.
Rozdział 13
Obfite słowa i inne nałogi
.
Oparł się ramieniem o zardzewiałą furtkę, z której niczym zęby śnieżnego potwora z mugolskich, grudniowych opowieści zwisały podłużne sople lodu błyszczące w łagodnej, białej poświacie księżycowego światła i wypuścił z płuc papierosowy dym, który zdawał się kleić do szkieł jego okularów.
— Zupełnie nie rozumiem, co próbujesz tutaj odnaleźć — odezwał się - a choć podświadomie oczekiwał, że głos mu zadrży, brzmiał na niepospolicie obojętnego i przepełnionego pewnością siebie, której nie odczuwał. Okryta peleryną postać, której towarzyszyły dwie inne, czekające w cieniu rozłożystego, uschniętego bluszczu połykającego resztki sypiącego się murku, który musiał być szczytem mody lat osiemdziesiątych kochających się w niecodziennych wzorach, odwróciła się bez pośpiechu w jego stronę, a para czerwonych oczu zdająca się migotać w ciemnościach przesunęła się od jego dłoni trzymającej papierosa, poprzez niedbale zarzuconą pelerynę podróżną w niepospolitym odcieniu kakaowego brązu, do schowanych za zaparowanymi szkłami, zielonych oczu o kształcie migdałów.
Harry zaciągnął się nikotyną i setką pierwiastków rakotwórczych i przytrzymał przez chwilę dym w płucach, zanim powoli wypuścił go przez nos, rozpylając wokół swojej głowy szaro-białą mgiełkę i wskazał w stronę domu dłonią trzymającą papierosa.
— To rudera, która na domiar złego grozi zawaleniem — zauważył, spoglądając przelotnie na ledwo trzymające się na resztce przerdzewiałych zawiasów drzwi i zacinający do środka - na podłogi pokryte przegniłym mchem - śnieg. — Nie kryje w sobie odpowiedzi na wymagające niesztampowego myślenia pytania.
Jeden z mężczyzn stojących w cieniu jak lodowe posągi wykonał błyskawiczny gest ku wewnętrznej kieszeni szaty, jednak zanim zdołał podnieść na Harry'ego różdżkę, zanim zdołał wykrzyczeć zaklęcie, zanim zdążył wypchnąć klątwę z ust, czerwonooki czarodziej uniósł dłoń, milcząco wstrzymując jego zamiary. Harry, z lekkim świstem, wydmuchał dym z płuc i strzepnął popiół na sięgający za kostki śnieg, przesypujący mu się za krawędzie - zbyt cienkich jak na tę porę roku - butów i topniejący piekącym chłodem na jego stopach. „On należy do mnie" — zadzwonił w jego głowie chłodny głos sprzed roku. Jakby obowiązywał go jakiś skomplikowany przywilej nietykalności, jakby miał immunitet do stanięcia Czarnemu Panu kością w gardle, jakby miał prawo do buntu, którego nie miał nikt inny.
Zaciągnął się powoli papierosem, mrużąc w zadumie oczy.
Voldemort zbliżył się do niego, nabierając nieco aparycji dementora, kiedy powiewy lodowatego wiatru bawiły się wedle własnej woli jego sięgającą ziemi peleryną, szarpiąc rąbkiem i tarmosząc rękawy, a Harry przechylił głowę, zastanawiając się, czego powinien się po nim spodziewać w obecności dwóch świadków czających się pod walącymi się ruinami ogrodzenia. Voldemort wyciągnął rękę.
— Nie pal — wyjął mu z dłoni papierosa i rzucił nim w śnieg, a Harry był tym posunięciem tak zaskoczony, że przez krótką chwilę zawładnęła nim impulsywna ochota, aby rzucić się na ziemię i podjąć mizerne próby uratowania niedopalonego tytoniu przed przemoknięciem — bo umrzesz na jakąś chorobę cywilizacyjną, zanim zdołam się namyślić, jak zamierzam się z tobą obchodzić.
Harry zrezygnował z chęci ocalenia swojego, dogasającego pod stopami, papierosa i zerknął kątem oka na stojące w cieniu postacie.
— Anioły stróże? — zapytał i poczuł niewielki, kłujący ból w mięśniach policzkowych, kiedy całą siłą woli starał się powstrzymać od cisnącego mu się na usta, zgryźliwego uśmiechu.
Voldemort spojrzał przeciągle na dwie, okute mrokiem sylwetki, skrywające tożsamość za srebrnymi maskami.
— W wersji edytowalnej — odparł obojętnie, a Harry - nie mogąc się powstrzymać - parsknął śmiechem.
— I co, drążysz w nich? — przechylił głowę.
— Jak dłutem w drewnie.
Harry westchnął, starając się wykrzesać w sobie pogardę, kiedy dwaj, czekający w cieniu Śmierciożercy drgnęli z niepewnością, spoglądając po sobie, ale nie potrafił jej z siebie wydobyć.
— A dlaczego ty tu wracasz, Harry? — Ledwo go usłyszał; jego głos był cichy jak wiatr, jak szmer przesuwających się pod podeszwami liści.
Wzruszył ramionami.
— Z technicznego punktu widzenia — odezwał się, bardzo mocno starając się brzmieć na obojętnego i pełnego zdystansowania — to mój dom.
— Z technicznego punktu widzenia — powtórzył cicho Voldemort, przyglądając mu się, jakby doszukiwał się jakichś podpowiedzi dla swoich podejrzeń w jego rysach twarzy.
Harry przestąpił nerwowo z nogi na nogę pod ciężarem jego spojrzenia, nagle czując dziwną, nie do końca jasną pogardę do samego siebie, za to, że postanowił tutaj w ogóle przybyć dzisiejszego dnia.
— Mhm, dziedziczenie, spadkobierstwo czy jak to tam się formalnie nazy... — urwał, kiedy przestępowanie z nogi za nogę sprawiło, że kolejne warstwy śniegu przesypały się przez krawędzie jego butów i teraz topniały niemal parzącym chłodem na jego skórze.
— Czyli nie uważasz tego miejsca za swój... dom, czy tak? — zapytał Voldemort, choć Harry nie rozumiał, po co w tym drąży.
— Tom, ja tu nigdy nie mieszkałem — prychnął Harry, zanim dotarło do niego, co właściwie powiedział. — To znaczy: mieszkałem, ale w tak odległych dla mnie czasach, że ja tego nawet nie pamiętam.
Jeden z zakapturzonych czarodziejów - co zanotował kątem oka - drgnął, jakby chluśnięto mu w twarz lodowatą wodą, ale zarówno Harry, jak i Voldemort zignorowali to nagłe poruszenie, nie spuszczając z siebie wzroku, jakby nie istniało nic poza nimi, jakby świat wokół nich rozmywał się jak akwarela w szklance z wodą.
Czarny Pan przechylił głowę, coś zamigotało na dnie tych czerwonych oczu - jakaś, nie do końca dla Harry'ego zrozumiała solidarność, jakby niespodziewanie zrozumiał on coś, czego wcześniej jedynie się domyślał. Wyciągnął w jego stronę dłoń, ale długie, szczupłe palce zatrzymały się w połowie drogi, jakby zrobił to bezwiednie albo się rozmyślił i pocierając kciukiem opuszki palców - zupełnie, jakby ciążył na nich jakiś niewidoczny dla oczu ślad - opuścił rękę.
— Gdzie, w takim układzie, jest twój dom, Harry? — zapytał cicho, przeskakując spojrzeniem między jego oczami, jakby szukał w nich potwierdzenia swoich przypuszczeń; Harry westchnął i spuścił wzrok na wydeptane ślady na śniegu (śnieżny puch pod ich stopami był nieco wilgotny - w głębokich odciskach ich podeszew wzbierała na wpół płynna, na wpół stała breja - jak centymetrowa, zabłocona kałuża).
— Tam, gdzie był twój — przechylił głowę Harry, spoglądając w bladą, smukłą twarz poprzez zasłonę cienkich, przydługich włosów. — Choć może powinienem powiedzieć: „jest"? — bardziej zapytał, niż stwierdził, marszcząc nos na wysokiego, obserwującego go świdrującym wzrokiem czerwonych jak rubiny oczu mężczyznę.
Voldemort nie odpowiedział.
-VVV-
— Dowiem się, Tom, czego szukałeś?
— Wiatru w polu.
— Pytam poważnie.
— A ja, Harry — odrzekł Voldemort, powolnie przeciągając sylaby, unosząc delikatnie, niemal niezauważalnie, kąciki warg — poważnie odpowiadam.
-VVV-
— Odnoszę czasem wrażenie — powiedział cicho Snape, spoglądając na niego przez zacieniony gabinet, obracając w dłoniach różdżkę — że przelewam z pustego w próżne.
Harry podniósł się z ziemi i otrzepał niespiesznie szatę, unikając czarnookiego wzroku profesora; poprawił nerwowym gestem włosy wpadające mu na oczy.
— Może Voldemort miał rację? — mruknął nie bez niepewności, zerkając na swoje krzywo poobgryzane paznokcie.
— Słucham? — Snape uniósł wyżej głowę - trochę jak zwierzę, które wyczuje ślad zapachowy w powietrzu - i zacisnął mocniej palce na swojej różdżce (Harry nie widział nerwowości na jego twarzy, ale skóra jego dłoni pobladła nieznacznie).
— Kiedy mówił, że to rana — wzruszył ramionami, spoglądając na udeptany dywan, na wychylającą się spod niego, wypolerowaną niedawno przez skrzaty posadzkę, na ciemne, wysokie ściany i ciężko opierające się o podłogę półki pełne książek — która się nie zagoi.
Snape opuścił różdżkę - wyglądało to trochę tak, jakby jego ręka straciła czucie i opadła bezwładnie, bez zdolności ruchowych.
— Tak ci powiedział? — zapytał cicho; prawie szeptał.
Harry uniósł na niego wzrok. Ogień trzaskający drwami w kominku odbijał się chwiejnymi refleksami barw w jego czarnych jak nocne niebo oczach. Był rozdarty między chęcią zapytania: „a czy to ważne?" a przytoczeniem mu słów, które usłyszał już raz w głębi swojej głowy, odbijające się niczym echo od obszarów jego czaszki.
Odwrócił z westchnieniem głowę i zapatrzył się w ogień; języki liżące kafelki kominkowe tworzyły na nich czarne, lepiące się smugi sadzy. Harry miał ochotę podejść bliżej i wydrapać w niej paznokciem swoje imię, podstawić dłonie pod bijący od ognia żar, pozwolić mu wtopić się w jego skórę i objąć kości.
— Masz chęć na gorącą czekoladę? — usłyszał ciche, pełne wahania słowa; zamrugał, aby odegnać wielobarwne plamy tańczące mu na źrenicy i skierował twarz w stronę profesora, zastanawiając się, czy się nie przesłyszał.
— Słucham?
— Na gorącą czekoladę — powtórzył Snape i brzmiał obojętnie, ale niewielkie, różowe plamy, które wykwitły na jego skórze, wypełzając mozolnie spod kołnierzyka, mówiły same za siebie. — Chyba wiesz co to takiego, prawda, Potter?
Umysł Harry'ego zrobił gwałtowny przeskok myślowy i w jednej chwili zaczął doszukiwać się ukrytych motywów, które mogłyby stać za tak niedorzeczną propozycją wyciekającą z ust Snape'a. Zmarszczył brwi.
— Nie potrzebuję eliksiru na uspokojenie — powiedział, ostrożnie ważąc słowa na języku. — Żadnego eliksiru nie potrzebuję.
Snape prychnął i wykrzywił paskudnie usta - ten wyraz o stokroć lepiej wpasowywał się w rysy jego twarzy.
— Myślisz, że gdybym chciał wcisnąć w ciebie jakiś eliksir — zapytał, przewiercając go spojrzeniem czarnych oczu — wcześniej bym cię o tym uprzedził? — parsknął, jakby sam chciał zaprzeczyć swojemu retorycznemu pytaniu. — Nie bądź nierozsądny. Jeśli zaproponowałem czekoladę — prychnął, odgarniając chaotycznym, nieco niespokojnym gestem przydługie, zatłuszczone włosy z czoła — to miałem na myśli czekoladę, jasne?
Czekolada.
Harry zobaczył oczami wyobraźni zielone, ciepłe oczy Remusa i jego siwiejące na skroniach, przy samej skórze włosy, jego uśmiech miękki jak spokojne morze i zmarszczki wokół ust, w których kryła się czułość.
— Remus dawał mi czekoladę — uśmiech sam cisnął mu się na twarz i wiedział, że wygląda przy tym głupio, wiedział, że w jego oczach tli się rozczulenie, wiedział, że troska odbija się w nich jak w tafli szkła, wiedział, że musi jawić się Snape'owi jak idiota z zamiłowaniem do melodramatyzmu, ale zignorował to, skupiając myśli wokół Remusa, jego szeroko rozłożonych ramion, kiedy rzucił się między niego a dementora-bogina, i dłoni trzymającej nadgryzione jabłko o błyszczącej skórce - jak w baśni, jego lekko zapadniętych policzkach i wiecznych cieniach kreślących się rozległymi, nieco sinymi plamami pod jego oczami o łagodnym spojrzeniu. Jego mocno zasłużonego, przetartego na łokciach i na złączeniach z rękawami żakietu, zarzuconego niedbale na cienki sweter wycięty w serek przy kołnierzyku, zza którego wystawały dwa, pomięte poły kołnierzyka białej koszuli. Uśmiechu błąkającego się na jego twarzy za każdym razem, gdy spoglądał na Harry'ego, choćby i zmęczenie rzeźbiło w jego skórze jak woda w kamieniu, choćby na powiekach miał fiolet a pod oczami worki, choćby był nienaturalnie blady i wymarniały - jego uśmiech: zawsze szczery, zawsze miękki, zawsze taki sam. — Pierwszy raz, kiedy ją od niego dostałem... wsiedliśmy do przedziału, który on zajął, bo większość była całkowicie zatłoczona, a ten był cichy i pusty i tylko Remus drzemał przy oknie. Przed trzecim rokiem w Hogwart Express — mówił urwanymi zdaniami - jak dziecko, które chce powiedzieć zbyt wiele w za krótkim czasie. Zatrzymał się, odetchnął, spróbował znów: — Obudził się, kiedy przyszli dementorzy, a potem... potem dał mi tą czekoladę, zaśmiał się i powiedział: „To nie jest zatruta czekolada, możesz mi wierzyć". Nikt mi nigdy wcześniej nie dał czekolady... to znaczy, oczywiście - jadłem czekoladę, którą sobie sam kupiłem, ale... — Harry wzruszył ramionami i przygryzł wargę, zastanawiając się, dlaczego przyszło mu to teraz na myśl. Może było w tym coś, czego nie mógł ze sobą pogodzić - że to właśnie Remus i Snape zaproponowali mu coś, co w dzieciństwie nie przysługiwało komuś takiemu jak on - darmozjadowi, świrowi.
— Merlinie, Potter — prychnął Snape, wypuszczając ze świstem powietrze spomiędzy zębów, z jakiegoś powodu znajdując się w stanie lekkiego podminowania, kierując się w stronę przejścia, które musiało być drzwiami do jego prywatnych komnat — przestań już kłapać językiem. Po prostu zrobię nam tą czekoladę, dobra?
-VVV-
Była gorąca, gęsta i słodka. Harry zmrużył lubieżnie oczy i oblizał się niczym kot po opróżnieniu spodka z mlekiem. Pachniała dobrej jakości kakaem i słodkością, ale w smaku była gorzka, intensywna - ten aromat balansował mu na języku, oferując gamę intensywnych doznań smakowych, rozpuszczających się w ustach.
Harry oblizał zęby i spojrzał sponad parującego, rozgrzewającego jego dłonie kubka w ziemistą twarz, w oczy przypatrujące mu się - nie bez kalkulacji - spod zmarszczonych brwi. Odetchnął głęboko, mając wrażenie, że gorący płyn przynosi ukojenie jego głowie, w której dzwonił podkowami o wnętrze czaszki cały orszak konny. Uniósł jedną z dłoni do czoła i przycisnął palce do pulsującej blizny (jakby to nie był ból, nie do końca; jakby to, co odczuwał, było tylko wspomnieniem po bólu).
— Często daje ci się we znaki? — usłyszał jak zza mgły; wypuścił powoli powietrze i skupił wzrok na brązowym, gęstym płynie klejącym się do ścianek naczynia, pachnącym słodyczą i ukojeniem. — Twoja blizna?
Kąciki jego warg drgnęły w nieszczerym uśmiechu.
— Sądzi pan, że czekolada jest drogą do otwarcia przed panem mojego serca? — zaszydził, ale w jego głosie brakowało animuszu.
— Patrząc przez pryzmat sposobu, w jaki wypowiadasz się o Lupinie? — uniósł brew Snape, przyglądając mu się tak, jakby był intrygującym zwierzęciem siedzącym za kratami w miejskim ZOO. — Tak, Potter. To jest dokładnie to, co myślę.
-VVV-
— Wybaczy pan, profesorze, ale nie będę z panem rozmawiał o mojej bliźnie.
— Ponieważ korona ci z głowy spadnie?
— Ponieważ brud to brud. Pan ze mną nie rozmawia o swoim Mrocznym Znaku, nieprawdaż?
-VVV-
Kawę pił odkąd tylko pamiętał. Już u Dursleyów, kiedy wstawał rano, zanim zabrał się do szykowania śniadania dla swojego wujostwa, wlewał w siebie pospiesznie kubek parującej, czarnej kawy z ekspresu, czasami dolewając mleko prosto ze stojącej w lodówce butelki i chłeptał ją pospiesznie, kończąc ją tak szybko, że później zastanawiał się, czy wypił już tego dnia swoją codzienną porcję kawy (czasem szedł do kuchni, wlewał wodę do czajnika i szykował drugą pod pretekstem sprzątania blatów - tą się rozkoszował, pił bez mleka, powoli, jak koneser, zanim ciotka Petunia nie krzyknęła z jadalni, żeby poszedł wypielić ogród). Czasami - zmęczony domowymi zajęciami - smażąc na patelni pulpeciki indycze z cebulą, które wuj Vernon zażyczył sobie na obiad, szykował sobie kolejną - cappuccino albo caffe mocha z nagrzanego ekspresu - stawiając ją w kącie kuchni za miską z owocami, żeby nie dostrzegła jej ciotka Petunia co jakiś czas wkładająca nos do pomieszczenia, krytykująca jego opieszałość, nazywająca go nierobem.
W Hogwarcie było inaczej. W Hogwarcie budził się rano, schodził na śniadanie, zapełniał pękatą, głęboką, ciepłą filiżankę - jakby dopiero co umytą z dokładnością przez zamkowe skrzaty - zapażoną, mocną esencją i dolewał do niej śmietanki z niewielkiego, ozdobnego dzbanka. Pił ją przed śniadaniem, na rozbudzenie, na otwarcie oczu i wyklarowanie umysłu. Potem robił dolewkę - nazywał ją: „kawą numer dwa" - obowiązkowy, codzienny rytuał. Był przywykły do nauki z kawą - skrzaty były łakome jego próśb, szczególnie gdy w odróżnieniu od Hermiony nie starał się wpoić im poczucia własnej wartości do małych głów, nie sprzeczał się z nimi o czapeczki, które powinny nosić w chłodnawe, zimowe wieczory, nie sprawiał, że czuły się niepewnie w jego towarzystwie. Lubiły go. Być może dlatego, że wymagał, ale z uprzejmością, może dlatego, że rozkazywał, ale zakrapiał to słowami: „proszę", „dziękuję", „spisałeś się na medal", może dlatego, że łaknęły pochwały, której im nie skąpił. Siadał późnym wieczorem w dalekim kącie Pokoju Wspólnego, otoczony złotymi dekoracjami - złotymi ramami, wysokimi, filigranowymi wazami ze złotym wzorem, miedzianymi figurkami lwów, przykucającymi na tylnych łapach, machającymi ogonami w kształt ósemek, stroszącymi długie wąsy, udającymi złote; opierał książkę o kolano albo otwierał podręcznik z zajęć, albo rozkładał przed sobą kilka pergaminów, na których jego notatki krzyczały niechlujnym pismem i kilkoma, kolorowymi podkreślnikami, chwytał pomiędzy trzy palce ucho filiżanki przyniesionej przez skrzaty i powoli wdychał korzenny aromat, unoszący się znad gorącego płynu o jasnobrązowej barwie, powstałego ze zmielonych, palonych ziaren.
Przed egzaminami połykał ją jak powietrze. Odganiał senność i robił to jak najbardziej świadomie. Kiedy tylko czuł, że jego sprawność umysłowa spala na panewce, prosił skrzaty o kolejną i kolejną, i kolejną; czasami robił przerwy w nauce, aby odciążyć oczy od drobnego druku rozmywającego się na jego źrenicach i przechadzał się ukryty pod peleryną niewidką do hogwardzkiej kuchni, gdzie siadał przy wysokim blacie roboczym, opierał się o niego łokciami i pozwalał skrzatom sobie usługiwać, wsłuchując się w chrobot mielonego ziarna, szum lejącej się wody i syk wrzącego w garnuszku mleka. Wdychał wypełniający zamkową kuchnię, świeży aromat, przełykając ślinę wzbierającą na jego języku.
Rano budził go ucisk w głowie - senność, wmawiał sobie - topniał po filiżance gorącego espresso, po nieco większym kubku americany przechodził bez echa.
Pił ją automatycznie - jak wodę, jak prawdziwy Anglik herbatę - aż pewnego dnia przestał. Tej nocy miał koszmar, wyjątkowo zamglony, wyjątkowo przerażający - kiedy schodził na śniadanie, wciąż czuł kołatanie serca w swojej piersi, oddech nadal się całkowicie nie wyregulował. Żołądek buzował. I Harry pomyślał: „nie", nic nie przejdzie przez jego usta, nie da rady niczego przełknąć, zwymiotuje na środku Wielkiej Sali, na posadzkę, na stół, na swoje dłonie. Nie.
Usiadł przy stole, napił się wody, pogrzebał widelcem w chudej sałatce, połknął dwa kęsy posmarowanej odrobiną białego serka kromki chleba i ruszył na zajęcia, ignorując dudniące łupanie w głowie i piekący ucisk gdzieś w okolicach potylicy, ciche dzwonienie w uszach.
To efekty źle przespanej nocy — tak właśnie wtedy pomyślał — wtopię się w rutynę dnia, skupię się na pierwszych kilku zajęciach, odetchnę magią wiszącą w powietrzu i przejdą do obiadu.
Nie przeszły. Nasiliły się.
Ból głowy dopadł go już na pierwszych zajęciach - dziwny, nieoczywisty, trochę jak migrena, ale niezupełnie. Drażniło go światło wpadające do klasy Flitwicka, szemrzące głosy, które go otaczały, Hermiona szturchająca go łokciem, dopytująca o jakieś szczegóły zaklęcia poznanego na ostatnich Zaklęciach, które zupełnie mieszały mu się w głowie. Syczał i prychał, i odpowiadał półsłówkami, i miał ochotę cisnąć jakimś paskudnym urokiem w Rona, który z drażliwym chichotem oznajmił, że zbyt wiele czasu spędza ostatnio w towarzystwie Snape'a. Wykład prowadzony przez Binnsa był niemal przygnębiający i Harry'emu kleiły się powieki, miał wrażenie, że ktoś sypnął mu piaskiem w oczy, myślał, że potrzebuje kofeiny, potrzebuje jej - jak powietrza, jak wody do życia. Ułożył głowę na ławce, oparł ją na ramionach i zasnąłby, gdyby nie szturchająca go co rusz Hermiona, na którą zgrzytał zębami i ciskał w nią rozsierdzonym spojrzeniem. I przez ten cały czas rozpatrywał w głowie wiele scenariuszy: „depresja", „stres", „zaburzenia nerwicowe", a cichy głosik na tyłach jego umysłu szemrał: „potrzebuję kawy" - ale mimo to ani przez moment nie przemknęło mu przez myśl: „uzależnienie od kofeiny". I choć na Eliksirach ze znużeniem mieszał ze sobą poszczególne składniki i omal nie doprowadził do eksplozji swojego kociołka, a na Transmutacji nie potrafił się skupić na ani jednym słowie wypowiadanym przez Hughesa, tłumił ziewanie wierzchem dłoni i rozgryzał na korytarzu podrzucane mu przez Zgredka ciastka ze świeżego, startego imbiru - marny substytut; odmówił sobie filiżanki gorącej kawy, zaciskając mocno dłonie. Wieczorem nie miał siły na naukę, więc złapał jedną z książek z mugolskiej literatury pięknej - ale nie mógł się skupić na czytanych stronach. Mówił sobie - jeszcze za wcześnie na pójście spać - chociaż przysuwał policzek do poduszki na kanapie w Pokoju Wspólnym, a oczy mu się kleiły i wreszcie, trochę po wpół do ósmej, ruszył do dormitorium, zaciągnął ciemnoczerwone kotary nad łóżkiem i zasnął chwilę po owinięciu się w miękką, pachnącą krochmalem pościel.
Następnego dnia powiedział sobie: „wczoraj miałem zły dzień" i: „to nie jest efekt niewypicia kawy, nie - z całą pewnością - nie ma takiej opcji" i tylko po to, aby potwierdzić swoje założenie, choć korciło go i ciągnęło do „swojego" dzbanka przy śniadaniu, Harry odwracał wzrok i czując ucisk w głębi żołądka, mówił sobie: „wczorajszy dzień to efekt koszmarów, a nie odstawionej kofeiny", a aromat kawy rozciągający się nad stołami, którego nigdy wcześniej nie czuł tak wyraźnie, kusił go i zaklinał, by po nią sięgnął. Harry, ziewając, oznajmił Hermionie, że nie jest głodny; „nie, naprawdę, proszę cię, Hermiono, daj spokój", zrezygnował z bogatej kanapki z pastą z groszku, grubo krojonym, żółtym serem, szynką z kurczaka i pomidorem, czując mdłości na samą myśl, że mógłby ją przełknąć i skubnął cienko posmarowaną białym serem, niewielką kromkę, którą chwilę potem odłożył na talerz, nalewając sobie herbaty, myśląc, że może ta ukoi łupanie, które obijało mu się o czaszkę.
„Masz koszmary?" — pytała zaniepokojona Hermiona, a Harry uśmiechał się blado, starając się odegnać rosnące w jego piersi, rozsierdzające rozdrażnienie, nazywając ją w głębi umysłu „wścibską" i „namolną" i kręcił w zaprzeczeniu głową; bo owszem - tej nocy nie dopadł go ani jeden zły sen - tej nocy zasnął, jakby zanurzył się w smole, czarnej, gęstej i niemej, przez którą nic nie można dostrzec, przez którą nie przebija się żaden dźwięk - i wyłonił się z niej nad ranem jak ciągnięty do życia niewidzialną liną, gdy promienie słońca, drażniąc go jak mało co, padły na jego powieki przez rozchylone nieznacznie kurtyny rozpostarte wokół łóżka.
Ból głowy ściskał mu czaszkę, wpadające do Wielkiej Sali słońce wywoływało u niego mdłości, tak samo jak ledwie przełknięta kanapka, którą wmusił w siebie pod czujnym okiem Hermiony, mając przy tym gorącą ochotę cisnąć jej stroną posmarowaną cienko białym serem prosto w twarz; zastanawiał się, czy nie nabawił się przypadkiem migreny. Ze wszystkich stron naciskał na niego horrendalny niepokój, przez który rozglądał się drapieżnie po sali, łypiąc na wszystkich nieprzychylnym wzrokiem i mrużąc oczy, gdy tylko uchwycił przy tym spojrzenie innego ucznia. Nalał sobie herbaty i próbował udawać, że to kawa - ale nie czuł tego kojącego odegnania senności, tego szturchnięcia w kierunku rozbudzenia, tego wypłukiwania piasku z oczu. Hermiona prosiła go, aby coś zjadł, cokolwiek, choćby trochę, bo: „Harry, musisz jeść", „Harry, nie wytrzymasz bez niczego do obiadu", „Harry wyczerpiesz swój organizm", ale on tylko się krzywił i nalewał sobie więcej herbaty, dosypując znacznie więcej cukru, niż zwykle, mając nadzieję na porządny kop energii.
Kop energii nie nadszedł. Za to nasiliły się mdłości. I Harry siedział na zajęciach, po kilka razy czytając to, co było wypisane na tablicy, starając się zrozumieć choćby i ogólny sens słów, ale miał wrażenie, że litery były jak odległa myśl, która przelatuje gdzieś przez tyły jego umysłu, nie zatrzymując się na długo, nie układając się w jego głowie w logiczne sformułowanie.
Kiedy Harry pomyślał: „to może być to", w pierwszej chwili nie mógł uwierzyć własnemu rozumowaniu.
U Binsa chwycił książkę, której nie skończył czytać, ale nie mógł się na niej skupić, litery były jak hieroglify dla jego umysłu - starał się je rozszyfrowywać, ale ogólny sens całego rozdziału ginął gdzieś za próbami zrozumienia pojedynczych zdań i Harry cofał się non stop do poprzedniej strony, starając się pojąć, jak doszło do tego, co właśnie się dzieje, doszukując się znaczeń w prostych określeniach, nie rozumiejąc nawiązań i chwytów literackich, aż w końcu zatrzasnął z rosnącym skokowo zbulwersowaniem niezbyt opasły tom i posłał wściekłe spojrzenie spoglądającemu na niego z niepokojem Ronowi, który - ku niejakiej satysfakcji Harry'ego - przygryzł wargę i odwrócił wzrok, jakby przed czymś uciekał.
Drżały mu ręce, drżało mu całe ciało - jak narkomanowi na głodzie. I niemal nie mógł uwierzyć, kiedy tej nocy poszedł do łóżka jeszcze wcześniej niż poprzedniego dnia, a potem budził się - około dwudziestej drugiej, około pierwszej, około trzeciej, około wpół do czwartej - pocąc się jak po koszmarze, którego nie miał, wstając, wlewając wodę do wyschniętego gardła, kładąc się z powrotem, kręcąc się na materacu, rzucając się po nim ogarnięty niewyjaśnionym niepokojem, prosząc szeptem skrzaty o eliksir na ból głowy, wtulając czoło w pościel, non stop przewracając się nerwowo z boku na bok. I kiedy przysnął nad ranem i obudził go Ron, poganiając go z animuszem na śniadanie, Harry nieomal wpadł histerię, nakładając kołdrę na głowę, powtarzając w kółko: „nie chcę jeść, nie chcę, nie chcę", a kiedy Ron pociągnął go żartobliwie za kostkę, kopnął go bez powściągliwości w nadgarstek, warcząc, że nie ma najmniejszej ochoty na śniadanie i czy do Rona (do wszystkich diabłów) to nie dociera; nie ma ochoty.
Harry miał mgliste pojęcie o tym, że pozostali współlokatorzy wyszli już z pokoju i tylko Ron wisiał nad jego twarzą jak upiór i chciał mu splunąć w oczy, w brodę, w za długi nos, ale powstrzymała go mglista świadomość, że to jego przyjaciel, że się o niego niepokoi, że widzi, widzi wyraźnie jak na dłoni, że nie jest z nim dobrze; jego kołdra była cała przepocona.
Ron odsunął się dopiero po kilku minutach, oznajmiając mu przy tym, że idzie po Madame Pomfrey, ale Harry pokręcił głową, czując, jak włosy lepią mu się do karku i wyrzucił z siebie:
— Chcę Snape'a.
„Chcę Snape'a" — powtarzał, ale to chyba nie docierało do Rona, bo mamrotał coś, o: „niemyśleniu" i „gadaniu głupot" i wyszedł, dopiero kiedy Harry krzyknął na niego: „Chcę Snape'a, nie dociera to do ciebie, ty uprzedzony idioto, Snape'a, Snape'a!", a potem, gdy trzasnęły drzwi, z nienaturalnie bijącym sercem schował głowę pod kołdrę, zaciskając na jej krawędzi drżące jak w malignie dłonie, przyciskając piekącą głowę do pościeli, zaciskając z całych sił powieki na szczypiących oczach.
Przez chwilę otaczała go cisza, którą próbował się cieszyć, ale nie potrafił, a kiedy usłyszał coraz wyraźniejszy odgłos odbijających się echem po pustym Pokoju Wspólnym kroków, uderzenie podeszew o schody, zgrzyt nienaoliwionych drzwi i głos Rona: „Przyprowadziłem panią Pomf...", nie pozwolił mu dokończyć i trzęsąc się jak osika, nie wyłaniając głowy spod kołdry, wybuchnął jak supernowa:
— Mówiłem ci durniu, że potrzebuję Snape'a, do cholery jasnej!
I kiedy - jeszcze wyraźniej, niż poprzednio - usłyszał zbliżające się ku niemu kroki, wydał z siebie warkot, który równie dobrze mógłby wydostać się z gardła osaczonej zwierzyny i skulił się pod kołdrą, przyciągając kolana do klatki piersiowej; chwilę potem poczuł dotyk - stanowczo męskiej - dłoni na swojej zaciśniętej z całych sił na brzegu kołdry, drżącej, mokrej od potu ręce i ciche słowa wypowiedziane z nienagannym spokojem:
— Dziękujemy, panie Weasley. Na tę chwilę nie będzie pan już dłużej potrzebny.
-VVV-
Ledwie zauważył siadającą na brzegu jego łóżka szkolną uzdrowicielkę, która przyłożyła dłoń do jego czoła i zmarszczyła brwi, nie stwierdzając podniesionej temperatury, bo jego oczy utkwiły w czarnych - przypatrujących mu się z solidną uwagą, z głęboką wnikliwością, jakby zamierzały wyczytać coś z jego twarzy.
Snape przysunął się powoli bliżej łóżka i ze spokojem uklęknął przy wezgłowiu, a Harry, czując, jak drżą mu wargi, tak bardzo zduszonym głosem, jakiego jeszcze nigdy u siebie nie słyszał, wymamrotał:
— Jestem uzależniony od kofeiny.
-VVV-
Niemal maniakalnie obserwował chude, eleganckie dłonie, które bez pośpiechu zaparzały imbryk z kawą; siedział na fotelu w komnatach, do których nigdy wcześniej nie został zaproszony i wdychał głęboko zapach parzonych ziaren, zaciągając się nim drżąco i łapczywie - jak dymem papierosowym. Wiedział, że jego oddech jest nienaturalny, zbyt urwany, nawet jeśli głęboki - uciekał chwiejnie przez trzęsące się wargi - i wiedział, że drżą mu dłonie. Ślina wezbrała w jego ustach, a Harry zmrużył oczy, śledząc imbryk, którego niewielkie, płaskie denko zostało szczelnie nałożone przez długie palce, dwie filiżanki, przelewitowane do stołu, czarny wywar sączący się z dzióbka czajniczka.
Snape podał mu niewielką filiżankę wypełnioną po brzegi kawą i zaproponował mleko i cukier, ale Harry już przyłożył naczynie do ust i upił z niej niewielki łyk, uważając przy tym, aby się nie oparzyć, a stan, w którym znalazł się chwilę potem, mógłby nazwać: „euforycznym".
Mistrz Eliksirów nalał kawy do własnej filiżanki, zajął fotel naprzeciw Harry'ego, uniósł naczynie na wysokość ust i przyglądał mu się znad jego krawędzi zmrużonymi w skupieniu oczami.
— I jak się czujesz? — zapytał po pewnym czasie Snape z pozoru obojętnie, a Harry uśmiechnął się leniwie zza do połowy wypitej kawy - trochę jak kot wygrzewający się na kaflowym piecu i odparł:
— Zwyczajnie — odetchnął głęboko i upił jeszcze jeden łyk. — Dobrze. Lepiej. Dostanę drugą?
Snape wskazał podbródkiem na stojący pomiędzy nimi na blacie czajnik.
— Częstuj się — oznajmił gładkim tonem, a Harry - którego powoli wypełniało znajome ciepło, zamruczał gardłowo z ukontentowaniem.
Nalał sobie kolejną filiżankę, uniósł ją na wysokość twarzy i opierając się łokciami o kolana, zaciągnął się głęboko ulatującą znad jej brzegów parą. Pachniała słodkością, goryczą, kwasowością i Harry, oblizując wargi, miał ochotę nałykać się tego zapachu, zebrać go w swoje dłonie, przelać do szklanego flakonu i zakorkować; a potem przewinąć go przez łańcuszek i wiecznie nosić na swojej piersi, pod ręką, aby zawsze móc sięgnąć po to lekkie otrzeźwienie. Gorąca filiżanka grzała mu palce.
— Czarny Pan swojego czasu uwielbiał bawić się uzależnionymi — przerwał chwilę dłuższej ciszy Snape i oparł się wygodniej o fotel, wyginając złośliwie kąciki warg i upijając ze swojej filiżanki, gdy Harry uniósł na niego pełen zaskoczenia wzrok. — Och, tak... Widzisz, Potter, pozbawiał ich czynnika, bez którego nie mogli się obejść i dopilnowywał, by mieli oni okazję otrzymać go tylko z jego rąk w momencie, kiedy sobie na to zasłużą.
Harry zawahał się. Obrócił w dłoniach ściskane jak sztabka złota naczynie.
— Inteligentne — powiedział cicho, a Snape posłał mu szeroki uśmiech zza swojej filiżanki; wyglądał inaczej: groźnie, drapieżnie.
— Bardzo — wyszeptał i upił powolny łyk kawy, sprawiając wrażenie, jakby mocniej delektował się własnymi słowami, niż jej aromatem. — I niebezpieczne. Ta zażyłość, ta zależność powodowała, że gotowi byli oni na największe poświęcenia przy odpowiedniej... motywacji, czyli obietnicy otrzymania ich wymarzonej nagrody. Sami budowali ściany, do których wnętrza Czarny Pan ich uprzejmie zapraszał.
Harry - próbując się uspokoić - wypił ciurkiem pozostałą w swojej filiżance resztkę kawy i nalał sobie trzecią porcję.
— Przecież mu pan o tym nie powie — powiedział cicho, obserwując falujący między ściankami ściskanego przez niego nieco zbyt mocno naczynia płyn; uniósł wzrok na czarne oczy po przedłużającej się w nieskończoność ciszy. Snape wodził długim palcem po chudych wargach w niemym zamyśleniu, przyglądając mu się zza przymkniętych oczu. — Nie powie mu pan o tym — powtórzył Harry; w jego głosie była pewność.
Snape przechylił głowę jak zaintrygowane zwierzę.
— Ja nie — odrzekł niemal żarliwie; w jego oczach tliła się pasja — ale nie wiemy, co zrobi nasz drogi Joseph, kiedy się o tym dowie. — Uśmiechnął się samymi kącikami warg, przyglądając się, jak Harry - nie bez nerwowości - poprawia uchwyt na filiżance. — Mogę spytać na jak długo odstawiłeś kawę, Potter?
Harry przeciągnął koniuszkiem języka po górnych zębach i wbił spojrzenie w ściskane w dłoniach naczynie, milcząc przez długą minutę, brzęczącą pomiędzy nimi jak tajemnica.
Mógłby skłamać. Mógłby machnąć ręką i powiedzieć, że to nic takiego, że wystarczy, że nie będzie już więcej robił dłuższych przerw w jej piciu, że tak naprawdę wystarczy mu jedna filiżanka dziennie, może dwie, góra trzy, mógłby powiedzieć, że poradzi sobie sam; ale tego nie zrobił.
— Dwa dni — przyznał wreszcie, usilnie omijając spojrzeniem ziemistą twarz Snape'a, rozglądając się nerwowo po pomieszczeniu, szukając czegoś, na czym bez ogródek mógłby skupić rozbiegany wzrok i nie mogąc czegoś takiego odnaleźć.
Profesor odchylił się powoli na oparcie fotela, założył nogę na nogę i postawił denko filiżanki na swoim kolanie; Harry zaczął wiercić się niespokojnie pod intensywnością jego czarnookiego spojrzenia.
— Jesteś tak chorobliwie usidlony tym nałogiem — oznajmił przyciszonym głosem Snape i brzmiał miękko, brzmiał kojąco; Harry potarł opuszkami palców oczy, zastanawiając się, co powinien o tym myśleć. — Gdyby tak tobą nie telepało, Potter, mógłbym powiedzieć, że to niemal ponętne — uśmiechnął się jak kobra indyjska. — Posiadanie czegoś, bez czego nie można oddychać, bez czego nie można prawidłowo funkcjonować.
Przygryzł wnętrze policzka, obserwując, jak Snape ze spokojem upija kolejny łyk kawy; jego grdyka uniosła się i opadła i Harry dopiero teraz spostrzegł, że nie ma on na sobie swojej zwyczajowej szaty; była równie czarna, ale lżejsza, bardziej zwiewna. I nie miała wysoko postawionego kołnierza. Wzrok Harry'ego zahaczył o długą, szczupłą szyję i osiadł na drobnych bliznach wieńczących bladą skórę.
Snape jej nie zasłonił, nie przykrył włosami opadającymi luźno w dół jego policzków, nie opuścił niżej brody.
— Na co patrzysz, Potter? — zapytał, a jego głos był ostrzejszy, głębszy - jakby ganił niesfornego kundla, jakby poczytywał mu za złe, że tak otwarcie się w niego wpatruje. Harry spuścił wzrok. Labirynt cienkich jak rysy na szkle szram został mu pod powiekami niczym powidoki.
— Myślałem, że są świeże, myślałem, że nabawił się ich pan wtedy, kiedy... obiecałem Voldemortowi, że wrócę — szurnął nogą Harry i zajrzał spod rzęs w ziemistą twarz Snape'a — ale one są stare. Bardzo stare.
Czarne oczy zmrużyły się, pozostawiając sieć zmarszczek rozgałęziających się na skroniach; coś na ich dnie przygasło jak chowające się za horyzont słońce. Wąskie brwi zmarszczyły się na niego.
— Nie odwracaj kota ogonem, Potter — powiedział powoli Snape, ale ta dziwna stagnacja nie opuściła jego źrenic.
Harry przeciągnął koniuszkiem języka po górnych zębach nieznacznie speszony.
— Przecież to nie moja wina — powiedział, spoglądając na swoje wygryzione, poobrywane krzywo paznokcie — że wpadłem po uszy w bagno. Nie prosiłem się o to.
— Och, oczywiście, Potter — prychnął ironicznie Snape — ty tylko postawiłeś kropkę nad „i".
Chyba rozkrwawił sobie język; metaliczny posmak spływał mu mozolnie w dół gardła, a Harry przełykał go miarowo, przyglądając się swoim nieeleganckim, wyskubanym ze skórek palcom z na wpół obgryzionymi paznokciami.
— Tak, wiem — przyznał cicho, wiedząc, że jego twarz stężała, a marnie skrywana gorycz zagnieździła się w jego oczach jak pleśń na kawałku chleba — jestem tylko roz...
— Nie — wysyczał przeciągle Snape z takim zapałem i taką intensywnością, że Harry, zaskoczony, uniósł na niego wzrok; Mistrz Eliksirów skrzywił się kwaśno, jakby przyglądał się czemuś obrzydliwemu, co przykleiło mu się do buta i wykonał taki gest, jakby miał zamiar odwrócić od niego twarz jak od czegoś szkaradnego, co zostało postawione na jego drodze, ale jego oczy przykleiły się do jego własnych jak plaster na otarcia. — Nie jesteś rozczarowaniem, ty durny dzieciaku — pokręcił głową i wypuścił powietrze z płuc - jakby wzdychał.
Przygryzając dolną wargę, Harry opuścił wzrok na swoją kawę, zasysając lekko krwawiącą rankę na języku. Postanowił skupić się na tematach praktycznych.
— Co mam zrobić — zapytał więc, unosząc nieznacznie filiżankę z kawą, jakby ta była wskaźnikiem — żeby się tego pozbyć.
Snape przez moment mrużył na niego oczy, zanim odetchnął głęboko i odrzekł rzeczowo:
— To samo, co należałoby zrobić po nadużyciu jakiegokolwiek eliksiru — wzruszył ramionami, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem i posłał Harry'emu spojrzenie spode łba, kiedy ten pokręcił w niezrozumieniu głową. — Zmniejszać dawki, Potter, oto cała filozofia.
-VVV-
— Wiedz, że jeśli ponownie postanowisz, jakże genialnie, odstawić kawę z dnia na dzień, Potter, to bardzo szybko się o tym dowiem.
— Nie wątpię.
— I nie będę tak samo wyrozumiały jak teraz.
Harry westchnął, odgarniając włosy wpadające mu na twarz i skinął powoli głową.
— Nie wątpię — powtórzył.
-VVV-
W głębi duszy wierzył, że wieści o jego problemie z kofeiną przejdą bez echa, może bardziej dlatego, że nie uznał ich za pociągający temat do dyskusji, niż dlatego, że nie mógł powiązać hogwardzkich uczniów z plotkarstwem, ale rzeczywistość - jakżeby inaczej - wbiła mu nóż w plecy.
To znajome - szepty ścigające go po korytarzach, oczy podążające za jego krokami, głowy odwracające się w jego stronę - to nic, czego nie zdążyłby zasmakować. I choć nie podobał mu się ten smak, nie było sposobu na to, by się go sprawnie pozbyć.
Pełne współczucia spojrzenia Rona przypiekały go do żywego, a gdy Hermiona mrużyła na niego karcąco oczy, kiedy sięgał w Wielkiej Sali przy śniadaniu po dzbanek z kawą, miał ochotę chlusnąć jej stygnącym w jego kubku naparem w twarz. Wydawało jej się, że rozumie; ale skąd mogła wiedzieć, jak to jest: zeskoczyć z nieba prosto w błoto?
-VVV-
— Doszły mnie słuchy, że miał pan ostatnio problemy zdrowotne, panie Potter.
Harry zwrócił wzrok ku zatrzymującemu go na zatłoczonym korytarzu Hughesowi, wpatrując się w niego, jakby ten oznajmił, że widział przyjazną sklątkę tylnowybuchową. Jego zimne, niebieskie oczy spoglądały w jego własne z rezolutnością kłującą nerwy. Musiał wysilić swoje mięśnie ponad przeciętność, aby odpowiedzieć na to leniwym uśmiechem.
— Jeśli do problemów zdrowotnych zaliczamy pozbawienie kości w całym ramieniu, przebicie barku kłem bazyliszka, rozgruchotanie się na boisku quidditcha i mdłości po kontakcie z całą hordą dementorów — oświadczył Harry, przechylając głowę — to ciągle miewam tu problemy zdrowotne.
Hughes zmarszczył brwi i wypuścił ze zmęczeniem powietrze z płuc, jakby na miejscu rozleniwienia dostrzegał oschłość w rysach jego twarzy.
Jego niebieskie oczy błyszczały jak sople lodu.
— Ach, tak — mruknął, przeciągając wzrokiem po zmarszczkach na jego czole, trochę dłużej lawirując nimi w okolicach blizny w kształcie błyskawicy — twoje tutejsze rozrywki dające o sobie znać za pomocą szaleństw, dziwactw i brawury. Wiele o nich słyszałem — przechylił głowę; niebieskie oczy opadły na zielone. — Szczęście nie jest wieczne, wiesz?
Harry zmarszczył na niego nos, doszukując się w tych słowach groźby i nie mogąc jej uchwycić.
— Ma mnie pan za spontanicznego głupca — stwierdził bardziej, niż oznajmił, Harry, patrząc w oczy tego wilka w jagnięcej skórze — z nerwami na wierzchu, chodzącego po grząskim gruncie.
Hughes cofnął się o krok, a na jego twarzy odmalowało się żywe zaskoczenie.
— Mam cię za znakomitość — oznajmił z niezachwianą pewnością; i chyba nie zrozumiał kwaśnego skrzywienia, które spłynęło na usta Harry'ego - nie mógł wiedzieć, że Harry nie pierwszy raz słyszy to określenie, określenie, które w ustach Snape'a od zawsze brzmiało jak obelga, jak pogarda; Hughes pokręcił głową. — Mam cię za znakomitość — powtórzył z naciskiem — o ponadprzeciętnym umyśle, która - owszem - ma swoje słabości, ale nie staje się przez to mniej czarowna.
Harry jakoś nie mógł z tym przejść do porządku dziennego.
-VVV-
— Dlaczego w ogóle zwrócił pan uwagę na tę krótką niedyspozycyjność, profesorze Hughes?
— Niepokoiłem się.
— O każdego ucznia tak się pan niepokoi?
-VVV-
Harry, ku irytacji Snape'a, bujał się na krześle w jego gabinecie, kiedy profesor dał mu odrobinę wytchnienia w czasie ćwiczeń Oklumencji, wsłuchując się w miarowy zgrzyt czterech nóżek.
— Czy moje wspomnienia pana nie nudzą? — zapytał, obserwując, jak Snape chowa różdżkę, chwyta pióro i zapisuje coś na skrawku pergaminu, który chowa do wysuwanej szuflady.
Czarne oczy opłynęły jego twarz.
— Wręcz przeciwnie — odpowiedział mu gładkim głosem, składając dłonie na blacie i zaplatając długie palce; pasmo włosów spadło na jego kość policzkową, kiedy przechylił głowę w niemym zamyśleniu. — Są głębokim źródłem wiedzy. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy z twojej... nocnej eskapady do Doliny Godryka, Potter.
Dwie przednie nóżki na sekundę opadły ze stukotem na posadkę, kiedy Harry koncentrował spojrzenie na ziemistej, surowej twarzy, lecz zaraz uniosły się ponownie - jak muzyka zacinająca się po napotkaniu przez igłę drobnej rysy na płycie winylowej.
Zielonooki wzruszył ramionami, ani trochę nieskruszony za zostanie przyłapanym na gorącym uczynku.
— Chyba mam prawo odwiedzać groby rodziców? — odrzekł i sam był zaskoczony chłodem, jaki wkradł się do jego głosu.
Czarne oczy zmrużyły się, rozprzestrzeniając sieć zmarszczek wokół powiek; górna warga wywinęła się do góry, odsłaniając zęby.
— Nie rób ze mnie idioty, Potter — wycedził Snape, mierząc Harry'ego ostrym jak sztylet spojrzeniem. — Wiedziałeś, że go tam spotkasz.
— Kogo? — zapytał niewinnie Harry, unosząc brwi.
Snape przyglądał mu się dłuższą chwilę z beznamiętnością przyspawaną do twarzy.
— Nie zgrywaj głupiego — zniżył głos do szeptu; Harry westchnął i poprawił się na krześle - skinął niechętnie głową, oddając honory. — Co Czarny Pan robił przy ruinach domu twoich rodziców?
Harry prychnął i ściągnął okulary, nachuchał na szkła i zaczął je na ślepo przecierać materiałem szaty.
— Zastanawiał się, czemu nie umarłem — wygiął krzywo wargi. — To egocentryk. Wciąż nie pojmuje jak to możliwe, że zwykłe poświęcenie może być silniejsze od jego magii — westchnął ciężko. — Kowal swojego losu, któremu wypadło kowadło. I to przez roczne dziecko.
Wepchnął okulary na nos, stwierdzając przy tym, że Snape przygląda się mu, jakby był zagadką, która nie posiada jednego, ścisłego rozwiązania.
— Nie potrafi sobie tego podarować — wzruszył ramionami — więc szuka wyjaśnień. — Opuścił wzrok na własne dłonie. — A gdzie indziej miałby ich szukać, jeśli nie w miejscu, które zapisało się w historii, jako miejsce jego klęski?
Snape nie odpowiadał przez dłuższą chwilę, przyglądając się Harry'emu z czymś niestabilnym płonącym za cieńszą niż zazwyczaj powłoką jego opanowania. Czarne oczy pobłyskiwały z lekka, kiedy przemykały po cieniach osiadłych na rysach twarzy Harry'ego. Harry zacisnął zęby, czując na sobie to spojrzenie; niemal słyszał obrót trybików zasilających umysł Mistrza Eliksirów.
— Jestem zmuszony przyznać — powiedział, obniżając o oktawę tembr głosu — że czasem mnie, Potter, zadziwiasz.
Nie potrafił odeprzeć dumy, która zatliła się w jego piersi jak świetlik w ciemności.
-VVV-
— To Świstoklik.
— Słucham?
— Ten twój kasztan.
Harry przestał podrzucać kasztanem i zwrócił ku Snape'owi oczy, w których - wiedział - musiała czaić się dezorientacja. Mistrz Eliksirów nie patrzył mu w twarz, jego wzrok skierowany był na zaciśniętą dłoń, w której chwilę temu zniknął owoc kasztanowca.
Snape wyciągnął ku niej otwartą dłoń.
— Pokarzesz? — zapytał.
Zawahał się i nie umknęło to czujnym oczom Snape'a; jego usta wykrzywiły się w chłodnym uśmiechu.
— Teraz myślisz: „nie ma szans, Snape, czy nie daję ci już dostatecznie wiele?" — zaszydził czarnooki, ale za jego słowami kryło się rozbawienie.
Harry zacisnął zęby i spróbował zatrzasnąć przed nim swój umysł, ale to było tak, jak opuszczenie szlabanu przed rozpędzonym samochodem; Snape staranował jego barierę ze złowróżbnym niezaangażowaniem; Harry miał ochotę na niego warknąć. Profesor nie cofnął dłoni.
— Nie chcę go zabrać — dopowiedział z pokrętnym grymasem wieńczącym jego usta — chcę go tylko zobaczyć.
— Dlaczego? — prychnął Harry, mrużąc na Snape'a oczy - nie oddał swojego skarbu.
Snape przyglądał mu się długo; jego oczy ślizgały się po jego twarzy, świdrowały jego źrenice, nie odrywały od niego całymi sekundami.
— Żeby sprawdzić, dokąd wiedzie, co go uaktywnia, czy jest zalegalizowany — powiedział cicho, przechylając głowę. — Nie bądź taki nieufny, Potter.
Harry przygryzł dolną wargę i wcisnął kasztana głęboko w kieszeń - nie chciał, aby pokusa skorzystania z niego stała się zbyt wielka.
Chude brwi uniosły się na wysokie, poprzecinane serią zmarszczek czoło.
— Nie chcesz wiedzieć? — zapytał cicho; jego głos stał się głębszy, bardziej intensywny, przenikający aż do kości; zachęcał, namawiał, dawał mu się we znaki.
Harry zjeżył się w odpowiedzi, zaciskając dłonie w pięści.
— Znów pan to robi — zazgrzytał zębami, czując rozdrażnienie rozdrapujące jego pierś, szamoczące się, żądające uwolnienia — tak, jak wtedy, kiedy byłem pod Imperiusem.
Snape przechylił głowę; w jego oczach czaiło się zainteresowanie.
— Co takiego robię, Potter? — zapytał; jego ton ociekał niewinnością i przez chwilę Harry miał nieprzyjemne wrażenie, że połykające go rozdrażnienie niebawem rozerwie go od środka.
— Myśli pan, że skoro nie jestem Ślizgonem — wycedził przez zęby, kręcąc się na krześle — to może mnie pan częstować pokusami, a ja się im śmiało i bezwiednie poddam? Myśli pan, że pozwolę pańskim słowom bezczelnie łapać mnie za gardło, bezwstydnie łaskotać żołądek?
Czarne oczy rozbłysły jak za sprawą zaklęcia, a bladą twarz objął uśmiech, który mógłby należeć do upiora: zarazem lodowaty, jak i kuszący.
— Moje słowa łaskoczą twój żołądek, Potter? — zapytał nie bez rozleniwienia i wyglądał jak wygrany unoszący wysoko swoje trofeum; z gardła Harry'ego uciekł ostrzegawczy warkot - przyklepał kieszeń, aby upewnić się, że kasztan wciąż w niej tkwi i utkwił swoje oczy w oczach Snape'a.
— Uważa pan, że jest pan jedyną przebiegłą osobą w tym pomieszczeniu?
Snape odsunął się na oparcie swojego krzesła i zaczął gładzić kciukiem i palcem wskazującym dolną wargę - jak zawsze wówczas, kiedy coś mocno zaprzątało jego umysł.
— Więc twierdzi pan, że ten kasztan to Świstoklik? — postukał palcem we własną kieszeń Harry, kiedy profesor milczał dłuższą chwilę.
— Owszem — odparł powściągliwie Snape, nie przestając mu się przyglądać w ten nietuzinkowy, specyficzny sposób.
Harry pokiwał głową.
— I żąda pan, abym dał panu do ręki moje koło ratunkowe? — prychnął, unosząc - nie bez niejakiego szyderstwa - brwi. — Tak w zamian za nic?
Snape przechylił głowę, jakby analizował jego słowa, jakby rozkładał je na części pierwsze, szukał niedopowiedzeń i ukrytych znaczeń.
— Nie żądam — powiedział po chwili, składając łokcie na podłokietnikach, splatając przed sobą palce i opierając na nich brodę. — Proszę.
— Głupie bachory nie uznają próśb — odgryzł się, nie bez satysfakcji, za każde oszczerstwo, którym Snape go karmił.
— A co uznają głupie bachory? — zapytał profesor nie bez przekąsu; Harry zmrużył oczy.
— Chciałby pan, żebym postawił panu ultimatum za pokazanie zwykłego kasztana, który być może jest Świstoklikiem? — zapytał po części zainteresowany tą nienazwaną grą, po części zaskoczony obrotem spraw.
Snape zmarszczył brwi, jakby naprawdę to rozważał.
— Mógłbym — odezwał się powoli Snape, przenosząc spojrzenie na krawędź blatu, za którą znikała kieszeń Harry'ego — dokonać konfiskaty, Potter.
Harry pozwolił sobie na bezczelne prychnięcie.
— To by było zbyt łatwe i zupełnie nieciekawe.
Coś się zmieniło w rysach tej ziemistej twarzy, coś zniknęło, coś przybyło, na jego oczach doszło do jakiegoś gwałtownego przekształcenia się emocji, których Harry, choć się starał, nie potrafił nazwać po imieniu - trochę jak na płótnie impresjonisty, który w połowie tworzenia dzieła, zmienia swoje zdanie o wyglądzie efektu końcowego.
— Och, Potter — westchnął Snape; jego czujne, skupione spojrzenie złagodniało — przyzywasz demona. I to w walce o jakiegoś kasztana.
— Udowadniam panu, że nie jestem słaby.
Snape zabębnił palcami o krawędź biurka.
— W porządku — odparł, przechylając głowę. Założył z elegancją nogę na nogę i rozparł się wygodnie na swoim krześle. — Wobec tego, Potter, powiedz mi — czarne oczy napotkały jego własne — czego byś za niego chciał?
-VVV-
Chciał wiele. Pytania mnożyły się w jego głowie jak króliki. Część z nich była nieśmiała, stąpająca ostrożnie wokół jego umysłu, ale nasilona przez zżerającą ciekawość. Snape nienawidził gmerania w jego przeszłości, rozkopywania brudów, taplania się w jego przegniłych wspomnieniach; a właśnie tego najbardziej pragnął Harry - poznać te szczegóły, dokonać ich degustacji, spróbować je zrozumieć, postarać się zaakceptować. Odsłonić część Snape'a - tej tajemnicy błąkającej się po korytarzach Hogwartu, tego umysłu potężnego jak ocean, tego człowieka, którego dzieciństwo - choć w życiu by tego nie podejrzewał - było tak bardzo zbliżone do jego własnego. Chciałby odkrywać ten umysł, oskubywać - sekret po sekrecie - i mieć satysfakcję z tego, że to właśnie on, nie ktokolwiek inny, został obdarowany zalążkiem życia tego zdystansowanego od społeczeństwa człowieka. Och, oczywiście, nie zamierzał nikomu zdradzać swojej wiedzy - to byłoby jego własne, ciche zwycięstwo, o którym wiedziałby tylko on i Snape, mały triumf, który dawałby mu materiały umożliwiające rozbrojenie tego tajemniczego mężczyzny jak tykającej bomby; w jego żyłach płynęła złota jak miedź przyjemność na myśl, że Snape nie mógłby nigdy spojrzeć mu w oczy i powiedzieć: „nic o mnie nie wiesz". Na myśl, że to on mógłby być koszykiem, do którego Snape wkłada swoje sekrety niedostępne dla świata.
Harry oblizał dolną wargę, pochylił się nad blatem biurka i odezwał się, starając się ukryć swoją czystą zachłanność:
— Chciałbym wiedzieć, jak wyglądała chwila, w której przystępował pan do Śmierciożerców.
-VVV-
Snape w bardzo widowiskowy sposób zastygł w bezruchu; Harry'emu zaschło w gardle, kiedy z napięciem czekał na rozwój sytuacji, zastanawiając się, czy Snape da za wygraną i konsekwentnie odmówi, ucinając całe spotkanie i każąc mu znikać gdzie pieprz rośnie, czy może uchyli rąbka tajemnicy. Wiedział, że kolejny krok nie należał do niego.
Profesor wyprostował się powoli, jakby chciał dodać sobie powagi i bez pośpiechu złożył dłonie na kolanach.
— Cóż to za wygórowane żądania — odezwał się cicho Snape, nie spuszczając z niego wzroku; jego głos przesunął się między nimi jak aksamit po skórze. — Moja inicjacja za jakiegoś kasztana. To marna waluta.
Harry rozchylił o milimetry wargi - nie spodziewał się, że Snape z taką sprawnością odbije piłeczkę. Miał tę przewagę, że był po stronie wykładającej warunki - nie zamierzał z tego rezygnować. Dlatego nie zapytał Snape'a, jaka wobec powyższego waluta byłaby odpowiednia. Złożył propozycję:
— Czy noc wskrzeszenia Voldemorta byłaby zadowalająca?
Czarne oczy rozbłysły jak asfaltowa droga po obfitym deszczu.
-VVV-
Mówi się, że trafne słowo lepiej gasi niż wiadro wody. Harry był gotów się z tym zgodzić.
