Ostatnio się zorientowałam, że zapomniałam wrzucić tutaj nowy rozdział. Ci, którzy śledzą opowiadanie na Mirriel, niestety nie znajdą tu nic nowego (ale cierpliwości). Dziękuję za dodawanie do ulubionych/obserwowanych — każdy przejaw zainteresowania tym tekstem mnie cieszy, ale pamiętajcie, że komentarze cieszą najbardziej. ;)
Daneva Snape — thanks for your comment, I really appreciate it.
Dziękuję Panterze za zbetowanie rozdziału.
Po epizodzie z hipogryfem Gustaw powziął stanowcze postanowienie, że będzie trzymał się od Heloizy Vector z daleka. Przypuszczał, że nie przysporzy mu to większych trudności, bo czarownica, wściekła na niego, najpewniej obraziła się na całą wieczność, dlatego też dla własnego dobra lepiej schodzić jej z drogi. Tymczasem nie udało mu się wytrwać w swoim postanowieniu nawet jednego dnia. W niedzielę ostatecznie wcale nie poszedł na spacer, tylko całe przedpołudnie przesiedział z nią w pokoju nauczycielskim, rozmawiając i pijąc kawę. Potem dołączyło do nich paru innych nauczycieli, Horacy zaproponował nalewkę własnej produkcji, Pomona grę w karty; zrobiło się głośno i wesoło. Gustaw przegrał wszystkie partie, ale i tak uznał dzień za udany.
Obawiał się, że zachowanie Heloizy to po prostu jednorazowy kaprys i następnego dnia ich kontakty wrócą do normy — to znaczy zostaną ograniczone do obojętnego mijania się w pokoju nauczycielskim i zdawkowej wymiany zdań od czasu do czasu. Zdrowy rozsądek podpowiadał Gustawowi, że taki obrót spraw byłby w gruncie rzeczy najlepszy i pozwoliłoby mu wyleczyć się z tego niemądrego zauroczenia koleżanką z pracy. Mimo to Zieleziński ucieszył się, kiedy jego przewidywania się nie sprawdziły.
Kilka dni później podczas kolacji czarownica zagadnęła go o jakieś głupstwo dotyczące uczniów. Ewidentnie zrobiła to tylko ze względu na siedzącą między nią a Zielezińskim Aurigę, bo przez cały czas starała się wciągnąć ją w rozmowę. Chyba miała nadzieję, że pogawędka o bieżących szkolnych sprawach trochę ją ożywi i wyrwie z ponurego zamyślenia, w jakie Sinistra ostatnio coraz częściej popadała. Gustaw oczywiście chętnie podjął próbę rozweselenia Aurigi, ale nie przyniosła ona spodziewanych skutków. W końcu Vector odpuściła, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że lepiej zrobi, dając przyjaciółce święty spokój.
Nie oznaczało to jednak, że zupełnie przestała odzywać się do Gustawa. Nie znajdując rozmówczyni w Sinistrze, podczas posiłków zwykle gawędziła z Filiusem i Minerwą, ale nierzadko zwracała się do Zielezińskiego i siedzących obok niego Hailey i Rolandy.
Gustaw szczególnie polubił śniadania. Auriga rzadko opuszczała komnaty tak wcześnie, Hailey także nie należała do rannych ptaszków i zwykle wpadała do Wielkiej Sali tuż przed dzwonkiem, by duszkiem wypić kawę i w biegu przegryźć rogalika, natomiast Filius w ogóle nie jadał porannych posiłków i tylko czasem przychodził na filiżankę herbaty. Rolanda, która przez większość tygodnia nocowała w domu, wracała do zamku dopiero przed swoimi zajęciami. Liza z kolei zawsze zjawiała się na dole jako jedna z pierwszych i kiedy Gustaw wchodził do Wielkiej Sali, już tam była i czytała poranną gazetę, popijając kawę. Nie chcąc jej przeszkadzać, on również zabierał się za przeglądanie prasy albo przysiadał się do Hagrida. Zdziwił się nieco, kiedy któregoś razu Liza przerwała lekturę i zwróciła się do niego z pytaniem, co sądzi o zaangażowaniu mugolskich służb w poszukiwania ukrywających się po wojnie śmierciożerców. Od tego czasu niemal codziennie dawała się wciągać w rozmowę na temat bieżących wiadomości, zupełnie nieświadoma tego, że Zieleziński zaczął wstawać pół godziny wcześniej tylko po to, by spędzać z nią więcej czasu przy posiłku.
Gustaw zdawał sobie sprawę z tego, że stąpa po kruchym lodzie. Dla znudzonej czarownicy stanowił jedynie miłą odskocznię od sensacyjnych artykulików i krzyżówek w „Proroku" w szare, listopadowe poranki. Ani przez chwilę nie łudził się, że kryło się za tym coś więcej. Jej towarzystwo sprawiało mu jednak zbyt wielką przyjemność, by mógł sobie go odmówić, nawet jeśli przeczuwał, że nie wyjdzie na tym za dobrze.
x
W górze powietrze było ostre i zimne. Gustaw oddychał głęboko, pragnąc nacieszyć się lotem — możliwe, że ostatnim w tym roku. Niedługo pogoda zupełnie się popsuje, a wtedy koniec z przejażdżkami aż do... Koniec z przejażdżkami, po prostu. Przecież nie zamierzał zostawać tu do wiosny.
„A może powinienem?" — pomyślał. — „Wiosną musi tu być jeszcze piękniej".
Ostatni raz rozejrzał się wokół, rozkoszując się poczuciem niczym nieskrępowanej wolności i radości, a potem pochylił się nad karkiem Kruczyny i poprosił, by zawróciła. Wolność wolnością, ale on przemarzł już do szpiku kości, a nie miał ochoty najbliższego tygodnia spędzić w łóżku z zapaleniem płuc.
Kruczyna wykonała ostatnią pętlę w powietrzu i wylądowała tuż obok Hagrida, bezbłędnie wyczuwając, że czas na drugie śniadanie. Gustaw zsunął się z jej grzbietu i roztarł zgrabiałe dłonie.
— Gdzie byliście? — zapytał Hagrid, podając hipogryficy płat mięsa, który ta natychmiast łapczywie połknęła. — Na chwilę straciłem was z oczu.
— Polecieliśmy na drugi brzeg jeziora — odparł Gustaw pogodnie. Hagrid nigdy nie robił mu wymówek, że lata zbyt daleko. Zieleziński nie był tylko pewien, czy spowodowane jest to wiarą w jego zdrowy rozsądek, czy raczej w to, że Kruczyna nie pozwoliłaby, by coś mu się stało. — Co jest dalej? — zapytał.
— Góry. Ale tam się lepiej nie zapuszczaj, a już na pewno nie zimą.
— Pewnie w ogóle mało kto tam chodzi — rzucił kwaśno Zieleziński.
Hagrid skinął głową z wyrozumiałym uśmiechem.
— To nie są dobre góry na krajoznawcze wycieczki. Pełno tam trolli i różnych innych stworzeń, którym lepiej nie przeszkadzać. Tam w drugą stronę, z Hogsmeade, wychodzi parę ładnych szlaków... — Odwrócił się, dłonią wskazując kierunek.
Kruczyna szturchnęła go dziobem, żeby o sobie przypomnieć, a potem, nie doczekawszy się reakcji, sama wsadziła łeb do trzymanego przez niego worka. Ze smakiem wyjadła resztki mięsa, po czym chciała się odsunąć, ale materiał zahaczył o jej dziób. Potrząsnęła głową, chcąc się go pozbyć. Hagrid westchnął z pobłażliwym rozbawieniem i przytrzymał ją, a Gustaw pomógł jej się oswobodzić, nim rozerwała worek na strzępy.
Nagle Hagrid podniósł rękę i pomachał komuś za jego plecami.
— Cześć, Lizzie! — zawołał.
Czarownica podeszła do nich i przywitała się. Dygnęła lekko przed Kruczyną, ale ta łypnęła na nią spode łba i kłapnęła dziobem. Gustaw przytrzymał ją mocno i udało mu się nawet nie roześmiać, ale Vector i tak popatrzyła na niego z irytacją. Odsunęła się szybko, tak by od prychającego hipogryfa dzieliły ją szerokie plecy Hagrida.
— Cicho, malutka, to tylko nasza Liza — uspokoił zwierzę zdziwiony gajowy. — Lepiej ją odprowadzę. A wy chodźcie do mnie na herbatkę. Poczekajcie na mnie w środku, pewnie zmarzliście.
— W zasadzie wybierałam się do Hogsmeade... — stwierdziła Liza. — Ale to może poczekać, chętnie się trochę ogrzeję. — Wzruszyła ramionami.
Hagrid poprowadził Kruczynę w stronę stajni, a Gustaw z Lizą powoli poszli w kierunku jego chatki. Vector wyciągnęła z kieszeni płaszcza papierośnicę.
— Tak, ma pani rację, powietrze zrobiło się za czyste — powiedział Gustaw z przekąsem. Liza spojrzała na niego zdziwiona. — Aż ciężko oddychać — dodał.
Czarownica zmierzyła go wzrokiem, którego nie powstydziłby się bazyliszek.
— Bardzo śmieszne — fuknęła. — Przeszkadza to panu? Mam nie palić?
Zieleziński machnął ręką.
— Proszę sobie palić, przecież nic nie mówię.
Liza ostentacyjnie włożyła sobie papierosa do ust i różdżką skrzesała ogień.
— Była pani na treningu Gryfonów? — zagadnął Gustaw. Z daleka widział krążących nad boiskiem graczy w czerwono-złotych szatach. Kruczyna wydawała się zainteresowana zamieszaniem, jakie robili, i śmigającymi w powietrzu piłkami, ale Gustaw skierował ją w inną stronę. Nie chciał przeszkadzać w treningu ani narażać siebie i hipogryfa na oberwanie jakimś złośliwym tłuczkiem.
Liza skinęła głową.
— Za dwa tygodnie gramy z Ravenclawem — wyjaśniła.
— I kto wygra? — zaciekawił się Gustaw, nie mogąc sobie odpuścić.
Vector zacisnęła usta i wyniośle zignorowała pytanie.
Zatrzymali się przed chatką, żeby mogła wypalić do końca papierosa. Zieleziński usiadł na schodach obok rozleniwionego Kła i pogłaskał go po łbie, a ciekawska czarownica zaczęła przechadzać się po obejściu.
— Nie radziłbym — rzucił Gustaw, kiedy dotarła do zagrody pełnej sklątek tylnowybuchowych. — Tutaj też nie — dodał, kiedy odwróciła się w stronę drugiego z boksów, w których, z tego, co się orientował, siedziało jakieś inne, równie paskudne jak sklątki, stworzenie, które Rubeus zamierzał pokazać siódmorocznym.
— Czy Hagrid trzyma tu cokolwiek, co nie gryzie, nie pluje ogniem i nie wybucha? — westchnęła Liza.
— Kła.
Vector parsknęła cicho i przeszła dalej. Zgasiła papierosa i przykucnęła przy ogrodzonej niskim płotkiem zagrodzie pełnej czarnych, futrzastych stworzeń. Gustaw wstał i podszedł do niej.
— A to co? — zapytała.
— Niuchacze. — Wyciągnął rękę i pogłaskał jednego z nich. Zwierzątko przecisnęło łepek przez sztachety płotu i wsadziło dziób do jego rękawa, ale najwyraźniej nie wyczuło żadnych kosztowności, bo szybko straciło nim zainteresowanie i przeniosło całą uwagę na Lizę.
Jeden z niuchaczy spróbował sięgnąć po zapięty na jej nadgarstku zegarek, ale odsunęła zwierzaka ze śmiechem i szybko schowała błyskotkę pod rękaw bluzki. Tymczasem drugi z niuchaczy dobrał się do kieszeni jej płaszcza i wydobył z niej srebrną papierośnicę. Nim Vector się obejrzała, przedmiot został wciągnięty do zagrody i otoczony przez całą chmarę ciekawskich futrzaków.
— No pięknie! Accio papierośnica — spróbowała Liza, ale niuchacz zagrzebał przedmiot jeszcze bardziej i przytrzymał go, nie pozwalając mu odlecieć. Kobieta ponownie machnęła różdżką. Zaklęcie jedynie zirytowało stworzonko, które syknęło cicho i wyszczerzyło do niej komplet drobnych, ale ostrych zębów.
— Cholera — zaklęła Vector pod nosem.
Gustaw zamierzył się, żeby przeskoczyć przez ogrodzenie, ale złapała go za rękaw.
— Zostawmy to — powiedziała. — Nie jest mi potrzebna.
— Serio?
— Tak. Dostałam ją od... — urwała. — I tak nigdy jej nie lubiłam — dokończyła lekceważąco.
Mężczyzna natychmiast stracił ochotę, by ratować przedmiot. Gdyby wiedział, że to prezent od tego całego Sheparda, sam przypadkiem postarałby się, żeby trafił do niuchaczy i na zawsze zginął w jakiejś głębokiej, ziemnej norze. Liza jeszcze przez chwilę patrzyła na zagrodę, jakby usiłowała dostrzec srebrny błysk między kłębami futra.
— Och, proszę dać spokój. Aż tak pani na niej zależało? — zapytał Gustaw z mimowolnym rozdrażnieniem.
Kobieta westchnęła ciężko.
— Nie... Ale teraz zostałam bez papierosów — powiedziała żałośnie.
Zieleziński nie potrafił powstrzymać uśmiechu. Zapowiadało się naprawdę przyjemne popołudnie.
xxx
Czerwcowa noc była pogodna i gwiaździsta. Auriga nerwowo chodziła w tę i we w tę przed bramą, starając się opanować zdenerwowanie. Szóstym zmysłem przeczuwała nieszczęście. Zdroworozsądkowe przekonywanie samej siebie, że po prostu ponosi ją wyobraźnia, nie działało. Albus przebywał Merlin wie gdzie, Minerwę z samego rana przewieziono do Świętego Munga, a Severus od kilkunastu godzin nie wracał ze spotkania z Voldemortem. Jak w takiej sytuacji mogła zachować spokój?
Ostatnio Severus był bardziej spięty niż zwykle. Kiedy przyszło wezwanie, nie wydawał się zaskoczony, zupełnie, jakby się tego spodziewał. Oczywiście powiedział, żeby nie czekała, bo to może potrwać. A potem, najzupełniej mechanicznie i niemal nie zdając sobie z tego sprawy, pocałował ją w policzek. Zwykle tego nie robił, więc takie pożegnanie zamiast ją uspokoić, tylko wzmogło niepokój.
I tak nie mogłaby zasnąć, bo cały czas zastanawiałaby się, czy już wrócił i czy wszystko z nim w porządku. Severus, co prawda, uparcie powtarzał jej, że Czarny Pan nie jest idiotą i zdaje sobie sprawę, że Snape bardziej przyda mu się żywy i sprawny niż martwy, ale Aurigi wcale to nie przekonywało. Cały czas miała przed oczami tamtą noc sprzed niemal roku i widok zalanego krwią Severusa, siedzącego wśród roztrzaskanych fiolek, nie potrafiącego utrzymać różdżki w ręce... Jakoś wtedy Voldemort nie przejmował się tym, że może uszkodzić swojego cennego szpiega i dostawcę eliksirów. Wprawdzie nigdy ponownie nie doprowadził go do aż tak fatalnego stanu, ale kilkukrotnie zdarzało się, że Snape wracał ze spotkań z nim obolały po Cruciatusie albo z ranami po innych zaklęciach. Nie dalej jak dwa miesiące temu opatrywała jego ramię, kiedy oberwał jakąś klątwą... Omal nie wzdrygnęła się na samo wspomnienie...
Tylko ciche, niedosłyszalne dla kogoś, kto nie nasłuchiwał, pyknięcie oznajmiło, że coś się zmieniło. Przez chwilę miała wrażenie, że w ciemnościach poruszył się jakiś kształt, ale równie dobrze mogło być to złudzenie, wybryk wybujałej wyobraźni, znudzonej bezczynnym czekaniem. Mimo to Auriga zamarła, nasłuchując. Rozległ się trzask, potem ciszę przerwała litania przekleństw. Plama mroku zatoczyła się, jakby bezskutecznie chciała rozpłynąć się w ciemności, zdradzały ją jednak wciąż mamrotane inwektywy. W miarę jak zbliżała się do bramy, formowała się w postacie ludzkie, dwie, ale dziwacznie zbliżone, jakby jedna drugiej pomagała iść. Auriga ścisnęła w dłoni różdżkę i cofnęła się w cień, czując irytujący dreszcz paniki, przebiegający wzdłuż kręgosłupa.
— Cholera! — usłyszała stłumione przekleństwo. — Pięknie! Niby taki z ciebie cenny szpieg, ale jakoś nikogo nie obchodzi, żebyś przypadkiem któregoś razu nie wyzionął ducha. I co ja mam teraz zrobić? „Zabierz go do Hogwartu"— łatwo powiedzieć. A co dalej?
— Dam sobie radę — dobiegło od strony Snape'a. Sprawiał wrażenie zmęczonego i słabego, ale sam fakt, że wrócił, działał na Aurigę cudownie uspokajająco. Ledwie zdołała stłumić westchnienie ulgi.
— Jasne, już widzę, jak sobie dajesz radę — odparł mężczyzna. Sinistra znała ten głos, ale nie potrafiła dopasować go do twarzy. — I aportowałbyś się samodzielnie, i nie rozszczepił po drodze na milion kawałeczków... — mówił dalej. — Czym w ogóle tak się naraziłeś?
— Nie twój interes.
— Całe szczęście. Nie chciałbym mieć nic wspólnego z czymkolwiek, co potrafi zirytować Lorda na tyle, by przeklął swoje nieocenione źródło informacji...
— Możesz już wracać — przerwał mu obcesowo Severus, opierając się ciężko o bramę. Drugi mężczyzna, również ubrany w śmierciożerczy płaszcz i maskę, odsunął się o krok i spojrzał na niego niepewnie.
— Jesteś pewien, że nie potrzebujesz profesjonalnej pomocy? Znam dyskretnego uzdrowiciela...
— To nie będzie konieczne. Wystarczą eliksiry, które mam w komnatach.
— Skoro tak twierdzisz. — W głosie mężczyzny brakowało przekonania. — To wyglądało dość paskudnie...
— Nic mi nie jest — powtórzył Severus, prostując się, żeby udowodnić mu, że mówi prawdę. Ruch był jednak zbyt gwałtowny, bo niemal natychmiast Snape zgiął się z powrotem, krzywiąc się z bólu.
Auriga wciągnęła głośno powietrze i drgnęła gwałtownie, powstrzymując się, by do niego nie podbiec.
— Właśnie widzę... — zaczął śmierciożerca i umilkł nagle, odwracając głowę w jej stronę. — Kto tam jest? — zawołał.
Przez twarz Severusa przebiegł cień zaskoczenia i niepokoju.
— To pewnie tylko jakieś dzikie zwierzę... — zaczął, ale jego towarzysz uciszył go machnięciem ręki i postąpił krok w stronę Aurigi.
— Wychodź stamtąd. Natychmiast!
Sięgnął po różdżkę, ale Sinistra uprzedziła go i bez namysłu rozbroiła niewerbalnym zaklęciem, nie dając ani sekundy na obronę. Nie było to może najczystsze zagranie z możliwych, ale nie miała zamiaru pojedynkować się ze śmierciożercą. Nawet jeśli ten śmierciożerca właśnie odstawiał im pod drzwi najwyraźniej uszkodzonego Severusa.
W locie chwyciła laskę z polerowanego czarnego drewna, w której zamocowano różdżkę, a potem powoli weszła w krąg światła rzucanego przez latarnię. Zerknęła na Snape'a, ale zaraz odwróciła wzrok, nie potrafiąc znieść wyrzutu w jego oczach. Był na nią wściekły. I co gorsza, kompletnie przerażony.
Tymczasem rozbrojony mężczyzna przez chwilę sprawiał wrażenie zdziwionego — na tyle, na ile dało się to rozpoznać, nie widząc jego twarzy — a potem uniósł lekko dłonie w parodystycznym geście poddania.
— Dobry wieczór — powiedział uprzejmie. — Profesor... Sinistra, czyż nie? Więc to jest twój komitet powitalny? — zwrócił się do Snape'a z ironią.
Auriga obróciła w dłoniach charakterystyczną laskę, a potem w jej głowie coś zaskoczyło. Spojrzała rozszerzonymi z zaskoczenia oczami na mężczyznę.
— Ach, widzę, że już się pani domyśliła — stwierdził z lekkim niezadowoleniem w głosie. Drgnęła, kiedy nagle uniósł rękę, ale on jedynie zsunął na plecy kaptur szaty i zdjął maskę. — Bez obaw, nie rzucę się na panią — prychnął z urazą, widząc, jak się spięła. — Nie zwykłem atakować kobiet.
— Lucjusz Malfoy — powiedziała z niedowierzaniem. Nie pozostało jej nic innego, jak tylko grać. — Nie ruszaj się — rzuciła ostro, mierząc w niego różdżką.
— Dość tego — odezwał się wreszcie Severus. Poruszył się lekko, więc skierowała różdżkę w jego stronę.
— Co się tu dzieje, na Merlina?
— Mogę to wszystko wyjaśnić, Aurigo.
— Liczę na to — odparła drżącym głosem.
— Bądź tak uprzejma i oddaj mu różdżkę.
— Severusie...
Zerknęła na Malfoya, który wydawał się nieprzyzwoicie wręcz spokojny i swobodny. Wciąż był zdany tylko na jej łaskę i niełaskę, a jednak Auridze zdawało się, że zupełnie się jej nie obawia. Znów spojrzała na Snape'a.
— Oddaj mu różdżkę, a potem wrócimy do zamku i wszystko ci wyjaśnię.
— Możesz zrobić to teraz.
— To nie jest tak, jak ci się wydaje. Albus wie o wszystkim. Przecież nie pozwoliłby mi uczyć w szkole, gdyby nie był mnie pewny... — urwał, krzywiąc się z bólu. Auriga drgnęła, jakby chciała do niego podbiec. — Jak widzisz, to nie jest dobry moment na wyjaśnienia. Potrzebuję eliksirów...
Przygryzła wargę, gorączkowo zastanawiając się, co robić.
— Na Merlina, Aurigo, zastanów się — rzucił z lekkim zniecierpliwieniem. — Dumbledore'a nie ma w zamku. Minerwa leży w Świętym Mungu. Co chcesz zrobić? Ściągnąć nam na głowy Umbridge?
Wciąż nie wyglądała na przekonaną, więc spojrzał na nią odrobinę łagodniej.
— Zaufaj mi, Aurigo — poprosił spokojnie, niemal miękko i Sinistra stwierdziła, że najwyższa pora kończyć to absurdalne przedstawienie.
Bez słowa cisnęła w Lucjusza jego laską. Złapał ją zręcznie i przez sekundę była pewna, że ją przeklnie, ale on jedynie uśmiechnął się z satysfakcją i wymienił z Severusem spojrzenia.
— Dziękuję — odparł Malfoy, po czym cofnął się o krok za bramę, żeby znaleźć się poza strefą antyaportacyjną.
Auriga wciąż nie spuszczała z niego wzroku, nie wiedząc, czego się spodziewać, więc nie zauważyła, jak Severus unosi różdżkę. Usłyszała tylko jego spokojny głos, kiedy wypowiedział formułę zaklęcia:
— Obliviate.
xxx
— Nie znałem tej drogi — powiedział Gustaw.
— Tędy będzie bliżej. Wejdziemy do wioski od drugiej strony — wyjaśniła Liza, omijając rozległą kałużę.
Ich nadejście spłoszyło stado siedzących na ścieżce kruków. Ptaki wzbiły się w powietrze z głośnym krakaniem, zatoczyły koło nad ich głowami, a potem odleciały w stronę Zakazanego Lasu. Gustaw odprowadził je wzrokiem. Jasny poranek przeszedł w szare i wilgotne popołudnie. Niebo zasnuły wyblakłe chmury, spomiędzy których z rzadka i z wielkim trudem przedzierały się pojedyncze promienie słońca. Również krajobraz zmienił się od czasu ostatniego spaceru Gustawa — tam, gdzie jeszcze parę tygodni temu były rozległe łąki, teraz znajdowały się grząskie bagniska. Wszystko wokół wyglądało jak przemalowane brudną, rozwodnioną farbą.
W zasadzie Zieleziński nie planował dziś wycieczki do Hogsmeade, ale nie miał też żadnych innych konkretnych zajęć, więc kiedy wyszli od Hagrida, spontanicznie zaproponował Lizie, że się do niej przyłączy. Z jej strony nie napotkał protestów; wydawała się całkiem zadowolona z towarzystwa. Nawet utrata papierosów jakoś szczególnie nie popsuła jej humoru. Szła raźno obok Gustawa, z rękami w kieszeniach bordowego płaszcza. Wiatr rozwiewał jej luźno spięte włosy.
— Nie przyszedł pan na ostatnie spotkanie klubu pojedynków — zagadnęła Vector. — Znowu zjawili się nowi uczniowie.
Gustaw uśmiechnął się lekko. Cieszyła go popularność tych zajęć, ale on sam zaczął czuć się podczas nich odrobinę niepewnie, od kiedy w powietrzu nie śmigały już tylko Expeliarmusy i Riddiculusy, a nieco bardziej zaawansowane zaklęcia. Nie chciałby zostać przypadkiem trafiony Tarantallegrą albo Upiorogackiem.
Poza tym ostatnio zajmował się czymś innym.
— Miałem szlaban — odpowiedział Lizie.
Kobieta spojrzała na niego zaskoczona.
— To znaczy nadzorowałem szlaban. Ale straciłem całe popołudnie i wykończyło mnie to straszliwie, więc na jedno wychodzi.
— Bardziej dziwi mnie to, że w ogóle wlepił pan komuś szlaban — zauważyła. — Delikwent musiał dać się panu w kość.
Gustaw wzruszył ramionami.
— To Ślizgon z szóstego roku. W zasadzie już od jakiegoś czasu bojkotował moje lekcje i w końcu uznałem, że uprzejmymi perswazjami nic nie zdziałam — przyznał niechętnie.
— Co konkretnie robił?
— Nie przygotowywał się na zajęcia, odmawiał wykonywania zadań praktycznych i pozwalał sobie na lekceważące uwagi odnośnie zajęć i mugoli w ogóle. Ostatnio zniszczył toster... Wie pani, co to toster? — upewnił się. Liza skinęła głową, nieco rozbawiona pytaniem. — Został w pracowni po profesor Burbage. Szkoda, musiała się bardzo napracować, żeby zmusić go do działania bez prądu i przy takim stężeniu magii...
— Jeśli nie może pan dać sobie rady z uczniami, powinien pan zgłosić to opiekunowi domu albo Minerwie — powiedziała Vector.
— Nie powiedziałem, że nie mogę dać sobie rady — zaprotestował natychmiast. — W każdym razie Ślizgon został spacyfikowany. Ostatnio zachowywał się spokojnie, więc chyba jest dobrze.
Czarownica wyglądała, jakby chciała dalej ciągnąć temat jego problemów ze Slytherinem, więc czym prędzej skierował rozmowę na inne tory.
— Za to zauważyłem, że jedna z pani podopiecznych opuściła się w nauce. Bryony Adams. Ledwie zdała ostatni test, a wczorajszą pracę domową pisała chyba na kolanie przed zajęciami. To dziwne, bo wcześniej przykładała się do lekcji.
— A, panna Adams... — westchnęła Liza bez większego zaskoczenia. — Proszę tym razem jej odpuścić, a jeśli to się będzie powtarzać, to sama z nią porozmawiam.
Gustaw posłał jej pytające spojrzenie.
— No dobra, skoro tak pani mówi. Ale o co właściwie chodzi? Chyba nie stało się nic złego?
— To zależy, kogo pan spyta. A chodzi o pana Jenkinsa z Hufflepuffu — odparła Liza.
— Kapitana drużyny quidditcha?
Pokiwała głową.
— Otóż pan Jenkins w zeszły wtorek zaczął chodzić ze swoją koleżanką z drużyny — powiedziała śmiertelnie poważnie, ale w jej oczach Gustaw dostrzegł psotne iskierki. — Bryony jest załamana, bo od przeszło miesiąca nieprzytomnie się w nim kocha. ...Proszę się nie śmiać! — napomniała go z humorem. — To są poważne sprawy, jak się ma czternaście lat!
Rozbawiony Zieleziński pokręcił głową.
— A pani Gryfoni nie sprawiają problemów? — zaciekawił się. — To pani pierwszy rok jako opiekunki domu, prawda?
Liza potaknęła.
— Och, bez przerwy są z nimi problemy — stwierdziła beztrosko. — W poniedziałek na przykład po obiedzie przyszła do mnie zapłakana pierwszoroczna, Grace, która zgubiła kota. Kiedy już prawie udało mi się ją przekonać, że kot ma swój instynkt i na pewno sam wróci do domu, to napatoczył się pan Filch i zaczął opowiadać o tym, że pani Norris raz utknęła w jakiejś dziurze zostawionej przez robotników, a innym razem Irytek zatrzasnął ją w pustej sali. Dziecko prawie wpadło w histerię, jak to usłyszało.
— I co pani zrobiła?
— No jak to? — zdziwiła się. — Przez dwie godziny szukałam z nią i połową Gryffindoru tego przeklętego zwierzaka. Okazało się, że poszedł na spacer do lochów. Ślizgoni już byli gotowi go przygarnąć. — Liza przewróciła oczami. — Z kolei we wtorek — opowiadała dalej — wpadła do mnie Powell z awanturą, bo kiedy chciała zrobić niezapowiedziany sprawdzian czwartorocznym, większość Gryfonów dostała nagłych krwotoków z nosa i gorączki. Oczywiście kiedy wysłała ich do Poppy, dolegliwości natychmiast ustąpiły, i zdaje się, że Poppy wyjaśniła jej, jak działają słodycze Weasleyów. Tylko nie mam pojęcia, dlaczego Powell uważa, że to ja powinnam coś z tym zrobić. Niech sama spróbuje przemówić im do rozumu. Ja na zajęciach nie mam takich problemów.
— Z pani lekcji się nie urywają?
— Nie ośmieliliby się — odparła z przekonaniem, jakby to była zupełna oczywistość. Gustaw pomyślał, że pewnie to prawda. Liza raczej nie miała trudności z utrzymaniem dyscypliny w swojej klasie.
— Za to wczoraj na zajęciach Ralph Flanagan oznajmił mi, że nie może oddać pracy domowej, bo zjadł ją szpiczak. Myślałby kto, że piętnastolatek będzie w stanie wymyślić bardziej przekonującą wymówkę...
Gustaw spojrzał na nią z rozbawieniem.
— Obawiam się, że w tym wypadku powiedział pani całą prawdę — odparł. — Miał miejsce mały wypadek na opiece nad magicznymi stworzeniami — wyjaśnił. — Trzeba było zapytać Hagrida.
— Ups. — Liza skrzywiła się lekko. — Kazałam mu napisać za karę pół stopy pergaminu więcej.
— Nic mu nie będzie. Może nauczy się, żeby pilnować, gdzie kładzie swoje rzeczy. O ile wiem, Hagrid nie ukarał go za nieuważanie na lekcji, więc akurat to się wyrówna...
Gawędząc beztrosko o uczniach, dotarli do wioski. Gustaw odprowadził Lizę do sklepu Gladraga, gdzie miała zaplanowaną przymiarkę nowej sukni. Umówili się, że spotkają się ponownie za godzinę. W tym czasie Zieleziński zamierzał wstąpić na pocztę. Ostatnio jeden z uczniów niemagicznego pochodzenia podpowiedział mu, żeby założył skrzynkę pocztową, której adres mógłby podać mugolskim przyjaciołom. Listy mógłby odbierać i wysyłać z Hogwartu, ale pierwszych formalności musiał dopełnić osobiście. Skoro już przyszedł do Hogsmeade, to szkoda byłoby nie skorzystać z okazji.
Uwinął się z tym dość szybko, więc postanowił wstąpić do Miodowego Królestwa, którego nie zdążył odwiedzić ostatnim razem. Tam zeszło mu trochę więcej czasu, tym bardziej, że zagadał się z właścicielami — parą przemiłych staruszków, którzy chętnie opowiadali mu o sklepie i słodyczach, i podpowiadali, czego powinien spróbować.
Ledwie zdążył na umówioną godzinę. Liza już na niego czekała, przytupując ze zniecierpliwieniem obcasem.
— Mam nadzieję, że nie stoi tu pani długo — przywitał ją. — Zmarzła pani — stwierdził. Kolejne słowa wyrwały mu się bez zastanowienia: — Może wejdziemy gdzieś na herbatę? — zaproponował. — Uwielbiam Hagrida, ale to, co nazywa herbatą to jakaś pomyłka.
— Racja — przyznała. — Możemy wstąpić do Rosmerty...
Pokręcił głową. Polubił sympatyczną właścicielkę Trzech Mioteł, ale przypuszczał, że o tej porze nie będzie zbyt pochłonięta pracą i pewnie przysiądzie się do nich na plotki. A on wolał mieć Lizę tylko dla siebie...
— Tam już byłem — powiedział. — Chodźmy gdzieś indziej.
Vector ironicznie zmarszczyła brwi.
— To Hogsmeade — przypomniała. — Obawiam się, że nie mamy zbyt wielkiego wyboru.
— O ile dobrze pamiętam, tu zaraz za rogiem jest herbaciarnia.
— Pani Puddifoot, niech będzie — zgodziła się. — Na pewno lepszy wybór niż Świński Łeb. To całkiem przyjemne miejsce, kiedy nie roi się tam od ogarniętych hormonami nastolatków...
Nagle urwała i przystanęła, wpatrując się w ciemnowłosą kobietę, pchającą dziecięcy wózek kilkanaście metrów przed nimi. Tamta także ją zauważyła i pomachała jej.
— Andromeda? — wykrzyknęła Liza. — Przepraszam pana na moment. — Spojrzała na Gustawa z uśmiechem, a potem podbiegła do przyjaciółki. Obie uściskały się serdecznie, a potem Liza przykucnęła przy wózku, żeby przywitać się z siedzącym w nim kilkumiesięcznym chłopcem. — Cześć, Teddy, kochanie... Co wy tutaj robicie? Czemu nie napisałaś, że wybierasz się do Hogsmeade?
— To była spontaniczna decyzja. Nie mogłam już wysiedzieć w domu, więc zabrałam Teda na małą wycieczkę. — Czarownica wskazała brodą w kierunku cmentarza. — Wybierałam się do Rosmerty i zastanawiałam się właśnie, czy nie dołączyłabyś do nas, gdybym posłała ci wiadomość Patronusem. Ale widzę, że i tak bym cię nie zastała w zamku... Dzień dobry — przywitała się z Zielezińskim, który do nich podszedł.
— To jest profesor Gustaw, nowy nauczyciel mugoloznawstwa. Panie Gustawie, moja przyjaciółka, Andromeda Tonks, i jej wnuk, Ted Lupin — dokonała szybkiej prezentacji Liza, nie odwracając zachwyconego spojrzenia od chłopca. — Och, jest uroczy! Czy nadal ma niebieskie włosy?
— Dzisiaj akurat są zielone. Nawet Nimfadora nie zmieniała tak często koloru, jak on... — odparła Andromeda pogodnie, ale w jej głosie zabrzmiała jakaś fałszywa nuta.
Vector spojrzała na nią uważnie, ale Tonks szybko zebrała się w sobie. Nagle roześmiała się cicho. Zaskoczona Liza podążyła za jej wzrokiem i przewróciła oczami, zrozumiawszy, co ją rozbawiło.
— Teddy jest metamorfomagiem — wyjaśniła zdumionemu Gustawowi. — Potrafi zmieniać swój wygląd, tylko na razie zupełnie nad tym nie panuje... Czyli jednak idziemy do Rosmerty — dodała przepraszająco.
Zieleziński wzruszył ramionami, nie dając po sobie poznać rozczarowania.
Przez całą drogę Liza i Andromeda pogrążone były w rozmowie — głównie na temat Teddy'ego — i Gustaw zaczął czuć się trochę jak piąte koło u wozu. Kiedy dotarli do Trzech Mioteł, dziecko zaczęło wiercić się i grymasić. Liza natychmiast pochyliła się nad nim zmartwiona, a Andromeda wzniosła oczy do nieba.
— I tak długo wytrzymał. Nie znosi siedzieć w wózku — wyjaśniła.
— Mogę go wziąć na ręce?
— Jeśli chcesz.
Vector ostrożnie podniosła chłopca, a Gustaw otworzył drzwi i pomógł Andromedzie wnieść wózek do środka. Potem cofnął się niepewnie.
— A pan nie zostanie z nami? — zapytała Tonks, widząc, że nie zamierza wejść.
Liza odwróciła się i spojrzała na niego pytająco, nieco zaskoczona. Zanim jednak zdążyła zaproponować, by do nich dołączył, Gustaw stanowczo pokręcił głową.
— Chyba powinienem już wracać do Hogwartu. Może innym razem...
Jego słowa utonęły w radosnym pisku Rosmerty, która właśnie wyszła z zaplecza i zobaczyła niespodziewanych gości. Liza szepnęła coś uspokajająco do zaniepokojonego hałasem Teddy'ego, a potem znów podniosła wzrok na Zielezińskiego, przez co on także, dość nieoczekiwanie, został obdarzony ciepłym, czułym uśmiechem, z jakim przemawiała do chłopca.
— Jak pan uważa — powiedziała. — Zatem do zobaczenia na kolacji.
xxx
— Kompletnie ci odbiło?
— Ja...
— Do jasnej cholery, co ty sobie w ogóle myślałaś? — Zdenerwowany Snape krążył po salonie Aurigi, nie dając jej dojść do słowa. — Zastanowiłaś się, jakie to może mieć konsekwencje? Nie! Oczywiście, że nie! Przez swoją nieostrożność naraziłaś i siebie, i mnie! Gdyby na miejscu Malfoya był ktoś inny...
Nawet nie chciał sobie tego wyobrażać. Niestety jego umysł sam generował najczarniejsze scenariusze, tak bliskie temu, czego obawiał się od samego początku związku z Sinistrą. Minęło ledwie kilka tygodni, od kiedy zaczęli się spotykać, a ona już wpakowała i jego, i siebie w kłopoty...
Spojrzał na siedzącą sztywno w fotelu czarownicę.
— Przepraszam, ja tylko... — udało jej się wtrącić, korzystając z tego, że przerwał swoją tyradę, ale natychmiast wszedł jej w słowo:
— Myślisz, że „przepraszam" wystarczy? Jeżeli będziesz robić takie rzeczy, to może się okazać, że do następnych przeprosin nie będziesz miała okazji!
W oczach Sinistry błysnął ogień. Mogła czuć się winna, ale to nie był powód, dla którego pozwoliłaby się łajać jak niemądre dziecko.
— Wystarczy, Severusie — poprosiła ostro. — Natychmiast przestań na mnie krzyczeć.
Podniosła się z fotela i stanęła naprzeciw Snape'a, patrząc na niego gniewnie.
— To by się nie wydarzyło, gdybyś mówił mi, co się dzieje — oznajmiła, zaplatając ręce na piersiach.
Severus poczuł, że zaraz trafi go szlag.
— O, więc to moja wina? — zakpił.
— Nie powiedziałam tego — odparła sucho. — Po prostu nie mogłam przewidzieć, że Malfoy się tam zjawi. Nie wiedziałam, że...
— W ogóle nie powinno cię tam być! — znowu jej przerwał. — Ostrzegałem cię, ale ty jak zwykle mnie nie posłuchałaś!
— Nie słuchałam cię przez ostatnie pół roku! — wykrzyknęła, tracąc resztki opanowania. — Niby dlaczego akurat wczoraj miałabym to zrobić? Zniknąłeś na całą noc, martwiłam się o ciebie...
— Niepotrzebnie! Gdybyś nie była taka uparta...
— Gdybyś uprzedził mnie, co może się wydarzyć...
— I tak nigdy mnie nie słuchasz!
— Może dlatego, że zwykle przesadzasz i wyolbrzymiasz zagrożenie?
Snape spojrzał na nią z zaskoczeniem.
— Co robię? — zapytał niebezpiecznie spokojnym tonem.
— Dokładnie to, co powiedziałam!
— Doprowadzasz mnie do szału, Sinistra!
— Ty mnie też!
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami, oboje wściekli i wzburzeni. Auriga pierwsza odwróciła wzrok. Odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić.
— To bez sensu, Sev — stwierdziła, opadając na fotel. — I przestań mi wreszcie przerywać! — dodała szybko, widząc, że otwiera usta, by się odezwać. — Nie podoba mi się to, jak mnie traktujesz. Wczoraj odesłałeś mnie do komnat jak jakąś krnąbrną uczennicę, bez słowa wyjaśnienia, dzisiaj ignorujesz mnie od rana... Kiedy wreszcie raczyłeś poświęcić mi swoją uwagę, jedyne, co masz mi do powiedzenia, to oskarżenia i pretensje. Nie sądzisz, że należy mi się jakieś wytłumaczenie? Albo przynajmniej normalna rozmowa? Ja też jestem zdenerwowana i przestraszona, ale staram się nie wyładowywać na tobie. Co w ogóle spodziewasz się przez to osiągnąć? Przyznałam, że zachowałam się lekkomyślnie. Naprawdę myślisz, że sama nie potrafię wyciągnąć wniosków z wczorajszej nocy?
Patrzyła na niego z wyrzutem, czekając na odpowiedź.
Severusowi przemknęło przez myśl, że może rzeczywiście był dla niej nieco zbyt ostry. Wczoraj drogę powrotną do zamku przebyli w milczeniu. Wiedział, że gdyby odezwał się choć słowem, nie zdołałby pohamować emocji i skończyłoby się to koszmarną awanturą — a na nią z kolei czuł się zbyt zmęczony i obolały. Roztrzęsiona Auriga z trudem dotrzymywała mu kroku. Wyraźnie potrzebowała z jego strony jakiegoś uspokajającego słowa czy gestu, ale wtedy jakoś nie zwracał na to uwagi. Gdy tylko znaleźli się w holu, kazał jej wracać do siebie z krótkim „porozmawiamy o tym jutro". Widząc jego minę, posłuchała bez słowa sprzeciwu.
Podczas śniadania także nie zamienił z nią ani słowa — choć przecież już sam fakt, że zjawiła się w Wielkiej Sali tak wcześnie rano, świadczył o tym, jak mocno się przejęła... Ale on, pochłonięty czarnymi myślami i roztrząsaniem każdego możliwego scenariusza, wolał nie dostrzegać jej zrozpaczonej miny i desperackich prób nawiązania przynajmniej kontaktu wzrokowego. W pewien sposób wydawało mu się to sprawiedliwą karą za jej lekkomyślność — za to, że to on musiał teraz zastanawiać się, jak to wszystko odkręcić i za cały strach, jakiego mu napędziła. W końcu Auriga skapitulowała i opuściła Wielką Salę, a on dopiero po rozmowie z Lucjuszem poczuł się na siłach, by do niej przyjść. Kiedy ją zobaczył, przez chwilę wahał się, nie wiedząc, czy bardziej ma ochotę na nią nawrzeszczeć, czy raczej wziąć ją w ramiona... Ostatecznie zdecydował się na to pierwsze. Nagle przestało mu się to wydawać w porządku.
Spojrzał na Aurigę, teraz bardziej zdenerwowaną i wzburzoną niż skruszoną. Powinien być na nią wściekły, ale cała złość już mu przeszła i zaczynał nawet żałować swojego nieprzyjemnego zachowania i dziecinnej chęci ukarania jej.
— Więc? — zapytała chłodno. — Wściekaj się na mnie, jeśli chcesz... ale powiedz mi przynajmniej, czy udało ci się z tego jakoś wyplątać? — dodała cicho.
— Udało — westchnął. — Lucjusz uwierzył w nasze małe przedstawienie. Fiukał do mnie dziś rano i użyłem legilimencji, żeby go sprawdzić. Niczego nie podejrzewa.
Auriga odetchnęła z wyraźną ulgą — Severus nie wiedział, czy spowodowaną bardziej zapewnieniem, że zdołali oszukać Malfoya, czy zażegnaniem konfliktu między nimi.
— Może lepiej wyczyścić mu pamięć? — zapytała niepewnie.
Snape pokręcił głową. Sam rozważał tę możliwość, ale uznał, że prawdopodobieństwo, że Czarny Pan zwróci uwagę na losowe wspomnienie nie jest wielkie, natomiast na pewno zainteresowałyby go luki w pamięci — a te trudniej byłoby wytłumaczyć niż incydent z Sinistrą.
— Gdyby Czarnemu Panu udało się przełamać zaklęcie, z pewnością chciałby wiedzieć, dlaczego zadałem sobie tyle trudu, by to ukryć. To zachwiałoby jego zaufaniem do mnie i... — zawahał się — niepotrzebnie skierowałoby jego uwagę na ciebie... Ostatecznie zbyt wiele moglibyśmy na tym stracić — dokończył.
— Rozumiem. — Sprawiała wrażenie, jakby ulżyło jej, że nie muszą uciekać się do takich środków.
— Na razie wystarczy, że Lucjusz jest przekonany, że rzuciłem na ciebie Obliviate i nie pamiętasz niczego z wczorajszej nocy — ciągnął Severus. — Teraz najlepiej, gdybyś po prostu trzymała się od niego z daleka. Może łatwiej byłoby, gdybym naprawdę wyczyścił ci pamięć... — palnął bez namysłu i dopiero kiedy oczy Sinistry rozszerzyły się ze zdumienia, uświadomił sobie, że zabrzmiało to dość niefortunnie.
Zirytowany, odetchnął głęboko, żeby zupełnie się opanować.
— Nie to miałem na myśli; oczywiście, że bym ci tego nie zrobił, Aurigo — zapewnił ją szybko, starając się nadać swojemu głosowi choć odrobinę łagodniejsze brzmienie.
— Oczywiście — odpowiedziała, ale wyszło jej to raczej mało przekonująco. Chyba sama także zdawała sobie z tego sprawę, bo z zakłopotaniem odwróciła wzrok. — Może lepiej... zaparzę herbatę...
Poderwała się z fotela i wyszła do kuchni, nie chcąc się przy nim rozpłakać ze złości i rozczarowania. Severus ruszył za nią, przeklinając się w myślach. Przez chwilę stojąc w drzwiach obserwował, jak zdenerwowana trzaska szafkami, a potem podszedł do niej i stanął za jej plecami. Znieruchomiała, zaciskając dłoń na kubku.
— Wiesz, że nigdy specjalnie nie zrobiłabym czegoś, co mogłoby ci zaszkodzić, Severusie — powiedziała twardo. — Nigdy!
— Wiem.
— Więc dlaczego tak się zachowujesz? — zapytała z wyrzutem.
— Aurigo, przepraszam, ja... Gdyby coś ci się stało... przeze mnie... Po prostu musimy być ostrożniejsi.
Zawahał się, a potem nieco niezręcznym gestem położył dłonie na jej ramionach i pogładził je uspokajająco. Odwróciła się i oparła czoło o jego bark, więc jemu nie pozostało nic więcej, jak ją objąć.
— Najważniejsze, że jakoś z tego wybrnęliśmy — mruknęła.
— W zasadzie improwizowanie wyszło ci całkiem nieźle — przyznał.
Auriga parsknęła zupełnie niestosownym śmiechem, a on zdusił uwagę o tym, że to wcale nie jest zabawne. W zasadzie sam odczuł ulgę.
— I wiesz co, Sev... nie martw się tak o mnie — wyszeptała w jego szatę. — Potrafię o siebie zadbać.
— Czy to działa, kiedy ja ci to mówię?
Pokręciła głową i cofnęła się, by móc na niego spojrzeć. Severus odsunął ją delikatnie od blatu.
— Daj, ja to zrobię — powiedział, sięgając po puszkę z herbatą.
Auriga usiadła przy stole, a on zajął się przygotowywaniem napoju.
— Lucjusz nie będzie chwalił się nikomu tym zdarzeniem — stwierdził. — Przekonałem go, że nie ma potrzeby zawracać Czarnemu Panu głowy podobnymi głupstwami. Jeśli przypadkiem nie zobaczy czegoś w jego umyśle, to nigdy się nie dowie. Moglibyśmy mieć większe kłopoty, gdyby to był ktoś inny, ale Lucjusz z pewnych względów woli pozostawać ze mną w dobrych układach. Po zniknięciu Czarnego Pana, on też wykaraskał się od odpowiedzialności, dlatego nie podaje w wątpliwość mojej wierności, tak jak ci spośród śmierciożerców, którzy paręnaście lat spędzili w Azkabanie... No i na szczęście zwykle najpierw pyta, a potem rzuca klątwami, co niestety nie dla wszystkich jest oczywistą kolejnością... Chociaż był dość zaskoczony tym, że tak łatwo dałaś się przekonać — dodał.
— Jak mu wyjaśniłeś to, że natychmiast nie zaalarmowałam nikogo w zamku? — zapytała z wahaniem.
Kąciki ust mężczyzny uniosły się nieznacznie.
— Cóż, powiedziałem, że po prostu masz do mnie słabość...
— Nie skłamałeś za bardzo — zauważyła.
— Najlepsze kłamstwo to takie, które jest oparte na prawdzie, Aurigo — odpowiedział, stawiając przed nią parujący kubek. — Powinnaś to zapamiętać.
xxx
— Gdzie zniknęłaś na cały dzień? — zapytała Auriga, kiedy Liza, nieco spóźniona, zjawiła się w Wielkiej Sali na kolację.
— Najpierw poszłam na trening Gryfonów, a potem do Hogsmeade — odparła Vector pogodnie. Sięgnęła po imbryk i nalała sobie gorącej herbaty, żeby się rozgrzać po długim spacerze z wioski do zamku, a potem z uśmiechem odwróciła się do przyjaciółki, chcąc opowiedzieć jej o spotkaniu z Andromedą. Nie zdążyła jednak powiedzieć ani słowa, bo w tym samym momencie Sinistra przesunęła w jej kierunku leżący na stole arkusz pergaminu i poprosiła cicho:
— Przeczytaj.
Zaskoczona Liza przebiegła wzrokiem treść, coraz bardziej marszcząc brwi z każdym słowem. Był to entuzjastyczny i pełen gorących próśb list, pod którym widniał zamaszysty podpis Brendy Fenwick. Dziennikarka najwyraźniej zorientowała się, że najbardziej wyczerpujące źródło informacji o Severusie wymknęło jej się z rąk, i zdecydowała się na kolejną próbę nakłonienia Sinistry do rozmowy.
— Skąd ona wie, że przyjaźniłam się z Severusem? — zapytała zgnębionym tonem Auriga. — Że pomagałam mu w pracy? Nic nie słyszałam o tym, że jeszcze raz zjawiła się w szkole.
— Hm, myślę, że znam odpowiedzi na te pytania — stwierdziła Liza z lekkim niezadowoleniem. — Rosmerta powiedziała mi, że jakiś tydzień temu Fenwick kręciła się po Hogsmeade i wypytywała ludzi. Poszła nawet do Świńskiego Łba, ale Aberforth chyba ją wyrzucił. Rose też chciała podpytać, ale co ona mogłaby wiedzieć o Snape'ie? Pech chciał, że akurat wtedy siedziały u niej Rolanda i Pomona... One też nie powiedziały nic wielkiego, naprawdę — uspokoiła szybko Aurigę. — Nawet Rolanda miała na tyle przyzwoitości, żeby nie wyskakiwać z jakimiś głupimi plotkami czy anegdotami. Stwierdziły, że w sumie to wcale nie znały Snape'a za dobrze, że był zamknięty w sobie, nieufny, złośliwy... no, raczej nie zachęcał do nawiązywania bliższej znajomości. Sama przyznaj, że to nic nowego, każdy by mógł to o nim powiedzieć. Poza tym oczywiście mówiły o tym, jakie to przykre i straszne, co musiał zrobić, że to dla wszystkich szok i takie tam. A potem Fenwick zapytała, z kim w szkole miał najlepszy kontakt, więc rzecz jasna obok Albusa i Minerwy wymieniły ciebie. Tylko tyle, że zawsze dość dobrze się dogadywaliście, trochę współpracowaliście, a on szanował cię i uważał za kompetentnego astronoma...
Plotkować zaczęły dopiero po wyjściu Fenwick. Rosmerta próbowała nawet zagadywać Lizę, czy to prawda, że Snape i Sinistra mieli się kiedyś ku sobie — ale tego Vector nie zamierzała powtarzać i tak już zdenerwowanej przyjaciółce.
— I oczywiście żadna z nich nie pomyślała, żeby mnie o tym uprzedzić? — zapytała nieco zgryźliwie Auriga. — Ty pewnie też nic byś nie powiedziała, gdybym nie zapytała, prawda?
— Nie chciałam cię martwić — odparła spokojnie Vector. — Przecież wiedziałam, jak zareagujesz. No i nie sądziłam, że Fenwick będzie na tyle bezczelna, żeby ci się naprzykrzać po tym, jak odmówiłaś jej za pierwszym razem...
Auriga nie wyglądała na przekonaną.
— Zresztą sama widzisz, że to nic takiego — dodała Liza, wzruszając ramionami. — Fenwick doszła do wniosku, że z Albusa i Minerwy nie uda jej się nic wyciągnąć, więc postanowiła spróbować jeszcze raz z tobą. Pewnie ostatnim razem byłaś dla niej zbyt uprzejma. Zignoruj ten list albo po prostu odpisz jej, żeby się odczepiła, i nie myśl o tym więcej. To do niczego nie prowadzi, Aur.
— Łatwo ci mówić...
Sinistra ponuro spuściła wzrok. Vector przyglądała jej się szczerze zmartwiona.
— Aurigo, naprawdę... — zaczęła bezradnie, ale przyjaciółka przerwała jej wpół zdania:
— W porządku. Muszę już iść, za pół godziny zaczynam zajęcia z absolwentami. — Obdarzyła ją wymuszonym uśmiechem, podnosząc się z miejsca. — Do jutra, Lizzie.
xxx
— Zastanawia mnie jeszcze jedno... — zaczęła Auriga, kiedy Severus usiadł obok niej przy stole.
— Tak?
— Dlaczego Lucjusz Malfoy w ogóle ci pomógł?
Snape zmarszczył lekko brwi.
— Nie miał wielkiego wyboru. Nie byłem w stanie samodzielnie się aportować.
— Słyszałam, jak rozmawialiście. Zaproponował, że zabierze cię do uzdrowiciela, ale ty nalegałeś, żeby wrócić do Hogwartu. Mógł zostawić cię przy bramie i deportować się, tak jak chciałeś. Ale on nie wiedział, że ja tam będę na ciebie czekać. Bał się, że nie dasz rady dotrzeć do zamku...
— Bo jako śmierciożerca powinien po prostu mnie dobić, czyż nie?
— Sev... — poprosiła.
Przewrócił oczami.
— Cóż, moja pozycja jako śmierciożercy jest na tyle silna, że lepiej mieć mnie za sojusznika niż wroga. Lucjusz doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że kiedyś może potrzebować mojej protekcji.
— Dlaczego? — zdziwiła się.
„Wszystko wróciło do normy" — pomyślał z przekąsem Severus. — „Skoro znów zaczęła zadawać tysiące niewygodnych pytań, to najwyraźniej czuje się już zupełnie dobrze".
Jednak zamiast zbyć ją jakimś ironicznym komentarzem, nieco wbrew sobie, postanowił odpowiedzieć.
— Lucjusz — zaczął z wahaniem — znalazł się w sytuacji, w której bardzo nie chciał się znaleźć. Przyjął Mroczny Znak jako dzieciak, nie dlatego, że jakoś szczególnie nienawidził mugoli czy szlam, bo nie sądzę, żeby miał z nimi zbyt wiele do czynienia, ale dlatego, że Czarny Pan oferował inne życie. Kiedy ma się siedemnaście lat, to wydaje się całkiem sensowne, kiedy ktoś mówi ci, że jesteś lepszy od innych i zasługujesz na więcej niż oni. W zamian za posłuszeństwo i oddanie dawał ci poczucie władzy i potęgi. Bycie śmierciożercą oznaczało prestiż i szacunek. Gwarantowało miejsce w tym lepszym, oczyszczonym z niemagicznych świecie, który przecież i tak prędzej czy później musiał nastać. Wielu młodych idiotów się na to nabrało. — Severus uśmiechnął się gorzko. — Kiedy Czarny Pan zniknął, Lucjusz zręcznie wywinął się od odpowiedzialności za swoje czyny. Bez trudu wśliznął się w rolę praworządnego obywatela i wygodnie ułożył sobie życie. W przeciwieństwie do śmierciożerców gnijących w Azkabanie albo prawdziwych świrów, ślepo zapatrzonych w ideologię czystej krwi, jemu powrót Czarnego Pana nie był na rękę. Człowiek szybko przyzwyczaja się do wygodnego, dostatniego życia i ciężko mu ponownie ugiąć kolana i dawać sobą pomiatać w imię czegoś, w co nawet nie wierzy. Poza tym postawa Lucjusza mogła zostać poczytana za coś w rodzaju zdrady. W końcu czyż nie odwrócił się od Czarnego Pana? Nie próbował go szukać, wyparł się kontaktów z nim... Za coś takiego nie mogła ominąć go kara.
Auriga wzdrygnęła się lekko.
— Torturował go... tak jak ciebie? — zapytała cicho.
— Nie nazwałbym tego torturami — odparł obojętnie Snape.
Nie dodał, że widział, jak mogły wyglądać tortury w wykonaniu Voldemorta i w porównaniu z tym kara, jaką im wymierzono, to zaledwie igraszka. Po jej minie poznał jednak, że sama z łatwością doszła do takiego wniosku i nie chciałaby wiedzieć, co zostałoby z niego po torturach, jeżeli twierdził, że wszystkie te rany i blizny, jakie widziała, nie były ich efektem.
— Czarny Pan nie jest głupi, Aurigo — ciągnął Severus — i wie, że nie może pozwolić sobie na zamęczenie swoich wyznawców na śmierć. Ja... znalazłem się w całkiem niezłej sytuacji, ponieważ przekonałem go, że mam dla niego cenne informacje i przez te wszystkie lata zdobyłem zaufanie Dumbledore'a, które teraz może wykorzystać. Natomiast Lucjusz wciąż pozostaje w niełasce, a to oznacza, że każdy, nawet najmniejszy błąd może kosztować go życie. Nie sądzę, żeby był w stanie odzyskać dawną pozycję. Może gdyby udało mu się coś naprawdę wielkiego... Ale do tego nie zamierzam dopuścić.
— Ale skoro jest tak, jak mówisz, to dlaczego Malfoy w ogóle wrócił do Czarnego Pana?
— A co według ciebie miał zrobić? Zignorować wezwanie?
— Wiem, że za to zostałby ukarany. Ale mógł zabrać rodzinę, wyjechać gdzieś daleko i ukryć się...
— Jeszcze nikomu to się nie udało.
— No to mógł przyłączyć się do nas — upierała się Sinistra. — Tobie jakoś udało się przejść na właściwą stronę.
Snape skrzywił się lekko.
— To nie takie proste, Aurigo. Ja... cóż, miałem odpowiednią motywację, a w dodatku nieźle znałem oklumencję i potrafiłem ukryć swoje zamiary. Ale i tak nie udałoby mi się, gdyby Dumbledore nie postanowił dać mi szansy — powiedział gorzko z nadspodziewaną dla samego siebie szczerością.
Sinistra patrzyła na niego z łagodnym powątpiewaniem.
— Sev, Dumbledore nie pomógłby ci, gdybyś sam do niego nie przyszedł. Nie ma znaczenia, dlaczego to zrobiłeś: czy nagle zrozumiałeś, że postępujesz źle i poczułeś skruchę, czy dręczyło cię poczucie winy, czy kierowało tobą tylko rozczarowanie i strach... Ważne, że zrobiłeś... nadal robisz wszystko, co w twojej mocy, żeby naprawić swoje błędy! Jesteś dobrym człowiekiem, Severusie, cokolwiek sam byś o sobie nie myślał.
Snape skrzywił się lekko, słysząc nutę niezachwianej pewności w jej głosie.
— Skoro tak twierdzisz, to musi być prawda — westchnął ponuro, a ona uśmiechnęła się ciepło.
— Nigdy w to nie wątp, mój drogi.
— Wciąż nie mogę dociec, czy twoja wiara w ludzi wynika z tego, że ty naprawdę widzisz w nich coś, czego nikt inny nie dostrzega, czy raczej ze zwyczajnej naiwności. — Severus nie mógł powstrzymać się od drobnej złośliwości, ale jednocześnie wyciągnął rękę i nakrył nią leżącą na stole dłoń Aurigi, jakby gestem chciał przekazać, że wcale nie miał zamiaru jej urazić.
Sinistra uśmiechnęła się, splatając swoje palce z jego.
— To byłoby nie do zniesienia, gdybyśmy oboje byli równie cyniczni — zauważyła. — Ale wróćmy do Malfoya...
— Albus nie zaryzykuje i nie zaproponuje mu pomocy, a Lucjusz nie zniży się, by o nią poprosić. Zresztą, sądzę, że nawet gdyby dostał taką szansę, nie skorzystałby z niej.
— Dlaczego?
— Po prostu uznałby, że to ryzyko mu się nie opłaci.
— Nie rozumiem — stwierdziła Auriga. — Przecież nie ryzykowałby bardziej, niż pozostając przy Sam-Wiesz-Kim. Czego naprawdę on chce?
Severus wzruszył ramionami.
— Tego, co każdy — westchnął. — Przeżyć.
xxx
