylizanym jak spodek po mleku talerzem i bawiąc się widelcem.

— Słucham? — Snape uniósł na niego głowę znad parującej filiżanki popołudniowej herbaty.

— Mój wuj — wzruszył ramionami Harry. — Ciekawe, co było tego powodem.

Snape prychnął i odstawił wyszczerbioną filiżankę na spodek.

— Nie wiedziałem, że kretynizm musi mieć swój powód — wycedził szpetnie, a Harry zmarszczył brwi i uniósł wzrok znad swojego talerza, kiedy coś w jego szarych komórkach drgnęło na te słowa. Coś stało za jego głosem, coś zakorzenionego w jego ciele, coś, co przyrosło do jego kości jak pasożyt - i to już dawno temu.

— Czasami to nie kretynizm, a sposób na pogodzenie się z losem — powiedział cicho, a Snape się roześmiał. I Harry nie był pewien, czy słyszał kiedykolwiek tyle jadu w czyimś śmiechu - i tyle suchości; czarne oczy Snape'a patrzyły na niego z niekrytym politowaniem, przez co Harry zaczął się zastanawiać, czy jego profesor przypadkiem nie posiadał doświadczeń w przebywaniu dzień za dniem z burzliwym alkoholikiem pod jednym dachem.

— Z losem — prychnął Snape, wykrzywiając wargi, jakby połknął kwasek cytrynowy. — Pieprzone bęcwały, użalające się nad swoim popapranym losem. Innymi słowy: pustogłowi słabeusze paradujący z sercem na dłoni. Święcie przekonani o tym, że wszystko im - tępakom - wolno.

Tak, Harry był całkowicie pewien, że Snape wcale nie miał na myśli jego kochanego wuja. Do kogo więc nawiązywał? Kto, z bliskiego otoczenia Snape'a, mógł topić smutki w butelce, skoro reagował on w tak przesadny, wyczulony sposób?

— Myślisz, że oni rozumieją? — zapytał szorstko Snape, spoglądając na niego błyszczącymi jakąś dziwną, niepojętą dla Harry'ego pasją oczami; coś w jego żołądku zacisnęło się na jedną, krótką chwilę. — Myślisz, że są w stanie pojąć w jakikolwiek sposób tym swoim małym, otumanionym alkoholem rozumem przerażenie w oczach dziecka, kiedy wymachują bez pomyślunku pięściami i bełkotliwie wypowiadają swe absurdalne żądania? Kiedy wydają zarobione pieniądze na marne whisky i wygazowane piwo w jakichś szemranych, głośnych barach? Zapijają starą tequilę, wygrzebaną gdzieś z kątów zatęchłych piwnic, otwartą nie wiedzieć kiedy puszką, w której bulgocze resztka przeterminowanego, ciemnego piwa i uważają, że mają tak niesłychanie mocną głowę, że mogliby stawiać zakłady o nędzne drobniaki w jakimś przydymionym, śmierdzącym barze o to, który z nich uśnie ostatni. — Snape zrobił przerwę na zaczerpnięcie tchu - żyła na jego skroni pulsowała jak u nadciśnieniowca - a Harry otwarcie się w niego wgapiał, czyniąc wysiłki, aby przyswoić sobie to, co właśnie wypłynęło - jak zbyt długo pozostająca w uśpieniu magma ze szczytu wulkanu - spomiędzy pobladłych, wąskich ust Snape'a.

W gardle miał sucho. Język kleił mu się do podniebienia.

— Nie jestem pewien, czy potrafię panu współczuć — przyznał szczerze, dziwiąc się, z jaką łatwością słowa uformowały się w jego ustach.

Zaciekłość opuściła twarz Snape'a, jak spływająca z rynny woda.

— Wiem o tym — wysyczał sucho - ozięble, niemal wrogo, ale lód w jego czarnych, hipnotycznych oczach roztopił się w mgnieniu oka. — Być może właśnie dlatego nie przygryzłem języka. — Pokręcił z rezygnacją głową i odwrócił wzrok.


-VVV-


Syriusz wrócił. I chyba nie zauważył kilogramów, jakie opadły Harry'emu z serca, chyba nie spostrzegł odbijającej się jak w zwierciadle na jego twarzy duszy, chyba nie poczuł tego samego, co gwałtownie chwyciło za serce Harry'ego i nie zrozumiał, że ściskający gardło jego chrześniaka, tkwiący w nim kamień rozpuszcza się jak kostka lodu.

Mimo wszystko uśmiechnął się do niego, zanim zniknął na piętrze - i to wystarczyło, ten szeroki, nieco zawadiacki uśmiech poruszający jego policzki, kąciki jego ust, odbijający się błyskiem w jego szarych oczach.

„Dzięki, szczeniaku, nie jestem głodny" — rzucił przez ramię, kiedy Harry, zrywając sobie skórki z palców, oznajmił na wydechu, że przygotował dla niego ciepły obiad.

Nie jestem głodny, zabrzęczało mu w uszach w akompaniamencie trzeszczących schodów, uderzających o posadzkę podeszew, cichego trzasku zamykanych na piętrze drzwi; oczywiście, że nie był głodny, był zmęczony, był niewyspany, był zatyrany, Harry zagryzał wargę, myśląc, że przecież jest w stanie to zrozumieć.

Nie spostrzegłby, że kropelki krwi ufarbowały mu zęby, gdyby nie boleśnie trzeźwiący, metaliczny posmak rozlewający się po jego języku.


-VVV-


Czerwień musiała oblać mu uszy, bo Snape przyglądał się mu jakoś dziwnie ponad długim stołem w jadalni rezydencji Blacków. Harry, mając absurdalne wrażenie, że żołądek skurczył się w jego brzuchu, opuścił oczy na własne dłonie.

— Proszę tak na mnie nie patrzeć.

— Jak, Potter? — zapytał cicho Snape - Harry boleśnie odczuwał jego wzrok przesuwający się po jego płonącej rumieńcem twarzy.

Wzruszył ramionami i skrzywił się, kiedy dolna warga ostro zapiekła.

— Proszę w ogóle na mnie nie patrzeć — oznajmił, starając się brzmieć na pewnego siebie, ale jego oczy zdawały się przyspawać do wyskubanych skórek przy paznokciach i ani myślały się od nich oderwać, bez względu na jego głębokie starania.

To, co płonęło pod jego skórą, było silniejsze od gniewu, sięgało głębiej od goryczy i Harry bał się nazwać tą emocję, nie chcąc jej przypieczętowywać, nie chcąc jej w ogóle czuć.

Rumieniec musiał już sięgać jego szyi - był świadomy palącego gorąca płonącego gdzieś w okolicach kołnierzyka. Chciał, aby Snape odwrócił od niego wzrok, aby na niego nie patrzył, chciał dostać od losu szansę na zapadnięcie się pod ziemię, rozpłynięcie się w powietrzu, ale czuł - wyraźnie niczym wwiercające się mu w skórę wiertło - ciążące na jego twarzy, czarnookie spojrzenie, zdając sobie sprawę, że nie ma takiego miejsca, w którym mógłby się przed nim ukryć.

Nie wiedział, co sobie ubzdurał, łajał się w myślach, bo przecież mógł się domyślić, że Syriusz nie zechce, aby go kłopotał po skończonych zadaniach, które powierzył mu Zakon, że mógł nie życzyć sobie, aby Harry na niego czekał, że marzył o świętym spokoju, którego nie mógł zaznać, mając Harry'ego na głowie.

No naprawdę - czy nie mógł się zastanowić? Czy nie mógł uruchomić tego dennego strzępku swojego umysłu odpowiadającego za logiczne myślenie? Czy nie mógł...?

Silna ręka szarpnęła jego podbródkiem i Harry omal nie odgryzł sobie języka, kiedy natrafił wzrokiem na ziemistą, stężałą twarz wychylającego się przez stół, wiszącego nad blatem jak sęp, Snape'a.

— Jeśli masz zamiar kulić ramiona — wypluł nie bez zjadliwości Snape — i chować twarz w dłoniach, Potter, tylko dlatego, że jakiś idiota nie jest w stanie dostrzec twojej fatygi, to jesteś wart znacznie mniej, niż sądziłem.

Jak to jest, że słowa Snape'a potrafiły wstrząsnąć nim z siłą huraganu?

— Idiota? — powtórzył drżąco Harry, czując, jak w jego twarz wlewa się coś nieokreślonego, coś, co tkwiło gdzieś w jego piersi już bardzo długo i teraz - gwałtownie - przelało czarę. — Idiota? — Jego zęby stuknęły o siebie z głuchym zgrzytem; wyrwał się Snape'owi silnym szarpnięciem. — Myśli pan, że ma pan prawo wnikać w relację pomiędzy mną a Syriuszem? — wyrzucił z siebie z prędkością karabinu. — Ubzdurało się panu, że skoro przegląda pan mój denny umysł jak jakiś nudnawy katalog w poczekalni u Munga, to ma pan pieprzone prawo wypowiadać się na ten temat? — Jego dolne powieki drżały - czuł to bardzo wyraźnie.

Czarne oczy Snape'a zmrużyły się na niego gniewnie.

— Wiesz, Potter, nie, żeby dzisiejsze niańczenie ciebie nie było zniewalającą formą odpoczynku — mówił jeszcze ciszej, niż zazwyczaj, cedząc powoli słowa — ale na dobrą sprawę nie musiałem się tutaj za tobą targać i tkwić z tobą w tej szarej dziurze, wiesz? Mogłem poświęcić się czemuś bardziej produktywnemu. Zostać we własnych kwaterach, zamiast sterczeć w obcym domu. Uwarzyć kilka przydatnych eliksirów dla Skrzydła Szpitalnego. Poczytać książkę.

Harry wciągnął ze świstem powietrze przez nos; odnosił wrażenie, że pod skórą ramion przebiegają mu elektryczne spięcia.

— No jasne — wycedził na wydechu, świdrując Snape'a wzrokiem, czując jak czysta, niczym nieskalana wściekłość wylewa się z niego każdym porem skóry — bo właśnie pańskiego towarzystwa mi tak niezmiernie brakowało.

Gniew był dobry - o stokroć lepszy od palącego wstydu, który jeszcze chwilę temu przypiekał jego skronie, szyję i policzki - nawet jeżeli tak naprawdę w większości skierowany on był przeciw sobie samemu. Pozwolił sobie otworzyć serce, otworzyć umysł i wyrzucić z siebie wszystko to, co szemrało pod jego skórą, nie dając mu spokoju, co narastało gdzieś wewnątrz niego od chwili, w której dowiedział się, że Syriusz otrzymał jakieś bliżej nieokreślone zadanie, którego celu nikt nie zechciał mu przedstawić, od chwili, w której postawił swoją stopę w tych ponurych, głuchych progach, od chwili, w której dowiedział się, że to właśnie Snape, ze wszystkich ludzi, został oddelegowany do towarzyszenia mu podczas tej idiotycznej wyprawy do Kwatery Głównej.

Mistrz Eliksirów wykrzywił się na niego chłodno - tak chłodno, że Harry nie powstrzymał nagłego wzdrygnięcia, kiedy sieć dreszczy przemknęła mu po kręgosłupie jak iskry zimnych ogni.

— Być może nadszedł czas — wypluł Snape, jakby ciskał przekleństwem — żeby wyrzucić z umysłu niepotrzebnych ludzi i stłumić w sercu zbędne emocje, Potter? Być może uczyniłoby cię to silniejszym?

Naprawdę bardzo mocno starał się stłumić rosnącą w nim skokowo, absurdalną mieszankę doznań, uchwycić opuszkami palców uciekające mu z dłoni nitki kontroli, stonować drażliwe drżenie mięśni pod skórą, nie ustosunkowywać się do cudzych opinii, ale czym były pokłady rozwagi, czym były pokłady racjonalności, czym było pragnienie zachowania choć resztek samokontroli, przy pojawiających się przy nim ludziach, ciskających mu prawdą prosto w oczy?

Śmiech, który uciekł mu z głębi płuc, był gorzki, był suchy, był osowiały, bo na całym, wielkim świecie był tylko jeden człowiek, którego uwagi, miłości i troski potrzebował jak powietrza - i znajdował się on teraz pod tym samym dachem. Odgrodzony od niego głuchym trzaskiem zamykanych niedbale drzwi.


-VVV-


Powróciwszy do Hogwartu zrobił to, w czym ostatnimi czasy nie było mu równych - zaszył się w dormitorium, za jedyne towarzystwo mając książki. I starał się ignorować wołające o jego uwagę serce, kiedy zaciskał dłoń wokół zimnego pod jego palcami kasztana. Chwytał każdą pozycję z literatury popularnonaukowej, jaka rzuciła mu się w oczy w przestronnej, pokaźnie zaopatrzonej, zamkowej bibliotece i pozwalał swoim myślom przekierowywać swoje zawiłe tory.


-VVV-


Dziwaczna gałąź władzy - sądownictwo w Magicznej Anglii. Mimo że stara jak świat, absurdalnie niezdyscyplinowana - zupełnie jakby formy norm i przepisów prawnych od dawien dawna nie zostały zaktualizowane.

Harry, zanurzając nos w „Organach zarządzających światem czarodziejów i początkach ich kształtowania się w społeczeństwie", które otrzymał od Hughesa, bił się z myślami - bo system władzy, jaki panował w ich magicznej społeczności, niebezpiecznie przypominał bezprawie.

Im dłużej wgłębiał się w kolejne rozdziały, rozpisujące się o Ministerstwie Magii i jego Departamentach, jego Biurach, Oddziałach i Komitetach, im dłużej skupiał się na temacie dotyczącym Departamentu Przestrzegania Praw Czarodziejów, starając się rozpracować zasady, którymi kieruje się Wizengamot, im mocniej próbował odnieść to do rozprawy, która miała miejsce dwunastego sierpnia tego roku, podczas której miał wątpliwą przyjemność zasiadać na ławie oskarżonych, tym lepiej rozumiał i głębiej uświadamiał sobie, że w świecie czarodziejów nie istnieje takie pojęcie, jak: trójpodział władzy.

Cała władza sądownicza tkwiła beztrosko w dłoniach władzy wykonawczej - wszystkim sterował Korneliusz Knot, zupełnie jakby gmach Ministerstwa Magii był jego wielkim placem zabaw i w Harry'ego niespodziewanie uderzyła myśl, jakie to nadzwyczaj dziwne, że siedziba Wizengamotu znajduje się w samym sercu Ministerstwa - poziom drugi, jeden z siedmiu departamentów, Harry zdawał sobie z tego sprawę bardzo wyraźnie.

Kołaczące się o jego czaszkę wątpliwości nie dawały mu spokoju.

Dlaczego podczas jego absurdalnej rozprawy za stołem sędziowskim, pełniąc funkcję szanownego: „Wysokiego Sądu", zasiadał sam minister Knot? Od kiedy to Ministrowie Magii są głową Wizengamotu?

Harry - zaciskając zęby - siedział i czytał, całkowicie tracąc poczucie czasu.

Przed oczami miał wielką, okrągłą salę rozpraw, a w uszach brzęczał mu irytujący, wysoki głos Knota i zastanawiał się, jak ktoś, kto z pogardą odnosi się do Hagrida, który jest półolbrzymem, kto - Harry miał ochotę zazgrzytać zębami, kiedy sobie o tym przypomniał - oskarża olbrzymkę, która - jakby nie spojrzeć - jest wybitną osobowością w Magicznej Francji, której powierzono funkcję dyrektorki renomowanej Akademii Magii Beauxbatons, o morderstwo, bez poparcia tego najmniejszymi dowodami, kto otwarcie kwestionuje jedynego świadka zdarzenia, którego dotyczy rozprawa sądowa, jedynie ze względu na to, że świadek ten jest charłakiem; jak ktoś taki, na litość Merlina, może obiektywnie odnieść się do danej sprawy sądowej i wydać sprawiedliwy, ostateczny wyrok?

Harry przymknął oczy i przetarł brwi, kiedy uświadomił sobie, jak brzmi największy paradoks w ich systemie rządzącym: ściganie zorganizowanej przestępczości jest przede wszystkim oparte nie o potrzebę zachowania sprawiedliwości, a o chęci bądź niechęci, przekonania i ideologie szanownego, kierującego się strachem i własnymi przeświadczeniami, ministra Korneliusza Knota.


-VVV-


Harry usiadł naprzeciw Hughesa w przestronnym, ciepłym gabinecie i wodzony gwałtownym impulsem, rzucił książką o blat.

Profesor Transmutacji uniósł brwi, odłożył pióro do kałamarza, zgiął na pół list, w którego pisaniu Harry mu przerwał, odkładając pergamin do wysuwanej szuflady biurka i posłał mu na w pół pytające, na w pół rozbawione spojrzenie.

— Cały nasz system prawny — wypluł z siebie Harry, nie powstrzymując pogardy cisnącej mu się na język — to jakaś absurdalna Sodoma i Gomora.

Hughes przez krótką jak zaćmienie słońca chwilę lustrował go milcząco wzrokiem, a potem, ku nieznacznej konsternacji Harry'ego, roześmiał się - szczerze, otwarcie i bez zahamowań.

— Bardzo intrygujący wniosek, panie Potter — odrzekł, a rozbawiony uśmiech zagościł na jego twarzy jak rozbłysk światła — przyznam szczerze, że sam bym lepszego nie sformułował.

Harry zmarszczył brwi, skacząc spojrzeniem po jego widocznie zarysowanym łuku brwiowym, po jego szerokiej brodzie i niebieskich, zimnych oczach.

— Po to mi pan dał tą książkę? — pokręcił głową, przyglądając mu się otwarcie. — Żebym zauważył niedoskonałości naszego ministerstwa? Żebym się im przyjrzał? Żebym zaczął się nad tym zastanawiać?

Spodziewał się, że Hughes albo mu zaprzeczy, albo go wykpi, spodziewał się, że zwróci mu uwagę na jego pozostawiający wiele do życzenia ton i że - o ile nie wlepi mu szlabanu - grzecznie go odprawi i powie, żeby wrócił, kiedy nieco przemyśli sposób, w jaki się do niego zwraca. Jednak Hughes nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Zamiast tego Harry miał przyjemność oglądać szczery uśmiech majaczący w kącikach jego oczu.

— Owszem — oznajmił, częstując go miną przywodzącą Harry'emu na myśl bardzo zadowolonego z siebie kota, ściskającego martwą mysz w na wpół otwartym pysku, a potem, jak gdyby nigdy nic, przywołał zza przymkniętych drzwi, za którymi musiały znajdować się jego osobiste kwatery przyległe do gabinetu, niezbyt opasłą, ale wyraźnie mającą już swoje lata, teczkę; wylądowała ona na biurku przed Harrym z cichym trzaskiem. Harry, nie potrafiąc powstrzymać odruchu, zagłębił się w krzesło dla gości, instynktownie cofając się przed z pozoru niegroźnym segregatorem. — Bez obaw, panie Potter — zachichotał Hughes — to nie jest żaden czarnomagiczny artefakt, nic z tych rzeczy.

— A co to jest? — uniósł na niego wzrok Harry; za jego słowami stała pewna stabilna ostrożność, która - zdaje się - nie umknęła uwadze jego profesora.

— Zbiór esejów — uśmiechnął się Hughes, jakby dla potwierdzenia kładąc otwartą dłoń na wierzchu teczki. — Zapewniam cię, że nie gryzą.

— Przezorności nigdy za wiele — wzruszył ramionami Harry i ostrożnie rozsznurował zamknięcie, rzucając profesorowi pełne uwagi spojrzenie, na które odpowiedziały mu wygięte nie bez rozbawienia kąciki warg.

Zawartość - nie da się zaprzeczyć - była stosem esejów przeróżnej długości, o bogatej tematyce, mającej w sobie jednak jeden zasadniczy punkt wspólny - wszystkie skupiały się wokół działalności władz państwowych.

Podniósł wzrok na niebieskie oczy Hughesa, zastanawiając się, o co w tym wszystkim chodzi - dlaczego dostał od niego tą książkę i dlaczego była ona o tym, o czym była, dlaczego wręczał mu teraz polityczne eseje, dlaczego bawił się we wkładanie mu do głowy politologii magicznej?

Odchrząknął cicho i cofnął dłonie, kładąc je na kolanach i splatając nerwowo palce.

— O co chodzi? — zaniepokoił się Hughes i (Harry zagryzł wnętrze dolnej wargi) brzmiał przy tym na autentycznie przejętego - jakby zapewnienie Harry'emu wiedzy w zakresie funkcjonowania ich społeczeństwa, leżało w jego jak najszczerszych intencjach. — Nie interesuje cię podobna tematyka?

— Bardzo mnie interesuje — uśmiechnął się wymuszenie Harry, czując wyraźnie we wszystkich mięśniach twarzy, jak bardzo krzywy musi być ten uśmiech - prawie bolał; pozwolił swoim wargom nie czynić podobnych trudów i zjechać się ponownie w osowiały grymas. — Panie profesorze... — westchnął, przecierając palcami brwi, uporczywie starając się zebrać myśli; zdecydował się na szczerość: — Dlaczego pan to robi?

Hughes przez moment przyglądał mu się, jakby analizował zadane mu pytanie, trwając w bezruchu jak zaklęty w kamień i Harry'emu przemknęło przez myśl, że jeśli usłyszy absurd w stylu: „to dla twojego dobra", to - Merlin mu świadkiem - ciśnie stojącym mu pod ręką kałamarzem o ścianę; a potem Hughes poruszył się nieznacznie, przyciągnął ku sobie podarowaną Harry'emu teczkę i zaczął ją powoli składać.

— Co pan robi? — pokręcił głową Harry, śledząc z ogarniającym go falami zmęczeniem, przemawiające zastanawiającą niepewnością ruchy palców swojego profesora.

— Skoro nie chcesz...

— Proszę mi to dać — przerwał mu Harry, wyciągając wyczekująco dłoń, nie patrząc w te niebieskie oczy, które przywodziły mu na myśl wierzchołek góry lodowej pośród szerokiego oceanu. Pokręcił głową, kiedy Hughes nie zareagował. — Mam zamiar to przestudiować, panie profesorze, a nie wrzucić do kominka.

Hughes powoli wciągnął powietrze i pokiwał głową, po czym bez słowa ponownie wręczył mu skoroszyt.

Harry skinął głową w stronę blatu biurka i podniósł się z krzesła dla gości.

— Zupełnie nie rozumiem pańskich motywacji — rzucił na odchodnym, czując na swoich plecach odprowadzające go do drzwi, zamyślone spojrzenie zimnych oczu.


-VVV-


Szkolił go. Harry - choć próbował - nie mógł na to znaleźć innego rozwiązania. Oto co - jak mu się zdawało - robił Joseph Hughes: kształtował jego poglądy. Choć może: „kształtował", nie było najlepszym określeniem; bo Joseph Hughes nie naciskał, nie szantażował go ani nie żądał. Dawał mu tylko możliwość skorzystania z zasobów jego wiedzy, dawał mu możliwość przyjęcia nauk, które nie należały do głównego programu nauczania w Hogwarcie.

Tyle że — zastanawiał się Harry — w jakim celu to robił? Zakładając z góry, że nie przybył do Hogwartu ze względu na skryte pragnienie wkładania wiedzy do młodych umysłów, zakładając, że ktoś go na to stanowisko przysłał, dlaczego ze wszystkich rzeczy, których byłby w stanie się podjąć, znajdując się tak blisko niego, Hughes podsuwał mu pod nos wiedzę? O Ministerstwie Magii. O Wizengamocie i niezawisłości władzy sądowniczej. O - zbyt wysokich - możliwościach Ministra Magii.

Być może był w błędzie - być może to wcale nie Voldemort przysłał go do Hogwartu; tyle że kto wobec powyższego miałby to zrobić? Ciężko mu było dać wiarę w to, że Hughes był człowiekiem ministerstwa - bo czy wówczas kwapiłby się do wskazywania mu dziur w systemie prawnym? I czy Harry - choć raz - nie przyłapałby go na spędzaniu czasu z szanowną Wielką Inkwizytor na obrzydliwie słodkiej, nawet w zacienionym pokoju krzyczącej mdłym różem, herbatce podawanej w czeskiej porcelanie?

Nie, szemrał w cichej odpowiedzi umysł Harry'ego; nie, jeśli jest tak inteligentny, na jakiego wygląda, a Harry krzywił się i próbował szukać przesłanek do wiary w to, że to Ministerstwo Magii zapewniło Hughesowi pobyt w Hogwarcie - i znalazł ich kilka, oczywiście, że znalazł, ale były one nieprzekonywujące, czasem wręcz oklepane, niewiarygodne w odniesieniu do kogoś tak bystrego, jak jego nowy nauczyciel Transmutacji.

Harry wiedział, że kwestia stacjonowania Hughesa pod wysokim sklepieniem tego zamku i jej możliwe implikacje są sprawami, którymi z nikim się nie podzieli - w każdym razie tak długo, póki nie zrozumie jego motywacji, tak długo, póki nie będzie absolutnie pewien własnych racji. I Harry - wiedząc, że ciężar tej tajemnicy z pewnością go przytłoczy - postanowił swoje domysły zachować dla siebie.


-VVV-


Nie przemyślał tego dokładnie - nie spodziewał się, że tak szybko zostanie poddany próbie, nie wziął pod uwagę umysłu, który ostatnimi czasy tak gładko wnikał w jego własny; kiedy śnił. Odseparował Hughesa gdzieś na ostatnie półki, najciemniejsze kąty, najbardziej zakurzone przestrzenie, nie będąc przekonanym, czy to w ogóle zadziała.

Jeśli Voldemort zauważył źródło dręczących go wątpliwości, nie dał po sobie niczego poznać, nawet gdy przemknął jak mgła przez jego jaźń, wnikając w głębokie struktury jego połączeń nerwowych, nawet gdy przejrzał kilka jego wspomnień, prawie, jakby czynił to dla zabicia czasu, nawet gdy jego magia zamigotała gdzieś głęboko w jego percepcji jak najjaśniejsza gwiazda na nocnym niebie.

Czarny Pan zaciągnął się głęboko, jakby wdychał jego myśli i gdyby Harry potrafił zmaterializować się cieleśnie w obrębach własnego umysłu, wzdrygnąłby się.

— Czy gdybyś mógł cofnąć czas — odetchnął Harry, starając się skupić — zmieniłbyś cokolwiek w swojej przeszłości?

Voldemort zaprzeczył szeptem i uśmiechnął się do niego spośród cieni, które go spowijały, a Harry miał ochotę przełknąć ślinę, czując się tak, jakby ciasne więzy, ograniczające jego myśli, ściskały go od środka.

— Nic nigdy nie jest perfekcyjne, wiesz? — oblizał wargi Harry. — Perfekcja to ułuda. Nikt nie powinien tego wiedzieć lepiej niż ty.

Do jego czaszki przyspawał się monotonny szum.

— Wygrzebię się ze wszystkiego — zamruczał ten znajomy głos gdzieś na tyłach jego umysłu — choćbym miał to zrobić pazurami lub ogniem. Powstałem z czegoś mniej, niż najmarniejsze widmo, Harry, i wróciłem do świata tak samo potężny jak zawsze. Przezwyciężyłem strach, wiesz?

Widział zarys jego twarzy gdzieś wewnątrz tej gęstej mgły, która go oblepiała i błyszczące zachłannie, czerwone oczy.

— Jeśli nie nazwiesz tego perfekcją — jego melodyjny śmiech zdawał się tak piękny, zupełnie inny, od wzniosłego rechotu, jaki potrafił zaprezentować światu na jawie — to jakie nadasz temu imię?

Harry nie potrafił mu odpowiedzieć.