Dziękuję Panterze za zbetowanie tekstu.
— Co tutaj robimy? — zdziwiła się Liza, rozglądając się po pustych błoniach.
Gustawa nie było na śniadaniu, co wzbudziło w niej nadzieję, że może zaspał. Punktualnie o dziewiątej zjawiła się w holu, zamierzając odczekać trzy minuty, a potem wrócić do swoich komnat i przy najbliższej okazji oznajmić mu, że zmarnował swoje życzenie, nie stawiając się na umówione spotkanie. Okazało się jednak, że niestety już na nią czeka, z rękami w kieszeniach kurtki i z rozwichrzonymi od wiatru włosami, jak zwykle irytująco zadowolony z siebie.
Odmawiając odpowiedzi na jakiekolwiek pytania, poprowadził ją ścieżką wokół zamku, aż wreszcie zatrzymał się w, zdawałoby się, losowym miejscu. Nakazał jej usiąść na jednej z ławek stojących pod pokrytym bluszczem murem i zamknąć oczy.
— Powinnam przewidzieć, że to nie będzie zwyczajne sprawdzanie testów ani nadzorowanie szlabanów — westchnęła ciężko Liza, posłusznie wykonując polecenia.
— Nie rozdaję szlabanów, a nie jestem aż tak okrutny, żeby kazać pani czytać wypracowania z mugoloznawstwa — odparł lekko Gustaw. — Jeszcze chwila! — zawołał, widząc, że chce otworzyć oczy.
Vector zamknęła je i demonstracyjnie przesłoniła dłońmi.
— Tylko proszę nie podglądać.
— Nie będę — obiecała.
Gustaw zagwizdał głośno, a po chwili Liza poczuła nagły podmuch wiatru i ciężki odgłos, jakby coś masywnego uderzyło o ziemię. Niespokojnie poruszyła się na ławce.
— No już — usłyszała raźny głos Gustawa. — Pomyślałem sobie, że to będzie dobra okazja, żeby trochę panią rozerwać...
Liza otworzyła oczy i zamarła.
— Chyba nie dosłownie? — wyrwało jej się.
Zieleziński wybuchnął serdecznym śmiechem.
— Bez obaw, Kruczyna jest niezwykle łagodna — zapewnił, poklepując hipogryficę po dziobie. — Kruczyno, to moja współpracownica, Heloiza Vector — dokonał prezentacji. — Pani Lizo, czy mogłaby się pani ukłonić?
Czarownica nie miała na to najmniejszej ochoty, tym bardziej, że zwierzę wcale nie wyglądało na łagodne i patrzyło na nią ponuro spode łba. Zmusiła się jednak, by wstać i dygnąć lekko. Ku jej zaskoczeniu, po krótkim wahaniu hipogryf również ugiął przed nią kolana. Zadowolony Gustaw przywołał ją do siebie gestem.
— Proszę podejść — zachęcił ją. — Nic pani nie zrobi. Może ją pani pogłaskać.
Vector zebrała się w sobie i postąpiła kilka kroków w stronę hipogryficy, nie chcąc okazać strachu. Ostrożnie wyciągnęła rękę i koniuszkami palców dotknęła srebrzystego dzioba stworzenia, a potem, nieco ośmielona tym, że jeszcze nie odgryzło jej ręki, pogładziła miękkie i błyszczące pióra ponad nim. Hipogryfica nie zmrużyła oczu z przyjemnością jak wtedy, kiedy dotykał jej Gustaw, a tylko popatrzyła na kobietę łaskawie.
— Czy to już wszystko? — zapytała Liza, nie spuszczając z niej wzroku. — Doprawdy, dziwne ma pan pomysły... — Bez powodzenia starała się zdobyć na kąśliwy ton. — Co pan z tego ma?
— Satysfakcję — odparł gładko. — I oczywiście, że to nie koniec, najlepsze przed panią.
Vector spojrzała na niego i nagle zrozumiała.
— Chyba pan żartuje! — wykrzyknęła.
— Nie, dlaczego?
— Zwariował pan, naprawdę! — fuknęła z oburzeniem. — Nie ma mowy! Nie mam najmniejszego zamiaru wsiadać na to stworzenie! To śmieszne!
Kruczyna prychnęła cicho z wyraźną złością, na co Liza natychmiast odskoczyła od niej o krok. Rozbawiony Gustaw uspokajająco pogłaskał zwierzę po szyi.
— Przegrała pani, a to jest moje życzenie — zauważył spokojnie.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Vector wyglądała, jakby miała ochotę sięgnąć po różdżkę i go przekląć, ale kiedy Gustaw wyciągnął do niej rękę, niechętnie podeszła bliżej.
— Proszę się nie obawiać, przecież polecę z panią — dodał. — Moglibyśmy wziąć dwa hipogryfy, ale... cóż, na razie tylko Kruczyna pozwala mi się dosiadać, poza tym skoro nigdy pani tego nie robiła, tak będzie bezpieczniej.
Liza nadal nie sprawiała wrażenia ani trochę przekonanej do tego pomysłu.
— Mam sukienkę — zaoponowała odrobinę desperacko. — Nie mogę latać w sukience...
— Nie będzie pani przeszkadzać — uspokoił ją. — Proszę postawić nogę tutaj...
— I obcasy...
— Więc ostrożnie, żeby jej nie zranić. Pomogę pani.
Liza spojrzała na niego mało przyjaźnie, ale nie protestowała dalej, tylko podciągnęła się na grzbiet zwierzęcia. Spróbowała usadowić się jakoś wygodnie i ułożyć wokół siebie fałdy spódnicy i płaszcza, które na szczęście były na tyle szerokie, że nie podwijały się i nie odsłaniały jej nóg.
Gustaw wspiął się na zwierzę za nią.
— Jest pani gotowa? — zapytał.
Nim zdążyła odpowiedzieć, że nie, hipogryf uderzył potężnymi skrzydłami i gwałtownie wzbił się w powietrze. Liza zareagowała w sposób przewidywalny — okrzykiem i kurczowym zaciśnięciem dłoni na piórach na jego karku. Kruczyna, której wcale nie spodobało się takie traktowanie, szarpnęła się i potrząsnęła głową. Gustaw mocniej ścisnął kolanami jej boki.
— Proszę się nie bać — uspokoił Lizę, gdy nieco wyrównali lot.
— Nie boję się — wycedziła kobieta. — Mam ochotę pana zamordować! Jak tylko to przeklęte zwierzę wyląduje...
Kruczyna w odpowiedzi na „przeklęte zwierzę" machnęła skrzydłami, wzbijając się jeszcze wyżej i przyspieszając.
— To nic takiego, ona naprawdę jest potulna jak baranek i bardzo posłuszna... — zapewnił zesztywniałą Lizę Zieleziński.
Jakby na przekór jego słowom, niezadowolona hipogryfica przeturlała się w powietrzu. Liza pisnęła jak przydepnięta gumowa kaczuszka. Jedną rękę oderwała od hipogryfa i zacisnęła kurczowo na nadgarstku Gustawa, boleśnie wbijając weń komplet paznokci.
„Świetnie!" — pomyślał Gustaw z lekkim niepokojem. — „Dwie wściekłe istoty płci żeńskiej i ja — kilkaset metrów nad ziemią...".
— No co jest, Kruczyno...? Jak ty się zachowujesz? — zawołał. Nie obawiał się, że mogłaby ich zrzucić, ale chciałby, żeby Liza ją polubiła, a nie utwierdziła się w przekonaniu, że hipogryfy to groźne i wredne bestie. Nie podobało mu się też, że kolejny raz w obecności Vector jego autorytet legł w gruzach. — Czemu jesteś złośliwa? No dalej, proszę... Dobra dziewczynka...
— Wracajmy już — zażądała Liza.
Słysząc to, Kruczyna, która właśnie zniżała lot, by zakończyć tę niemiłą jej przejażdżkę, znów poderwała się do góry. Najwyraźniej jednak nie chciała narażać się na gniew Gustawa, bo wypoziomowała i zaczęła szybować łagodnie i prosto. Mimo to Vector nie śmiała nawet drgnąć; serce kołatało jej jak oszalałe.
Zieleziński odetchnął głęboko, a potem uśmiechnął się pod nosem i łagodnie otworzył dłoń czarownicy, zaciśniętą na jego nadgarstku.
— Zwykle bardziej mnie słucha — mruknął przepraszająco do ucha Lizy. — Cóż, będziemy musieli poczekać, bo na razie nie zdołam jej przekonać do lądowania. Proszę się rozluźnić...
Pochylił się i delikatnie przeniósł jej dłoń na szyję hipogryfa. Wyplótł jej palce z piór i ułożył je w odpowiedni sposób, pokazując, jak ma się trzymać, żeby nie drażnić stworzenia.
— Nie boi się pani, co? — zapytał z powątpiewaniem.
Liza prychnęła z irytacją.
— Jestem wściekła! Sądziłam, że przynajmniej pan panuje nad tym... nad nią — wytknęła mu.
— Panuję. Jest pani bezpieczna.
— To kompletne wariactwo! Nie wiem, czemu się na to zgodziłam! A mówiłam, w granicach rozsądku!
Gustaw zaśmiał się cicho. Najwyraźniej głośne narzekanie trochę jej pomagało.
— Naprawdę pana przeklnę, gdy tylko wylądujemy!
— Jasne — zgodził się pogodnie, a w myślach odetchnął z ulgą. Z dwojga złego wolał ją rozzłoszczoną niż wystraszoną. — Nawiasem mówiąc, słyszałem, że cechą charakterystyczną dla wszystkich Gryfonów jest odwaga...
Liza prychnęła ze złością.
— I w związku z tym powinnam się cieszyć, że w każdej chwili możemy spaść i się zabić — sarknęła.
Gustaw rozluźnił się nieco. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinien ciągnąć tej rozmowy, ale nie mógł się powstrzymać.
— Niech pani da spokój — odparł ze śmiechem. — Trochę więcej zaufania poproszę! Poza tym czym to tak naprawdę różni się od latania na miotle? Przecież lubi pani latać. Podczas naszego meczu była pani fantastyczna...
— Miotła jeszcze nigdy nie usiłowała mnie zrzucić.
— Ale zawodnik przeciwnej drużyny na pewno. A przynajmniej mnie chciał...
— Ach, więc to rewanż za ten nieszczęsny quidditch, tak? — stwierdziła Liza.
Gustaw zaprotestował gorąco.
— W zasadzie chciałem pani udowodnić, jak fajne jest latanie na hipogryfie.
— No to się panu nie udało.
— To naprawdę dużo lepsze niż quidditch!
— Oczywiście. Tylko że miotłą można sterować, nie robi człowiekowi na złość i nie szarpie się — wyliczyła Liza. — I da się wylądować, kiedy tylko się zechce... A poza tym nie rozumiem, o co się pan gniewa, skoro całkiem nieźle panu szło i nie spadł pan z miotły. I ostatecznie wygraliście, prawda?
— Wygraliśmy, przegraliśmy, jakie to ma znaczenie? — zapytał wesoło Gustaw. — To tylko głupia gra. Nawet nie ma czasu, żeby się rozejrzeć. Kiedy ostatnio latała pani ot tak, dla przyjemności? Niech pani zobaczy, jak pięknie jest dookoła...
— Jest pan niemożliwy — mruknęła Vector z rezygnacją i zamilkła.
Gustaw nie wiedział, czy rzeczywiście zaczęła podziwiać widoki, czy raczej stwierdziła, że najlepsze, co w tej sytuacji może zrobić, to zignorować go i stoicko zaczekać, aż Kruczynie znudzi się robienie jej na złość. Na wszelki wypadek postanowił się nie odzywać. I tak chyba dziś przesadził...
Rozejrzał się, starając skupić na rozciągającej przed nim połaci lasu i widniejących w oddali wierzchołkach gór, zatopionych w ciemnych chmurach. Nic z tego. Dekoncentrowała go bliskość Lizy. Co tam góry, kiedy o wiele przyjemniejszym widokiem wydawała się linia jej ramion i światło odbijające się w jej ciężkich, ciemnych włosach, w na pół już rozsupłanym koku...
Cóż, może ta przejażdżka to nie był aż tak dobry pomysł, jak mu się zdawało?
Kruczyna najwyraźniej zauważyła, że Liza za dobrze się bawi, bo nagle zrobiła ostry skręt w powietrzu.
— Chyba wracamy — stwierdził Gustaw. — Spokojnie, Kruczyno, proszę! I bez wygłupów, inaczej nie będzie ci miał kto przynosić smakołyków, bo profesor Liza naprawdę zamieni mnie w żabę, jak tylko wylądujemy...
— Pięknie — mruknęła nagle Vector.
— Prawda? — ucieszył się Gustaw, nieco zaskoczony tym niespodziewanym, choć niezbyt żywiołowym przejawem entuzjazmu.
— Zaraz będzie padać — prychnęła czarownica. — Już kropi.
Zieleziński przewrócił oczami.
— Jest pani taka... — zaczął i urwał, bo ciężka, zimna kropla spadła mu prosto na nos. Zaraz potem lunęło jak z cebra.
Liza wybuchnęła pełnym rezygnacji śmiechem.
Nim Vector zdołała wyjąć z kieszeni sukni różdżkę i rzucić zaklęcie odbijające deszcz, byli niemal zupełnie przemoczeni. Na szczęście Kruczyna najwyraźniej również nie lubiła moknąć, bo pomknęła prosto do zamku, porzucając dalsze wygłupy.
Ulewa przeszła tak szybko, jak się pojawiła i nim dolecieli do Hogwartu, deszcz przeszedł w leciutką mżawkę, a zza chmur znów wyjrzało słońce. Wylądowali przy stajniach. Liza zsunęła się z hipogryfa na ziemię, pospiesznie odsunęła od niego o kilka kroków i ciężko opadła na ławkę. Spódnicę miała wygniecioną, a włosy w nieładzie.
Gustaw wpuścił Kruczynę do stajni, sam zaś zatrzymał się w progu. Czując na sobie jego wzrok, Liza wyciągnęła różdżkę i zaczęła suszyć włosy. Ręce lekko jej drżały — nie był pewien, czy z zimna, czy ze zdenerwowania.
— Wszystko okej?
Liza posłała mu wiele mówiące spojrzenie. Gustaw zakłopotał się nieco.
— Ehm... Muszę zaprowadzić Kruczynę do boksu i trochę wysuszyć. Pójdzie pani z nami?
— Nie.
— Chce pani wrócić do zamku? Tutaj obok jest boczne wejście. Mogę panią odprowadzić, Kruczyna poczeka.
— Nie ma takiej potrzeby. Poradzę sobie sama.
Zieleziński popatrzył na nią powątpiewająco, jakby czekał, aż wstanie i odejdzie.
— Och, niechże pan już idzie! — zirytowała się Liza. — Posiedzę tu sobie przez chwilę, bo... bo tak!
— W porządku — skapitulował Gustaw, uznając, że nie powinien przeciągać struny. — W razie czego, będę tędy wracał — rzucił, znikając za drzwiami.
Czarownica fuknęła za nim wściekle. Odczekała jeszcze chwilę, a potem zaklęła cicho i zgięła się wpół, chowając twarz w dłoniach i oddychając głęboko. Nie chciało jej się nawet sięgnąć po papierosa, zresztą wątpiła, czy zdołałaby go zapalić.
Minęła dłuższa chwila, nim uspokoiła się na tyle, by mogła wstać i ruszyć do zamku.
xxx
Sinistra siedziała w gabinecie Dumbledore'a nad filiżanką herbaty. Przez uchylone okno wpadał wiatr, przyjemnie chłodny i ożywczy po ostatnich upalnych tygodniach. Fawkes drzemał na swojej żerdzi z głową ukrytą pod skrzydłem, a fałszoskopy i inne wymyślne urządzenia, którymi zagracony był pokój, brzęczały i tykały cicho.
— Jesteś pewna, moja droga, że nie wolałabyś spędzić reszty wakacji w domu? — zapytał Albus.
Wzruszyła ramionami, myśląc przelotnie, że od lat to Hogwart był jej domem bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce.
— Chciałabym trochę popracować, nim zacznie się rok szkolny, a bez mojego sprzętu i biblioteki to trochę trudne — wyjaśniła. — Poza tym w domu i tak prawie nikogo nie ma. Rodzice pojechali nad morze. Natalie też ma urlop, więc zabrała dzieciaki do swoich rodziców; są mugolami i mieszkają na drugim końcu kraju, więc rzadko mają okazję widzieć wnuki. Al został, nawet nie mógł wziąć wolnego przez to wszystko...
— Rozumiem — odparł dyrektor. — Nadal pracuje w Ministerstwie? — zapytał, sięgając po imbryk, żeby dolać im herbaty. Odruchowo chciał pomóc sobie lewą ręką i kiedy ją uniósł, rękaw szaty zsunął się, ukazując dziwnie poczerniałą i wysuszoną skórę dłoni.
— Tak, jest amnezjatorem... — odparła Auriga nieuważnie. — Dyrektorze...
Albus szybko strzepnął materiał, zakrywając dłoń.
— Ma dwóch synów, prawda? — ciągnął beztrosko. — Chyba wkrótce zobaczymy ich w Hogwarcie...?
Sinistra zmarszczyła lekko brwi, ale nauczona doświadczeniem o nic nie zapytała. Zamiast tego również przywołała na twarz nieco wymuszony uśmiech i odpowiedziała:
— Nie tak szybko; Tim ma osiem lat, Matt dopiero trzy...
Jeszcze w zeszłym roku Auriga zapewne uznałaby podobną sytuację za krępującą, ale kiedy kilka dni temu otrzymała zaproszenie od Albusa, ucieszyła się, że będzie mogła z kimś porozmawiać o Severusie, i zgodziła się bez namysłu. Niestety dyrektor nie uspokoił jej zbytnio, bo sam od kilku tygodni nie otrzymał od niego żadnej wiadomości. Poza tym nie wyglądał najlepiej. Lewą dłoń miał wyraźnie niesprawną i mimo że zachowywał się jak zawsze, zręcznie prowadząc swobodną rozmowę, to sprawiał wrażenie dziwnie zmęczonego.
Kiedy Auriga zaraz na wstępie zapytała, czy mogłaby jakoś pomóc Zakonowi, obdarzył ją sztucznie wesołym uśmiechem, po czym łagodnie, acz stanowczo polecił jej korzystać z urlopu i niczym się nie przejmować. Podejrzewała, że Severus mógł mieć z tym coś wspólnego...
— Tak czy inaczej, jeśli byłoby cokolwiek, co mogłabym zrobić... — powtórzyła jeszcze, kiedy pół godziny uprzejmej pogawędki później zbierała się do wyjścia.
— W zasadzie może jest coś takiego — odparł Dumbledore z namysłem, jakby jakiś pomysł właśnie przyszedł mu do głowy.
Zaskoczona Auriga aż wyprostowała się na krześle.
— Przyda nam się jeszcze jedna osoba do pomocy dzieciom z mugolskich rodzin przy przygotowaniach do wyjazdu do szkoły.
Sinistra wyraźnie oklapła. Albus spojrzał na nią z łagodnym pobłażaniem.
— Może ci się wydawać, moja droga, że zwykła praca na rzecz szkoły to niewiele, szczególnie w porównaniu z tym, co robi dla nas Severus, ale to nieprawda. Toczymy wojnę, ale nie możemy zapominać, że przede wszystkim jesteśmy nauczycielami.
Skinęła głową, nieprzekonana.
— Zgłoszę się do Minerwy po szczegóły — westchnęła.
Kilka dni później McGonagall przekazała jej listę z nazwiskami i adresami trójki rodzin, z których dzieci miały od września rozpocząć naukę w Hogwarcie. Każda z nich odbyła już spotkanie z Minerwą, więc Auridze oszczędzona została wątpliwa przyjemność przekonywania ich, że magia istnieje, a ona nie jest wariatką. Musiała jedynie pomóc im odnaleźć się w magicznym świecie: oprowadzić po ulicy Pokątnej, pokazać, gdzie mogą wymienić mugolskie pieniądze na galeony, asystować przy zakupie różdżki, szat i podręczników. I, rzecz jasna, odpowiadać na tysiące pytań podekscytowanych jedenastolatków i wyraźnie przytłoczonych całą sytuacją rodziców.
Nie było to jednak na tyle absorbujące, by zająć ją na dłużej. Auriga jednak nigdy nie miała skłonności do poddawania się nudzie i marazmowi, nie podobała jej się też rola smętnego dziewczęcia, usychającego z tęsknoty za ukochanym, dlatego szybko wypełniła sobie resztę czasu. Wieczorami zakopywała się w książkach, noce spędzała na Wieży Astronomicznej, a najgorętsze godziny dnia przesypiała w chłodnych kamiennych murach swojej wieży.
Nieco tylko doskwierał jej brak towarzystwa. Zwykle w wakacje w zamku pozostawali jacyś nauczyciele, ale w tym roku było inaczej. Czasem któryś wpadał na krótko, żeby zobaczyć się z Minerwą albo Albusem, a potem znikał, pochłonięty własnymi sprawami. Tylko raz spotkali się w szerszym gronie, kiedy McGonagall zorganizowała zebranie dla nauczycieli, którzy pomagali mugolskim rodzinom. Severusa, rzecz jasna, wśród nich nie było — Minerwa powtarzała, że on i tak ma latem wystarczająco dużo dodatkowych obowiązków, związanych z zaopatrywaniem skrzydła szpitalnego w eliksiry, ale reszta grona pedagogicznego doskonale wiedziała, że chodziło raczej o to, że po rozmowie z Severusem żaden rodzic przy zdrowych zmysłach nie zgodziłby się na posłanie swojego dziecka do Hogwartu.
Poza tym Auriga kilkukrotnie spotkała się z Lizą i razem z nią odwiedziła też Charity i jej męża w ich nowym mieszkaniu w mugolskiej części Londynu. Ale na co dzień w Hogwarcie dokuczała jej samotność. Mało tego, podejrzewała, że duża część jej współpracowników jest zaangażowana w działalność Zakonu i czuła się tym bardziej bezużyteczna i wykluczona. Dumbledore ciągle gdzieś wyjeżdżał, ale chyba również nie zajmował się sprawami szkoły; pochłaniały go jakieś badania, których przedmiotu Auriga nie znała. Minerwa wyraźnie martwiła się o niego; poza tym chyba spadły na nią wszystkie obowiązki związane z przygotowaniami do rozpoczęcia roku szkolnego, bo niemal nie opuszczała swojego gabinetu.
Sinistra była bardzo zaskoczona, kiedy pewnego popołudnia w środku sierpnia zobaczyła McGonagall przed drzwiami swych komnat.
— Niedługo będziesz miała towarzystwo — oznajmiła jej wicedyrektorka po chwili niezobowiązującej pogawędki.
Auriga spojrzała na nią pytająco. „Pewnie przyjedzie Filius albo Pomona..." — pomyślała. Kolejne słowa Minerwy zaskoczyły ją zupełnie:
— Severus wraca w poniedziałek po południu.
— Severus wraca? — powtórzyła.
— Wczoraj dostałam od niego list. Ma zamiar zająć się eliksirami dla Poppy. Prosił, żeby przypomnieć ci o wyliczeniach, przesłał nawet listę.
McGonagall podała zdumionej koleżance złożoną na czworo kartkę papieru.
— Ale... To znaczy dzięki. — Sinistra opanowała się natychmiast. — Już wszystko dla niego przygotowałam, co roku warzy te same eliksiry. — Uśmiechnęła się, przewracając oczami.
— Tak właśnie sądziłam. — Minerwa również odpowiedziała uśmiechem.
Rozmawiały jeszcze przez chwilę, choć Auriga miała lekkie trudności, by się skupić. Kiedy wreszcie McGonagall pożegnała się i wyszła, natychmiast chciwie rozłożyła papier...
„Przypadek beznadziejny" — stwierdziła, z niejakim zdumieniem wpatrując się w listę eliksirów. Oprócz niej wiadomość zawierała dwa krótkie zdania wstępu. Kończyła się tą samą okropną frazą, co ostatnio. Auriga bez większych nadziei dotknęła pergaminu różdżką, ale nic się nie wydarzyło. — „Czego się spodziewałaś?" — prychnęła, przygryzając z rozbawieniem wargę. — „Ten introwertyczny paranoik nie ma zielonego pojęcia o tym, jak powinien wyglądać list do kobiety".
To nie miało znaczenia. Najważniejsze, że w końcu wracał do Hogwartu.
xxx
Dobra pogoda utrzymała się przez cały weekend. Niedzielne przedpołudnie było zaskakująco słoneczne i mimo dość niskiej temperatury i ostrego wiatru, widok za oknem aż zachęcał do spaceru. Gustaw zabrał z komnat kurtkę, a potem zszedł do pokoju nauczycielskiego na kawę. Hailey wyjechała w piątek wieczorem, żeby spędzić weekend z rodzicami, ale liczył, że może spotka kogoś innego, kto będzie miał ochotę na przechadzkę po błoniach.
W pokoju zastał jednak tylko Lizę. Kobieta stała przy kredensie i napełniała pojemnik na wodę w ekspresie do kawy. Na jej widok Gustaw zawahał się lekko, w ostatniej chwili powstrzymując głupi odruch zrobienia kroku w tył i zatrzaśnięcia za sobą drzwi.
— A, to pan, dzień dobry — rzuciła Vector bez entuzjazmu, patrząc na niego przez ramię. — Właśnie robię kawę, zaparzyć więcej?
Nie uzyskawszy odpowiedzi, zmarszczyła lekko brwi.
— Wchodzi pan czy wychodzi?
Zieleziński z zakłopotaniem przestąpił próg. Na wszelki wypadek od wczoraj starał się schodzić Lizie z drogi i teraz nie bardzo wiedział, czego się może spodziewać...
— Tak — odpowiedział. — To znaczy wchodzę. A jeśli chodzi o kawę, to poproszę.
Liza skinęła głową i wróciła do przygotowywania napoju. Gustaw spojrzał na nią z wahaniem, a potem odwiesił kurtkę i przeszedł przez pokój. Wyjrzał przez okno, a potem przerzucił kilka stron leżącego na parapecie magazynu o transmutacji współczesnej. W tym czasie Liza wróciła do swojego fotela, podniosła z siedziska książkę i usiadłszy, zaczęła przeglądać ją ze znudzeniem. Niezręczną ciszę mąciło tylko ciurkanie kawy w ekspresie.
Zieleziński odetchnął głęboko.
— Gniewa się pani na mnie? — zapytał.
— Gniewam? — Liza podniosła na niego wzrok.
— Za hipogryfa — wyjaśnił.
Westchnęła ciężko i przez chwilę wyglądała, jakby bardzo chciała uraczyć go jakimś uszczypliwym komentarzem, ale ostatecznie opanowała się i powiedziała tylko:
— Nie, już mi trochę przeszło. Przecież pana nie przeklnę. — Podkreśliła swoje słowa niedbałym machnięciem ręki. — Chyba, że chciał pan mnie rozgniewać?
Gustaw gwałtownie pokręcił głową.
— Proszę mi wierzyć, że miałem jak najlepsze intencje! Kruczyna zwykle jest miła i posłuszna. Nie wiem, co w nią wstąpiło — skłamał, bo doskonale wiedział, że hipogryfica po prostu zauważyła strach i uprzedzenie Lizy, i poczuła się urażona. Nie sądził jednak, żeby takie wyjaśnienie spodobało się Vector. Przezornie postanowił nie ciągnąć tematu. — Gdybym wiedział, że tak bardzo nie przypadniecie sobie do gustu, to wymyśliłbym coś innego — dodał. — Naprawdę nie zamierzałem się na pani odgrywać.
— Ma pan szczęście, że sama również doszłam do takiego wniosku — westchnęła. — Ale skoro miał pan dobre intencje, to aż boję się pomyśleć, co by pan zrobił, gdyby chciał pan być złośliwy...
— Wtedy naprawdę dałbym pani do sprawdzania prace domowe moich uczniów — odparł lekko. — Zanudziłaby się pani na śmierć.
Liza westchnęła kręcąc głową.
— Powinnam trzymać się od pana z daleka.
— Nie chciałbym tego — powiedział Gustaw, ryzykując nieśmiały uśmiech. — Choć pewnie tym razem zasłużyłem sobie na dwa tygodnie nieodzywania się — zażartował.
Spojrzała na niego dziwnie. Dzbanek napełnił się kawą, więc wstała, by nalać jej do kubków. Zieleziński również podszedł do kredensu i wyciągnął cukiernicę i mleko.
— Jeżeli nie jest pani na mnie zła, to może w takim razie... — zaczął niepewnie.
— Nie powtórzę tego, nigdy w życiu! — przerwała mu Liza stanowczo z autentycznym wzburzeniem, porzucając na moment swój ironiczny i zdystansowany ton.
Gustaw uspokajająco uniósł dłonie.
— Zamierzałem tylko zaproponować spacer. Chciałbym rozejrzeć się po okolicy, a trochę się obawiam, że się zgubię albo zabłąkam na terytorium jakiegoś krwiożerczego zakazanoleśnego zwierzaczka... Krótko mówiąc, przydałby mi się przewodnik.
Vector pokręciła głową.
— Nie ma mowy — powiedziała, machnięciem różdżki spieniając mleko w swojej filiżance. Zerknęła pytająco na Gustawa, a kiedy skinął głową, zrobiła to samo z jego naczyniem. — Z czymś takim niech pan idzie do Hagrida albo jeszcze lepiej do Aurigi. Ona uwielbia włóczyć się po okolicy i przyda jej się trochę oderwać od pracy. Ja sama prędzej się zgubię, niż pana oprowadzę.
— Skoro tak... W takim razie chyba zapytam któreś z nich... — Gustaw wzruszył ramionami, nie przestając się uśmiechać. Bardzo starał się nie okazać zawodu. Był pewien, że to zwyczajna wymówka, ale cóż, skoro nie chciała, to przecież nie mógł jej do niczego zmusić...
Liza ostrożnie uzupełniła filiżanki kawą i posypała wierzch cynamonem. Jedną przesunęła w stronę Zielezińskiego, a z drugą z powrotem ulokowała się w swoim w fotelu.
— Ale to chyba nie dzisiaj? — zapytała nieuważnie.
Spojrzał na nią pytająco, również siadając.
— Teraz to niech się pan nawet nie fatyguje, bo Auriga odsypia całonocne obserwacje, a Hagrid z samego rana poszedł do Zakazanego Lasu z Pomoną po jakieś rośliny.
— Aha. Trudno, najwyżej pójdę sam. W taką piękną pogodę szkoda siedzieć w zamku — powiedział raźno.
Liza popatrzyła na niego jakby właśnie oznajmił, że przyleciał z księżyca.
— Mamy połowę listopada, jest zimno i paskudnie wieje — stwierdziła. — No, ale jak pan uważa.
Zapadła cisza. Liza zamieszała łyżeczką w swojej filiżance i upiła łyk. Nie sięgnęła jednak po książkę i nie wyglądała, jakby miała ochotę to zrobić, bo obrzuciła ją tylko zniechęconym spojrzeniem. Gustaw stwierdził, że może zaryzykować kontynuowanie rozmowy.
— A tak właściwie, to gdzie wszystkich wywiało? — zapytał. — Hailey wyjechała, Auriga śpi, Hagrid i Pomona poszli do Zakazanego, a reszta?
Liza wzruszyła ramionami.
— Na śniadaniu też nie było zbyt wielu osób. Filius poszedł na zajęcia dla absolwentów. Minerwa pewnie zaszyła się w gabinecie i pracuje. Poppy od rana uruchomiła dyżur dla przeziębionych uczniów, którym wczoraj wydawało się, że skoro świeci słońce, to znaczy, że można szaleć na zewnątrz bez szalików. Batshebę wczoraj wieczorem zabrały do siebie wnuki. Rolanda już w piątek wróciła do domu; zwykle to robi, tylko ostatnio zostawała ze względu na wyjście do Hogsmeade i mecz.
— Nie mieszka na stałe w szkole?
Pokręciła głową.
— Ma tutaj kwatery i czasem z nich korzysta, ale mieszka z mężem, Henrym, w Manchesterze. Jej kominek jest połączony siecią Fiuu z ich domem, więc zazwyczaj po zajęciach albo właśnie na weekendy tam wraca. No, chyba że Henry'ego akurat nie ma; jest sędzią quidditcha i bez przerwy gdzieś wyjeżdża — wyjaśniła.
Gustaw wyglądał na odrobinę zaskoczonego.
— Nie wiedziałem. To znaczy... praca tutaj raczej nie sprzyja życiu rodzinnemu.
Liza roześmiała się.
— Nie da się ukryć — odparła tak jakoś smutno. — Ale jak widać niektórym się udaje. Rolanda by panu powiedziała, że po dwudziestu latach małżeństwa ciągle kocha swojego męża tylko dlatego, że tak rzadko go widuje — dodała żartobliwie już swoim zwyczajnym, ironicznym tonem. — Co robi reszta, to nie wiem, ale zwykle w niedziele o tej porze raczej niewielki tu ruch. Każdy woli dłużej pospać albo posiedzieć w ciszy i spokoju. Sama bym chciała, ale niestety korytarz sąsiadujący z moimi komnatami jest w remoncie...
— ...a każdy wie, że niedzielny poranek jest najlepszą porą na robotę — dokończył Gustaw ze zrozumieniem.
— Dokładnie! — potwierdziła. — Rzuciłam zaklęcie wyciszające, żeby nie słyszeć wrzasków i przekleństw robotników, ale niestety to nie działa, kiedy łupią w ściany, aż meble się trzęsą. Nie wiem, co oni tam wyprawiają. Mam nadzieję, że po powrocie nie odkryję jakiejś ogromnej dziury w ścianie albo czegoś podobnego. Może raczej trzeba było zostać i ich pilnować...?
x
Kolejne dni Severus spędził w swoim pokoju, na przemian śpiąc i apatycznie wpatrując się w okno. Rana na szyi wciąż regularnie rwała ostrym, rozchodzącym się po całym ciele bólem, na który nawet Cordice nie mógł nic poradzić, twierdząc, że organizm sam musi go zwalczyć. Zresztą to nie fizyczne dolegliwości stanowiły dla Snape'a największą uciążliwość...
Przeklęty Potter oczywiście nie mógł utrzymać języka za zębami i musiał poinformować cały magiczny świat o uczuciach, jakie znienawidzony nauczyciel żywił do jego matki. Snape był wściekły. Sam nie wiedział, czy bardziej na Pottera, czy na samego siebie. Mógł przewidzieć, że chłopak wykręci jakiś numer i nie powierzać mu wspomnień o przeszłości, która powinna pozostać zapomniana. Gdyby wiedział, że bachor przeżyje, by móc powtórzyć wszystkim to, czego się dowiedział, rozegrałby to zupełnie inaczej...
Ale eliksir już się wylał. Severus mógł tylko zastanawiać się, jak bardzo zepsuło mu to reputację, i powstrzymywać chęć odnalezienia Pottera, by zrobić to, co nie udało się Voldemortowi. Ale w końcu obiecał go chronić. Dla Lily.
Severus mimowolnie potarł opatrunek i skrzywił się, kiedy zorientował się, co robi. Żeby zająć czymś dłonie, pochylił się i dolał sobie herbaty ze stojącego na szafce nocnej imbryka.
Była jeszcze jedna sprawa, która napełniała go irytacją. Nigdy by się do tego nie przyznał, ale nudził się. A co gorsza, zaczynał odczuwać ciekawość.
Po ostatnim razie nie chciał rozmawiać z Malfoyem i ignorował każdą próbę nawiązania konwersacji, najczęściej po prostu udając, że śpi. Nie było to może najbardziej dojrzałe zachowanie, ale w obecnym stanie Severus nie miał innego sposobu, żeby powstrzymać Lucjusza przed opowiadaniem mu o rzeczach, o których nie chciał słuchać. Leżenie w łóżku i bycie ledwie żywym skutecznie pozbawiało człowieka jakiegokolwiek autorytetu.
Tymczasem Snape musiał przyznać przed samym sobą, że strzępy informacji, które otrzymał, przestawały mu wystarczać. Z każdym dniem nasuwało mu się coraz więcej pytań, wciąż jednak powstrzymywał się, by je zadać. Jakaś część niego obawiała się usłyszeć odpowiedź.
Zastanawiał się, czy to, co zrobił, przynajmniej poskutkowało. Wiedział, że Voldemort był martwy, a Potter, mimo swej żałosnej niekompetencji, jakoś zdołał go zabić i uwolnić czarodziejski świat od zagrożenia, ale co jeszcze się wydarzyło? Ilu śmierciożerców wywinęło się od kary jak Malfoy? Jak właściwie mu się to udało? Kto został Ministrem Magii, kto dyrektorem Hogwartu... Co z zamkiem, który przecież musiał zostać zupełnie zniszczony? Nawet z Wrzeszczącej Chaty dało się dostrzec płomienie i dym nad najwyższą hogwarcką wieżą... Wreszcie — ile osób nie doczekało szczęśliwego końca? Co z tymi — niewiele ich było, ale jednak — na których bezpieczeństwie zależało Severusowi najbardziej? Czy zginęły jak wszyscy wcześniej, jak Albus, jak Lily...
Severus upił łyk herbaty, starając się oczyścić umysł. Bezskutecznie.
Szczególnie jedna osoba nasuwała mu się na myśl, uparcie wracała w najmniej dogodnych momentach, dręczyła, nie dając spać albo wręcz przeciwnie, pojawiając się w samych snach. Jej sylwetka i twarz pozostawały dziwnie zamazane i nieostre, ale nawet nie próbował ich sobie przypomnieć, choć pewnie gdyby się postarał, udałoby mu się to bez trudu. Nie potrafił znieść powracających mimowolnie wspomnień, echa słów, wrażenia dotyku, cienia uśmiechu...
„Nie powinno tak być" — pomyślał ze złością. Myśli nie powinny dokuczać bardziej niż cudem uleczona rana po ugryzieniu cholernego magicznego węża. To na pewno przez jad Nagini, którego resztki krążyły w jego żyłach, albo przez eliksiry, którymi poił go Cordice, Severus nie mógł nad sobą do końca panować.
Czy przeżyła bitwę? Mógłby przejrzeć gazety albo zapytać Malfoya... Ale sam nie wiedział, co by zrobił, gdyby otrzymał odpowiedź przeczącą. Gdyby okazało się, że mimo wszystkich starań nie udało mu się zapewnić jej bezpieczeństwa...
Zamknął oczy, stanowczo odsuwając od siebie te myśli. Auriga na pewno była teraz w Hogwarcie, cała i zdrowa. I z pewnością piekielnie wściekła na niego za to, co zrobił. Zabił Albusa. Pozwolił jej wierzyć, że zdradził. Oszukiwał ją, obrażał i groził. To tak w skrócie. A na koniec, jak się okazało, niechcący poinformował cały magiczny świat, jakoby wszystko, co zrobił w swoim życiu dobrego, uczynił z miłości do tragicznie zmarłej przed siedemnastu laty przyjaciółki...
Nie... Oczywiście Auriga nie mogła nabrać się na to, co pokazał Potterowi — w końcu lepiej niż ktokolwiek inny wiedziała, że Lily nie była jedyną kobietą w jego życiu... Ale fakt, że przekazał znienawidzonemu dzieciakowi swoje myśli, a ją samą zostawił bez słowa wyjaśnienia, raczej nie działał na jego korzyść. Zresztą i bez tego miała wystarczająco wiele powodów, by nienawidzić go do końca życia...
Nagle Severus poczuł, że ktoś delikatnie dotyka jego dłoni i natychmiast otworzył oczy. Narcyza odsunęła się gwałtownie. Pogrążony w myślach nawet nie usłyszał kiedy weszła.
— Przepraszam, myślałam, że zasnąłeś — powiedziała. — Chciałam zabrać ci filiżankę.
Severus zorientował się, że wciąż trzyma naczynie, w dodatku pochylając je niebezpiecznie. Herbata w środku i tak już niemal zupełnie wystygła, więc odstawił je na stolik.
— Czujesz się lepiej? — zapytała.
— Tak, dziękuję — skłamał odruchowo, zastanawiając się, po co przyszła. Dotąd zjawiła się tu zaledwie raz czy dwa, kiedy pod nieobecność Lucjusza towarzyszyła Cordice'owi. Czyżby tym razem to ona chciała spróbować z nim porozmawiać?
— Nie brzmisz zbyt przekonująco — stwierdziła sucho. — Bierzesz leki?
— Lucjusz cię tu przysłał?
— Lucjusza nie ma — odparła zdawkowo. — Doktor przyjdzie wieczorem.
— Co robi Lucjusz?
Nie zdołała nad sobą zapanować i niespokojnie zerknęła na okno.
— Ma spotkanie w Ministerstwie — odpowiedziała szybko. Severus znał ją dość długo, by wyczuć jej niepokój.
„A więc jednak Malfoy ma kłopoty" — pomyślał z jakąś przewrotną satysfakcją. Biorąc pod uwagę jego przeszłość, powinien być raczej zaskoczony, że w ogóle jeszcze pozostawał na wolności...
— Spotkanie? — powtórzył, pozornie bez cienia zainteresowania.
Narcyza jednak wróciła już do równowagi.
— Tak. Nic ważnego, wróci niebawem — powiedziała. — Spodek jest zajęty, więc sama chciałam upewnić się, czy niczego ci nie potrzeba. Skoro nie, pójdę już. Do widzenia.
x
Wtorkowe popołudnie Liza jak zawsze spędzała w klubie pojedynków. Wymyślone przez Hailey określenie szybko przyjęło się wśród uczniów, którzy zdecydowanie woleli uczyć się pojedynków, niż brać korepetycje z obrony przed czarną magią. Zresztą cotygodniowe lekcje z drugo- i trzeciorocznymi już jakiś czas temu ewoluowały w taki właśnie klub. Na zajęcia przychodzili także starsi uczniowie, chcący nauczyć się czegoś więcej albo poćwiczyć przed czekającymi ich egzaminami.
Liza skończyła rozmawiać z czwartorocznymi i stanęła na uboczu, rozglądając się po sali, żeby sprawdzić, jak idzie pozostałym.
W drugim końcu pomieszczenia Filius i Hailey ćwiczyli z uczniami drugiego roku, z kolei Eskarne wzięła się za piątorocznych. Ku niejakiemu zaskoczeniu Lizy uczniowie robili przy niej całkiem spore postępy. Powell była cierpka, apodyktyczna, wciąż krytykowała wszystko, co się dało, i wymądrzała na każdy temat, ale trzeba przyznać, że miała dużą wiedzę i potrafiła przekazywać ją uczniom. Wymagała ciężkiej pracy i nie tolerowała błędów, ale dobrze wykonane ćwiczenie zawsze nagradzała oszczędną pochwałą albo kilkoma punktami. Na Vector nadal reagowała alergicznie, więc ta starała się trzymać od niej z daleka. Hailey i Filius także jakoś woleli nie wchodzić jej w drogę.
W zasadzie jedyną osobą, z którą Powell utrzymywała całkiem poprawne stosunki, był — dziś nieobecny — Gustaw. Odnosiła się do niego uprzejmie i podczas zajęć dość często z nim rozmawiała, zupełnie jakby z jakichś niewiadomych przyczyn uznała, że jest godny, by zaszczycać go swoją uwagą. Cóż, Lizy nawet to nie dziwiło. Już dawno zauważyła, że Gustaw owinął sobie ich wszystkich wokół palca. Nie miała pojęcia, jak mu się to udało. Był kompletnie szurnięty, ale — a może właśnie dlatego — wśród kadry nie znalazłby się chyba nikt, kto by go nie polubił. Dla każdego miał zawsze dobre słowo i z każdym potrafił znaleźć wspólny temat do rozmowy, obojętnie czy chodziło o magiczne stworzenia Hagrida, czy problemy z mandragorami Pomony. Ledwie wczoraj, kiedy Vector poszła do biblioteki, żeby zwrócić książki, zastała w niej Gustawa dyskutującego w najlepsze z Irmą o Peru i cywilizacji Inków. Liza sama nie wiedziała, czy bardziej zaskoczyło ją, że w młodości bibliotekarka przejechała wzdłuż i wszerz obie Ameryki, czy to, że oderwała się od czytanej właśnie książki, żeby opowiedzieć o tym Zielezińskiemu.
Sama Heloiza stanowiła najlepszy przykład tego, jak działał na ludzi. Jeszcze tydzień temu była na niego wściekła. Po ostatnich ekscesach powinno się to jeszcze nasilić. Może nie na tyle, by go ignorowała — tym bardziej, że ostatnim razem najwyraźniej szalenie bawiło go przekonanie, że się na niego obraziła — czy się na nim odgrywała — w końcu nie miała pięciu lat. Poza tym pewnie i tak nic by sobie z tego nie robił. W dodatku sprawiłby, że ostatecznie to ona czułaby się jak idiotka, tak jak z tym durnym zakładem. Liza zamierzała po prostu traktować go uprzejmie, acz chłodno i z dystansem...
Tymczasem wystarczyło jedno popołudnie, żeby złość jej przeszła, a co więcej, żeby poczuła się w jego towarzystwie całkiem swobodnie. Fakt faktem, że mężczyzna trafił na wprost idealny moment, kiedy znudzona i zniechęcona, lada chwila zaczęłaby żałować, że nie zadała więcej pracy domowej, którą mogłaby ocenić... Całkiem możliwe, że nawet towarzystwo panny Powell uznałaby wtedy za miłe.
Spojrzała na Eskarne, która właśnie rugała ucznia za użycie niewłaściwego zaklęcia. „Nie, bez przesady" — pomyślała, krzywiąc się lekko.
Drzwi otworzyły się i do sali nieco niepewnie weszła grupka czwartorocznych Gryfonów, więc Liza porzuciła rozmyślania i ruszyła w ich stronę, aby zapytać o powód spóźnienia i przydzielić im zadania. Nagle dostrzegła pośród nich szczupłego, jasnowłosego nastolatka i energia uszła z niej jak powietrze z przekutego balona. Całą siłą woli starała się zachować spokój i nie okazać po sobie zmieszania.
— Dzień dobry — przywitała uczniów nieco bardziej oschle niż zamierzała. — Wierzę, że cokolwiek was zatrzymało, było niezmiernie ważne — ucięła ich nieskładne przeprosiny i tłumaczenia. — Odłóżcie swoje rzeczy i bierzcie się do pracy. ...Miło pana widzieć, panie Creevey — dodała po chwili wahania. — Cieszę się, że zdecydował się pan do nas dołączyć.
Chciała, by zabrzmiało to życzliwie, ale Dennis chyba dopatrzył się w jej słowach przygany, bo tylko niezręcznie wzruszył ramionami. Liza nie zatrzymywała go dłużej, więc czym prędzej odbiegł do swojej grupy.
Vector na sekundę przymknęła oczy i odetchnęła głęboko. Na Merlina, była okropną nauczycielką i jeszcze gorszą opiekunką...! Kto to widział, żeby dorosła kobieta bała się rozmowy z nastolatkiem! Zirytowana na samą siebie Liza rozejrzała się, żeby znaleźć sobie zajęcie. W drugim końcu sali wybuchło małe zamieszanie, więc energicznym krokiem skierowała się tam, żeby obsztorcować dwóch drugorocznych, którzy zamiast ćwiczyć zaklęcie odrzucające na poduszkach, zaczęli rzucać je na niczego niespodziewających się kolegów.
Od tej chwili ciężko jednak było jej skupić się na zajęciach. Jej wzrok wciąż uciekał do Creeveya, który w odległym kącie sali ćwiczył zaklęcie Expelliarmus. Mimo że jego koledzy z roku trenowali już od paru tygodni, nie odstawał od nich za bardzo poziomem. Nic dziwnego, skoro przez dwa lata brał udział w spotkaniach Gwardii Dumbledore'a...
Chociaż Dennis należał do jej domu, Liza nie miała z nim zbyt wielkiego kontaktu. W przeciwieństwie do brata, wolał uczyć się wróżbiarstwa niż numerologii. Poza tym wydawał się dużo spokojniejszy i bardziej nieśmiały niż Colin.
Jego z kolei Liza pamiętała doskonale. Chłopak wiecznie zadawał pytania. W tym swoim nieustającym głodzie wiedzy przypominał jej nieco Hermionę Granger, ale w przeciwieństwie do niej nie miał cierpliwości i samozaparcia, by siedzieć nad książkami, dlatego pytał, a później potwierdzał uzyskane informacje w praktyce. Ciągle włóczył się po Hogwarcie z nieodłącznym aparatem; gubił się w pojawiających się znikąd korytarzach, rozmawiał z portretami i sprawdzał, czy da się sfotografować duchy. Z niespożytą energią i niegasnącym entuzjazmem odkrywał czarodziejski świat, do którego tak nieoczekiwanie trafił. Może nie był jej najlepszym uczniem i czasem wypisywał głupoty w pracy domowej, ale Liza darzyła go dużą sympatią.
Bracia byli zżyci i Dennis bardzo odczuł jego śmierć. Żałobę przeżywał jednak dyskretnie i po cichu; po prostu rzadziej się śmiał i nie wygłupiał z resztą Gryfonów. Nie sprawiał żadnych problemów i nie dawał opiekunce powodów do interwencji. Liza myślała o tym ze wstydem, ale odpowiadał jej taki stan rzeczy. Sama unikała chłopca. Bała się, że zapyta ją o brata.
W ostatnim czasie często miała do czynienia z nastolatkami, którzy przeżyli koszmar i stracili kogoś bliskiego. Reagowali różnie. Niektórzy za wszelką cenę starali się znaleźć kogoś, kogo mogliby obwiniać o to, co się stało. Czasem kierowali swój gniew i rozżalenie na nią, a ona cierpliwie pozwalała im krzyczeć i robić sobie wymówki, wiedząc, że muszą po prostu wyrzucić to z siebie. Później, kiedy już odzyskiwali nad sobą panowanie, zwykle przepraszali za rzucone w gniewie słowa. Każda z tych rozmów była dla Lizy tak samo trudna, ale ostatecznie za każdym razem okazywało się, że jakoś podołała, a uczniowie zazwyczaj wychodzili od niej może nie wyleczeni z wszystkich strachów i goryczy, ale odrobinę spokojniejsi i podniesieni na duchu.
Vector wiedziała jednak, że w przypadku Dennisa byłoby inaczej. Bo gdyby Dennis oskarżył ją o śmierć brata, nie pozostałoby jej nic więcej, jak tylko przyznać mu rację.
Bez względu na to, ile razy powtarzała samej sobie i słyszała od innych, że nic nie mogła zrobić, nie opuszczało jej poczucie winy. Nie wiedziała, dlaczego akurat ta śmierć tak na nią wpłynęła. Przecież zginęło tyle innych osób, także jej uczniów, ale jakoś potrafiła sobie z tym poradzić; wytłumaczyć, że to się stało i trzeba żyć dalej. Tylko wspomnienie o Colinie wciąż tkwiło w jej umyśle jak nie dająca się wyciągnąć zadra. W snach wciąż widziała jego rozczochrane włosy i szeroki uśmiech na chwilę przed tym, jak umarł. Stała naprzeciw niego i w pełni świadoma każdej upływającej sekundy, bezradnie obserwowała rozgrywającą się przed nią tragedię, nie mogąc zrobić nic, by jej zapobiec... Budził ją dopiero własny krzyk.
— Widzę, że pan Creevey postanowił do nas dołączyć — usłyszała obok siebie głos Flitwicka.
Spojrzała na niego szybko i nieuważnie skinęła głową, nieco zakłopotana, że przyłapał ją na biciu się z myślami.
— Ty go namówiłaś? — zapytał.
— Nie. Pewnie koledzy w końcu go wyciągnęli — odparła, siląc się na lekki ton. Filius jednak znał ją za dobrze i nie dał się oszukać. — Trzeba by im chyba pomóc — zaczęła mówić szybko, żeby ukryć emocje. — Kieran wykonuje zbyt wiele zbędnych ruchów. Mark źle rzuca zaklęcie tarczy i nie osłania się z lewej strony, a Dennis... — zawahała się ledwie dostrzegalnie.
— Mógłby poćwiczyć celność — dokończył za nią Filius. Przyjacielskim gestem położył dłoń na jej przedramieniu. — Ja do nich pójdę, Lizzie. Sprawdź, jak idzie drugorocznym.
xxx
Odnalezienie Aurigi nie było trudne — zaszyła się w swoim ulubionym miejscu nad jeziorem, pod jednym ze starych, rozłożystych drzew, których korony przyjemnie ocieniały trawę i dawały wytchnienie od popołudniowego skwaru. Na dużym, tartanowym kocu walało się kilka książek, ołówek i para okularów przeciwsłonecznych; sama Sinistra leżała z rękami podłożonymi pod głowę i zamkniętymi oczami. Najwyraźniej spała, bo nawet nie drgnęła na dźwięk kroków.
Severusowi przemknęło przez myśl, że mógłby obudzić ją pocałunkiem, ale natychmiast odrzucił ten pomysł jako zupełnie nonsensowny. Zamiast tego przykucnął obok czarownicy i delikatnie dotknął jej ramienia.
— Aurigo — powiedział cicho.
Poruszyła się lekko, niechętnie unosząc powieki. Na widok Snape'a jej oczy rozszerzyły się lekko ze zdziwienia. Dwie sekundy później wisiała mu na szyi, a po kolejnych dwóch przygniatała go do ziemi, bo nie zdołał utrzymać równowagi.
— A gdyby tak ktoś przyszedł ze mną? — skarcił ją surowo.
— To byś burknął „wstawaj, Sinistra", zamiast czule na mnie patrzeć — odparła ze śmiechem, wciskając nos w jego szyję.
— Nie patrzyłem czule — żachnął się.
Czarownica uniosła się nieco i spojrzała na niego z góry, kręcąc głową na znak, że jakoś nie bardzo mu wierzy. Severus skrzywił się lekko. Leżenie na gołej ziemi nie było wygodne, w plecy wbijał mu się jakiś kamień.
— Ładne mi powitanie — mruknął. — Możemy wstać?
Sinistra ponownie z figlarnym uśmiechem pokręciła głową i pochyliła się, tym razem po to, by przywitać go odpowiednio. Nie protestował.
— Co tu robisz tak wcześnie? — zapytała go kilka minut później, kiedy już usiedli obok siebie. — Nie spodziewałam się ciebie wcześniej niż o czwartej czy piątej.
— Kiedy wychodziłem z zamku, była prawie szósta, Aurigo.
— Niemożliwe! — wykrzyknęła. — Ale... w takim razie z pewnością nie zdążyłeś zobaczyć się z Dumbledore'em — zauważyła z błyskiem w oku. — Czy to oznacza, że od razu poszedłeś mnie szukać?
Mężczyzna przewrócił oczami, ale jednocześnie ledwo dostrzegalnie skinął głową.
— Cóż, nie powiem, spodziewałem się raczej, że stęskniona będziesz czekać przy bramie, a nie, że będę musiał obejść cały zamek z przyległościami, żeby cię znaleźć — zakpił.
Auriga roześmiała się.
— Miałam taki zamiar, naprawdę! Ale dzień tak mi się dłużył, że nie mogłam już wytrzymać w zamku, więc przyszłam tutaj i sama nie wiem, kiedy zasnęłam. Przynajmniej masz trochę ruchu po miesiącu duszenia się nad kociołkami. No — dodała po chwili namysłu — potraktuj to jako karę za to, że od czerwca nie dawałeś znaku życia! Byłabym na ciebie wściekła, gdyby nie to, że tak strasznie cieszę się, że cię widzę.
— Przecież napisałem...
— Raz! Tej listy, którą przekazała mi Minerwa nawet nie liczę... Co to w ogóle miało znaczyć?
Severus przewrócił oczami.
— Nie mogłem co chwila słać listów do Hogwartu. Dałem ci znać, że przyjeżdżam? Dałem. Nie wiem, o co ci chodzi.
— A wcześniej...
Westchnął ciężko.
— Cały czas patrzono mi na ręce. Poza tym miałem mnóstwo pracy... i właściwie sam nie wiedziałem, co mógłbym ci napisać.
— Wystarczyłoby choć słowo, że żyjesz, żebym nie musiała tak się martwić! Umierałam z niepokoju...
— To akurat widać — wtrącił Snape. — Nie wyglądasz najlepiej.
Auriga zjeżyła się lekko.
— Och, dziękuję! Wprost uwielbiam te twoje komplementy! — prychnęła z irytacją.
Ku jej zaskoczeniu, nie zareagował kolejną złośliwością.
— Przepraszam — powiedział po prostu.
— Słucham?
— Nie chcę się z tobą kłócić. Ja... również cieszę się, że cię widzę.
W odpowiedzi na coś takiego, Auriga mogła tylko potulnie skinąć głową. Severus odetchnął głęboko i położył się, patrząc w niebo przebijające przez gałęzie drzewa.
— Co robiłeś przez całe lato? — zapytała niepewnie, kładąc się obok niego.
Snape bez słowa przygarnął ją do siebie, czując się nagle bardzo, ale to bardzo zmęczony.
— Przynajmniej ty mnie tak nie traktuj, Sev — poprosiła bezradnie. — Myślisz, że nie widzę, co się wyprawia? W gazetach cały czas piszą o kolejnych zabójstwach i zaginięciach, ludzie panikują... Chciałabym wiedzieć, co z tym robimy. Mogłabym pomóc!
— Porozmawiamy o tym później. Obiecuję, że odpowiem na wszystkie twoje pytania, ale trochę później, dobrze?
— Sev... — jęknęła Auriga.
— Wczoraj nałgałem Czarnemu Panu, żeby móc tu przyjechać, a zaraz będę musiał iść wyspowiadać się Albusowi.
Zrozumiała natychmiast.
— Wrócimy do tego — zastrzegła. — Teraz powiedz mi tylko, co się dzieje z Albusem? Jego ręka...
— To nic takiego — przerwał jej. — Wypadek przy pracy.
— Nie chcę znać szczegółów, skoro to jakaś wielka tajemnica, ale sam przyznaj, że to nie wygląda dobrze. Czy był z tym przynajmniej u jakiegoś uzdrowiciela?
Severus uśmiechnął się cierpliwie.
— Nie martw się, dopilnowałem, żeby otrzymał odpowiednią pomoc i sam przygotowałem dla niego eliksiry. Wszystko jest pod kontrolą. — Uniósł rękę i nawinął na palec jej lok. — Zaufaj mi, Aurigo — poprosił.
— Ufam — mruknęła. — ...Tylko wciąż nie mogę uwierzyć, że wolałeś napisać do Minerwy, zamiast do mnie.
— Będziesz mi to wypominać do końca świata?
— Mniej więcej...
