.
Rozdział 11
Nie takie święta jasne, jak je malują
.
Z czasem Harry nauczył się, jak się nie wzdrygać, kiedy Snape przenikał sprawnie do jego umysłu na ciągnących się jak smoła zajęciach z Oklumencji - i na tym jego postępy w nauce zaczynały się i kończyły zarazem, bo jego oporny umysł za nic w świecie nie zamierzał podjąć się współpracy z jego intencjami. I kiedy Snape opuszczał różdżkę, dając mu czas, aby podniósł się z ziemi, aby otrzepał z pyłów wymiętą szatę, aby złapał oddech i poprawił ułożenie własnej różdżki w dłoni, jego ziemista twarz odwracała się od niego z takim wyrazem przyspawanym do płytkich zmarszczek, że jego profesor sprawiał przy tym wrażenie pełnego zrezygnowania, jakby powątpiewał, czy kiedykolwiek uda się Harry'emu opanować sztukę, którą tak namiętnie starał się mu wpoić.
— Zupełnie nie rozumiem — powiedział Snape pewnego późnego, dusznego wieczora, chowając różdżkę do rękawa szaty - jakby w każdej chwili spodziewał się konieczności jej nagłego użycia - i ze szczęką zaciśniętą tak mocno, że Harry słyszał ostre zgrzytanie jego tylnych zębów, wycofał się za gabinetowe, solidne biurko.
— Nie rozumie pan? — powtórzył drętwo Harry, mając absurdalne wrażenie, że jego przemęczony umysł nie do końca przetwarza docierające do niego informacje. Czuł się trochę tak, jak o poranku, po nie najlepiej przespanej nocy - to, co działo się wokół niego, docierało do niego z lekkim przytłumieniem; jego umysł podsuwał mu dziwne kombinacje skojarzeń, które można zaklasyfikować pod: „wymysły", a nie: „myśli" - były bowiem zbyt absurdalne i zbyt rozproszone byle słojem wypełnionym po brzegi formaliną (a tych w tym gabinecie było na pęczki), byle szkatułką z proszkiem ze skrzydeł much końskich (Harry naprawdę nie potrafił pojąć, dlaczego Snape nie trzyma ich w laboratorium tudzież w schowku na eliksiry).
Czarne oczy odbijały refleksy dogasających w kominku, ledwie tlących się drew, kiedy przypatrywały mu się bez mrugnięcia.
— Twojego kompletnego braku postępu — oparł się łokciem o blat Snape i ułożył swój chudy podbródek na knykciach dłoni. Kości jego szczęki zdawały się w tym drżącym półmroku wystawać pod jeszcze bardziej ostrym kątem niż zazwyczaj; przechylił lekko głowę. — I - szczerze powiedziawszy - bladego pojęcia nie mam, jak wwiercić w ciebie tą umiejętność, Potter — skrzywił się. — Jesteś niereformowalny.
Słowa Snape'a zostawiły po sobie ostry smak w ciele Harry'ego, który spuścił wzrok na ciemną, porysowaną posadzkę, przygryzł - nieco zbyt mocno, bo zabolało - wnętrze dolnej wargi i szurnął, nie bez lekkiego strapienia, butem.
— Cóż — bąknął pod nosem, oblizując wysuszoną, dolną wargę — bardzo mi przykro.
Snape wydał z siebie taki dźwięk, jakby się dusił.
— Powiedziałem: „niereformowalny", a nie: „bezużyteczny", ty popaprany idioto!
Harry wierzył, że mógłby powiedzieć choćby i: „nieskoncentrowany", a nie zmieniłoby to ogólnej istoty tego przekazu. I na dobrą sprawę, nie zamierzał go uświadamiać, że niereformowalny może być raczej system, nie człowiek. Skupił się na utrzymaniu na swojej twarzy uśmiechu, który wyszedł mu raczej ponuro - prawie bolał.
— Ehem — mruknął bez przekonania, a w odpowiedzi Snape schylił głowę, uchwycił palcami nasadę nosa i wymamrotał do siebie niewyraźnie serię jakichś długich, zduszonych fraz, z których Harry wyłapał coś, co brzmiało jak: „niemożliwy" i „uformowany", a sardoniczne prychnięcie, które wplótł na dokładkę w ten przedziwny łańcuszek średnio treściwych, przytłumionych określeń, było niebezpiecznie podobnie do: „Dursleyowie". I choć Harry próbował wyłuskać z tego wszystkiego jakiś większy sens, nic trafnego nie przychodziło mu na myśl.
Snape pokręcił głową i zmarszczył brwi, spoglądając na niego, jakby rozważał jakieś: „za" i „przeciw", dotyczące kontynuowania tej żmudnej, syzyfowej pracy, jaką była próba wpojenia w jego reakcje obronne magii umysłu. Oderwał dłonie od twarzy.
— Potter — powiedział cicho, choć bardziej zabrzmiało to jak westchnienie — chodź tu i usiądź.
Nie chciał siadać, nie chciał tu w ogóle przebywać - w tym ponurym, zalepionym cieniami jak dymem papierosowym, gabinecie. Wolałby, aby Snape pozwolił mu już odejść, zostawił go samemu sobie, nie wszczynał jakichś smętnych gadanin o tym, jak wielką potrzebą odznacza się poczynienie postępów w tej niepojętej dla niego dziedzinie, która - im więcej o niej czytał i im bardziej wydawało mu się, że zaczyna rozumieć podstawy jej funkcjonowania - tym bardziej mu nie wychodziła. Wolałby wyjść, zniknąć, rozpłynąć się, zapaść się pod ziemię, wolałby zająć się w tym czasie masą różnych bzdur, ale przeciągając językiem po górnych zębach, nie mogąc stwierdzić, skąd właściwie po tych wszystkich spektakularnych porażkach w oklumowaniu umysłu znajduje jeszcze siłę na poczynienie dalszych starań, powoli zbliżył się do zaoferowanego mu miejsca i przysiadł niepewnie - pod świdrującą go parą czarnych oczu - na krawędzi krzesła. Musiał przy tym wyglądać jak szybujący ku niebu samolot, który odbił się od ziemi - możnaby się spodziewać, że szanowny pan profesor lada moment palnie na ten temat jakąś krytyczną uwagę. Niestety czy stety, stosunkowo inny problem zaprzątał widocznie głowę Severusa Snape'a.
— Powiedz mi — odezwał się cicho, przyglądając mu się jak ingrediencji do eliksirów — gdybym ci kazał wskazać jeden, konkretny moment w twoim życiu, w którym byłeś bezgranicznie szczęśliwy... — urwał znacząco, a jego słowa odbiły się na Harrym dziwnym wrażeniem déjà vu i przez moment zdawało mu się, że patrzy nie: w czarne jak ropa naftowa oczy Severusa Snape'a, tylko: w promieniujące niewidzialną siłą i przyjemnym dla duszy ciepłem, zielone jak trawa po deszczu oczy Remusa Lupina; szczerze wątpił w to, że chciałby znać dalszy ciąg tej wypowiedzi, ale Snape - widać - nie liczył się z jego chęciami. — Jeden moment, Potter... — wyszeptał, skacząc spojrzeniem po jego twarzy (Harry bardzo mocno starał się nie skrzywić) — to co byś wybrał?
Harry otworzył usta; a potem je zamknął. Nie wiedział, dlaczego przez jego kości przemknął nagły chłód, a do jego głowy uderzyła paląca potrzeba ucieczki. Raz jeszcze oblizał usta.
— Dlaczego... — zaczął, ale jego głos zabrzmiał nieco ochryple, więc odchrząknął i spróbował raz jeszcze: — Dlaczego zadaje mi pan takie pytania?
— Ponieważ diabeł tkwi w szczegółach, Potter.
— Słucham? — zamrugał Harry.
— Odpowiedz — zażądał Snape, a choć za jego głosem stała kategoryczność, ciążące na twarzy Harry'ego, na jego kościach policzkowych i powiekach, czarnookie spojrzenie nie było ostre ani zawzięte, ani nawet naglące - było niepospolicie miękkie. I chyba tylko dlatego Harry zdecydował się, by dać odpowiedź na to aż nazbyt osobiste pytanie.
— Eee — mruknął więc elokwentnie, szukając naprędce wspomnienia w swojej niepoprawnej głowie; przełknął ślinę, wyprostował się i udał aż nadmierną pewność siebie: — Mój pierwszy lot na miotle — oznajmił dumnie, uśmiechając się; ze szkła obłych słojów ustawionych w równym rządku na czystych półkach pod ścianą, mrugnęła do niego jego twarz uwieńczona dziwnym, nieszczerym grymasem. Zmusił go do pozostania na jego ustach.
— Twój pierwszy lot na miotle — powtórzył cicho Snape; jego głos był pusty jak dzban po wodzie.
Harry przestał udawać, że się uśmiecha. Coś głęboko w jego piersi zacisnęło się nieprzyjemnie.
— Albo widok Hogwartu podczas przeprawy przez jezioro na pierwszym roku — dopowiedział, nienawidząc się za to, że zabrzmiał jak uczeń, który podał podczas zajęć błędną odpowiedź i jak najszybciej chciał się z tego zrehabilitować.
Snape przyglądał mu się milcząco z niemożliwą osowiałością czającą się w oczach; Harry bezwiednie zazgrzytał zębami. Gdzieś głęboko w jego piersi zaczęła w gwałtownym tempie kiełkować rażąca niechęć, której nie był w stanie stłumić, choć bardzo się starał.
— A o co pan, do diabła, pyta? — wysyczał przez zaciśnięte zęby; nie musiał widzieć swojego odbicia, żeby wiedzieć, że jego oczy błyszczały niezdrowo jak u lunatyka. — O czym, na Merlina, myślę, gdy rzucam patronusa? — prychnął pogardliwie i poprawił się nerwowo na krześle. — Pójdziemy ze skrajności w skrajność?
Snape przechylił głowę w drugą stronę, wyglądając, jakby się nad czymś zastanawiał; nic nie wskazywało na to, żeby choć wziął pod uwagę to, że jego sugestia nie była poważna.
— Chociażby — przytaknął ze skinieniem, a Harry omal nie cisnął mu w twarz siarczystym przekleństwem; zamiast tego przygryzł końcówkę języka i w nieco obronnym geście skrzyżował ramiona na piersi, myśląc, że prędzej wyjdzie, trzaskając drzwiami, niż zwierzy się Snape'owi z głęboko skrywanych pragnień swego serca.
Pokręcił głową.
— To nieistotne — oznajmił, ledwo powstrzymując się od warknięcia i uproszenia, by Snape nie wtykał tego swojego wielkiego nosa w cudze sprawy.
Mistrz Eliksirów złączył razem opuszki palców i przeskoczył spojrzeniem pomiędzy jego oczami.
— Słuchaj, Potter — powiedział powoli, brzmiąc, jakby ważył słowa na języku, zanim pozwolił im wydostać się spomiędzy ust — ja nie pytam o to ze względu na... wścibstwo czy coś podobnego — pokręcił głową. — Pytam, bo próbuję zrozumieć mechanizmy, które najwyraźniej blokują możliwość twojego oswojenia się z Oklumencją.
I Harry byłby skłony się zdradzić - byłby skłonny zdradzić się Syriuszowi, Arturowi Weasley i Remusowi, być może byłby skłonny wyjaśnić im, dlaczego akurat to - rozmazane, mgliste i przytłumione - wspomnienie jest dla niego tak ważne, być może umiałby określić dlaczego stojąc i patrząc na całe swoje poplątane życie, tylko jeden, jedyny moment promieniuje tak ciepłymi uczuciami, które byłyby zdolne go ochronić, dlaczego najszczęśliwsze chwile jego życia są zaledwie cieniem - pogłosem w jego umyśle. W obliczu łakomych na jego duszę dementorów przywoływał właśnie to konkretne wspomnienie, bo odcisnęło na nim swój ślad, ponieważ w głębi duszy wierzył w istnienie prawdziwej, nieograniczonej miłości, która pozostawiła po sobie odcisk na jego czole i w jego małym, nieporadnym sercu, ponieważ pamiętał - jak głuche echo dochodzące z oddali - jakieś melodyjne głosy i pełne uczucia śmiechy, nawet jeśli nie wiedział, czy tak naprawdę nie stworzył ich tylko w swojej głowie, czy sam ich nie wykreował, czy nie wybudował ich na fundamentach swojego bezgranicznego pragnienia. Chciał wierzyć, że były prawdziwe - i to wystarczało.
A Snape siedział tu i żądał, aby mu go zdradził - jego najsilniejsze, najpiękniejsze wspomnienie, które tak naprawdę było zaledwie przeczuciem. Serce go ściskało.
Pokręcił głową i cofnął się jak przed niebezpieczeństwem, i wiedział, że ma prośbę wykłutą na twarzy, odciśniętą na skórze jak blizna.
Nie pytaj mnie o to — cała jego postawa musiała krzyczeć tym niemym błaganiem, każde poruszenie głową, każda rysa na twarzy — możesz mnie zapytać o cokolwiek innego - o cokolwiek, naprawdę - ale nie o to.
Snape zmarszczył brwi - i wyglądał, jakby rozumiał i zarazem nie był pewny jego reakcji. To dziwne połączenie - nie pasowało do jego zazwyczaj chłodnej, zasadniczej, zmatowiałej twarzy.
— Potter — ostrożnie zaczął dobierać słowa; jego głos przycichł, jakby obawiał się go spłoszyć — skoro to wspomnienie pozwala ci na wyczarowanie cielesnego patronusa, musi to być jakiś szczęśliwy moment w twoim życiu... najszczęśliwszy, jaki przeżyłeś.
Harry nie przestawał kręcić głową; po jego ciele - po ramionach, po nogach, wzdłuż karku - przemknęły chłodne dreszcze, trochę jak bardzo szybkie ukłucia tysiącami drobnych igieł.
— Potter — powtórzył cicho Snape i podniósł się z miejsca; oddech Harry'ego poślizgnął się na jego języku - miał wrażenie, że jego umysł omylił się w swoich zwyczajowych rachubach, bo ostatnim razem, kiedy czuł się w taki sposób, był otoczony z każdej strony Śmierciożercami, a nowo wskrzeszony, mroczny czarodziej błyskał na niego czerwonookim spojrzeniem i różdżką skierowaną prosto w jego serce. Snape znieruchomiał - przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, jakby szacowali swoje zamiary, jakby próbowali rozgryźć swoje odczucia - a potem, bardzo powoli, ponownie opadł na swój fotel i uniósł ręce do góry, jakby się rozbrajał.
Harry wziął jeden, głęboki, rozchwiany oddech, nie do końca pojmując przesłanki, dla której reaguje w tak przesadny sposób.
— Ono... — zaczął nerwowo, miętosząc w dłoniach rękaw swojej szaty. — To nie tak, że... — przełknął ślinę. Nie był pewny jak ubrać w słowa to, co chciał przekazać i nie zdradzić przy tym zbyt wiele. — Cóż, ono nie jest takie, jak u innych.
— Nie jest takie, jak u innych — powtórzył powoli Snape; Harry przygryzł wargę.
— Jest nie do końca... niespecjalnie... — zawahał się. — No, nie jest całkiem radosne.
— Nie całkiem radosne — wyszeptał Snape; jego ziemista twarz zdawała się poszarzeć, choć może to tylko cienie wieńczące gabinetowe ściany lekko zadrżały i opłynęły jego sylwetkę.
— To znaczy... — przestąpił z nogi na nogę Harry — nie wiem, czy jest... prawdziwe.
Jego profesor wypuścił powoli drżący oddech, jakby wstrzymywał powietrze. Zamknął oczy.
-VVV-
— Czasami mnie, Potter, przerażasz — powiedział mu później Snape, a Harry nie miał bladego pojęcia, jak powinien się do tych słów ustosunkować.
-VVV-
Szczęście to złośliwe uczucie - złośliwe, bo nie pojawia się zawsze wtedy, kiedy byśmy tego od niego chcieli. I jest przelotne: jak myśl, jak chwila, która przemija.
Harry potrafił napawać się szczęściem - oczywiście, że potrafił - potrafił uśmiechać się, patrząc na zaczarowany sufit w Wielkiej Sali i wyszczerzać zęby na swojego ojca chrzestnego, kiedy ten rozwodził się nad młodością - tym złotym wiekiem swojego życia; śmiać się z przekombinowanych dowcipów bliźniaków Weasley i błyskać oczami na Minerwę McGonagall, gdy ta, pod maską surowości, okazywała mu czułość. Potrafił rozkoszować się uczuciem wiatru we włosach, gdy śmigał na swojej niezawodnej miotle i oddychać wolnością, gdy stał na szczycie Wieży Astronomicznej, patrząc z góry na rozlewające się pod nim, szkolne błonia i majaczący w oddali Zakazany Las. Uwielbiał grać z Ronem w szachy, nawet, jeżeli za każdym razem przegrywał i uwielbiał spierać się z Hermioną o to, która z pozycji w mugolskiej beletrystyce najbardziej przemawia do rozumu i serca. Lubił rozkoszować się licznymi wypiekami pani Weasley i słodkimi deserowymi kremami, podawanymi po uczcie powitalnej w Wielkiej Sali.
Tyle że dementorzy nie uciekali przy srebrnawej, wątłej mgiełce karmionej myślą o jego przeprawie przez rozległe, błyszczące w świetle gwiazd jezioro na rozchybotanej łódce przed pierwszym rokiem, nie pierzchli na widok ciepłego uczucia, jakie żywił do swoich przyjaciół, nie odstraszało ich wspomnienie dyktowanego poczuciem słuszności ratunku, z jakim podążył do Syriusza pod koniec swojego trzeciego roku.
W umyśle Harry'ego istniała tylko jedna rzecz, która potrafiła ich odgonić, zakorzeniona tak głęboko, że potrafił się do niej odwołać, choćby był otoczony z każdej strony wrogiem, choćby i wisiał na krawędzi klifu nad urwiskiem, choćby spadał w przepaść. Myśl, której uparcie się chwytał - jak ostatniej deski ratunku dryfującej wokół tonącego statku.
-VVV-
Harry nie był pewny, jak powinien zareagować, kiedy Joseph Hughes podszedł do niego pewnego wieczora, gdy siedział w bibliotece, próbując ustalić, jak dokładnie funkcjonuje system informowania dyrekcji Hogwartu o czarodzieju urodzonym w mugolskiej rodzinie i ścisły proces jego rekrutacji, zerknął na okładkę studiowanej przez niego pozycji, a potem bez pardonu wyjął mu książkę z dłoni, jakby ta była liścikiem pisanym przez dwóch, zanudzonych uczniów na jego zajęciach.
— To grafomania, Potter — zawyrokował, zatrzaskując niezbyt opasły tom i trzymając od siebie książkę na dystans, jakby się nią brzydził, ruszył ku wlotowi do jednej z licznych alejek obszernej biblioteki. — Przyniosę ci coś wartościowego, co można przeczytać w tej dziedzinie.
Wiedział, że otwarcie się na Hughesa gapi, kiedy ten znikał w czeluściach zacienionej biblioteki, ale jego poczucie lekkiego oszołomienia przewyższało znacznie wątły głosik szemrzący gdzieś z tyłu jego głowy, że miał się przy Hughesie zachowywać jak na dojrzałego, inteligentnego człowieka przystało.
Książka, którą przyniósł mu Hughes - istotnie - okazała się dużo lepsza od tej, którą pierwotnie czytał. I Harry był prawdziwie rozdarty między wdzięcznością a szturchającym go alarmująco gdzieś na tyłach umysłu niepokojem.
-VVV-
Kiedy powiedziano mu, że nie może spędzić świąt na Grimmauld Place i lepiej, aby pozostał na okres świąteczny w Hogwarcie, Harry - nieco rozpaczliwie; jak pies, któremu pokazano miskę ze smakołykami, a potem odstawiono ją poza zasięg jego pyska - wprosił się na ostatnie przed Wigilią spotkanie Zakonu Feniksa.
Dumbledore z początku nie wyraził na to zgody - oczywiście; ale Harry miał kartę przetargową, miał asa, którego przechował w rękawie, którego trzymał na specjalną okazję i postanowił wyłożyć tę kartę właśnie teraz - ofiarował mu w zamian obietnicę, że otworzy się przed zacnym zgromadzeniem Zakonu, że rozdrapie rany wypalone na jego duszy, że precyzyjnie opowie o wszystkim tym, co tylko pamięta z dnia, w którym Voldemort powrócił; a Dumbledore - którego twarz była rozmyta w dziwnym, wypełnionym jakimś niebieskawym roztworem pojemniku, który z kwaśnym grymasem wręczył mu Snape - spojrzał na niego znad swoich okularów-połówek bystrym, niebieskookim wzrokiem i - ku zaskoczeniu Harry'ego - przystał na taką umowę.
I kiedy z nieco nieporadnie zapakowanym prezentem w dłoniach przekroczył progi domu Blacków, wiedział, że może zostać tylko na chwilę, że nie ma zbyt wiele czasu, że musi wręczyć Syriuszowi swój prezent jak najszybciej, zanim nie każą mu wracać co rychlej do Hogwartu.
Pokój był pełen zagadanych, szemrzących coś do siebie po kątach czarodziejów, ale ze wszystkich twarzy, widział tylko tą jedną, kiedy niemal na drżących nogach, stresując się jak dzieciak przed pierwszym w życiu, poważnym egzaminem, podszedł do swojego ojca chrzestnego i z lekko zaciśniętym gardłem powiedział: „Wesołych świąt, Syriuszu".
Czuł, jak wszystko w nim kotłuje się z niepokoju, kiedy Syriusz ze szczekliwym, radosnym śmiechem, machając jednocześnie przez jadalnię do wchodzącego właśnie Remusa, odpakował niedbale pakunek, odwiązując czerwoną wstążkę, rozrywając papier, który Harry tak długo i tak wytrwale próbował złożyć w miarę elegancki sposób i wyciągając ze środka długi szalik w niesymetryczną bordowo-brązową kratę.
Kiedy wyszczerzył do niego zęby, Harry miał wrażenie, że na ułamek sekundy wszystko w nim zamarło - czuł lekkie odrętwienie po wewnętrznej stronie swoich dłoni; towarzyszyło temu nieprzyjemne mierzwienie w palcach.
A potem Syriusz, obracając szalikiem w dłoniach, bawiąc się wystającymi z niego frędzlami, na przemian zaplątując je wokół palców i na powrót odplątując, beztrosko oznajmił mu, że już ma podobny i zmierzwił żartobliwym gestem jego włosy. Harry omal nie udławił się własnym sercem.
Kiedy gdzieś od strony stołu rozległo się zwiastujące problemy warknięcie, brzmiące całkiem jak poważna groźba, kilka szemranych rozmów ucichło i parę głów odwróciło się w tamtym kierunku.
I Harry miał absurdalne wrażenie, że spogląda na wszystko przez pryzmat, który w jakiś koślawy i zgoła abstrakcyjny sposób zakrzywia całą rzeczywistość.
Snape - z wysoko uniesioną głową, wyprostowanymi jak od linijki plecami i ustami zaciśniętymi tak mocno, że pobielały mu wargi - przeszedł przez salon z czarnymi oczami jak celowniki wlepionymi w roześmianą twarz Syriusza; a potem zamachnął się i rozległ się głuchy chrzęst, kiedy jego zaciśnięta pięść trafiła w sam środek nosa jego chrzestnego ojca.
-VVV-
— Albusie, on próbował powiedzieć, że go, kurwa, kocha! — wysyczał przez zęby Mistrz Eliksirów, kiedy Dumbledore odciągnął go z dala od przeklinającego na czym świat stoi Syriusza, szarpiącego się jak zwierzę w klatce, jakby planował gwałtowny, gorący odwet i tylko silne wilkołacze ramiona oplatające go w pasie mu na to nie pozwalały. — A ten idiota tego nie załapał!
Dyrektor zacmokał, z pobłażaniem patrząc na napiętą jak struna, ziemistą twarz.
— Ach, Severusie, on się dopiero uczy miłości — zachichotał, a jego niebieskie oczy zamigotały jak przewiązane u karniszy, choinkowe lampki, tylko w pewnym stopniu odpędzające ponury wystrój starej jadalni.
-VVV-
Harry, próbując udawać, że jego serce wcale nie rzępoli w piersi jak uderzające o siebie fragmenty rozbitego szkła, oznajmił, że powinien już wracać do szkoły i nie kwapiąc się, aby się z kimkolwiek żegnać, wyszedł na ponury, poszarzały od starości korytarz prowadzący do frontowych drzwi.
I chyba utracił czucie w nogach - każdy krok był dla niego jak przesunięcie bezwładnych kawałków drewna, które tylko cudem wciąż utrzymywały go w pionie.
Snape - bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przypominając przy tym przerośniętego, czarnego nietoperza - wyfrunął z kuchni Blacków tuż za nim.
-VVV-
— Wyjmij je z głowy — rzekł Snape, wskazując różdżką na Myślodsiewnię Dumbledore'a, kiedy wrócili do swoich katorżniczych, bezowocnych treningów, a Harry zerknął podejrzliwie na obłą misę stojącą w kącie, zastanawiając się, co Snape właściwie mu proponuje.
— Słucham? — zapytał powoli, spoglądając na profesora, jakby ten był niespełna rozumu; na ziemistej twarzy wykwitł skwaśniały grymas.
— Te, pożal się Merlinie, wspomnienia sprzed tegorocznych świąt. Szczególnie dotyczące twojego beznadziejnego chrzestnego — sprecyzował Snape, przez moment wyglądając, jakby zamierzał przewrócić oczami. — Za mocno cię rozpraszają. Nie jesteś w stanie się skupić.
Harry odchrząknął i udał się w stronę stojącej w kącie zdobionej misy, wyłożonej drogimi kamieniami. Zerknął do środka, spoglądając na kłębiącą się pomiędzy ściankami naczynia ni to ciekłą, ni to gazową substancję emanującą srebrzystą poświatą. Przeciągnął palcami po wyrytych na ściankach naczynia, wykaligrafowanych runach, przypominając sobie, jak do niego wpadł, jak obejrzał z bliska skandaliczne zachowanie własnego ojca, jak ujrzał niepodkoloryzowaną prawdę na własne oczy - o Snape'ie, o swoim ojcu, o odległej przeszłości. Od tamtej chwili w jego głowie zakorzeniła się myśl, że Myślodsiewnia jest czymś, czego nie wolno mu dotknąć, czymś zakazanym, niedozwolonym - jakby Snape wwiercił mu to przeświadczenie w umysł i to samymi słowami.
— Na co czekasz, Potter? — Snape brzmiał na rozdrażnionego, ale Harry się nie poruszył, jakby irytacja jego profesora odbiła się od niego jak groch od ściany. — Chyba, do cholery, potrafisz się obsługiwać przeklętą Myślodsiewnią, co? Już raz to udowodniłeś.
Harry nie oderwał spojrzenia od lśniącej w misie masy.
— Nigdy nie rozumiałem, jak można wyjąć sobie z głowy jedno wspomnienie — pokręcił powoli głową Harry, obserwując, jak srebrne smugi unoszą się niczym nitki dymu ponad falującą masę - jakby po niego sięgały, jakby chciały dotknąć jego twarzy, przesunąć się po niej, skosztować. — To absurdalne, przecież one są powiązane: jedno z drugim, z trzecim, z dziesiątym, z pięćdziesiątym piątym. Przecież wiedziałbym, czego brakuje, wnioskując po innym ze wspomnień. Musiałbym wyjąć sobie z głowy cały ich wieniec, aby odseparować się od jakiegoś wspomnienia.
Kiedy Snape przez dłuższą chwilę nie odpowiadał, Harry podniósł głowę i obejrzał się na niego przez ramię. Mistrz Eliksirów spoglądał w jego twarz z nieczytelnym wyrazem w oczach, gładząc - jakby w zamyśleniu - cienkie usta długimi, przebarwionymi od lat spędzonych na ważeniu eliksirów palcami.
— Nie powinno odczuwać się... braku? — zapytał Harry. — Braku czegoś, co przed chwilą jeszcze gdzieś tam w głowie było, a teraz tego nie ma? Przecież można szybko wywnioskować, czego brakuje, jeśli poszłoby się drogą wspomnień powiązanych z tym wyciągniętym z umysłu. I dowiedzieć się, o czym ono było - przynajmniej poglądowo.
Twarz Mistrza Eliksirów przez dłuższą chwilę była nieprzenikniona jak substancja tląca się w misie przed twarzą Harry'ego; a potem kąciki tych wąskich ust drgnęły, jakby chciały się unieść.
— Och, Potter — powiedział miękko, przyglądając mu się z czymś subtelnym; gdyby chodziło o kogokolwiek innego, patrzącego na niego w ten sposób, Harry mógłby uznać, że to tkliwość; oczywiście - Snape'a nie imały się powszechne kategorie — zdyscyplinowany czarodziej zawsze wie, czego dotyczyło wspomnienie, które odsiał ze swojego umysłu.
— Nie jestem: „zdyscyplinowanym czarodziejem" — prychnął Harry; spojrzenie, którym odpowiedział mu Snape, było niemożliwie przejrzyste - jak niebo podczas młodej, pachnącej roślinnością nocy.
— Oczywiście, że jesteś — prychnął i brzmiał na tak niemożliwie pewnego siebie, że Harry zamknął usta z głuchym kłapnięciem zębów o zęby; odwrócił głowę ku ozdobnej, płaskiej misie.
Decydując się nie zadawać więcej pytań prowadzących do tak dziwacznych, dosyć oryginalnych oświadczeń Snape'a, podniósł różdżkę do skroni.
-VVV-
— Na co jeszcze czekasz?
— Zastanawiam się, jak wyjąć sobie z głowy Voldemorta.
-VVV-
„Stęskniłem się za tobą" — szeptał głos w jego głowie, kiedy zapadał w głęboki sen, a Harry miał ochotę bić czołem w ścianę i sam przed sobą oznajmić, że jest nieporadnym, ciamajdowatym durniem. — „Mój błyskotliwy Harry" — mruczał ten łagodny głos, kiedy Harry z całych sił starał się naprzeć na obłapiającą go jak Diabelskie Sidła, obcą świadomość własnym umysłem, powtarzając przed sobą w kółko, że to nie powinno być aż tak skomplikowane — „twoje wysiłki są urzekające". — Harry widział przebłysk przekornego uśmiechu gdzieś pośród kłębów i zawirowań własnych myśli. — „Twoje wysiłki są godne podziwu" — mówił z pomrukiem drapieżnik mający podgląd na jego punkt widzenia i brzmiał przy tym jak przeciągający się leniwie kot — „ale niestety nadaremne".
Harry przypominał sobie zrezygnowanie na twarzy Snape'a, czując się jak głupiec, czując się, jak nieudacznik, bo był tak koszmarnie słaby, że nie potrafił nawet przyswoić sobie sztuki, którą ćwiczył już tak niemiłosiernie długo - tak całkowicie nieefektywnie.
— Nie, Harry, przestań — pokręcił głową Voldemort, kiedy po fiasku rozpaczliwej próby pozbycia się z umysłu Czarnego Pana, pomyślał o sobie, jak o kompletnym beztalenciu - jak zwykła określać go ciotka Petunia. — Gdybyś nie był utalentowany — wyszeptał, a jego głos zdawał się gładzić niespiesznie niczym skórę węża jakąś wrażliwą część jego zagmatwanego umysłu - niemalże czuł przy tym fizyczny dotyk gdzieś na tyłach własnej głowy, ale musiał to sobie wyobrazić, jego zmęczony, otumaniony umysł musiał błędnie interpretować dochodzące do niego bodźce - to nie było możliwe, z pewnością nie było możliwe, Harry był tego prawie pewny — nie przeżyłbyś dnia mojego odrodzenia.
— To nie była moja zasługa — spierał się z nim Harry. — To dzięki Priori Incantatem przeżyłem tamten pojedynek.
Czarny Pan się uśmiechnął - Harry bardziej to poczuł, niż zobaczył - i coś w jego uśmiechu tkwiło jak igła w stogu siana, coś, co było niemal bliźniacze do szczerości.
— Myślisz, że każdy czarodziej byłby w stanie stanąć ze mną do walki i ujść z życiem? — zapytał, a jego głos brzmiał niemal pieszczotliwie.
Gdyby Harry mógł tu być cieleśnie, wzdrygnąłby się.
— Nawet nie potrafię odeprzeć cię z mojej głowy — odezwał się głucho Harry. — Jeśli to nie jest dowód słabości, to nie wiem, co nim jest.
— To nie twoja wina — wyszeptał Czarny Pan, jakby dostrzegał coś, co było ukryte przed jego zielonookim wzrokiem; brzmiał niemal przychylnie.
— Nie moja wina? — nie zrozumiał Harry.
Głos Voldemorta był niczym płynna czekolada, kiedy ponownie się odezwał:
— To uciążliwa pozostałość — wyszeptał. — To rana, która nie chce się zagoić.
— Pozostałość? — powtórzył Harry; nie wiedział, czy we śnie jest to możliwe, ale jego głos zabrzmiał tak, jakby miał sucho w gardle.
— Pośredni skutek, Harry — odpowiedział Voldemort i brzmiał, jakby go uspokajał, jakby obiecywał, że nic nie jest w stanie mu zagrozić; Harry słyszał w uszach głośne dzwonienie własnego serca. — Efekt niskiego poziomu zaufania do innych — szeptał. — Efekt niskiego poziomu wiary we własne umiejętności.
Gdyby Harry mógł się zmaterializować w obrębach własnej podświadomości, upadłby. Zamiast tego poczuł, jak trwający pod jego czaszką jak ciąg świadomości monolog wewnętrzny, potyka się jak po napotkaniu materialnej przeszkody.
— O czym ty, do diabła, mówisz? — wychrypiał, mimo że doskonale znał odpowiedź na to drżące pytanie, które ledwo wyartykułował.
Voldemort się uśmiechnął.
-VVV-
Kiedy Harry - blady jak papier - dopadł o trzeciej nad ranem prywatnych kwater Severusa Snape'a, Mistrz Eliksirów spojrzał na niego i o nic nie zapytał - po prostu wpuścił go do środka.
-VVV-
Snape nalał mu czegoś mocnego do literatki, a Harry - nie pytając nawet co to - łyknął trunek duszkiem; i się zakrztusił.
I Harry miał ochotę wybuchnąć rozpaczliwym śmiechem, kiedy Snape z westchnieniem odebrał mu szklankę z dłoni.
— Spodziewałeś się Słodkiego Snu? — burknął i dolał mu alkoholu, świdrując jego napiętą, zalaną zimnym potem twarz nieadekwatnie przytomnym co do obecnej godziny spojrzeniem.
Harry pokręcił głową, jakby mówił: „o nic nie pytaj" i zamknął oczy, przykrywając powieki drżącą, zimną i lepką od potu dłonią.
Blat niewielkiego, drewnianego stolika jęknął żałośnie, kiedy Snape ze stukotem odstawił na niego literatkę.
Harry bardzo wyraźnie czuł, jak długie palce lądują na jego rozdygotanej, klejącej się do twarzy dłoni, jak odciągają ją od jego zaciśniętych niemal boleśnie oczu, jak ścierają krew z jego czoła i brwi, choć Harry nawet nie zauważył, kiedy jego blizna podeszła czerwienią.
— Spójrz na mnie, dzieciaku. — Głos Snape'a oscylował jakimś niepojętym dla Harry'ego spokojem; ten spokój był kojący, był błogi, był mu potrzebny - Harry chłonął go, jakby nim oddychał.
Otworzył oczy.
— Już wiem, dlaczego Oklumencja się mnie nie ima — powiedział drżąco Harry — i nie jest to coś, co można tak łatwo naprawić.
-VVV-
— Dlaczego pan mi pomaga?
— Ponieważ, Potter, jesteś jedynym piętnastolatkiem w tym zamku, który to twierdzi, że jego najlepsze wspomnienie jest: „nie całkiem radosne".
