Za beta reading dziękuję Panterze.
— Nadal nie wyjaśniłeś mi, dlaczego robisz to wszystko — powiedział Severus podczas następnych odwiedzin.
Tym razem z Lucjuszem przyszedł także Cordice, ale on wydawał się zainteresowany jedynie sprawozdaniem, jakie składał mu Spodek. Najwyraźniej stracił już nadzieję na to, że sam pacjent zacznie współpracować i merytorycznie odpowiadać na pytania o samopoczucie.
— Dlaczego i dlaczego! — zirytował się Malfoy. — Bo tak. Czemu uważasz, że musiałem mieć jakiś szczególny powód?
Snape uniósł brew w wyrazie uprzejmego powątpiewania. Doskonale znał sposoby działania Lucjusza i wiedział, że w jego świecie nie dostaje się niczego za darmo. W innych okolicznościach pewnie zacząłby się obawiać ceny, jaką przyjdzie mu zapłacić, teraz jednak było mu to najzupełniej obojętne, więc postanowił nie drążyć tematu.
Gdzieś w kącie umysłu kołatała mu się myśl, że kiedyś — w poprzednim życiu — w podobnych okolicznościach zapewne trafiałby go jasny szlag. Nie cierpiał choć na chwilę tracić kontroli nad otaczającą go rzeczywistością, a teraz właśnie to go spotkało, a w dodatku był całkowicie zależny od eksśmierciożercy, który cudem uniknął Azkabanu, i jakiegoś szemranego doktora. Nie potrafił jednak wykrzesać z siebie ani odrobiny zainteresowania własnym losem. Nie był nawet w stanie za bardzo przejąć się tym, że w ogóle niczym się nie przejmuje.
Cordice skończył rozmawiać ze skrzatem i podszedł do Snape'a, żeby sprawdzić monitorujące go zaklęcia.
— I jak z nim? — zapytał Malfoy.
— Coraz lepiej. Jeszcze kilka tygodni i powinien stanąć na nogi. Myślę, że już teraz spokojnie może wybierać się na krótkie spacery po domu. Czy zastanawiał się pan, co pan zrobi, kiedy zupełnie wydobrzeje?
Severus zignorował tę ostatnią, skierowaną do niego uwagę.
— Tak czy inaczej, Lucjuszu, twoje nowo odkryte pokłady miłosierdzia nie tłumaczą, dlaczego zadałeś sobie tyle trudu — powiedział, powracając do przerwanego tematu. Nawet jeśli nie interesowały go odpowiedzi, wolał sam zadawać pytania, niż być przepytywanym. — Dlaczego po prostu nie odesłałeś mnie do Munga? Może wykwalifikowanym magomedykom udałoby się wyleczyć mnie szybciej niż po sześciu miesiącach.
— Daj spokój, w Mungu oczywiście zrobiliby wszystko, co w ich mocy, a potem ze smutkiem stwierdzili, że nie mogli cię uratować. Miałbyś co najwyżej elegancki pogrzeb... Choć zdaje się, że i tak miałeś. Pochowano cię w Hogsmeade. — Lucjusz uśmiechnął się, jakby uważał to za dobry żart.
Severus tylko spojrzał na niego ponuro.
— Dalej nie rozumiem, dlaczego uznaliście, że magomedycy z Munga nie będą w stanie mi pomóc. Co takiego niby wy mogliście zrobić, czego oni by nie... — zaczął ironicznie, po czym przerwał gwałtownie, uświadamiając sobie, że zna odpowiedź. — Czarna magia, prawda? — bardziej stwierdził, niż zapytał Severus. — Wyleczyliście mnie przy pomocy czarnej magii.
— Och, powiedziałbym raczej, że to zasługa troskliwej opieki — poprawił go Lucjusz gładko.
— Świetnie. Po prostu cudownie — powiedział Snape grobowym tonem. — Może jeszcze zaraz się dowiem, że wcale nie jestem żywy, a jedynie nieumarły? Zrobiliście ze mnie jakiegoś pieprzonego wampira albo zombie...
Lucjusz przewrócił oczami.
— Proszę się nie martwić — uspokoił go Cordice z cierpliwym uśmiechem. — Nie bawię się w nekromancję ani nic w tym stylu. To było tylko kilka zaklęć i eliksirów z pogranicza legalności. Nic naprawdę mrocznego, co najwyżej w odcieniu szarości...
Severus nie czuł się ani trochę uspokojony. Spojrzał podejrzliwie na Lucjusza.
— Skąd ty go w ogóle wytrzasnąłeś?!
— Ma praktykę na Nokturnie; często pomagał naszym wspólnym znajomym radzić sobie ze skutkami co paskudniejszych zaklęć.
Musiał wyglądać na zaskoczonego, bo Malfoy wyjaśnił:
— Chyba nie wyobrażasz sobie, że ktokolwiek zgłaszał się do Munga z bólami po Cruciatusie i paprzącymi się ranami po klątwach Czarnego Pana albo aurorów? Nie każdy z nas miał możliwość korzystania z pomocy kompetentnych czarodziejów, w tym byłej uzdrowicielki na etacie szkolnej pielęgniarki — zakpił.
Snape skrzywił się lekko. Faktycznie słyszał coś o tym, nigdy jednak nie zainteresował się tematem bliżej.
— Czy on w ogóle ma jakieś kwalifikacje?
— Nie poparte certyfikatami, ale owszem — odparł Cordice z pewną irytacją spowodowaną tym, że rozmawia się o nim, jakby był nieobecny. — I duże doświadczenie praktyczne.
Severus jęknął cicho. A więc miał rację! Nie tylko szemrany, ale i samozwańczy! Z dwojga złego wolał już Poppy z tą jej wiecznie zatroskaną miną i oślim uporem, jeśli chodziło o przestrzeganie regulaminu skrzydła szpitalnego. Leżąc w łóżku w infirmerii, Severus przynajmniej mógł pooglądać sobie wiszące na ścianie dyplomy ukończonych przez Pomfrey szkół i praktyk. No i miał pewność, że nie faszeruje go żadnymi świństwami — w końcu sam przygotowywał dla niej wszystkie eliksiry. Nie chciał się nawet zastanawiać, z jakiego ponurego i plugawego zakątka Nokturnu pochodziły mikstury, które wlewano w niego przez ostatnie pół roku.
— Skoro już rozmawiamy o uzdrowicielstwie, to czy mógłby pan zaspokoić moją ciekawość... — odezwał się Cordice bez większej nadziei. — Chodzi mi o tamten eliksir...
Snape wzruszył ramionami.
— To były łzy feniksa.
— Wiedziałem! — wykrzyknął uradowany Cordice.
— Nie były przeznaczone dla mnie — powiedział Severus cierpko, ale doktor jedynie wzruszył ramionami.
— Skąd, u licha, w ogóle je pan miał?
— Od znajomego feniksa — odparł kwaśno. — Ale proszę nie robić sobie nadziei. Nie wiem, co teraz się z nim dzieje.
Cordice wyglądał na załamanego.
— Szkoda, wielka szkoda... — wymamrotał. — Rozumie pan... najczystsza z możliwych magii połączona z czarną magią... Gdybym tylko mógł przeprowadzić badania!
— Dokumentuje pan mój przypadek? — wyrwało się Severusowi. Nadal nie bardzo podobało mu się bycie królikiem doświadczalnym, ale mimowolnie odczuwał zawodową ciekawość.
— Oczywiście! — Cordice wyciągnął z torby niewielki notes w skórzanej oprawie i pomachał nim w powietrzu. — Mam tu zanotowane wszystkie zaklęcia, eliksiry, dokładne dawki i pory podania...
— Mogę?
Lekarz wręczył mu notes. Severus studiował go w milczeniu przez parę minut. Wyglądało na to, że naprawdę znalazł się o cal od śmierci. Gdyby nie łzy feniksa i szybka reakcja Malfoya, miałby święty spokój. Gdyby znalazł go ktoś inny, zapewne też. W Mungu z pewnością nie zastosowano by zaklęć i eliksirów, których użył Cordice. Nie były jakoś szczególnie straszne, nie wymagały krwawych ofiar czy rytuałów, ale jednak dawno temu zostały zakwalifikowane jako czarnomagiczne i od tamtej pory pozostawały zakazane. Źle użyte mogłyby okazać się naprawdę niebezpieczne, a zagrożenie przewyższało ewentualne pozytywne skutki, jakie przynosiły w niektórych przypadkach. Severus znał zaledwie parę receptur i formuł — nie wiedział, czy potrafiłby poprawnie ich użyć — o innych zaś ledwie słyszał. Niektóre wydawały mu się zupełnie bez sensu jakby wyjęte z mugolskich bajek i podań.
— Przecież to nie miało prawa zadziałać! — wyrwało mu się na głos.
— A jednak. — Cordice uśmiechnął się zagadkowo.
Snape mimochodem zadał sobie pytanie, dlaczego Czarny Pan nie zwerbował go w swoje szyki. Pewnie nawet nie wiedział o jego istnieniu; zawsze mało przejmował się losem swoich sług, nie interesował się też więc, jak radzą sobie ze skutkami klątw, które na nich rzucił... Pozostawił to zagadnienie, ponownie zagłębiając się w lekturę. Po raz pierwszy od dawna poczuł znajomy dreszcz ekscytacji, jaki kiedyś towarzyszył mu przy tworzeniu nowego eliksiru. Krew krążyła szybciej, umysł pracował na wyższych obrotach, analizując każdą ingrediencję i inkantację. Nagle poczuł nieodpartą tęsknotę za swoimi kociołkami, dobrze zaopatrzonym magazynkiem i sykiem ognia na gazowym palniku. Chętnie przetestowałby niektóre z opisanych eliksirów.
Cichy śmiech Cordice'a i stłumiony kaszel Malfoya uświadomiły mu, że nieświadomie podzielił się tą ostatnią myślą na głos.
— Spokojnie — powiedział rozbawiony doktor. — Cieszę się, że udało nam się pana nieco ożywić, ale proszę trochę przystopować.
Wyciągnął rękę po notes. Snape oddał mu go niechętnie i opadł na poduszki, wściekły na samego siebie.
— Na razie musi pan się zrelaksować i odpocząć — polecił Cordice. — Jeszcze trochę, a będzie mógł pan wrócić do pracy, obiecuję.
xxx
— Czekałem na ciebie, Severusie — przywitał go Dumbledore wesoło, kiedy Snape wszedł do jego gabinetu. — Skrzaty już jakiś czas temu poinformowały mnie o twoim przybyciu. Potrzebowałeś tak dużo czasu, by odpocząć po podróży? — zapytał uprzejmie. Severus nie musiał używać legilimencji, by wiedzieć, że dyrektor doskonale zdaje sobie sprawę z tego, gdzie, a raczej z kim spędził ostatnie godziny.
— Owszem — skłamał jednak gładko. — Byłem bardzo zmęczony.
Albus spojrzał na niego bacznie znad okularów połówek. Gestem wskazał mu fotel.
— Daj spokój, mój drogi — powiedział łagodnie, gdy Severus zajął miejsce. — Nie robię ci wymówek. Nie ma nic złego w tym, że wolałeś najpierw zobaczyć się ze swoją uroczą przyjaciółką, a nie ze zgrzybiałym starcem.
— Nie jesteś ani stary, ani zgrzybiały, choć kiedy tak się zachowujesz, można odnieść podobne wrażenie.
Albus uśmiechnął się cierpliwie.
— Więc przejdźmy do rzeczy, Severusie. Chciałbym wrócić do tematu, który poruszyliśmy ostatnim razem...
— Ja także — wtrącił Snape beznamiętnie, wbijając wzrok gdzieś w ścianę. — Trzy tygodnie temu zjawiła się u mnie Narcyza Malfoy. Błagała mnie, żebym ochronił Draco i wyręczył go, kiedy nie powiedzie mu się to, co zlecił mu Czarny Pan — zrelacjonował krótko.
Albus spokojnie skinął głową, jakby spodziewał się właśnie to usłyszeć.
— Zgodziłeś się, rzecz jasna?
— Złożyłem Wieczystą Przysięgę.
Nawet jeśli to zaskoczyło Dumbledore'a, nie dał niczego po sobie poznać.
— Dobrze — westchnął. — Ale wiesz, że nie o tym chciałem mówić. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo Auriga jest ci droga, Severusie...
— Nie będziemy o tym rozmawiać — przerwał mu Snape.
— A jednak sądzę, że powinniśmy — odparł cierpliwie Albus.
— Teraz zebrało ci się na rozmowy? Już się zgodziłem, powiedziałem ci, że to zrobię. Złożyłem Wieczystą, chyba lepszej gwarancji posłuszeństwa nie mógłbyś dostać? — zakpił.
— Mimo wszystko muszę mieć pewność, że dobrze się zrozumieliśmy — powiedział Dumbledore. W jego głosie zabrzmiała stanowcza nuta. — Za wszelką cenę będziesz musiał chronić uczniów i nauczycieli. Nikt, absolutnie nikt nie może dowiedzieć się, co naprawdę robisz, inaczej wszystko pójdzie na marne. Musisz przekonać wszystkich, że zmieniłeś strony. Tylko wtedy będą bezpieczni.
Severus siedział sztywno w fotelu, wciąż starannie unikając patrzenia na dyrektora.
— Rozumiem — odpowiedział głucho.
Albus z namysłem pogładził srebrną brodę. Jego wahanie było niemal niedostrzegalne.
— To wszystko odnosi się także do Aurigi — dodał.
Snape spiął się jeszcze bardziej, choć nie wydawało się to możliwe.
— Rozumiem — powtórzył i po raz pierwszy od początku wizyty na jego twarzy odmalowały się jakieś uczucia. Uniósł głowę, a Dumbledore musiał odwrócić wzrok przed całą wściekłością i bólem, jakie wyrażało jego spojrzenie.
— Wiem, że proszę cię o zbyt wiele, Severusie, ale musisz mi zaufać — powiedział cicho. — Kiedy to wszystko się skończy...
— Naprawdę myślisz, że kiedy to się skończy, będę miał jeszcze jakiekolwiek szanse na normalne życie? — przerwał mu Snape obcesowo, zrywając się z fotela, by dać ujście wypełniającej go złości. — Sądzisz, że wystarczy, że Potter zgładzi Czarnego Pana, by wszystko było dobrze? Wszystkie winy zostaną wybaczone, grzechy odkupione... Jesteś głupcem, jeśli w to wierzysz.
— Auriga...
— Nie mów mi o niej! — krzyknął.
Albus skinął głową.
— Jak chcesz — odpuścił. — Muszę tylko wiedzieć, że nie zrobi niczego głupiego. Uczucia, które do ciebie żywi, mogą wszystko zepsuć.
Błękitne oczy znów odnalazły czarne i spojrzały w nie przenikliwie. Pod naporem tego spojrzenia Severus uspokoił się nieco. Spuścił głowę i zmęczonym ruchem potarł skroń.
— Więc co mam zrobić? — spytał bezbarwnie. — Nie wystarczy, że to, czego ode mnie żądasz, złamie jej serce? Mam rzucić na nią Obliviate? A może również zabić? W końcu jedna osoba więcej czy mniej...
— Severusie — ostrzegł go Dumbledore surowo.
— Nie przejmuj się Aurigą. Znienawidzi mnie.
— Nie będzie próbowała odkryć prawdy?
— Nie dam jej powodów, by sądziła, że kłamię.
— Czy będziesz w stanie, mój drogi? — zapytał Dumbledore poważnie i smutno.
— A mam jakiś wybór? — odparł Snape, podnosząc wzrok na dyrektora, który wyglądał w tej chwili na bardzo starego i bardzo nieszczęśliwego człowieka. Mimo to milczał.
xxx
Śnił mu się Albus. Stał na tle nocnego nieba, z bladosiną twarzą i oczami pełnymi wyrzutu.
Severusie, błagam...
Snape obudził się roztrzęsiony i zlany potem. Usiadł gwałtownie i odruchowo sięgnął pod poduszkę po różdżkę. Dopiero po chwili oprzytomniał na tyle, by zorientować się, co robi. Odetchnął głęboko i na oślep zaczął szukać na szafce nocnej zapałek, żeby zapalić świecę.
Za oknem szalała nawałnica. Deszcz uderzał o szyby, wiatr świszczał w nagich konarach drzew. Zupełnie jak tamtej nocy. Przez chwilę zdawało mu się, że zaraz otworzą się drzwi i stanie w nich blady z przerażenia Flitwick. Severusie, śmierciożercy w zamku...
Zacisnął powieki, rugając się za głupie skojarzenia. Mimo to nie potrafił przestać myśleć o Dumbledorze.
Kiedy Severus trafił do Hogwartu jako nieufny, zamknięty w sobie dwudziestolatek z niską samooceną i potężną paranoją, przez długi czas traktował Albusa jak wroga, z którym tymczasowo połączył go wynikły z konieczności sojusz. Trochę czasu zajęło mu zrozumienie, że tak naprawdę znajdowali się po tej samej stronie. Jeszcze więcej — przywyknięcie do myśli, że nawet kiedy nie był przydatny jako szpieg, dyrektor otaczał go protekcją i odnosił się do niego z sympatią i szacunkiem dlatego, że chciał, a nie dlatego, że musiał. Owszem, Czarny Pan w każdej chwili mógł powrócić — Snape wiedział o tym i doskonale zdawał sobie sprawę, że dyrektor także zakładał tę możliwość. Jednak tygodnie, a potem miesiące spokoju pozwalały czasem o tym zapomnieć. Severus nie był już śmierciożercą i szpiegiem, tylko nauczycielem. A Dumbledore z czasem przestał być jedynie przełożonym — kłopotliwym i nie do końca godnym zaufania — a stał się kimś w rodzaju mentora i przyjaciela. Po powrocie Voldemorta, kiedy obaj spędzali długie godziny na omawianiu informacji, które zdobył Severus, ustalaniu strategii i możliwych wersji wydarzeń, Snape odnosił nawet wrażenie, że są równoprawnymi partnerami.
A później Albus zniszczył wszystko przez głupią ciekawość i zaklęty pierścień. I okazało się, że Severus od początku miał posłużyć tylko jako narzędzie. Nigdy nie liczył się w tej rozgrywce, był jedynie pionkiem, który Dumbledore mógł bez żalu poświęcić, kiedy zaszła taka konieczność.
Najbardziej jednak Snape nienawidził go za nadzieję, jaką mu dawał.
„Gdybyś tylko dał wam szansę..." — powiedział mu kiedyś Dumbledore. Severus zrobił to i nagle okazało się, że może nie jest aż tak przegrany, jak sądził. Że może jego życie nie musiało polegać jedynie na pokutowaniu za stare błędy; że zasługiwał na to, by być szczęśliwym. Chociaż doskonale ukrywał swoje uczucia, Albus natychmiast go rozgryzł. Wydawał się szczerze uradowany. „Nie ma się czego wstydzić, mój drogi" — śmiał się, a jego oczy iskrzyły wesoło. — „Auriga to inteligentna i piękna kobieta; na twoim miejscu każdy w końcu by się poddał. Postaraj się tego nie zepsuć". Więc Severus się starał. Intuicja podpowiadała mu, że najwyższa pora wycofać się i zakończyć tę znajomość, zanim będzie za późno, ale nie mógł się na to zdobyć. Łudził się, że jakoś im się uda, że tym razem wszystko będzie dobrze, a Dumbledore wie, co robi.
A później, ledwie dwa tygodnie po tamtej rozmowie, okoliczności diametralnie się zmieniły. „Musisz mnie zabić" — poprosił Albus, tak spokojnie, jakby chodziło o jakąś drobną przysługę. — „Tylko ty możesz sobie odpowiedzieć na pytanie, czy twoja dusza dozna uszczerbku, jeśli zaoszczędzisz staremu człowiekowi bólu i poniżeniax" — mówił niefrasobliwie, jakby zupełnie zapomniał, że nie chodzi tylko o nich dwóch, że ucierpi jeszcze trzecia osoba, która nie brała udziału w żadnych planach i spiskach, i która zawiniła jedynie tym, że obdarzyła miłością człowieka, który na to nie zasługiwał.
Severus rzecz jasna się zgodził. Prośba dyrektora nie była z rodzaju tych, którym można odmówić. Co innego miał zrobić? Już kilkanaście lat temu, pewnej zimnej, wietrznej nocy na wzgórzu zgodził się na to i na dużo więcej. Na wszystko. Trzeba przyznać, że Dumbledore bardzo poważnie potraktował tamtą obietnicę.
Gdyby chociaż to wszystko mogło sprawić, że syn Lily przeżyje... Ale jego także Dumbledore zamierzał poświęcić. Hodował go jak owcę na rzeź, a Severus miał chronić go jedynie po to, by zginął w odpowiednim momencie... Ostatecznie okazało się, że i w tej kwestii Dumbledore go okłamał — albo się pomylił, nieważne. Wtedy Severus w to wierzył.
Myślał o tym wszystkim tamtej czerwcowej nocy. Odnalezienie w sobie nienawiści okazało się zadziwiająco proste — i przeraziło go to. „Błagam" — wyszeptał Dumbledore i tylko oni dwaj wiedzieli, czego naprawdę dotyczy ta prośba. Więc Severus nie hamował dłużej wściekłości i rozgoryczenia, a siła zaklęcia wyrzuciła martwe już ciało Dumbledore'a poza krawędź murów Wieży Astronomicznej...
Snape wzdrygnął się, otrząsając ze wspomnień. Doskonale wiedział, że Avadę można rzucić tylko wtedy, kiedy naprawdę się tego pragnie. Ale przecież nie sprawiło mu to przyjemności. Nie chciał tego robić i nie zrobiłby, gdyby tylko istniało inne rozwiązanie.
Mógł sobie to powtarzać do woli, jednak to nie pomagało zapomnieć o pustych, martwych oczach Dumbledore'a. Nie sprawiało też, że Severus zaczynał myśleć choć odrobinę bardziej optymistycznie o swojej przyszłości. Wręcz przeciwnie, umacniał się w przekonaniu, że to, co zrobił, nigdy nie zostanie mu wybaczone. To, że przyczynił się do zgładzenia Voldemorta, nie wymazywało reszty jego grzechów. Potter mógł sprawić, że okrzyknięto go bohaterem i oczyszczono z zarzutu wspierania Czarnego Pana, ale za zabójstwo, choćby i eutanatyczne, czekał go Azkaban. To, że działał na polecenie Dumbledore'a, Wizengamot potraktuje co najwyżej jako okoliczność łagodzącą, a nie wyłączającą winę.
Chyba że nikt nie dowie się, że Severus przeżył.
Malfoyowi byłoby to bardzo nie na rękę. Z pewnością nie po to starał się utrzymać go przy życiu, by nikt nigdy się o tym nie dowiedział. Snape wciąż nie do końca rozumiał jego motywy, ale co do tego jednego nie żywił żadnych wątpliwości.
Tymczasem Cordice miał rację, jego terapia skutkowała i Severus, jakkolwiek sam przed sobą chciałby udawać, że jest inaczej, z dnia na dzień czuł się coraz lepiej. Już prawie nie zdarzało mu się tracić przytomności, był w stanie spacerować po pokoju, samodzielnie wziąć prysznic czy przygotować sobie herbatę. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wkrótce nadejdzie pora, by coś ze sobą zrobić. Nie mógł spędzić reszty życia leżąc w łóżku w domu Malfoya.
Snape spojrzał niepewnie w kierunku ciemnego kąta, w którym od dobrych paru tygodni rosła i pokrywała się kurzem sterta „Proroków". Lucjusz nie ustawał w próbach zainteresowania go tym, co się dzieje w czarodziejskim świecie, choć wciąż nie chciał zdradzić Severusowi, dlaczego właściwie tak bardzo mu na tym zależy. W zasadzie kwestią czasu było, kiedy straci do niego cierpliwość, a wtedy mógł zrobić coś głupiego...
Severus westchnął cicho i zamknął oczy.
I tak się dowie. Więc może lepiej dowiedzieć się na własnych warunkach?
Kiedy kolejnego popołudnia Lucjusz, niezrażony wcześniejszymi niepowodzeniami, odwiedził go, by dostarczyć mu przysłane przez Cordice'a lekarstwo i znów spróbować porozmawiać, Severus nie zbył go, tylko gestem wskazał mu fotel i dość nieuprzejmie poprosił, by usiadł.
Malfoy wyglądał na zaskoczonego, ale posłusznie zajął miejsce i spojrzał na niego wyczekująco.
— Skoro już nieszczęśliwym zrządzeniem losu przeżyłem tę wojnę, chciałbym się dowiedzieć, co się wydarzyło — oznajmił Snape.
Lucjusz zrozumiał natychmiast. Uśmiechnął się nieznacznie i rozparł wygodnie w fotelu.
— Pytaj.
— Jak udało ci się uniknąć Azkabanu? — zaczął Severus bezlitośnie.
— Nie powiedziałbym, że udało mi się go uniknąć. Na razie jestem w stanie ledwie odwlekać go w czasie, a wszystko dzięki pieniądzom i odpowiednim zeznaniom. Fakt, że moja żona pomogła Potterowi podczas ostatniej bitwy, też nie jest bez znaczenia... Mam wyjaśniać?
— Na razie wystarczy. Co z innymi śmierciożercami?
— Część nie żyje. Bellatrix, Rudolfus, Dawlish, Rookwood — wyliczył. — Dołohow, McNair, Rosier i parę innych płotek trafiło do Azkabanu. Jancor się ukrywa, Mulciber uciekł. Kilka osób się wymigało, jak ja. Aurorzy robią co mogą, żeby znaleźć na nas haczyk, ale nic nie mają. Minister...
— Kto?
— Shacklebolt; sam nadzoruje śledztwa i procesy.
— Można się było spodziewać — mruknął Severus. — Co z tymi, którzy działali pod Imperiusem?
— Oczyszczeni z zarzutów. Jeszcze toczą się sprawy, bo wielu próbowało takiej taktyki i śledczy muszą się porządnie namęczyć, żeby ich porozdzielać.
Snape skinął głową.
— Wszystko się zmieniło, Severusie. Rzecz jasna wciąż znajdują się ludzie, którym nie leży to, żeby było dobrze. Wojna to doskonały czas dla wszelkich drobnych oszustw. Teraz wszystko wychodzi na wierzch i większości zależy tylko na tym, by chronić własne tyłki. Pewnie wielu z nich się uda, bo wciąż jest straszny bałagan... Ale równie wiele osób robi wszystko, żeby to jakoś ogarnąć. Jeszcze kilku takich jak Shacklebolt w różnych sektorach Ministerstwa, a całość chodziłaby jak w szwajcarskim zegarku. Opłaca się trzymać z nimi — skrzywił się Lucjusz. — Dlatego łożę ogromne pieniądze na Szpital Świętego Munga i mam nadzieję, że nie potraktują tego jak łapówkę, a jako coś w rodzaju skruchy i zadośćuczynienia.
— A jeśli się nie uda?
— Wyląduję w Azkabanie. Gorsze od Czarnego Pana to to nie będzie. Nie chcesz wiedzieć, co z Hogwartem?
— Zmieniasz temat — mruknął Severus, w gruncie rzeczy zadowolony, że to nie on zaczął mówić o szkole.
— Dyrektorem jest McGonagall, tu akurat nie powinieneś być zdziwiony. Zamek został zniszczony podczas bitwy i wciąż nie znajduje się w najlepszym stanie, ale zrobiono wszystko, żeby we wrześniu dało się przyjąć uczniów. Oczywiście szkoła znów została otwarta dla wszystkich. Nauczyciele urządzili nawet jakieś dodatkowe zajęcia dla absolwentów, żeby mogli w tym roku przystąpić do owutemów. To był pomysł Grangerówny, niespodzianka.
— Czy Draco...
— Nie — uciął Lucjusz. — Z jego rocznika wrócili tylko Zabini, Goyle i Greengrass.
— Co z pozostałymi? — zapytał Severus odruchowo. Bądź co bądź przez sześć lat byli jego podopiecznymi.
— Większość wyjechała. Crabbe nie żyje.
Snape zacisnął usta.
— Było więcej ofiar — powiedział Lucjusz.
Severus zawahał się.
— Kto?
Malfoy zaczął wymieniać nazwiska. Zaczął od uczniów — młodych i głupich, wierzących, że ich udział w bitwie i bohaterska śmierć mogą cokolwiek zmienić. Severus słuchał wyliczanki, a jego upiorna wyobraźnia podsuwała mu wykrzywione bólem twarze z ustami otwartymi do krzyku i martwymi oczami. Gdzieś w połowie jego umysł wyłączył się w odruchu samoobrony i Snape zaczął zastanawiać się, czy Lucjusz nauczył się na pamięć listy ofiar, żeby później tym lepiej odgrywać skruchę i rozpacz...
— Członkowie Zakonu Feniksa — recytował — Hestia Jones, Nimfadora Tonks, Remus Lupin... W porządku, Severusie?
Nic nie było w porządku, zdecydowanie. Powinien poczuć słodką satysfakcję na wieść o śmierci cholernego Lupina, ale zamiast tego przepełniała go gorycz.
— Co z ich synem...? Nieważne, mów dalej. — Nie mógł już dłużej wytrzymać niepewności. — Co z nauczycielami?
Przez twarz Lucjusza przemknął uśmieszek, jakby mężczyzna tylko czekał na to pytanie. Mimo to zastanawiał się przez dłuższą chwilę, zwlekając z odpowiedzią. Snape mimowolnie zacisnął dłonie na pościeli.
— Cóż, kilku było rannych...
„Nie — pomyślał. — Nie, nie, nienienie...".
— ...ale wszyscy przeżyli. W tym roku zatrudniono troje nowych.
Severus policzył szybko.
— Do mugoloznawstwa, obrony i...? Ach, tak, skoro Minerwa została dyrektorką, to musiała przyjąć kogoś na swoje miejsce... — Oparł się o poduszki, tłumiąc westchnienie ulgi. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo był spięty. Tak bardzo bał się usłyszeć jedno konkretne nazwisko na tej niekończącej się liście poległych.
Lucjusz mówił coś o Carrowach, którzy jako jedni z pierwszych trafili do Azkabanu, ale Snape nie słuchał go, zajęty analizowaniem swych uczuć. Nie powinien się cieszyć. Zginęło tylu ludzi, którzy nie zasługiwali na śmierć, tymczasem on, choć powinien umrzeć, wciąż żył. Ale ona też żyła. Oczywiście to o niczym nie przesądzało. Nadal nie wiedział, czy podczas bitwy nie odniosła jakichś poważniejszych ran. Jak się czuła? Czy jakoś pozbierała się po tym wszystkim? Jak bardzo była wściekła, kiedy dowiedziała się, co zrobił?...
Severus zmęczonym ruchem pomasował sobie skronie, świadom, że to chyba nie najlepszy moment, by o tym wszystkim myśleć. Spróbował zebrać się w sobie i skupić na tym, co mówi do niego Malfoy, ale nie potrafił. Auriga Sinistra najwyraźniej nie zamierzała tak łatwo opuścić jego myśli. Auriga...
— Moment — warknął nagle. — Powtórz to, co przed chwilą powiedziałeś.
Lucjusz spojrzał na niego z zaskoczeniem.
— Mówiłem, że nauczyciele także składali zeznania w procesach przeciwko śmierciożercom. W tym nasza, a w zasadzie twoja dobra znajoma, profesor Auriga Sinistra.
Tylko dzięki wieloletniej praktyce Snape'owi udało się zapanować nad sobą i nie okazać emocji, jakie wywołała w nim ta wiadomość.
— Szanowna pani astronom — ciągnął Lucjusz, obserwując go bacznie — jak na kogoś, kto większość swojego czasu poświęca na wpatrywanie się w niebo, wie zaskakująco dużo o przyziemnych sprawach. O wiele więcej niż jej koledzy, którzy byli bezpośrednio zaangażowani w działalność Zakonu Feniksa. O wiele więcej niż zaufani przyjaciele starego Dumbledore'a...
Severus trawił te informacje w milczeniu.
— Może cię zainteresuje, że to dzięki Sinistrze do Azkabanu trafił Jugson, a jego losu o mało co nie podzielił Mulciber. Jancor w ostatniej chwili zdołał uciec, ale z tego, co mi wiadomo, nieźle namieszała w jego planach... Gdybym był złośliwy, mógłbym zacząć łączyć pewne fakty i dojść do interesujących wniosków. Ale znasz mnie, Severusie. Nie zwykłem wtrącać się w nie swoje sprawy.
— Po co mi o tym mówisz? — zapytał Snape opanowanym tonem. — Co Sinistra zeznała o tobie?
— Jeszcze nic, w tym rzecz.
— Jeszcze?
Malfoy spoważniał w jednej chwili.
— Będę z tobą szczery, Severusie. Sądziłem, że mam więcej czasu. To, że wydobrzałeś i niedługo będziemy mogli ujawnić twój jakże szczęśliwy powrót do świata, to nie wszystko. Minie trochę czasu, nim ludzie przekonają się, że ty to naprawdę ty, i że rzeczywiście przez cały czas grałeś po właściwej stronie. Teraz w to wierzą, oczywiście, ale nie mam wątpliwości, że kiedy tylko okaże się, że przeżyłeś, rzucą ci się do gardła i zaczną rozliczać ze wszystkiego, co zrobiłeś. Później oczywiście znowu cię uniewinnią, może nawet dostaniesz order... Obawiam się jednak, że ja nie mogę czekać tak długo. Wizengamot chce mnie osądzić jak najszybciej, a ja wciąż nie jestem pewien, że wyrok będzie... sprawiedliwy.
Severus nie był nawet zaskoczony. Spodziewał się, że Malfoy nie pomaga mu z dobroci serca, że widział w nim coś w rodzaju karty przetargowej, która pomoże mu wywinąć się od kary. Mylił się jednak sądząc, że to zadziała.
— Rozczaruję cię. Postawiłeś na złego konia — powiedział, nieomal rozbawiony. — Jestem zdrajcą. Moje życie nie jest warte złamanego knuta. Kiedy tylko się ujawnię, zostanę wtrącony do Azkabanu za morderstwo Albusa i będę miał szczęście, jeśli w ogóle zostanie przeprowadzony proces...
— Wiele się zmieniło od czasów Syriusza Blacka — przerwał mu Malfoy spokojnie. — Nowy Minister Magii bardzo dba o to, by każdemu zapewnić, jak to mówią, rzetelny proces i prawo do obrony. Nie żyjemy przecież w średniowieczu. Gdyby nie to, nie byłoby mnie tutaj. Poza tym, Severusie, masz potężnych sojuszników. Założę się, że sam Harry Potter zostanie twoim najbardziej zażartym obrońcą!
Na twarzy Severusa musiało odbić się wyraźnie, co myśli o takiej obronie, bo Lucjusz uśmiechnął się zdawkowo i gładko zmienił temat:
— Ale nad tym możemy zastanowić się później. Na razie, sam rozumiesz, muszę przedsięwziąć coś jeszcze.
Snape zrozumiał natychmiast. Z trudem udało mu się zachować spokój i zachować zimny, ironiczny ton.
— I dlatego potrzebujesz Sinistry? Jestem wielce ciekaw, jak zamierzasz przekonać ją, by ci pomogła.
— Nie sądzę, by to było trudne. Spotkaliśmy się podczas bitwy, wiesz? Jej zaklęcie zrzuciło mi maskę. I wiesz, co wtedy zrobiła? Opuściła różdżkę. Tak po prostu, jakby nie miała zamiaru ze mną walczyć.
— Sądzisz, że to coś znaczy? — zapytał drwiąco Severus, w duchu zżymając się ze złości i niepokoju. Wariatka! Jeśli tak wyglądał jej udział w bitwie, to nie mogła wyjść z niej bez szwanku. Ale gdyby Lucjusz trzasnął ją wtedy klątwą, nie szukałby teraz u niej pomocy... — To nauczycielka astronomii, nie auror. Nie przywykła do walki. Co innego celować w białą maskę, co innego w człowieka, w dodatku ojca jednego z uczniów. Pewnie zwyczajnie zawiodły ją nerwy.
Lucjusz nie wyglądał na przekonanego takim wyjaśnieniem, a na jego ustach wciąż błąkał się irytujący, cwany uśmieszek.
— W porządku — ciągnął Severus, starając się, by w jego głosie nadal brzmiało pogardliwe rozbawienie. — Przyjmijmy, że Sinistra z jakichś powodów nie chciała ci zaszkodzić. Ale nie jest głupia. Nawet jeśli dotąd pozostawała neutralna, to gdy zaczniesz wikłać ją w swoje ciemne sprawki, możesz uzyskać efekt całkiem odwrotny do zamierzonego...
— Przestań pieprzyć, Snape — poprosił Lucjusz leniwie i Severus zorientował się nagle, że nie ma żadnych szans odwieść go od jego zamiarów. Malfoy specjalnie skierował rozmowę w tym kierunku i z satysfakcją obserwował jego reakcję, która tylko umacniała go w przekonaniu, że ma rację. Teraz gra mu się znudziła. — Potrafię połączyć fakty, a fakty są następujące — powiedział. — Sinistra wie zdumiewająco wiele na temat śmierciożerców z najbliższego otoczenia Czarnego Pana. Nie mam pojęcia, czy sam jej o nich opowiadałeś, czy podsłuchiwała twoje rozmowy z Dumbledore'em... Prawdę mówiąc, zupełnie mnie to nie obchodzi. Ważne jest to, że na razie nie rozmawiała na mój temat z aurorami. Co oznacza, że albo niczego nie wie — w co nie wierzę — albo ma co do mnie wątpliwości. Wie, że ci pomagałem. Że w czasie bitwy nie walczyłem, tylko szukałem syna. A teraz dowie się jeszcze, że uratowałem ci życie. I jestem pewien, że nie będzie w stanie zeznawać przeciwko mnie, a całkiem możliwe, że nawet szepnie komu trzeba słowo w mojej obronie.
Pewność w jego głosie kazała Severusowi zacząć się zastanawiać, czy Malfoy jakimś cudem dowiedział się, co łączyło go z Aurigą. A może to ona przestała ukrywać to w tajemnicy i po prostu ujawniła informacje o ich romansie? Skoro uważano go za bohatera, mogła coś na tym ugrać dla siebie... Nie, nie zrobiłaby tego, nie ona... Chyba że czułaby się zmuszona, może ze względu na śledztwa, w których pomagała?
— Czy ona... powiedziała cokolwiek o mnie... Tobie? Aurorom? Mediom?
— Ach, nie, skąd. Z tego, co mi wiadomo, profesor Sinistra stroni od dziennikarzy, a i do mnie do tej pory nie była nastawiona zbyt przyjaźnie. Aurorzy, jak już wspominałem, na razie zupełnie się tobą nie interesują, wystarczą im twoje wspomnienia i zeznania portretów byłych dyrektorów. O tym, że profesor Sinistra ma do ciebie słabość, sam mi powiedziałeś, Severusie.
Snape ze złości aż zazgrzytał zębami.
— Mylisz się, jeśli sądzisz, że kogokolwiek uda ci się mną przekupić, a już na pewno nie ją. Naprawdę sądzisz, że po tym, co zrobiłem, ktokolwiek w Hogwarcie darzy mnie jakąkolwiek sympatią?
— To się okaże. Napiszę do niej dziś wieczorem i zaproszę ją tutaj. Miło byłoby, gdybyś do tego czasu trochę się ogarnął.
— Nie zgadzam się!
— Na Merlina, nie zachowuj się jak dziecko, Snape. Kiedyś będziesz musiał stawić czoła światu. Dlaczego nie możesz przy okazji trochę mi pomóc?
— Nie mieszaj mnie do tego. Nie prosiłem, żebyś ratował mi życie.
— Przepraszam więc, że to zrobiłem — prychnął Lucjusz, podnosząc się z fotela. Najwyraźniej uważał rozmowę za zakończoną. — A, i weź lekarstwo — dodał.
Severus odebrał od niego fiolkę i z całej siły cisną nią o ścianę. Złocistobrązowy płyn rozprysnął się na tapecie i zaczął powoli ściekać kilkoma strużkami. Malfoy wzruszył ramionami i wyszedł bez słowa.
xxx
— Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?!
— Powiedzieć o czym? — zapytał Severus, mimo że doskonale znał odpowiedź, tak samo, jak znał pytanie już od chwili, kiedy usłyszał gniewny stukot obcasów na posadzce i szczęk otwieranych gwałtownie drzwi. Auriga zapewne przebiegła całą drogę do lochów z pokoju nauczycielskiego albo może nawet ze swojej Wieży, bo wpadła do jego gabinetu, nie mogąc złapać oddechu. Snape był pewien, że wreszcie ktoś jej powiedział i — paradoksalnie — poczuł ulgę. Co mogła teraz zrobić? Nic. Wszystko zostało już ustalone i żadne awantury czy histerie nie mogły niczego zmienić.
— Że będziesz uczyć obrony przed czarną magią?! — wykrzyknęła Sinistra, opierając się dłońmi o krawędź biurka i pochylając w jego stronę. — Nie uważasz, że powinnam dowiedzieć się wcześniej? I to od ciebie, a nie przypadkiem od Rolandy, która, nawiasem mówiąc, już zaczyna zbierać zakłady, co do tego, w jaki sposób stąd odejdziesz!
— Powiedziałbym ci... — zaczął Severus spokojnie.
— Kiedy?! — przerwała mu. — Przed ucztą powitalną? A może poczekałbyś, aż Dumbledore powiadomi wszystkich uczniów, a mnie przy okazji? Bo jak się okazuje, wszyscy nauczyciele mówią o tym już od wczoraj, tylko ja jedna nic nie wiem. A można by pomyśleć, że skoro jesteśmy razem, to powinnam dowiedzieć się pierwsza! Nie mówiąc o tym, że może powinieneś przedyskutować to ze mną, zanim w ogóle się zgodziłeś!
— To decyzja odgórna, nie miałem wyboru.
Auriga pokręciła głową, krzywiąc się ironicznie.
— Oczywiście, bo wcale nie marzyłeś o tym, odkąd zacząłeś tu pracować!
— Skoro tak, to przypuszczam, że powinnaś cieszyć się ze spełnienia moich marzeń — zakpił Snape.
— Doskonale wiesz, co to oznacza!
— Że zamiast uczyć tych bałwanów, że nie wolno mieszać akonitu z jadem akromantuli, będę uczył, jak rzucić Protego?
— Severusie! — warknęła Sinistra i spuściła z tonu, jak gdyby nagle opadła z sił. — Co się dzieje? — zapytała z rozpaczą. — Co knujesz razem z dyrektorem? Nie jestem głupia. Myślisz, że nie wiem, jak często się spotykacie i nie widzę, jak wyglądasz, kiedy z tych spotkań wracasz? Przecież możesz mi powiedzieć. Nie ufasz mi?
— To nie jest kwestia zaufania, Aurigo — odpowiedział Severus pobłażliwie, jakby przemawiał do upartego dziecka. — Sprawy, którymi się zajmujemy, są ściśle tajne i...
— Ach tak? — przerwała mu wzburzona. — Ściśle tajne! Na litość, Severusie, i tak już wiem o wiele za dużo i jedna tajemnica więcej nie ocali mi życia!
— Ale innym może. To nie ma nic wspólnego z tobą, Aurigo.
— Jeżeli ma coś wspólnego z tobą, to ze mną również ma — odparła. — O co tu chodzi? Dlaczego Dumbledore dał ci tę posadę? Wszyscy wiedzą, z czym to się wiąże. Mam ci przypomnieć, co spotkało Umbridge, Moody'ego, Remusa, Lockharta, Quirrella...
— Po prostu mieli pecha, poza tym żaden z nich nie miał odpowiednich predyspozycji. A do wyrzucenia Lupina — dodał, widząc, że jej usta układają się do imienia Remus — osobiście przyłożyłem rękę. Klątwa to bzdura.
— Akurat — prychnęła gniewnie, mrugając szybko, żeby pozbyć się napływających do oczu łez. — Skoro jesteś tego tak pewien, to dlaczego nie powiedziałeś mi o tym wcześniej? Wiedziałeś, że nie będę chciała się na to zgodzić... A może po prostu nie obchodzi cię moje zdanie?
— Wiesz, że to nie tak — westchnął Severus, wstając.
Machnięciem różdżki przekręcił klucz w drzwiach, a potem minął biurko i podszedł do Aurigi, wyciągając do niej dłoń. Nie przyjęła jej; wyprostowała się sztywno i skrzyżowała ręce na piersiach.
— To naprawdę nie zależało ode mnie — zaczął spokojnie tłumaczyć. — Albus nie znalazł nikogo na to stanowisko, więc zaproponował je mnie. To lepsze niż pozwolenie, żeby Minister przysłał nam tu kolejnego szpiega. Nie mówiąc już o tym, że Czarny Pan zapewne także chętnie skorzystałby z okazji, gdyby miał możliwość podstawienia do Hogwartu swojego człowieka. Możesz sobie wyobrazić, że to znacząco utrudniłoby nam życie.
Sinistra patrzyła na niego ponuro, ale chcąc nie chcąc musiała ustąpić przed argumentami.
— To cię nie usprawiedliwia — oznajmiła z niezadowoleniem. — Powinieneś sam mi powiedzieć.
Severus skinął głową.
— Masz rację — zgodził się nieco niechętnie. — Ale wiedziałem, że to ci się nie spodoba i dlatego cały czas odkładałem to na później. ...Przepraszam.
— Jak myślisz, jak ja się czułam, kiedy w pokoju nauczycielskim podeszła do mnie Rolanda z pytaniem, czy sądzę, że przeżyjesz ten rok, pozostając przy zdrowych zmysłach? Ach, w jej rozpisce, oprócz nagłej śmierci i obłędu, była jeszcze możliwość, że wrócisz do nauczania eliksirów. Wiesz, ile osób uważa to za prawdopodobne?
— Żadna. Ale, o ile pamiętam, pojawiła się jeszcze opcja, że ucieknę z którąś z uczennic. I że uczniowie zamordują mnie i upozorują wypadek. — Severus uśmiechnął się nieznacznie, jakby uważał to za dobry żart.
— Idiota! — prychnęła Sinistra łamiącym się głosem.
Zbliżył się do niej i objął ją bez słowa. Tym razem się nie opierała.
— Masz nie umierać, Sev! Za rok masz być ze mną w Hogwarcie, cały i zdrowy...
— Nie bądź niemądra, Aurigo — szepnął uspokajająco. — Nic mi się nie stanie, obiecuję.
xxx
Lucjusz siedział w gabinecie i starannie dobierał słowa do zapowiedzianego kilka godzin wcześniej listu, kiedy z cichym pyknięciem zmaterializował się przed nim skrzat.
— Spodek przeprasza, proszę pana, ale pan Snape...
— Co z nim? — mruknął Lucjusz bez większego zainteresowania, nie podnosząc nawet głowy znad pergaminu.
— Znowu gorączkuje — wymamrotał skrzat. — Spodek podał mu eliksir, ale nie pomaga...
Malfoy zerwał się z krzesła, blednąc jak pergamin.
— Co takiego?!
— Pan Snape jest przytomny, ale Spodek nie wie, jak długo jeszcze. Zaczyna majaczyć. Spodek sądzi, że najwyższa pora wezwać doktora Cordice'a.
x
