Tak mi się przypomniało, że tutaj też publikowałam to opko. Wrzucam dwa zaległe rozdziały, oba już dawno pojawiły się na Forum Mirriel.
Za zbetowanie serdecznie dziękuję Panterze.
Minerwa zmrużyła zmęczone oczy, wpatrując się w listę rachunków do opłacenia w tym miesiącu. Na chwilę zdjęła okulary i potarła powieki. Była sobota, ale ona kolejny raz zerwała się skoro świt, żeby pracować. Nie mogła odłożyć tego na później, bo po południu wybierała się do Kingsleya na obiad, na którym miało być obecnych parę innych wpływowych osób, z którymi chciał ją zapoznać. Próbowała się wymigać, ale Minister nalegał.
To był jeden z obowiązków, związanych z jej obecnym stanowiskiem, którego Minerwa nie znosiła. Nie przerażały jej tony dokumentacji, sterty mniej lub bardziej ważnych papierów, pism, protokołów i wniosków — w końcu zajmowała się nimi jeszcze jako wicedyrektorka. Nie bała się także ciążącej na niej odpowiedzialności, konieczności podejmowania trudnych decyzji i ponoszenia ich konsekwencji, ani nieustannych problemów połączonych z wiecznym brakiem czasu i środków. Owszem, wszystkie te sprawy, szczególnie nawarstwione, nie były zbyt przyjemne, ale nie aż tak bardzo, jak wymuszone, ugrzecznione rozmowy z wysoko postawionymi i bogatymi ludźmi, których musiała przekonywać o rzeczach, które dla niej wydawały się oczywiste. Na przykład, że należało jak najszybciej dokończyć remont zamku.
Przed wojną negocjacjami z przedstawicielami Ministerstwa, radą nadzorczą i innymi ludźmi zajmował się Dumbledore — wielki czarodziej, cieszący się zasłużonym szacunkiem i sławą w całym magicznym świecie, a poza tym świetny dyplomata, zawsze wiedzący, co i jak powiedzieć. W najlepszych czasach nawet Minister Magii nie śmiał mu się sprzeciwić. Minerwa obawiała się, że sama nigdy nie będzie miała takiego autorytetu i siły przebicia jak on.
Z biegiem czasu jej lista rzeczy-których-nie-znosiła wydłużała się coraz bardziej. Czasem Minerwa musiała sobie przypominać, że nominacja na dyrektorkę Hogwartu to wielki zaszczyt, a nie jakaś wyrafinowana forma kary.
Poza tym zwyczajnie tęskniła za swoimi dawnymi obowiązkami. Brakowało jej codziennych lekcji, podczas których mogła obserwować postępy swoich podopiecznych, a nawet długich przerw spędzanych na próbach odczarowania filiżanek na pajęczych nóżkach, porośniętych sierścią łyżeczek i innych dziwów, powstałych w wyniku niewprawnej transmutacji. Z nostalgią myślała o spotkaniach z drużyną quidditcha, czytaniu do poduszki niegramatycznych i często niemerytorycznych esejów, i widoku okrągłych z podziwu oczu pierwszorocznych, kiedy na zajęciach zamieniała się w kotkę. Prawdę mówiąc, gdyby miała wybór, wolałaby przynajmniej jeszcze przez kilka lat robić to, do czego czuła się powołana, zamiast brać na siebie tak wielki ciężar, jakim było zarządzanie szkołą. Niestety, doskonale wiedziała, że była najlepszą kandydatką do tego zadania. Nikt inny nie znał Hogwartu tak dobrze, jak ona.
Minerwa otrząsnęła się z rozmyślań i przysunęła do siebie pierwszy ze stosu papierów. Później musiała jeszcze odpisać na paręnaście listów od rodziców. I Pomona zapowiedziała, że wpadnie z jakąś sprawą... Ale najpierw rachunki.
Przeszukała leżące na biurku pergaminy, ale bez skutku. Pewnie znowu musiała zostawić je w starym gabinecie, który pozostał do jej dyspozycji, bo Hailey wolała zająć jedno z nieużywanych pomieszczeń, znajdujących się bliżej jej komnat i sali do transmutacji. Minerwa czasem jeszcze z niego korzystała, próbując tłumaczyć to tym, że trzymała w nim najważniejsze dokumenty i księgi, a nie miała czasu, by zawracać sobie głowę przeprowadzką, w trakcie której zapewne wszystko kompletnie by się pomieszało. Jednak tak naprawdę czuła się tam o wiele swobodniej niż w zagraconym i pełnym wścibskich portretów dyrektorskim gabinecie.
McGonagall uniosła głowę i potoczyła wzrokiem po pomieszczeniu. Nie wyrzuciła stąd ani jednego przedmiotu należącego do Dumbledore'a, siłą rzeczy musiała jednak dołożyć kilka swoich i mimo jej starań, by wszystkie jakoś poukładać, gabinet był przepełniony i nieuporządkowany. Minerwa nie potrafiła się skupić, kiedy otaczały ją góry nikomu niepotrzebnego sprzętu, a z każdej strony słyszała ciche tykanie i buczenie bliżej niezidentyfikowanych urządzeń. Nie mówiąc już o tym, że znalezienie czegokolwiek w tym bałaganie graniczyło niemal z cudem.
„Jak Albus mógł pracować w takich warunkach?" — zastanowiła się Minerwa przelotnie, a potem przyszła jej na myśl jeszcze większa zagadka: — „Jak, u licha, Severusowi udało się tu nie zwariować?".
Znów ogarnął ją smutek i współczucie, ale szybko wzięła się w garść. Na Merlina, była dyrektorką, nie mogła rozklejać się za każdym razem, kiedy pomyślała o którymś ze swych poprzedników!
Z nagłą determinacją wstała i chwyciła leżącą na biurku różdżkę. Przez moment wahała się, nie wiedząc, od czego zacząć, a potem skierowała ją na największy i najgłośniej tykający wykrywacz uroków i wyłączyła go.
— Przydałoby się... ach, tak... — wymruczała pod nosem i po chwili transmutowała kilka arkuszy niepotrzebnych notatek w dużą wypełnioną trocinami skrzynię. Sprzęt prawdopodobnie był bardzo cenny, więc dla bezpieczeństwa otoczyła go kilkoma czarami zabezpieczającymi, a dopiero potem przelewitowała do środka.
Do kolejnego pudła powędrowały mniejsze urządzenia: łapacze uroków, wykrywacze kłamstw i inne ustrojstwa, których zastosowania nie mogła się domyślić. Zawahała się przez chwilę przy złotej żerdzi, która niegdyś należał do Fawkesa, ale po chwili i ona wylądowała w kartonie.
Nieco problemów sprawił ruchomy model układu słonecznego.
— Czy to się jakoś składa? — rzuciła i obejrzała się przez ramię na portret Albusa. — Och — westchnęła, dostrzegając nietęgie miny sportretowanych dyrektorów. — Nie macie nic przeciwko, prawda?
Dumbledore uśmiechnął się do niej uprzejmie.
— Nie krępuj się, moja droga — zapewnił.
— Świetnie — odparła z zadowoleniem i po chwili namysłu zdecydowała się potraktować model zaklęciem zmniejszającym.
W niedługim czasie pokój przestał przypominać gabinet, a zaczął wyglądać jak magazyn.
— Aksamitko? — zawołała Minerwa i po kilku sekundach pojawiła się przed nią jej domowa skrzatka. — Potrzebuję pomocy. Czy mogłabyś przenieść te skrzynie i kartony do jakiegoś schowka albo nieużywanej sali? Tylko ostrożnie, to delikatny sprzęt. Później zastanowię się, co z nim zrobić... — powiedziała, a wtedy odpowiedź przyszła sama. McGonagall odwróciła się niepewnie do Albusa. — To cenne przedmioty, prawda? Pamiątki z podróży i prezenty od różnych ważnych ludzi, o ile pamiętam — zagadnęła.
— Owszem, w większości.
— I nie są szczególnie przydatne, miały raczej robić odpowiednie wrażenie, czyż nie?
— Nie da się ukryć, Minerwo.
— I to wszystko jest teraz własnością szkoły? — upewniła się.
— Tak. Do czego zmierzasz?
— Sprzedam to. Na Merlina, po co ma mi się kurzyć w jakiejś zapomnianej sali, skoro teraz dostanę za to ładnych parę galeonów. Może wystarczy na dokończenie remontu lochów... Nie trzeba by znowu sięgać do pieniędzy na wynagrodzenia i wypłaty wreszcie byłyby w terminie, może mogłabym nawet pomyśleć o jakiejś premii na święta, Merlin mi świadkiem, że wszyscy zasłużyli...
Ostatnie słowa wymruczała bardziej do siebie niż Dumbledore'a. Nie czekając na jego reakcję, zabrała się do dalszych porządków. Podeszła do wysokiego regału, zajmującego całą ścianę naprzeciw jej biurka, i na chybił trafił wyjęła jeden z ciężkich, zakurzonych zwojów. Rozwinęła go na kilka cali i parsknęła cicho, a potem wyczarowała kolejne pudło i zaczęła układać w nim manuskrypty. Po kilkunastu minutach zjawiła się przy niej skrzatka.
— To także Aksamitka ma zabrać?
— Nie, później dam to Irmie do przejrzenia. Na razie możesz odkładać to gdzieś na bok...
— Co to za język, pani dyrektor? — zaciekawiła się, przyglądając zwojowi, który rozwinął się na kilka cali w jej dłoniach.
— Staroarabski! — prychnęła Minerwa. Jeszcze jako młoda, ambitna studentka usiłowała się go nauczyć, by móc studiować materiały źródłowe w oryginale, ale od czytania wijących się bezładnie na papierze znaczków dostawała migreny. — A to po aramejsku... — westchnęła, oglądając kolejny zwój. Przecież Albus w ogóle nie znał aramejskiego!
— Jest pani pewna, że chce to wszystko teraz przejrzeć? — zatroskała się Aksamitka.
McGonagall stanowczo skinęła głową. Skrzatka tylko spojrzała na sięgający sufitu regał z rezygnacją.
Godzinę i kilka pełnych kartonów później rozległo się pukanie do drzwi. Minerwa otrzepała się z kurzu i pajęczyn, przygładziła włosy i dopiero potem zawołała „proszę". Drzwi uchyliły się lekko, ale zatrzymały się na jednym z pudeł. Dopiero kiedy McGonagall przelewitowała je w inny kąt pokoju, Pomona Sprout mogła wejść do środka.
— O, widzę, że się urządzasz. — Czarownica uniosła lekko brwi, nieco zaskoczona i rozbawiona zarazem.
Minerwa machnęła ręką i utorowała im obu drogę do biurka, a potem wysłała Aksamitkę po herbatę.
— Więc? Z czym przychodzisz? — zapytała Pomonę, kiedy obie usiadły.
Sprout rzuciła jej na biurko stosik papierów.
— Takie tam bieżące sprawy, faktury za donice i nawóz pod mandragory. W szklarni numer pięć znowu przecieka dach, łatanie czarami już nie pomaga.
— Poproszę Hagrida, żeby na to zerknął.
— Już z nim rozmawiałam. Postara się to załatać w bardziej tradycyjny sposób, ale naprawdę nie wiem, jak długo jeszcze pociągniemy na takich prowizorycznych naprawach, Minnie. — Pomona spojrzała na nią uważnie, a potem zmieniła temat: — Poza tym rodzice Tiffany Murray chcą zabrać ją na przyszły weekend, na jakąś uroczystość rodzinną; już się zgodziłam, ale powinnaś wiedzieć. Ja też planowałam wtedy wyjechać, jeśli to nie problem. Poproszę Filiusa, żeby mnie zastąpił.
— W porządku. Wybierasz się do siostry?
Pomona skinęła głową. Z cichym pyknięciem zjawiła się Aksamitka z serwisem do herbaty. Minerwa podziękowała jej i sama napełniła filiżanki.
— No, a teraz powiedz mi, co cię gryzie — zażądała Pomona pogodnie.
McGonagall zawahała się, ale opowiedziała jej o swoim pomyśle. Sprout była rozsądną, twardo stąpającą po ziemi czarownicą, która rzadko kierowała się sentymentami, ale mimo to Minerwa nie była do końca pewna, jakiej reakcji się spodziewać.
Pomona szybko rozwiała jej wątpliwości.
— Uważam, że to bardzo dobry pomysł!
— Nie sądzisz, że to w pewien sposób... niewłaściwe?
— Daj spokój, wala nam się tutaj pełno takich śmieci, tylko zarastają kurzem w jakichś kątach, niepotrzebne i zapomniane.
— No właśnie. Dotąd nikt się niczego nie pozbywał. To jakby... — Minerwa zawahała się lekko — tworzyło to miejsce. Nie wyobrażam sobie Hogwartu bez tych wszystkich zakamarków wypełnionych różnymi dziwnymi przedmiotami...
Sprout przewróciła oczami.
— Najpierw trzeba pomyśleć o tym, żeby odbudować Hogwart, potem martwić się odtwarzaniem klimatu. Jak nam się wszystko zawali, to nie będzie żadnych zakamarków.
— Więc myślisz, że to dobra decyzja?
— Tak — odparła zdecydowanie Pomona. — Tylko koniecznie zaznacz, że to pamiątki po Albusie Dumbledorze. Dostaniesz za to dwa razy więcej.
xxx
— Jak wrażenia po pierwszym dniu pracy? — zapytała wesoło Auriga, opierając się o blat, przy którym Severus właśnie przygotowywał herbatę. Byli w pokoju nauczycielskim sami, więc mogli pozwolić sobie na chwilę swobodnej rozmowy, bez konieczności zastanawiania się, jak ich słowa i gesty zostaną odebrane przez innych.
Snape przewrócił oczami.
— Pracuję tu od szesnastu lat — poinformował ją sucho.
— Dobrze wiesz, o co mi chodzi — prychnęła. — Więc? Bardziej podoba ci się nauczanie obrony niż eliksirów?
— Jest w porządku.
Auriga westchnęła ze zniecierpliwieniem, ale odpuściła dalsze wypytywanie, widząc, że nie zdoła wyciągnąć od niego bardziej rozbudowanej odpowiedzi.
— Rozmawiałam na przerwie z profesorem Slughornem — zagadnęła zamiast tego. — Wyobraź sobie, że na dzień dobry urządził szóstorocznym konkurs na najlepszy eliksir, w którym mogli wygrać buteleczkę Feliks Felicis. Kiedy byłam na szóstym roku, też zrobił coś podobnego. Nie pamiętam już, co było nagrodą, ale strasznie chciałam to wygrać... Oczywiście jedyne, co mi się udało, to rozpuścić kociołek. Do dziś nie wiem, jakim cudem w ogóle dostałam się na zaawansowane eliksiry — stwierdziła.
Severus wreszcie zerknął na nią z zaciekawieniem.
— Nie mogłaś być aż tak kiepska.
— W teorii może nie, ale w praktyce... Serio, gdybyś mnie wtedy zobaczył przy kociołku, to chyba nigdy nie wpuściłbyś mnie do swojej pracowni. Nie pozwoliłbyś mi nawet siedzieć przy kominku!
Zaśmiał się cicho, nadal nie dowierzając jej słowom.
— Ciebie także uczył, prawda? — zapytała Auriga.
— Prawda. Też mieliśmy konkursy.
— Pewnie wszystkie wygrywałeś...
Severus pokręcił głową.
— Naprawdę? — zdziwiła się. — Kto był lepszy?
— Jakaś Gryfonka, nie pamiętam imienia — odparł wymijająco i zapytał szybko: — Więc kto jest tym szczęśliwcem, który dostał niepowtarzalną okazję, żeby zmarnować potężny eliksir na jakieś idiotyczne wygłupy?
— Nie spodoba ci się to. Harry Potter.
Snape spojrzał na Sinistrę z niedowierzaniem.
— Naprawdę Potterowi udało się uwarzyć najlepszy eliksir? — zapytał podejrzliwie. — Pewnie panna Granger mu pomagała.
— Podobno nie. Jej własny eliksir był ledwie dobry, więc to raczej niemożliwe.
Skrzywił się lekko.
— Coś kombinuje, jestem pewien...
Auriga roześmiała się, patrząc na niego ironicznie.
— Wiedziałam, że tak powiesz! Po prostu przyznaj, że byłeś dla niego okropnym nauczycielem. Jak miał się wykazać, skoro cały czas wyprowadzałeś go z równowagi?
— Bzdura — prychnął. — Nie uważał i nie przykładał się do zajęć, i dlatego miał tak nędzne wyniki. Poza tym jestem świetnym nauczycielem — dodał z urazą.
Auriga wymownie przewróciła oczami, a potem pojednawczo cmoknęła go w policzek.
— Ale czy ty też nie miałeś przypadkiem dziś zajęć z szóstym rokiem? — zorientowała się nagle. Zerknęła na wywieszony na tablicy ogłoszeń plan. — Opowiadaj, jak poszło.
Severus wzruszył ramionami.
— Mają straszne braki. Zacząłem od zaklęć niewerbalnych i oczywiście byli w tym beznadziejni. ...Poza tym znowu mam w klasie Longbottoma — pożalił się.
Nie spotkał się ze zrozumieniem z jej strony. Auriga tylko spojrzała na niego karcąco.
— Zobaczymy się wieczorem? — przezornie zmienił temat.
— Dzisiaj nie mogę. Początek roku, pierwszoroczni i lekcje o północy — przypomniała. — Poza tym muszę dokończyć własne obserwacje, więc nie ma nawet sensu, żebyś na mnie czekał. W zasadzie do końca tygodnia będę dość zajęta... Ale w sobotę to nadrobimy — obiecała z uśmiechem. — Nie planuj niczego na wieczór.
Severus skrzywił się lekko, dziwnie zakłopotany.
— Jeśli chodzi o sobotę...
Auriga popatrzyła na niego z niedowierzaniem i złością.
— Nie! Severusie, proszę, nie mów mi, że już dałeś szlaban temu biednemu chłopcu!
— Zasłużył. To bezczelny i...
— ...arogancki bachor — dokończyła z ciężkim westchnieniem, uderzając lekko czołem o jego ramię w geście kompletnej bezradności. — Jesteś niereformowalny!
Klamka u drzwi poruszyła się i oboje jak na komendę odskoczyli od siebie o krok. Severus najspokojniej w świecie wrócił do przygotowywania herbaty, a Auriga jak gdyby nigdy nic odwróciła się i przywitała z Minerwą i Lizą, które właśnie weszły do pokoju nauczycielskiego.
— Dobrze, że cię widzę, Severusie — odezwała się McGonagall zgryźliwym tonem. — Będziesz tak uprzejmy i zaspokoisz moją ciekawość? Bo zachodzę w głowę, czym też pan Potter zasłużył na szlaban już na pierwszej lekcji z tobą...
Auriga kaszlnięciem stłumiła śmiech, a potem czym prędzej zabrała swój kubek i poszła porozmawiać z Lizą, bez żalu pozostawiając Snape'a na pastwę wściekłej opiekunki Gryffindoru.
xxx
— Sześć punktów na dziesięć, Rowan. Zaliczyłaś, ale chyba stać cię na więcej, prawda?
Rowan Ingham wzruszyła ramionami, odebrała od Gustawa pergamin i bez patrzenia włożyła go za okładkę podręcznika do eliksirów, który przeglądała.
— Schowaj to, na lekcji mugoloznawstwa nie będzie ci potrzebny — zapewnił ją Zieleziński. — Agnes, ty to samo.
— Ale, sorze, na następnej lekcji mamy test z antidotów... — jęknęła dziewczyna.
— Wierzę, że jesteście do niego świetnie przygotowane.
Rowan bez protestów schyliła się pod ławkę, żeby schować książkę, więc jej koleżanka zrobiła to samo. Gustaw odwrócił się.
— Augustus, całkiem nieźle, lepiej niż ostatnio. — Uśmiechnął się do zaskoczonego pochwałą Ślizgona. — Nancy, jak zwykle komplet punktów. To chyba trochę za proste dla ciebie, prawda?...
Skończył oddawać zadania domowe i rozejrzał się po sali. Znudzona Agnes patrzyła przez okno. Rowan zaś z podejrzanym zapałem czytała podręcznik do mugoloznawstwa — Gustaw był prawie pewien, że schowała w nim zakamuflowane zaklęciem notatki z eliksirów, ale niestety nie mógł tego udowodnić. Gdyby zwrócił jej uwagę, wyparłaby się wszystkiego. Proszenie któregoś z uczniów, by rzucił Finite Incantatem na jej książkę, zwyczajnie nie wydawało się w porządku.
Kiedy Gustaw rozpoczynał pracę w Hogwarcie, wszyscy wokoło straszyli go Ślizgonami. Szybko doszedł do wniosku, że się mylili. Znacznie gorsi od Ślizgonów byli ambitni Krukoni, których nie interesowało nic poza przedmiotami, z których chcieli zdawać egzaminy, i którzy uważali lekcje mugoloznawstwa za marnotrawienie ich cennego czasu.
Zachowanie Ślizgonów można było przynajmniej tłumaczyć powodami ideologicznymi. Niektórzy z uczniów ignorowali Gustawa, inni usiłowali udowadniać mu, że mugole to niższa forma istnienia, którą nie warto zawracać sobie głowy. Kilkoro nawet przytaczało lansowaną swego czasu przez zwolenników czystej krwi teorię mówiącą o tym, że mugolaki kradną magię dzieciom z magicznych rodów, i starało się przekonać Zielezińskiego, że powinien obarczać ich winą za swoje charłactwo. Nauczyciel nie brał tego do siebie, świadom tego, że większości z nich od dzieciństwa wpajano niechęć do mugoli i wszystkiego, co z nimi związane. Lat indoktrynacji nie dało się naprawić paroma zajęciami. Gustaw chętnie dyskutował ze Ślizgonami, przedstawiał argumenty i obalał stereotypy, którymi się posługiwali. To, że chcieli z nim rozmawiać, oznaczało dla niego szansę, żeby trochę zmienić ich myślenie i czegoś przy okazji nauczyć.
Rowan Ingham po prostu miała w nosie jego lekcje. I niestety nie była przypadkiem odosobnionym, bo wielu Krukonów podzielało jej opinię na temat mugoloznawstwa. Ciężko było nawet odejmować im punkty, bo nigdy nie przeszkadzali i zawsze na czas oddawali zadania domowe. Widać było jednak, że zupełnie nie są zainteresowani tym, co Gustaw do nich mówił.
Paradoksalnie, na jego zajęciach najbardziej starali się uczniowie mugolskiego pochodzenia, tacy jak Nancy, którym zależało na tym, by po rozpoczęciu dorosłego życia w magicznym świecie nie stracić kontaktu z rodziną. Oczywiście było im nieco łatwiej, bo już na starcie wiedzieli więcej niż ich koledzy, ale Gustaw zauważył, że to oni częściej sięgali po nadprogramowe lektury, wyszukiwali dodatkowe informacje i zadawali pytania.
Zieleziński nie miał pojęcia, co powinien z tym zrobić. I tak od starszych uczniów wymagał o wiele mniej niż od ich młodszych kolegów. Zdawał sobie sprawę z tego, że wolny czas poświęcają na przygotowania do owutemów, więc prawie nie zadawał im prac domowych. Był też świadom faktu, że rok to za mało, żeby przekazać nastolatkom kompleksową wiedzę o świecie niemagicznym, dlatego na zajęciach z uczniami ostatnich klas i absolwentami, którzy nie zamierzali podchodzić do egzaminów, pozwolił sobie na odejście od standardowego programu i starał się skupić na rzeczach, które naprawdę mogłyby im się przydać, gdyby kiedyś musieli poradzić sobie bez magii. Przy okazji usiłował zaszczepić w nich ciekawość i szacunek do mugoli. Cel nie był ambitny, więc tym bardziej irytował go fakt, że nie potrafi go osiągnąć.
Na szczęście z pozostałymi rocznikami szło mu łatwiej. Dyrektor McGonagall mimo protestów rady nadzorczej zmieniła siatkę zajęć tak, że mugoloznawstwo już od pierwszego roku należało do przedmiotów obowiązkowych, co ułatwiło podział obszernego materiału. Co prawda podstawa programowa przygotowana przez Ministerstwo Magii nie zmieniła się i tak jak wcześniej była, krótko mówiąc, do niczego, ale na szczęście poprzedniczka Gustawa, profesor Burbage, znała się zarówno na mugolach, jak i na nauczaniu i samodzielnie opracowała całkiem sensowne konspekty zajęć dla poszczególnych roczników. Zielezińskiemu nie brakowało własnych pomysłów, ale jej notatki okazały się szalenie przydatne i pomogły mu jakoś sobie to wszystko poukładać.
Podczas ostatnich miesięcy Gustaw napotkał wiele problemów i był dumny z tego, że większość udało mu się rozwiązać. Prędzej czy później powinien jakoś dotrzeć do Krukonów, ale czas mu się kurczył, więc powinien się raczej pospieszyć...
Zieleziński odetchnął i powiedział pogodnie:
— Rowan, niezmiernie cieszy mnie twoje zainteresowanie podręcznikiem, ale czy możesz poczytać go w wolnej chwili, a teraz po prostu posłuchać tego, co mówię?
Sądził, że bez słowa odsunie książkę, żeby zerkać w nią, kiedy nie będzie patrzył, ale zamiast tego, ku jego zaskoczeniu, podniosła głowę i spojrzała na niego stanowczo.
— Czy to konieczne, panie profesorze? — zapytała. — Przecież nikt z nas nie chce zdawać owutemów z mugoloznawstwa.
— Ta wiedza nie przydaje się tylko i wyłącznie na owutemach, ale w codziennym życiu — odparł.
— Nie chcę mieć do czynienia z mugolami w codziennym życiu, profesorze. Po szkole zostanę uzdrowicielką, tak jak moi rodzice.
— Świetnie. W takim razie powinnaś zdawać sobie sprawę z tego, że mugolska medycyna stoi na bardzo wysokim poziomie i wciąż się rozwija...
Rowan patrzyła na niego z uprzejmym powątpiewaniem.
— Mugole potrzebują tygodni, żeby wyleczyć złamaną rękę! Czego niby moglibyśmy się od nich nauczyć?
Gustaw uśmiechnął się lekko.
— Czego czarodzieje mogą nauczyć się od mugoli? To dobre pytanie, Rowan. To będzie wasze zadanie domowe. Zastanówcie się nad tym i opiszcie przynajmniej jedną rzecz, a za tydzień to sobie przedyskutujemy.
Przez klasę przetoczyły się niezadowolone pomruki. Rowan zapewne właśnie poważnie zaminusowała u swoich kolegów.
— Świetnie — westchnął Augustus. — Wielkie dzięki.
— Proszę o spokój. Zadanie domowe i tak by was nie ominęło, więc nie ma co rozpaczać.
— Akurat. Tego pewnie nawet nie ma w podręczniku!
— Straszne, trzeba będzie trochę pomyśleć — prychnęła Nancy.
Chłopak spojrzał na nią nieprzyjaźnie.
— Nikt cię nie pytał o zdanie — odparł.
— Wystarczy — przerwał im Zieleziński.
Augustus wzruszył ramionami, a Nancy spuściła wzrok na swój test.
— Cholerny śmierciojad — burknęła pod nosem.
Gustaw, który już odwracał się, by zapisać coś na tablicy, zamarł i spojrzał na nią zszokowany.
— Hej, tylko bez takich uwag, proszę! Ravenclaw traci dziesięć punktów, Nancy.
Dziewczyna osunęła się na krześle, nieco zła na samą siebie, a nieco obrażona taką stanowczą i najwyraźniej w jej mniemaniu zupełnie niesprawiedliwą naganą.
— Przepraszam, profesorze — mruknęła.
Zieleziński odetchnął głęboko i wciąż zaskoczony potoczył wzrokiem po klasie. Uczniowie nie wydawali się ani zbulwersowani zachowaniem Nancy, ani zbytnio zdziwieni. Sam Augustus sprawiał wrażenie, jakby w ogóle go to nie dotknęło.
— No dobrze — stwierdził Gustaw w końcu. — Wróćmy do tematu, który zaczęliśmy ostatnio...
x
Auriga zdziwiła się nieco, kiedy po południu odwiedziła Lizę w jej gabinecie i zastała ją w towarzystwie Gustawa. Oboje siedzieli nad filiżankami z herbatą i rozmawiali o czymś w najlepsze.
— Cześć... — przywitała się z wahaniem Sinistra. — Hm... chciałam pogadać, ale może przyjdę później. To w zasadzie nic pilnego. — Wzruszyła ramionami.
Z twarzy Lizy natychmiast zniknął beztroski uśmiech.
— Zostań. Profesor właśnie wychodził — oznajmiła.
Zaskoczony mężczyzna zerknął na swoją ledwie tkniętą herbatę i otworzył usta, żeby zaprotestować, ale napotkał stanowcze spojrzenie Vector.
— A, tak, jasne — mruknął, podnosząc się z krzesła. Uśmiechnął się zawadiacko do zakłopotanej Aurigi. — Mam mnóstwo esejów do sprawdzenia. Do zobaczenia później.
— Powinnam o czymś wiedzieć? — zapytała z zaskoczeniem Sinistra, kiedy zamknęły się za nim drzwi. — Zdawało mi się, że za nim nie przepadasz.
Liza lekceważąco machnęła ręką.
— Ma problemy z jedną z moich uczennic. Poza tym jest w porządku. A ty ostatnio siedzisz zagrzebana w książkach, unikasz ludzi i nawet do mnie odzywasz się tylko, kiedy masz jakiś problem, więc musiałam znaleźć sobie inne towarzystwo.
— Ja wcale nie...
— Nieważne, Aur. Siadaj i mów, co się stało, bo że się stało, to widać. Znowu coś z Fenwick?
Sinistra pokręciła głową.
— Fenimore chce, żebym przyjechała. Napisał, że chodzi o Malfoya.
— I tym się tak denerwujesz?
— To nie wszystko. Dostałam też list od Malfoya z prośbą o spotkanie.
Liza uniosła lekko brwi.
— Czego od ciebie chce?
— Och, oczywiście nie napisał niczego wprost, ale jestem pewna, że zupełnie czego innego niż Fenimore! — westchnęła Auriga. — Poprosi, żebym nie zeznawała przeciwko niemu. Albo, jeśli ma wystarczająco dużo tupetu, żebym zeznała na jego korzyść. Wcale się nie zdziwię, jeśli zaproponuje mi łapówkę...
— Szczerze mówiąc, zupełnie nic z tego nie rozumiem — przyznała Liza. — Fenimore wie, że nie chcesz obciążać Malfoya i dotąd nie wymagał tego od ciebie, więc dlaczego teraz miałby to zrobić? Z kolei Malfoy wie, że dotąd z jakichś względów nic o nim nie powiedziałaś i lepiej by zrobił, gdyby cieszył się z tego po cichu, zamiast zawracać ci głowę.
— I właśnie obaj znaleźli się w impasie. Fenimore'owi skończyli się świadkowie oskarżenia, a Malfoy nie ma już jak się bronić.
— A ty w zasadzie któremu z nich jesteś bardziej skłonna pomóc?
Auriga po raz kolejny westchnęła ciężko.
— Najchętniej nie rozmawiałabym na ten temat z żadnym, Lizzie. Gdybym zaczęła mówić o Malfoyu, musiałabym powiedzieć też o Severusie. Nie mogłabym pominąć pewnych rzeczy... Dotąd Fenimore o nic nie pytał, ale co, jeśli teraz zacznie? Nie chcę kłamać, ale przecież nie powiem mu, jak było naprawdę!
— Dlaczego? — zapytała Liza.
Sinistra spojrzała na nią zdziwiona.
— Sama radziłaś mi, żebym nie wyrywała się z takimi rewelacjami.
— Tak, ale jeżeli nie będziesz miała innego wyjścia, to trudno. — Vector wzruszyła ramionami. — Cały szum wokół Snape'a już nieco przycichł, więc może nie wzbudzisz aż takiej sensacji.
— Szczerze wątpię — prychnęła Auriga. — Przecież musiałabym zaprzeczyć wszystkiemu, czego ludzie się o nim dowiedzieli! Jego działania, motywy, które ujawnił Potterowi... To wszystko nieco mija się z tym, co ja o nim wiem, nie sądzisz? Zresztą... jaki w tym sens? — Wstała i nerwowo zaczęła przemierzać pokój. — To przeszłość! Nie chcę ciągle do tego wracać, bo... to wciąż tak boli... Nie chcę się nikomu tłumaczyć i niczego udowadniać, Lizzie! Na Merlina, to okropne i samolubne, wiem, ale ja po prostu tak bardzo, bardzo chciałabym zapomnieć o ostatnim roku i zostawić sobie tylko te dobre wspomnienia o tym, co było wcześniej...
Zatrzymała się przy oknie i ukryła twarz w dłoniach.
— No dobrze — zauważyła ostrożnie Liza — ale przecież Fenimore chce rozmawiać o Malfoyu, nie o Severusie. Nigdy mi nie powiedziałaś, co on właściwie ma z nim wspólnego.
Sinistra odwróciła się do niej zaskoczona, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że Liza faktycznie nie wie tego wszystkiego, co ona. O dziwo, pomogło jej to nieco się uspokoić. Wróciła na miejsce za biurkiem i odetchnęła głęboko, żeby zebrać myśli, a później zaczęła opowiadać:
— Severus często był wzywany przez Czarnego Pana. Zwykle wracał bez żadnych problemów, okropnie spięty, zmęczony i ogólnie w kiepskiej kondycji psychicznej, ale bez obrażeń fizycznych. Czasem jednak zdarzało się, że czymś podpadł i wtedy otrzymywał karę. Zwykle lekką, Cruciatusa albo jakąś inną klątwę... Ten bydlak wiedział, że nie może przesadzić, jeśli chce nadal mieć szpiega w Hogwarcie. Ale czasem był tak wściekły, że chyba już o to nie dbał...
Liza odruchowo zakryła usta dłonią. Niewiele osób w Hogwarcie zdawało sobie sprawę z tego, jak wyglądało całe to szpiegowanie Voldemorta. Auriga nigdy nie mówiła o tym przyjaciółce, z jednej strony pragnąc oszczędzić sobie przeżywania wszystkiego na nowo, a z drugiej mając świadomość, że Severus nie chciałby, żeby inni o tym wiedzieli i litowali się nad nim. Teraz to nie miało znaczenia, a ona bardzo potrzebowała czyjejś rady i wsparcia, dlatego opowiedziała Lizie wszystko: o tamtej nocy, kiedy było tak źle, że Severus nie mógł samodzielnie się aportować, o spotkaniu z Malfoyem i o długiej rozmowie, jaką później odbyła ze Snape'em na jego temat, o motywach, jakie mu przypisywał, o strachu i słabości, a potem jeszcze o innych rozmowach, lakonicznych informacjach i przemilczeniach — słowem, tych wszystkich strzępach, z których składała sobie obraz Lucjusza Malfoya.
— Wiem, że robił także wiele złych rzeczy — stwierdziła Auriga. — Zabijał, torturował, finansował nielegalne przedsięwzięcia, gromadził czarnomagiczne eliksiry i artefakty, dawał łapówki, no zebrałoby się tego... Och, może nawet byłoby lepiej wyjawić tylko te obciążające go sprawy, a resztę zostawić dla siebie, w końcu czym on tak naprawdę różni się od pozostałych śmierciożerców? — westchnęła ponuro. — Rzecz w tym, że gdybym tak zrobiła, chyba by mnie zjadły wyrzuty sumienia, Lizzie! ...Głupie, nie?
— Trochę — przyznała Vector.
— Ale jak mogłabym wytrzymać ze świadomością, że przeze mnie ktoś spędzi resztę życia w Azkabanie? Tym bardziej, że ufam osądowi Severusa. Nie powiedziałabym, że był jego przyjacielem, ale jednak... Wydaje mi się, że byli trochę do siebie podobni, tylko że Sev w odpowiednim momencie wykorzystał szansę, żeby się wycofać i zwrócić do Albusa, a Malfoy nie miał tyle szczęścia.
— Och, Aur, jak zwykle doszukujesz się lepszej strony w człowieku. Nawet w takiej szui jak Malfoy! — Liza wydawała się nieco rozbawiona.
— Więc sądzisz, że powinnam zeznawać przeciwko niemu? — zapytała Auriga, ale nie czekała na jej odpowiedź. — Rzecz w tym, że to już nie są przypadkowe informacje, które z łatwością można potwierdzić w innych źródłach albo wskazówki, które pomogą aurorom w ujęciu osoby poszukiwanej. Od tego może naprawdę wiele zależeć. Nie chcę brać na siebie takiej odpowiedzialności... Ale z drugiej strony — zastanawiała się na głos — skoro już tyle powiedziałam, to może to też powinnam? Niech Wizengamot sam sobie ocenia, jakie to ma znaczenie dla całej sprawy i wydaje wyrok. — Umilkła, patrząc na przyjaciółkę wyczekująco.
— Dokładnie to chciałam ci powiedzieć — oświadczyła Liza stanowczo. — Jeśli chcesz im pomóc i czujesz, że to będzie w porządku, to powtórz to wszystko Fenimore'owi. To są fakty, a aurorzy, Malfoy i sąd niech sobie z nimi robią, co chcą. Ty naprawdę nie powinnaś się tym przejmować, ani tym bardziej mieć wyrzutów sumienia. Szczegóły odnośnie Severusa zachowaj dla siebie. Myślę, że inspektor lubi cię na tyle, że nie będzie się w to zagłębiał, tym bardziej, że dotychczas okazał sporo wyrozumiałości i dyskrecji.
Auriga nie wydawała się przekonana.
— Ale musiałabym powtórzyć wszystko, co opowiedział mi Severus. I żeby być wiarygodną, musiałabym dodać, że wiem to od niego. Nie mogłabym się zasłaniać tym, że przypadkiem usłyszałam parę drobiazgów... Zaczęłyby się pytania, dlaczego on mi to wszystko mówił. A co, jeśli aurorzy albo sędziowie zażądaliby przesłuchania mnie pod Veritaserum albo, co gorsza, żebym im pokazała swoje wspomnienia z naszych rozmów... — Wzdrygnęła się na samą myśl. — Zaraz dobrałaby się do tego prasa i wtedy Fenwick już na pewno nie dałaby mi spokoju. Ciągle jej nie odpisałam na ten poprzedni list...
— Już ci mówiłam, Aur — odparła miękko Liza. — Nie musisz niczego robić. Nikt nie może cię do niczego zmusić, tylko ty sama. Sama musisz podjąć decyzję. Proszę cię tylko, żebyś pomyślała przy tym trochę o sobie. Nie ma nic egoistycznego w zadbaniu o swój własny komfort psychiczny i spokój ducha, i nikogo tym nie skrzywdzisz.
Auriga oparła brodę na dłoni, patrząc bezmyślnie gdzieś w przestrzeń i pogrążając się w myślach. Wyglądała jakby sama musiała teraz poukładać sobie to wszystko w głowie, więc Liza odchyliła się wygodniej na krześle i cierpliwie czekała.
Po chwili Auriga westchnęła, prostując się. Zerknęła na zegarek i zaczęła podnosić się z krzesła.
— No nic, dzięki za rozmowę, Lizzie, ale teraz muszę się zbierać na zajęcia z siódmym rokiem...
Vector również wstała, żeby odprowadzić ją do drzwi.
— Co zamierzasz? — zapytała jeszcze.
Sinistra bezradnie wzruszyła ramionami.
— Napiszę Fenwick, żeby spadała, spotkam się z Malfoyem i zobaczę, co ma mi do powiedzenia, a potem odwiedzę Fenimore'a i jeśli trzeba będzie, to po prostu powiem mu prawdę — palnęła bez namysłu.
Liza uśmiechnęła się spokojnie.
— Brzmi jak plan.
Auriga spojrzała na nią zaskoczona, ale po chwili sama stwierdziła, że może to, co przed chwilą powiedziała, faktycznie miało jakiś sens.
— A później — dodała odrobinę pogodniej — umówimy się na kremowe i koniecznie opowiesz mi, co takiego zrobił Gustaw, skoro dwa tygodnie temu wprost nie mogłaś na niego patrzeć, a teraz pijacie razem herbatę!
xxx
Severus wrócił do swoich komnat późnym wieczorem. Po kolacji wybrał się jeszcze na szybki obchód po zamku, bardziej po to, żeby czymś się zająć, niż z konieczności. Ostatnie tygodnie były względnie spokojne. Gwardia Dumbledore'a wyrażała swoje niezadowolenie buntowniczymi napisami na ścianach, jednak nie posunęła się do jakichś bardziej ofensywnych działań. Nauczyciele zorganizowali kilka konspiracyjnych spotkań w prywatnych kwaterach Minerwy, podczas których nie ustalili niczego odkrywczego. Ich bunt przeciw nowym porządkom ograniczał się do pomagania uczniom i rzucania nieprzyjemnych spojrzeń dyrektorowi i Carrowom.
Snape zdjął pelerynę i rzucił ją byle jak na wieszak, a potem przygotował sobie herbatę i zasiadł z nią przed kominkiem. Zapatrzył się bezmyślnie w płomienie. Podejrzewał, że chwilowa równowaga w szkole nie potrwa za długo, ale nie wiedział, z której strony nadciągnie spodziewana katastrofa — dopóki nie nastąpiła, niewiele mógł zrobić. Poza tym, prawdę mówiąc, dręczyło go zupełnie coś innego...
Kiedy przysięgał Dumbledore'owi, że zrobi to, co należało zrobić, nie przypuszczał, że najwięcej trudności sprawi mu dojście do ładu z własnymi uczuciami. Uważał się za człowieka opanowanego i nieulegającego wzruszeniom i sentymentom. Poddawanie się emocjom było słabością, na którą jako szpieg i śmierciożerca nie mógł sobie pozwolić, gdyż istniało zbyt wielkie ryzyko, że ktoś — a w pierwszej kolejności on sam — na tym ucierpi.
W tym wszystkim Auriga Sinistra była... drobną komplikacją. Związek z nią stanowił nieznaczne odstępstwo od przyjętych zasad — odstępstwo poprzedzone rzecz jasna racjonalną analizą okoliczności i oceną ryzyka. To nie tak, że po prostu kompletnie stracił głowę dla tej kobiety. Wręcz przeciwnie, od początku miał nad wszystkim całkowitą kontrolę... A przynajmniej właśnie w ten sposób lubił o tym myśleć. Czas pokazał, jak bardzo się mylił.
Severus mimowolnie zacisnął dłoń na poręczy fotela. Żałosny, sentymentalny głupiec! Było tyle ważniejszych rzeczy, którymi powinien się zająć, zamiast pogrążać się w rozmyślaniach o tej przeklętej czarownicy i swoich uczuciach do niej... Ale mimo wszystko lepiej, by zmierzył się z tym w samotności, w zaciszu prywatnych komnat, niż uciekał od tematu, co jedynie spowodowałoby, że natrętne myśli powracałyby w najmniej odpowiednich momentach. Dlatego, chcąc nie chcąc, pozwolił sobie na chwilę szczerości z samym sobą.
Sądził, że po konfrontacji z Aurigą wszystko stanie się choć odrobinę łatwiejsze. Była ostatnim ogniwem łączącym go z dawnym życiem. Jeśli ktokolwiek w Hogwarcie mógł żywić jeszcze jakieś wątpliwości co do niego, to właśnie ona. Znała go lepiej niż ktokolwiek inny i wiedziała więcej o jego pracy dla Dumbledore'a niż ktokolwiek powinien. W zasadzie posiadała wystarczająco dużo danych, by po połączeniu ich w całość wszystkiego się domyślić.
I choć Severus nigdy by się do tego nie przyznał nawet przed samym sobą, jakaś część niego była niemal rozczarowana, że tak się nie stało.
Na to, co zrobił, Auriga zareagowała dokładnie tak, jak oczekiwał: emocjonalnie i gwałtownie. Wśród wszystkich uczuć, które nią targały, nie znalazło się miejsce na logiczną analizę faktów. Nawet jeśli próbowała znaleźć jakieś inne wyjaśnienie, brakowało jej odpowiedniego dystansu i umiejętności spojrzenia na wszystko z boku, bez zakłamujących obraz emocji.
Kiedy do niego przyszła, wbrew temu, czego się obawiał, nie miała żadnych wątpliwości ani złudzeń. Nie odczuł jednak ulgi z tego powodu. I nie pozwolił sobie na czucie czegokolwiek, kiedy raczył ją kolejnymi kłamstwami, mówiąc dokładnie to, czego najbardziej bała się usłyszeć. Dobrze ją znał i wiedział, gdzie uderzać, by zabolało.
Do tego momentu w zasadzie wszystko szło zgodnie z planem. Dalej sprawy się komplikowały. Rzecz w tym, że przygotował się na nienawiść i otwartą wrogość ze strony Aurigi. Spodziewał się, że wypowie mu wojnę, że będzie stawiać opór, sprzeciwiać się i nieustannie wyprowadzać go z równowagi, a może nawet spiskować za jego plecami razem z resztą kadry. Nigdy się go nie obawiała i wątpił, by teraz miała zacząć — w końcu nic gorszego, od tego, co już uczynił, nie mógł jej zrobić. Ewentualnie, gdyby jednak zachowała trochę rozsądku, powinna zacząć traktować go z lodowatą obojętnością.
Tymczasem ona kompletnie się poddała. Nie brała nawet udziału w sekretnych spotkaniach organizowanych przez Minerwę, stroniła od towarzystwa i — nie sądził, że to w ogóle możliwe — wydawała się jeszcze bardziej przygaszona i smutna niż wcześniej.
Severus skrzywił się i upił łyk herbaty, żałując, że nie może strzelić sobie czegoś mocniejszego. Wciąż nie bardzo rozumiał, w którym momencie w swoim rozumowaniu popełnił błąd. Czy z Aurigą nie powinno być tak samo jak z Lily? Wtedy wystarczyło jedno słowo, a Lily obraziła się i odwróciła od niego, mimo że starał się wszystko wyjaśnić i naprawić. I jakoś wcale nie wyglądała na załamaną tą sytuacją. Wręcz przeciwnie, szybko przeszła nad tym do porządku dziennego, znalazła nowych przyjaciół i ignorowała wszelkie próby pogodzenia się.
Aurigę potraktował o wiele gorzej, a mimo to czasem sprawiała wrażenie, jakby nie potrafiła tak po prostu go znienawidzić. Przez ostatnie tygodnie obserwował ją dyskretnie i nie podobało mu się to, co widział — jej zapadnięte policzki i smutne oczy, zaczerwienione od płaczu i podkrążone z niewyspania. Czasem przyłapywał ją na tym, że przypatrywała mu się podczas posiłków, i w jej spojrzeniu zawsze dostrzegał więcej rozpaczy niż wrogości.
Starał się wmówić sobie, że wszystko jest w porządku. Osiągnął swój cel, Sinistra niczego nie podejrzewała i mógł być pewien, że nie spróbuje niczego głupiego, co znacząco zwiększało jej szanse na przeżycie tej wojny... Racjonalne argumenty nie przynosiły jednak ukojenia.
Severus odstawił filiżankę na stolik i ukrył twarz w dłoniach. Zdawał sobie sprawę z tego, że będzie mu ciężko, ale nie spodziewał się, że najgorsze, z czym będzie się mierzył, to nieustające, dławiące poczucie winy.
Kiedy to wszystko się skończy...
Nigdy nie myślał zbyt wiele o przyszłości. Od kiedy został dyrektorem, w ogóle przestał snuć jakiekolwiek dalekosiężne plany, gdyż nauczony doświadczeniem wiedział, że i tak za każdym razem pojawią się jakieś nieprzewidziane wypadki, które pokrzyżują mu szyki. Poza tym nie miał pojęcia, jakie zadanie wyznaczył Dumbledore Potterowi i nie potrafił przewidzieć, jak długo zajmie mu jego wykonanie. Wojna mogła potrwać jeszcze miesiąc, ale równie dobrze ciągnąć się latami. A jego samego w każdej chwili mógł trafić jasny, a niespodziewany szlag. Wybieganie myślami w przód naprawdę nie miało sensu. Musiał na bieżąco dostosowywać się do okoliczności, z dnia na dzień starając się umacniać swoją pozycję w Hogwarcie, trzymać Carrowów w ryzach i wyprzedzać o dwa kroki Gwardię Dumbledore'a i kadrę pedagogiczną. Miał nadzieję, że to wystarczy, żeby wywiązać się z narzuconego mu zadania.
Jednak ostatnio mimowolnie zaczął zastanawiać się, co będzie potem. Szczerze wątpił, by spełniły się optymistyczne przewidywania Dumbledore'a, że po wojnie wszystko wróci do normy. Czasem przypuszczał, że Albus sam w to nie wierzył i tylko kłamał, żeby mieć pewność, że jego plan zostanie zrealizowany. W końcu czy istniał lepszy sposób na zmotywowanie człowieka do walki, niż pozwolenie mu na wiarę, że ma coś, o co warto walczyć?
Severus nie łudził się, że po wszystkim Auriga w jakiś magiczny sposób zapomni o tym, co zrobił i powiedział. Jak zareaguje, kiedy dowie się prawdy?
„A przynajmniej części prawdy" — poprawił się Severus, doskonale świadom tego, że jeżeli sam nie przeżyje tej wojny, nie będzie nikogo, kto mógłby powiedzieć jej całą.
Pod wpływem impulsu wstał i podszedł do biurka. Usiadł i sięgnął do szuflady, by wyciągnąć arkusz pergaminu, ale dłonią natrafił na zmięty skrawek papieru. Wyjął go i dotknął różdżką, a wtedy skrawek rozprostował się i wygładził. Zaczęły pojawiać się na nim linie i kolory, początkowo wyblakłe, ale z każdą sekundą coraz bardziej wyraźne. Po chwili z rozdartej fotografii uśmiechała się do niego Lily.
Sam nie wiedział, dlaczego nie zniszczył tego zdjęcia. Nie było mu już potrzebne, ale jakoś nie potrafił się go pozbyć. Może dlatego, że to była jedyna pamiątka po niej, jaką kiedykolwiek posiadał? Nawet teraz, mimo upływu czasu i uczuć, jakie żywił do Aurigi, patrzenie na śliczną i radosną Lily bolało zbyt mocno. To przez niego zginęła... Musnął zdjęcie różdżką i gdy z powrotem zmieniło się w zmiętą kulkę, wrzucił je do szuflady.
Obecna sytuacja w jakiś absurdalny sposób przypominała mu tamte wydarzenia sprzed siedemnastu lat. Wtedy też siedział w tych samych komnatach, nie potrafiąc poradzić sobie z bólem, poczuciem winy i odrazą do samego siebie; nie widząc przed sobą żadnej przyszłości. Wydawało mu się, że nie zostało w nim wiele z tamtego głupiego dzieciaka, a jednak nadal mieli ze sobą zadziwiająco dużo wspólnego.
Lily nie żyła, ale Aurigę mógł jeszcze ochronić. Kosztem wszystkiego, co ich łączyło, co prawda — ale jeśli się uda, to ta cena nie będzie zbyt wysoka.
Rozprostował przed sobą czysty pergamin, uniósł pióro i... zawahał się. Było tyle rzeczy, o których powinna się dowiedzieć. Z jakichś nie do końca zrozumiałych dla niego powodów zależało mu, by nie myślała o nim tak zupełnie źle. Chciał jej powiedzieć, jak bardzo mu przykro i jak wiele go to kosztuje. I jeszcze, że w tym, co się wydarzyło, nie było jej winy; że cokolwiek by zrobiła, niczego nie mogłaby zmienić. I że nie pomyliła się aż tak bardzo w ocenie i nie ulokowała swoich uczuć zupełnie fatalnie, bo w innym czasie i okolicznościach może mogłoby im się udać. Nie oczekiwał przebaczenia — pewnych rzeczy nie dało się wybaczyć — ale pragnął, by poznała całą prawdę. Zasługiwała przynajmniej na tyle. Jeżeli ktokolwiek mógł osądzić go sprawiedliwie, to właśnie ona.
Severus poczuł się idiotycznie.
„I co jej napiszesz?" — zakpił w myślach. — „Że zostałeś zmuszony? Zrzucisz winę na Dumbledore'a, powiesz, że nie pozostawił ci wyboru? Powtórzysz kilka razy, że przepraszasz i że... co?".
Tak czy inaczej, to było bez znaczenia, skoro wszystko, co dotąd zrobił, zupełnie temu przeczyło. Papier jednak był cierpliwy, a on, cokolwiek by nie napisał, nie mógł bardziej jej skrzywdzić.
Ciszę przerwał nagły trzask skrzaciej aportacji.
— Ogryzek przeprasza, proszę pana... Profesor Carrow przyłapała dwóch Gryfonów w pobliżu gabinetu dyrektora. Ogryzek pomyślał, że dyrektor powinien wiedzieć...
Severus zaklął pod nosem i zerwał się z miejsca. Dopytując skrzata o szczegóły zajścia, przywołał pelerynę, a potem ruszył do drzwi, po drodze wrzucając pusty pergamin do płonącego w kominku ognia.
xxx
Severusa obudził dźwięk zbliżających się kroków na korytarzu. Jeszcze nim otworzyły się drzwi, wiedział, kogo w nich zobaczy. Nie było takiej siły, która odwiodłaby Malfoya od raz podjętej decyzji, jeśli dzięki niej mógł odnieść bezpośrednią korzyść...
Auriga weszła do pokoju i rozejrzała się niepewnie, ale w ciemnym, nieznanym pomieszczeniu jej przyzwyczajone do światła oczy niczego nie dostrzegły. Za nią w otwartych drzwiach pojawiła się sylwetka Lucjusza. Mężczyzna wyciągnął różdżkę i machnął nią, rozsuwając zasłony.
Severus zmrużył oczy przed gwałtownym atakiem dziennego światła. Usłyszał cichy okrzyk Aurigi. Potrafił wyobrazić sobie, co odczuwa — zdumienie, gniew, gorycz... Nie śmiał na nią spojrzeć w obawie, że zobaczy te uczucia wypisane na jej twarzy. Wcześniej długo zastanawiał się, jak zareaguje na jego widok i nawet w najbardziej optymistycznych scenariuszach nie pojawiało się nic przyjemnego. On sam również nie miał pojęcia, jak się zachować. Co miałby jej powiedzieć? Zacząć się tłumaczyć? Przepraszać? Błagać o wybaczenie? Duma nie pozwalała mu na coś takiego, tym bardziej, że rozsądek podpowiadał, że to i tak zupełnie bez sensu. Skoro on sam nie widział dla siebie żadnego usprawiedliwienia, to jak mógł szukać zrozumienia u kogoś innego?
Auriga cicho poprosiła Malfoya, by zostawił ich samych, a on wyszedł bez słowa, zamykając za sobą drzwi. Podeszła do łóżka, Severus słyszał jej miękkie kroki na dywanie.
— Spójrz na mnie — poprosiła.
Posłuchał. Nie wyglądała tak, jak ją zapamiętał, a tak, jak chciał ją pamiętać. Najwyraźniej doszła już do siebie po tamtym koszmarnym roku i bitwie. Jej twarz była jak dawniej szczupła, ale nie chorobliwie wychudzona, a policzki zaróżowione z emocji. Uśmiechała się, nieco niepewnie, ale zdecydowanie radośnie. Oczy miała mokre — oczywiście, pomyślał z rozbawieniem, ani przez chwilę nie łudził się, że uda jej się nie rozpłakać.
Nieśmiało dotknęła jego twarzy. On także nagle zapragnął wyciągnąć dłoń i otrzeć te niepotrzebne łzy, a potem zanurzyć palce w jasnobrązowych lokach, miękko opadających na jej ramiona. Chciałby przyciągnąć ją do siebie i objąć — miał dziwne wrażenie, że nie zaprotestowałaby. Może dlatego, że nie wydawała się do końca rzeczywista...
Nagle jej spojrzenie przesunęło się na szyję Severusa i poszarpaną, sinoczerwoną ranę, z której sączyła się ropa i krew. Uśmiech zniknął i na twarzy Sinistry odmalowało się obrzydzenie. Cofnęła się o krok, a Severus z przerażeniem uświadomił sobie, że znów leży na podłodze we Wrzeszczącej Chacie. Chciał coś powiedzieć, ale usta miał pełne krwi. Auriga patrzyła na niego beznamiętnie, lodowato spokojna.
— Tchórz — powiedziała. — Zdrajca. Morderca.
Jej słowa odbiły się echem i zwielokrotnione poniosły po pomieszczeniu. Severus zasłonił sobie uszy, ale za późno, bo już dźwięczały mu w głowie, powodując nieznośny, rozsadzający czaszkę ból, który promieniował na całe ciało. Rana na jego szyi paliła żywym ogniem. W oczach mu pociemniało, wszystko rozmyło się w konturach i tylko Auriga pozostała wyraźna, zagniewana i rozczarowana. Odwrócił wzrok, by uciec przed bijącym z całej jej postawy wyrzutem.
— Spójrz na mnie, Severusie! — rozkazała zimno, a potem wszystko pochłonęła ciemność.
x
