Za zbetowanie rozdziału serdecznie dziękuję Panterze.
Weronika404 – dziękuję za komentarz. Mówisz i masz – kolejny rozdział. ;) Opowiadanie w żadnym razie nie zostało porzucone. Po prostu przy takim odzewie – jeden komentarz rocznie – nawet nie chce mi się tego opowiadania tutaj na bieżąco aktualizować. Rozdziały pojawiają się regularnie na Forum Mirriel. Nawiasem mówiąc, OZ Pantery również jeszcze nie zostało porzucone – nie wiem jak tutaj, ale na Mirriel wciąż pojawiają się nowe fragmenty.
— Kawy? Herbaty? Może szklaneczkę czegoś mocniejszego? — zapytał Lucjusz.
— Herbata będzie w porządku. Dziękuję.
Dwór Malfoyów okazał się dokładnie tak przytłaczający i onieśmielający, jak Auriga się obawiała. Kominek przeniósł ją do obszernego pokoju wyłożonego jasną boazerią i pełnego eleganckich, antycznych mebli. Lucjusz czekał na nią, siedząc wygodnie w fotelu z rzeźbionymi podłokietnikami. Wstał, by ją przywitać, a potem poprowadził do innego pokoju — najwyraźniej tamten służył jedynie do przyjmowania przybywających siecią Fiuu gości.
Teraz znajdowali się w niedużym saloniku o błękitnych ścianach i oknach wychodzących na niewielki sad. Latem musiał być to naprawdę uroczy widok, ale teraz nagie, powykręcane konary drzew wyglądały ponuro i przygnębiająco. Za nimi dało się dostrzec brudnobiałe mury jakiejś altany czy może zabudowań gospodarczych. Z oddali co jakiś czas dobiegał krzyk pawia.
Auriga siedziała sztywno w fotelu. Przez kilka minut Lucjusz uprzejmie pytał ją o samopoczucie i Hogwart, zupełnie nie przejmując się tym, że jej odpowiedzi były krótkie i niezręczne. Denerwowała ją ta niezobowiązująca pogawędka i wolałaby, żeby już przeszedł do rzeczy.
— Naprawdę cieszę się, że zgodziła się pani ze mną zobaczyć — powiedział Malfoy, kiedy skrzat podał im herbatę.
— To żaden problem — odparła, postanawiając naprowadzić rozmowę na właściwe tory — choć przyznam, że nie rozumiem, czego mógłby pan ode mnie chcieć.
— Wybaczy mi pani moją bezpośredniość, ale myślę, że doskonale pani wie, czego chcę. Mało tego, wierzę, że jestem w posiadaniu znaczących argumentów, które mogą panią przekonać.
Auriga z trudem powstrzymała się przed przewróceniem oczami. Gdyby Malfoy był tak wytrawnym graczem, za jakiego sam siebie uważał, nie zaczynałby od tej kwestii. W ogóle nie powinien jej poruszać. Czy naprawdę uważał, że wszystko i wszystkich dało się kupić?
„Cóż, pewnie tak" — odpowiedziała sobie natychmiast. Wystarczyło spojrzeć na te z przepychem urządzone pokoje, na jego szykowne, szyte na miarę szaty. Gdyby miał choć trochę rozsądku, nie obnosiłby się tak ze swym majątkiem. Nie przy kimś, kogo dom kilka miesięcy temu został doszczętnie zniszczony przez czarnomagiczne zaklęcia. Nie w chwili, kiedy w Hogwarcie wciąż jeszcze znajdowały się zagruzowane komnaty i korytarze kończące się nagle rumowiskiem kamieni.
— Dlaczego ja? — zapytała wprost.
— Wie pani, że nie walczyłem w bitwie. Szukałem mojej rodziny. Nikogo nie skrzywdziłem.
Sinistra skinęła głową.
— Owszem, ale z pewnością może potwierdzić to więcej świadków. Dlaczego zwrócił się pan do mnie? — powtórzyła i dopiero wtedy Lucjusz równie bezpośrednio odpowiedział:
— Pamięta pani tamtą noc przed prawie trzema laty?
W pierwszym odruchu Auriga chciała zaprzeczyć, ale natychmiast zorientowała się, że to nie miałoby najmniejszego sensu. Lucjusz uśmiechnął się z satysfakcją.
— Cieszę się, że nie próbuje pani obrażać mojej inteligencji i zaprzeczać. Choć muszę przyznać, że wtedy uwierzyłem wam bez zastrzeżeń. Tamto Obliviate wyglądało naprawdę przekonująco, a pani świetnie odegrała swoją rolę...
Powiedziałem mu, że masz do mnie słabość...
„Teraz zapyta dlaczego" — pomyślała zniechęcona Sinistra, odwracając wzrok.
Jednak Malfoy nie zadawał żadnych pytań.
— Dopiero niedawno udało mi się poukładać sobie pewne rzeczy — przyznał. — Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale z jakichś względów Severus musiał panią wtajemniczyć w swoje sprawy. I tylko panią. Reszta hogwarckiej kadry nie wie tyle, co pani. Nawet pani dyrektor, od wielu lat bliska przyjaciółka Albusa Dumbledore'a... W dodatku inspektor Fenimore pani ufa. Zdążył się już przekonać, że jest pani wiarygodnym źródłem informacji. Nie wiem, co mu pani powiedziała, żeby wyjaśnić skąd posiada tak obszerną wiedzę, ale to nie jest ważne.
— Więc mam nadużyć zaufania inspektora i skłamać, by panu pomóc?
— Nie proszę pani, by kłamała, a jedynie aby powiedziała pani, jak było naprawdę.
— W taki sposób, żeby przedstawić pana w korzystnym świetle?
Lucjusz spojrzał na nią smutno.
— Niech pani powie wszystko. Żadnych półprawd i niedomówień. Nie wyprę się tego, że byłem śmierciożercą. Robiłem okropne rzeczy, powodowany strachem o życie mojej rodziny i moje własne. Nie pozostawiono mi wyboru.
— Zawsze jest wybór.
— Możliwe. Ale, cóż, ja nigdy nie byłem tak odważny jak Severus...
Auriga zacisnęła dłonie na fałdach spódnicy.
— Wie pani, jak Czarny Pan karał zdrajców? — zapytał Malfoy.
Mechanicznie skinęła głową.
— Więc musi zdawać sobie pani sprawę z tego, że ja ucierpiałbym najmniej — ciągnął. — Może nawet zachowałby mnie przy życiu. Ale moja żona i syn... Oni nie zrobili niczego złego. Draco nikogo nie skrzywdził. Nie był w stanie.
„Severus musiał zrobić to za niego" — pomyślała Auriga i natychmiast zganiła się w duchu. Draco był tylko marionetką w rękach szaleńca. Jeśli kogokolwiek powinna winić, to jedynie Czarnego Pana. Dumbledore i Snape doskonale wiedzieli, co ich czeka, i zgodzili się na to.
— Można powiedzieć, że miałem o wiele więcej do stracenia niż Severus — westchnął Malfoy. — W końcu jedyna osoba, na której naprawdę mu zależało, zginęła już kilkanaście lat temu... — Spojrzał na nią przenikliwym, taksującym wzrokiem, jakby chciał zbadać jej reakcję.
Auriga obojętnie wzruszyła ramionami i spojrzała przez okno na nagie korony drzew, chwiejące się pod naporem wiatru.
— Tak przynajmniej twierdzą dziennikarze — dodał Lucjusz niedbale.
— Tak — odparła, bo wydawało jej się, że powinna w końcu coś powiedzieć.
Nie miała pojęcia, w co Malfoy sobie pogrywa. Nie sądziła, by kłamał. Choć z drugiej strony — Severusa także rzadko kiedy podejrzewała o kłamstwa, a okazało się, że oszukiwał ją nieustannie. Poza tym, nawet jeśli Lucjusz mówił prawdę, nie znaczyło to oczywiście, że perfidnie i celowo nie starał się grać na jej emocjach. Świadomość tego nie sprawiała bynajmniej, że to na nią nie działało.
W zasadzie wolałaby, żeby zaoferował jej łapówkę. Albo żeby jej groził. Nie chciała czuć do niego współczucia i utwierdzać się w przekonaniu, że znajdujący się przed nią człowiek nie był zły. Głupi, chciwy, zadufany w sobie — jednak nie zły.
Z drugiej strony przecież robił straszne rzeczy. Wydawało się nie w porządku, by te postępki uszły mu na sucho! Na Merlina, zapewne wszystkim śmierciożercom zależało na tym, żeby przeżyć. Pozostali też mieli rodziny, kogoś, kto ich kochał i potrzebował. A mimo to wcześniej nie wahała się ani przez moment. Łatwiej było mówić o ludziach, których znała jedynie z mrożących krew w żyłach opowieści i ostrzeżeń. Tamci śmierciożercy nie mieli nawet twarzy — w przeciwieństwie do ich ofiar: ludzi, z którymi osobiście się zetknęła, albo ich krewnych.
Żałowała, że na sprawę Malfoya nie potrafiła spojrzeć z takim samym dystansem, jak na wszystkie inne. Może gdyby w jakiś dziwny sposób tak bardzo nie przypominał jej Severusa... A w kwestii Severusa traciła wszelki rozsądek i kierowała się jedynie uczuciami. Gdyby było inaczej, sama przed sobą musiałaby przyznać, że kochała mordercę. Na nic zdało się powtarzanie, że przecież Severus starał się wszystko odpokutować, że więcej osób ocalił, niż zabił. Nic nie mogło zwrócić życia tym, którzy przez niego zginęli.
Nie powiedziała o tym Lizie podczas ich ostatniego spotkania. Chyba trochę obawiała się, że mogłaby usłyszeć jej szczere zdanie na ten temat, a podejrzewała, że to nie byłoby przyjemne. Co prawda Liza nigdy nie dała Auridze do zrozumienia, że uważa jej uczucia do Snape'a za niewłaściwe, i jak na prawdziwą przyjaciółkę przystało, stała za nią murem, czegokolwiek by nie zrobiła, ale jednak ze swoją bezkompromisowością i jasno określonymi zasadami z pewnością nie miałaby żadnej litości ani dla Severusa, ani dla Malfoya.
Auridze z trudem przychodziło zaakceptowanie tej prawdy. I gdyby Severus przeżył wojnę, nie chciałaby, by drobiazgowo rozliczano go z tego, co zrobił, ale po prostu pozostawiono w spokoju i pozwolono mu zacząć wszystko od nowa. Nie chciałaby dla niego sprawiedliwości, tylko wyrozumiałości i zrozumienia...
Zorientowała się, że Malfoy przyglądał się jej wyczekująco, a cisza zaczynała robić się niezręczna. Upiła łyk herbaty, starając się opanować emocje.
— Co dostanę w zamian? — zapytała nagle.
— W zamian?
— Powiedział pan, że ma pan argumenty. Zamierzał pan zaoferować mi pieniądze?
Lucjusz uniósł brwi w wyrazie zaskoczonego rozbawienia.
— Cóż, dotąd nie śmiałem tego zrobić w obawie, że się pani zupełnie obrazi, ale skoro sama pani poruszyła ten temat... Czy zadowoli panią gotówka? Wolałbym nie wystawiać czeków, to mogłoby źle wyglądać...
— Nie chcę łapówki — przerwała mu Sinistra, irytacją maskując zawstydzenie.
— Więc czego?
— Hojnej dotacji na konto Hogwartu.
Malfoy wyglądał na zniecierpliwionego.
— Myśl pani, że nie próbowałem? Obdarowałem wszystkie ważniejsze instytucje, a szkołę pominąłem dla kaprysu? — zakpił. — No więc nie. Bardzo chętnie spełnię pani żądanie, Aurigo, ale najpierw, niech pani przekona swoją przełożoną, by się na to zgodziła.
Sinistra zastanowiła się nad tym przez chwilę i doszła do wniosku, że nawet jej to nie dziwiło. Minerwa szczerze nie znosiła Malfoya i wolałaby, by szkoła upadła, niż miała funkcjonować z łaski śmierciożercy. Było to myślenie iście gryfońskie, niewątpliwie bardzo honorowe... i głupie. Auriga nie mogła pozbyć się wrażenia, że o wiele rozsądniej i praktyczniej byłoby schować dumę do kieszeni i po prostu przyjąć pieniądze. Obecna, dość nędzna sytuacja finansowa i wykłócanie się o każdego knuta z radą nadzorczą, wydawało się o wiele bardziej upokarzające. Ponadto szkoła wciąż nie prezentowała się najlepiej w oczach opinii publicznej, więc postawienie jej na nogi powinno stanowić priorytet — tak, by wszyscy zobaczyli, że jest placówką pewną i godną zaufania, która mimo problemów działa prężnie jak za najlepszych lat.
Auriga nie miała wątpliwości, co powinna zrobić.
— Więc? — zapytał Lucjusz. — Życzy sobie pani jakąś inną... przysługę?
— Dotacja musi być anonimowa — odpowiedziała zdecydowanym tonem. — I nie mam tu na myśli sytuacji, kiedy wszyscy nieoficjalnie znają autora anonimowej dotacji i chwaląc jego szczodrość, chwalą przy okazji skromność.
— A może mi pani wyjaśnić, jaki sens ma podlizywanie się komukolwiek w ten sposób, skoro nikt o niczym nie wie?
— W takim razie niech pan sobie przekalkuluje, czy korzystniejsze jest obnoszenie z dobroczynnością, czy spełnienie mojego życzenia.
— Na Slytherina, to przecież się nie opłaca! — wykrzyknął Malfoy z nieco przesadnym zdumieniem.
Auriga uśmiechnęła się odrobinę złośliwie.
— Niech pan to potraktuje jako próbę rzeczywistego zadośćuczynienia. Jedna zupełnie anonimowa dotacja... Albo lepiej kilka mniejszych, od jakichś drobnych firm albo mało znanych osób. Proszę coś wymyślić. Wierzę, że leży to w pana możliwościach.
— Zdumiewa mnie pani — oznajmił Malfoy.
— Zgadza się pan?
— A mam inne wyjście?
— To oznacza tak?
Lucjusz westchnął ciężko.
— Do diabła... proszę wybaczyć... tak. Zdaje się, że to najgorsza umowa w moim życiu, ale niech stracę.
Auriga wyciągnęła do niego dłoń.
x
Po kolacji, kiedy Liza wracała do swoich komnat, dogonił ją Gustaw.
— Z Aurigą wszystko w porządku? — zagadnął.
— Co? Ach, tak, pewnie — rzuciła wyrwana z zamyślenia czarownica. — Nie miałam okazji przeprosić pana za to, że w piątek tak wyprosiłam pana z gabinetu...
— Nie ma sprawy. Zdaje się, że ona bardziej potrzebowała rozmowy z panią niż ja.
Vector spojrzała na niego i uśmiechnęła się niewesoło.
— Aż tak to widać? Obawiam się tylko, że nie okazałam się ani trochę pomocna.
— Czasem pomaga samo wygadanie się przed kimś życzliwym — zauważył.
Liza przygryzła lekko wargę. To Auriga posiadała tę niepojętą umiejętność terapeutycznego słuchania, od którego człowiek od razu czuł się lepiej. Kiedy Liza słuchała zwierzeń przyjaciółki, odnosiła wrażenie, że nie tylko jej wcale tym nie pomaga, ale do tego szkodzi samej sobie. Była człowiekiem czynu, nie znosiła czuć się bezradna, nie mając pojęcia, co powinna zrobić.
— A czasem nic nie pomaga i można tylko bezsilnie czekać nie wiadomo na co — odparła ponuro.
Wiedziała, o czym mówi. Czuła się tak przez cały ostatni rok i miała nadzieję, że wraz z pokonaniem Voldemorta tamto uczucie zniknie. Tymczasem kiedy patrzyła na coraz bardziej pogubioną i nieszczęśliwą Aurigę, chciało jej się krzyczeć z frustracji.
Zatrzymali się przy rozwidleniu korytarza, gdzie ich drogi się rozchodziły.
— Może wejdzie pani na herbatę? — zapytał Gustaw nieco niepewnie. — Wiem, że to niedzielny wieczór, ale może... skoro nie było nam dane porozmawiać ostatnim razem...?
Liza spojrzała na niego zdziwiona. W zasadzie planowała zaszyć się u siebie, zrelaksować, wziąć długą kąpiel, poczytać... Wiedziała, że to tylko mrzonki, bo nie będzie w stanie przestać martwić się o Aurigę. Poza tym jeśli Gustaw miał problemy z uczniami, powinna mu pomóc. W końcu sama też kiedyś zaczynała pracę jako nauczycielka i doskonale pamiętała, jak bardzo ceniła sobie w tym czasie wsparcie starszych stażem współpracowników.
Więc kiedy Zieleziński uśmiechnął się zachęcająco, wzruszyła ramionami i skinęła głową.
x
Za oknem zacinał deszcz i huczał wiatr, ale w komnatach Gustawa było ciepło i przytulnie. W kominku płonął ogień, a herbata roztaczała przyjemny aromat.
— ...na początku może trochę mnie testowali, ale teraz raczej nie mają z tym problemu. Czasem zadają pytania, takie w stylu: czy potrafię cokolwiek wyczarować albo czy byłbym w stanie uwarzyć jakiś eliksir, który nie wymaga użycia zaklęć.
— Nie przeszkadza ci to?
— Nie, czemu? To zrozumiałe, że są ciekawi. Niech pytają. Przynajmniej się czegoś dowiedzą. Skąd mają wiedzieć, skoro nikt o tym nie mówi? Tym bardziej, że faktycznie niektórzy charłacy ponoć potrafią robić proste czary, transmutować jakieś drobne przedmioty albo zagotować zaklęciem wodę na herbatę. W Tajlandii spotkałem kiedyś gościa, który robił niesamowite rzeczy z kartami. Znał wszystkie mugolskie sztuczki i triki, a do tego korzystał z tej odrobiny magii, którą posiadał. Mugole byli zachwyceni i zupełnie niczego nie podejrzewali, więc czarodzieje też nie mogli się do niego przyczepić...
Gustaw nie bardzo wiedział, w jaki sposób przeszli od szkolnych spraw do obecnego tematu. Początkowo ich rozmowa nie różniła się od tych, jakie toczyli przy posiłkach czy w pokoju nauczycielskim. Najpierw opowiedział Lizie o ostatniej lekcji z siódmorocznymi Krukonami i Ślizgonami, później rozmowa zeszła na mugoloznawstwo w ogóle i podejście uczniów do tego przedmiotu i do nauczyciela. To było mniej więcej w tym momencie, w którym skończyła im się herbata. Sądził, że Liza nie będzie chciała przeciągać wizyty, ale ona nie sprawiała wrażenia, jakby miała ochotę zbierać się do wyjścia, i sama zaproponowała, żeby wypili jeszcze po jednej filiżance. Gustaw od razu zaparzył cały dzbanek.
Kiedy wrócił z kuchni, Liza poprosiła, by przestali się wygłupiać i mówili sobie po imieniu jak cała reszta kadry. Oczywiście zgodził się natychmiast.
Teraz siedziała naprzeciw niego, przyglądając mu się z zaciekawieniem. Wiedział, nad czym się zastanawiała, więc odpowiedział, nim jeszcze zadała pytanie:
— Ja niestety niczego nie umiem, nigdy nie wyszło mi nawet najprostsze zaklęcie. — Wzruszył ramionami. — W zasadzie jestem jak mugol.
Czarownica uśmiechnęła się przekornie.
— Ty tylko mieszkasz i pracujesz w magicznej szkole, a w wolnych chwilach latasz na hipogryfie, grasz w quidditcha i prowadzisz korki z praktycznej obrony przed czarną magią. Zupełnie jak mugol — zgodziła się.
Gustaw spojrzał na nią z zaskoczeniem.
— Nie patrzyłem na to w ten sposób — przyznał.
— Naprawdę? — zdziwiła się. — Nie zrozum mnie źle, ale... wydajesz się zaskakująco pogodzony ze swoją sytuacją...
— Dziwne, nie? — rzucił odrobinę zaczepnie. — Ktoś taki jak ja powinien być sfrustrowany, zakompleksiony i wściekły na cały świat, prawda?
— Ty mi powiedz — odparła Liza lekkim tonem. — Oprócz ciebie znam tylko jednego charłaka i dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że to nie jest reprezentatywna próba.
Zieleziński zmieszał się lekko, a Liza z rozbawieniem przygryzła wargę. Spojrzał na nią pytająco, ale tylko pokręciła głową i upiła łyk herbaty.
— Argus potrafi w jakimś stopniu czarować? — zmienił temat.
— Nie wiem. Wątpię, żeby z nim można było rozmawiać na takie tematy przy wieczornej herbacie. — Uśmiechnęła się. — Zdaje się, że kiedyś próbował się czegoś uczyć korespondencyjnie, ale nie wiem dokładnie, o co chodziło.
Gustaw skrzywił się lekko.
— Niektórzy czarodzieje próbują nam wciskać jakieś kursy i szkolenia. Coś w stylu: „zostań czarodziejem w trzy miesiące". Nie wiem, może to faktycznie pomaga jakimś bardzo miernym i niedouczonym czarodziejom, ale w przypadku charłaków nie ma sensu i zwykle jest tylko naciąganiem na kasę.
— Byłeś na takim kursie?
— Nie, no co ty — zaprzeczył natychmiast.
Raz dał się namówić na coś takiego, w Nowym Jorku. Miał wtedy dwadzieścia parę lat i niewielkie pojęcie o życiu, a czarodziej, który opowiadał mu o całej sprawie, wydawał się bardzo przekonujący. Oczywiście kurs nie poskutkował, a jedyną rzeczą, jaka mu po nim została, był elegancki i zupełnie bezużyteczny certyfikat. Przez jakiś czas Gustaw trzymał go za okładką szkicownika w ramach przypomnienia, a potem spalił, kiedy uznał, że pogodził się z losem i już więcej nic tak głupiego nie strzeli mu do głowy.
Liza wpatrywała się w niego z namysłem, oparłszy brodę na dłoni.
— Jak się dowiedziałeś, że nigdy nie będziesz czarował? — zapytała nagle. — Przepraszam — zreflektowała się natychmiast. — To było nie na miejscu. Nie musisz odpowiadać.
— W porządku — uspokoił ją. Już dawno przyzwyczaił się do tego rodzaju pytań. Hailey notorycznie je zadawała, niektórym uczniom także czasem się wyrywały. Gustaw wolał taką bezpośredniość niż mętne krążenie wokół tematu, powodowane źle pojmowaną uprzejmością albo zawoalowaną złośliwością. — Ale naprawdę chcesz o tym słuchać?
Niepewnie skinęła głową.
— Tylko ostrzegam, że to nie jest zbyt ciekawa historia. Ani zabawna... Miałem wtedy siedem lat. Moi rodzice zaczynali się niepokoić, bo nigdy nie przejawiałem żadnych zdolności magicznych. Wiesz, zwykle dzieciaki robią coś niezwykłego, choćby niechcący... Moja starsza siostra, kiedy miała pięć lat, już bez trudu przywoływała do siebie misie i lalki, i kazała im fruwać i tańczyć po pokoju... A ja nic. Zabrali mnie najpierw do jednego uzdrowiciela, potem do kolejnego. Badali mnie, robili różne testy. Później zostawałem z pielęgniarką, która usiłowała odwrócić moją uwagę jakąś zabawą, podczas gdy rodzice długo rozmawiali z lekarzem. Kiedy po mnie wracali, byli ponurzy i zirytowani, a ja domyślałem się, że nie usłyszeli niczego dobrego. Wtedy jeszcze o niczym mi nie powiedzieli. Na początku sami nie mogli się z tym pogodzić. Sądzili, że da się to jakoś... wyleczyć. Że mam magię, tylko trzeba ją jakoś włączyć... Stawali na głowie, żeby mi załatwiać wizyty u najróżniejszych uzdrowicieli, magomedyków i psychologów, a oni bez przerwy robili mi jakieś dziwne badania i testy... Raz nawet jeden z nich, wiedziony chyba jakimś rozpaczliwym ostatkiem nadziei, niby to przypadkiem zepchnął mnie ze schodów. Ojciec w ostatniej chwili podniósł mnie zaklęciem, inaczej pewnie skręciłbym sobie kark...
— Co takiego?!
— Tłumaczył się tym, że ponoć niebezpieczeństwo stymuluje układ magiczny — wyjaśnił Gustaw beztrosko. — Tutaj tak się nie robi?
Liza pokręciła głową, zdumiona i oburzona.
— Nie wiem, trudno mi sobie wyobrazić, żeby nawet najbardziej ześwirowani na punkcie czystej krwi rodzice testowali w taki sposób własne dziecko — powiedziała z odrazą. — Ja w życiu bym na coś takiego nie pozwoliła! To przecież zupełnie nieodpowiedzialne; jak twój ojciec mógł się na to zgodzić?
— On o niczym nie wiedział — sprostował szybko Gustaw. — Gdybyś tylko widziała, jak się wściekł. Wrzeszczał na niego i wyzywał od kretynów i konowałów tak długo, że musiała wyprowadzić nas ochrona. Pamiętam, że później zabrał mnie na duże lody i już nigdy więcej tam nie poszliśmy.
Liza sięgnęła po filiżankę z herbatą, wciąż nieco wstrząśnięta.
— Hej, ostatecznie nic mi się nie stało — uspokoił ją Gustaw ze śmiechem. — Trochę się potłukłem, ale równie dobrze mogłem spaść z hipogryfa.
— To nie zmienia faktu, że ten człowiek był niekompetentnym idiotą i nie powinien zostać magomedykiem. Co by się stało, gdyby twój ojciec nie zdążył cię złapać?
— Cóż, chyba sądził, że jeśli zginę, to będzie oznaczać, że naprawdę jestem charłakiem, a wtedy nikt nie będzie żałował mojej śmierci. Wiesz: tragiczny wypadek, coś okropnego, oczywiście, ale nie aż tak okropnego, jak wychowywanie niemagicznego dziecka... Niektórzy naprawdę myślą w ten sposób, niestety.
Zacięte usta Heloizy wymownie świadczyły o tym, co ona sama myśli o takich ludziach.
— Tym bardziej twoi rodzice powinni być ostrożniejsi — ucięła twardo.
Gustaw spojrzał na nią z zaciekawieniem, bez wahania wybaczając jej wszelkie zarzuty wobec swoich bliskich.
— Więc ty byś nie próbowała? — zapytał. — Gdybyś twoje dziecko nie wykazywało żadnych oznak magii, nie byłabyś zaniepokojona? Zignorowałabyś to i patrzyła spokojnie, jak dorasta, z każdym dniem odkrywając coraz większe różnice między sobą a innymi czarodziejami? Pozwoliłabyś mu wierzyć, że kiedyś też będzie potrafił robić to, co oni? Nie zrobiłabyś wszystkiego, żeby się dowiedzieć, dlaczego się tak dzieje? Nie odważyłabyś się mieć nadziei, że można to jeszcze jakoś naprawić? Albo czy nie chciałabyś przynajmniej oszczędzić mu rozczarowania i zawczasu jakoś przygotować go do życia bez magii?
Czarownica popatrzyła na niego ponuro i w końcu wzruszyła ramionami.
— No dobrze, pewnie tak — przyznała. — Ale nie pozwoliłabym narazić go na niebezpieczeństwo. To głupota i nie ma żadnych dowodów, że to działa!
— Wiem, Lizo, wiem.
Vector upiła łyk herbaty, a Gustaw po raz nie wiadomo który zaczął się zastanawiać, dlaczego kobieta taka jak ona nie ma własnej rodziny. Była piękna i mądra, a mężczyźni, z którymi dotąd się spotykała, naprawdę musieli być kompletnie ślepi i głupi, żeby tego nie dostrzegać.
Zielezińskiemu stanął przed oczami widok Lizy z małym Teddym w ramionach, kiedy cicho, jakby zawstydzona własnym rozczuleniem, szczebiotała do chłopca jakieś słodkie nonsensy. Obraz był tak wyraźny, że Gustaw potrafiłby namalować go z pamięci, miękkimi pociągnięciami pasteli, w łagodnych kolorach... Przecież to mógłby być jej syn, a za nią, obejmując ją ramieniem, mógłby stać jego ojciec, jakiś wysoki, przystojny czarodziej... Nie, stanowczo nie powinno tam być żadnego mężczyzny prócz niewidocznego na szkicu artysty.
Liza spojrzała na niego pytająco i Gustaw zorientował się, że przygląda jej się z dość głupią miną.
— Co dalej? — zapytała.
— Przez jakiś czas w ogóle nie miałem pojęcia, co się dzieje — podjął opowieść. — Wiedziałem tylko, że coś jest nie tak i czułem się z tym okropnie, zupełnie jakbym zrobił coś źle, zawiódł ich tym, że nie potrafię czarować... — Uśmiechnął się blado. — W końcu któregoś dnia podsłuchałem, jak rozmawiają o tym, że jestem charłakiem, więc musieli mi o wszystkim opowiedzieć. Szczerze mówiąc, poczułem ulgę. W końcu przestali być tacy tajemniczy i zaczęli zachowywać się normalnie. Cały czas powtarzali, że to nie moja wina, że bardzo mnie kochają i wszystko będzie dobrze, a ja im wierzyłem.
Liza przygryzła lekko wargę.
— Załatwili mi zajęcia z mugolką, która wyszła za zaprzyjaźnionego czarodzieja, nauczycielką z zawodu — mówił dalej. — Takie korki z mugoloznawstwa i podstawowych rzeczy, jakie dzieci mugoli poznają w podstawówce. Przez rok uczyłem się w domu, potem poszedłem do szkoły. Na początku było ciężko. Nie dogadywałem się z innymi dzieciakami, nie znałem ich zabaw i gier, nie czytałem tych samych książek, nie oglądałem telewizji; starałem się pilnować, ale czasem wyrywały mi się jakiś rzeczy kompletnie dla nich niezrozumiałe, o magii, quidditchu, hipogryfach... Uważali mnie za dziwaka, poza tym wszyscy mieli już swoich przyjaciół...
— Biedactwo.
— Nie no, bez przesady. Czasem wyobrażałem sobie, że mam różdżkę i rzucam na nich wszystkich zaklęcie galaretowatych nóżek — uśmiechnął się zawadiacko.
Liza roześmiała się.
— Na Merlina, sprzedaj taką poruszającą historyjkę w pokoju nauczycielskim, a dostaniesz wszystko, czego zapragniesz. Pomona i Poppy będą się nad tobą roztkliwiać do końca świata — stwierdziła ironicznie.
— Nie wierzysz mi? — zdziwił się Zieleziński. — Sądzisz, że się nad sobą użalam? Albo że chcę żebyś mi współczuła czy coś?
Vector gwałtownie pokręciła głową.
— Nie, właśnie nie — zapewniła, wzruszając ramionami. — Nie miałeś lekko, ale to niesamowite, że potrafisz mówić o tym z takim... dystansem... — westchnęła, a potem spojrzała na wiszący na ścianie zegar. — Spójrz, która godzina! Powinnam już iść.
— Jest dopiero wpół do pierwszej. Zostań jeszcze. Chyba, że cię zanudzam?
— Daj spokój. Pewnie mogłabym tu siedzieć i słuchać cię przez całą noc, ale niestety jutro od rana mam lekcje. Może innym razem.
x
Severus przebudził się nagle z koszmaru i jeszcze nie do końca przytomny, rozejrzał się po pogrążonym w półmroku pokoju. Przez szczelinę w zaciągniętych zasłonach sączyło się blade światło poranka.
— Gdzie ona jest? — zapytał Spodka, który czarami bezszelestnie układał polana koło kominka.
Skrzat zerknął na niego z konsternacją i natychmiast pokornie opuścił wzrok.
— Kto, sir? Pan Malfoy i doktor Cordice byli tu przed godziną. Poza nimi nikt pana nie odwiedzał.
Rozkojarzony Snape ucisnął palcami skronie. Auriga Sinistra należała jedynie do świata sennych widziadeł. Jak mógł choć przez chwilę łudzić się, że budząc się, ujrzy ją przy swoim boku jak wtedy, kiedy jeszcze wszystko było dobrze? Tamte czasy wydawały się tak odległe...
— Nieważne — rzucił do Spodka, który wciąż stał nieruchomo, oczekując na polecenia.
— W takim razie Spodek zawiadomi pana Malfoya — odpowiedział. — Bardzo się zmartwił pana atakiem, sir.
— Z pewnością — sarknął Snape.
Już wystarczająco przekonał się o motywach Lucjusza. Malfoy nie martwił się o niego, a o korzyści, jakie mógł odnieść, trzymając go przy życiu. Z pewnością przerażała go myśl, że teraz, kiedy był tak blisko osiągnięcia celu, wszystko mógł trafić szlag.
Severus nie zdołał jednak przekonać Spodka, by nie informował swojego pana, i Malfoy zjawił się u niego niespełna pół godziny później.
— Obudziłeś się. — W jego głosie dało się słyszeć rozbawienie, ale i coś w rodzaju ulgi. — Dzięki Merlinowi, Cordice mało nie przeklął mnie, kiedy zobaczył, do jakiego stanu cię doprowadziłem. Nie był zadowolony, że jego praca poszła na marne.
Severus jak przez mgłę pamiętał kłótnię i krzyki. Wydawały się o wiele mniej rzeczywiste od ciepłego kobiecego głosu i dotyku dłoni na twarzy.
— Co się stało?
— Straciłeś kontakt ze światem na prawie trzy dni. Wiń za to napięcie, stres, nie do końca wyleczone zatrucie jadem magicznego węża i ciskanie lekarstwami o ścianę, zamiast ich zażywania. Jeśli interesują cię medyczne szczegóły, to pytaj Cordice'a. Przyjdzie do ciebie wieczorem. A teraz z łaski swojej wypij to. Poczujesz się lepiej.
Severus drżącymi dłońmi odebrał od niego fiolkę. Przez chwilę męczył się z korkiem, nim udało mu się ją otworzyć. Malfoy przyglądał się temu ze zmarszczonymi brwiami.
— Rozmawiałeś z nią? — rzucił niby od niechcenia Snape.
— Owszem — potwierdził Lucjusz, ale nie kwapił się, by dodać coś więcej, więc Severus musiał zapytać:
— Nie chciała mnie widzieć?
Niemal natychmiast pożałował, że w ogóle się odezwał, bo nie zabrzmiało to tak obojętnie, jak powinno. Na twarzy Malfoya pojawił się zagadkowy uśmieszek.
— Powiedzmy, że postanowiłem uszanować twoją wolę i nie poinformowałem jej o istnieniu takiej możliwości.
— Nie powiedziałeś jej? — Snape nawet nie starał się ukryć zaskoczenia.
— Nie było takiej konieczności — odparł gładko Malfoy. — Profesor Sinistra okazała się dokładnie tak uczciwa i szlachetna, jak przypuszczałem, i zgodziła się mi pomóc.
Severus uniósł pytająco brwi, ale Lucjusz pokręcił głową.
— Wybacz, ale ostatnim razem, gdy rozmawialiśmy na ten temat, o mało nie wyzionąłeś mi tu ducha. Cordice wymógł na mnie obietnicę, że nie będę więcej cię dręczył. Powinieneś odpoczywać.
xxx
Liza zatrzymała się przy wykuszu okiennym i zapaliła papierosa. Miała stąd dobry widok na wejście do wieży Gryffindoru, ale sama mogła pozostać niedostrzeżona, dopóki ktoś nie przeszedł tuż obok niej. Parę minut temu zegary wybiły dziewiątą. Zgodnie z grafikiem, pierwszy dyżur tej nocy przypadał Alecto Carrow, która szczególną przyjemność znajdowała w wyłapywaniu spóźnionych Gryfonów, którzy wracali do swoich pokoi choćby parę minut po ciszy nocnej. Ostatnim razem ukarała sześcioro uczniów tylko dlatego, że Amycus Carrow przedłużył ich szlaban o kwadrans, w związku z czym nie mieli szans wrócić do wieży na czas. Kiedy Liza o tym usłyszała, mało nie trafił jej szlag i na całe szczęście Carrowów nie było wtedy w pobliżu, bo chyba nie potrafiłaby nad sobą zapanować.
Alecto stała się szczególnie zawzięta, od kiedy na ścianie obok dyrektorskiego gabinetu zaczęły się pojawiać niewybredne napisy. Nie potrafiła znaleźć sprawców, więc wyżywała się na każdym, kto jej podpadł. Sytuację nieco tylko poprawiał fakt, że była zbyt leniwa, by poświęcać swój wolny czas na polowania na uczniów i zajmowała się tym tylko podczas dyżurów. Liza niewiele mogła zrobić i pozostawało jej tylko wierzyć, że ktokolwiek był autorem tych bazgrołów, miał zarazem na tyle oleju w głowie, by nie dać się złapać. Poza tym podejrzewała, że Minerwa doskonale wiedziała, kto za tym stoi, i że ukróci te wybryki, kiedy uzna, że to konieczne.
Pogrążona w myślach Liza nie zauważyła Snape'a, dopóki nagle nie wyłonił się z cienia, niemal przyprawiając ją o zawał serca.
— Vector. — Jego ton był chłodny i pełen nieskrywanej irytacji.
— Snape — warknęła.
— Nie powinnaś być u siebie? O ile pamiętam, nie wyznaczyłem ci na dziś dyżuru.
— Czyżbym przeoczyła nowe zarządzenie, mówiące o tym, że nauczycielom także nie wolno przebywać po dziewiątej na korytarzach?
— To jedynie zalecenie.
— No właśnie — odparła Liza, jakby to ucinało całą kwestię. Starając się wyglądać na nonszalancką i opanowaną, z powrotem oparła się o parapet i zaciągnęła papierosem.
Zdawała sobie sprawę, że zachowuje się dość idiotycznie i nierozsądnie. Nie powinna wdawać się ze Snape'em w dyskusje ani tym bardziej pozwalać sobie na bezczelny ton, w jakim często odzywała się do niego, zanim okazało się, po której naprawdę jest stronie. Jako jej przełożony ten paskudny drań na pewno mógł w odwecie uprzykrzyć jej życie. Jeszcze bardziej niż dotąd. W tej jednak konkretnej chwili niewiele ją to obchodziło. Miała dość bezczynnej uległości i udawania, że nie widzi, co się dookoła niej wyprawia. Już i tak zbyt wiele kosztowało ją, by nie dać się sprowokować Carrowom i powstrzymywać chęć sięgnięcia po różdżkę za każdym razem, gdy ich widziała. Nie zamierzała jeszcze płaszczyć się przed Snape'em. Znała go od dobrych dwunastu lat, na Merlina, pamiętała nawet jako małego gnojka w obszarpanych szatach, wiecznie pałętającego się przy wieży Gryffindoru w czasach, kiedy oboje jeszcze się uczyli... Nawet, gdyby chciała, nie potrafiłaby powstrzymać się przed głupimi uwagami.
Snape przyglądał jej się z odrazą.
— Zgaś to świństwo — warknął.
— Palić też mi nie wolno? — zainteresowała się. — Jest o tym gdzieś w nowym regulaminie?
— Mam nadzieję, że nie obnosisz się z tym nałogiem przed uczniami, Vector.
Liza spojrzała na niego zdumiona.
— Nie chciałabyś chyba dawać złego przykładu.
— Na Merlina! — prychnęła oburzona, nie będąc w stanie znaleźć odpowiedniej riposty na tak absurdalną uwagę.
Snape nie powiedział nic więcej. Pod naporem jego spojrzenia, Liza zaczynała czuć się nieco niepewnie. Odwróciła głowę, by powstrzymać naturalny odruch patrzenia mu prosto w oczy. Sama myśl, że mógłby grzebać w jej umyśle, napawała ją obrzydzeniem i jakimś nieokreślonym niepokojem.
„Idź sobie, Snape" — zaklinała go w duchu, ale najwyraźniej nigdzie mu się nie spieszyło.
Może chciał dowiedzieć się czegoś na temat ostatniego sekretnego zebrania kadry? Mimo wszelkich środków ostrożności, jakimś cudem zawsze doskonale wiedział o ich spotkaniach. Chyba nie znał ich szczegółów, bo dotąd jeszcze nie wyciągnął żadnych konsekwencji. Choć całkiem prawdopodobne, że po prostu je lekceważył, uznając, że swoimi narzekaniami i gdybaniami niewiele mogą mu zaszkodzić.
Vector zerknęła na niego odruchowo i zorientowała się, że Severus wcale na nią nie patrzył. Zamyślony śledził wzrokiem pełgające po ścianie cienie. Liza pomyślała nagle, że wygląda trochę jak człowiek, który zbyt długo przebywał w odosobnieniu i łaknie ludzkiego towarzystwa. Cóż, nawet on musiał przyznać, że Carrowowie byli najbardziej tępymi i bezmyślnymi stworzeniami na świecie, i nie stanowili dla niego żadnych partnerów do rozmowy. A ta wymiana zdań przed chwilą w zasadzie niewiele różniła się od ich rozmów sprzed śmierci Dumbledore'a. Nigdy nie darzyli się specjalną sympatią i nawet jeśli ze względu na Aurigę starali się nawzajem tolerować, to i tak zwykle nie przepuścili okazji, by sobie dogryźć...
Liza miała ochotę się roześmiać. Odrobina normalności, też coś! Pewnie po prostu zaczaił się tutaj z zamiarem złapania jakichś Gryfonów, którzy nie przestrzegali ciszy nocnej.
Mimo to nie mogła nie zauważyć, że nie wyglądał najlepiej. Twarz miał bladą i wychudzoną, a płaszcz wisiał na nim smętnie.
— Nowe stanowisko ci nie służy — palnęła Liza, nim zdołała się powstrzymać.
Spojrzał na nią nieprzyjemnie.
— Po co ci to było, Snape? — westchnęła, wydmuchując dym. — Miałeś tu wszystko. Więcej, niż zasługiwałeś. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego to zrobiłeś. Ze strachu? — Spojrzała mu prosto w oczy i tym razem, nieoczekiwanie, to on odwrócił wzrok.
— Lepiej uważaj na to, co mówisz — wycedził ze złością.
— Bo co? Przeklniesz mnie? Zwolnisz? I kim wtedy obsadzicie stanowiska? — zakpiła. — Macie w swoich szeregach więcej wybitnych specjalistów takich jak Carrowowie?
— Numerologię jako przedmiot nieobowiązkowy możemy zupełnie usunąć z programu — odparł już spokojnie. — Będzie więcej godzin na obronę przed czarną magią.
Liza zacisnęła usta, wpatrując się w niego ze złością.
— Dobranoc, Vector — rzucił, nim zdążyła mu się odciąć, po czym odszedł z szelestem szat.
xxx
grudzień
Poniedziałkowa wizyta Aurigi w Ministerstwie, wbrew jej obawom, przebiegła całkiem zwyczajnie.
Wychodząc z windy, Sinistra prawie wpadła na Ritę Skeeter, która najwyraźniej znów węszyła przy pokojach aurorów. Dziennikarka popatrzyła na nią dziwnie i przez moment Auriga obawiała się, że zacznie nagabywać ją, tak jak Fenwick. Miała jednak szczęście — najwyraźniej Rita albo uznała, że nie jest na tyle interesującym kąskiem, by zawracać sobie głowę, albo po prostu nie skojarzyła jej twarzy, bo oddaliła się bez słowa.
Fenimore przyjął ją równie serdecznie, co zwykle, poczęstował kawą i korzennymi ciasteczkami. Auriga wyłożyła mu to, co wiedziała o Lucjuszu i jego motywach. O Severusie mówiła tak lakonicznie, jak tylko się dało, a inspektor na szczęście jak zawsze powstrzymał się od zadawania niewygodnych pytań. Ku olbrzymiej uldze Sinistry, wysłuchał jej spokojnie. Nawet jeśli odczuł jakieś rozczarowanie tymi zeznaniami, to w ogóle tego nie okazał.
— Nie wiem, czy w tym wypadku nie będzie musiała pani stawić się na rozprawie — powiedział tylko z czymś na kształt troski w głosie. — To jednak inna sytuacja, niż poprzednio. Obawiam się, że Wizengamot będzie chciał usłyszeć to wszystko bezpośrednio od pani.
Auriga nie spodziewała się niczego innego, więc skinęła głową, powtarzając sobie, że to przecież nic takiego.
— Rozumiem — powiedziała. — Ale nie zgodzę się na przesłuchanie pod Veritaserum ani nic podobnego — zastrzegła. — Nie mogą mnie do tego zmusić, prawda?
— Oczywiście, że nie. Jest pani świadkiem, nie oskarżoną. — Fenimore uśmiechnął się uspokajająco. — Proszę się nie obawiać. Szepnę dwa słowa, komu trzeba, żeby sędziowie rozważyli wyłączenie jawności rozprawy na czas pani przesłuchania. Myślę, że to będzie najrozsądniejsze, także ze względu na pani bezpieczeństwo.
Podziękowała mu gorąco.
Wychodząc z gabinetu, minęła się z Willem Boydem. Młody auror uprzejmie skinął jej głową.
— Jakieś nowe informacje? — zagadnął.
— Trochę — przyznała, siląc się na uśmiech.
— Każdy drobiazg może się okazać ważny, no nie? — rzucił pogodnie.
Auriga poczuła nieprzyjemny uścisk w żołądku. Nie wiedziała, co Boyd sobie o niej pomyśli, kiedy dowie się, jak brzmiały jej zeznania, ale była pewna, że to nie będzie nic przyjemnego.
x
Po powrocie z Biura Aurorów Auriga nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Zjadła kolację w Wielkiej Sali, a potem poszła na Wieżę Zachodnią, żeby przygotować się na zajęcia z pierwszym rokiem. Pogoda uniemożliwiała przeprowadzenie lekcji praktycznej, więc pozostawał wykład. Auriga miała zamiar odnaleźć stare testy, które mogłaby rozdać uczniom jako zadanie domowe, albo przynajmniej skopiować jakieś artykuły ze swoich ksiąg w ramach lektury uzupełniającej, skończyło się jednak na tym, że zamiast zrobić cokolwiek, spędziła pół godziny gapiąc się w okno i bijąc z myślami.
Dopiero kiedy uczniowie zaczęli się schodzić, zdołała się jakoś opanować. Zgodnie z jej programem na dzisiejszych zajęciach powinna omówić budowę układu słonecznego i ruchy planet. Temat był prosty i przyjemny, zwykle nikt nie miał problemów, żeby go zrozumieć, poza tym dla dzieciaków, które chodziły do mugolskich szkół, stanowił jedynie powtórkę. Doskonale się składało, bo Auriga czuła, że nie byłaby psychicznie zdolna do tłumaczenia jakichś skomplikowanych zagadnień i odpowiadania na pytania. Postanowiła zrezygnować z tradycyjnego odpytywania w ramach powtórki materiału — za tydzień zamierzała zrobić kartkówkę — i kiedy wszyscy zajęli miejsca, rozpoczęła wykład.
Żeby zobrazować to, o czym mówi, wyciągnęła różdżkę i przygasiła światło. Najpierw wyczarowała w powietrzu nie większą od dłoni kulę płonących gazów — miniaturowe słońce. Westchnienia podziwu, które rozległy się wśród uczniów, nieco poprawiły jej humor. Snując swoją opowieść, kolejno dokładała planety wraz z ich księżycami. Pierwszy pojawił się maleńki Merkury, później otoczona warstwą chmur Wenus, błękitno-zielona Ziemia, czerwony Mars, największa z planet: Jowisz, Saturn z charakterystycznymi lodowymi pierścieniami i najbardziej oddalone od słońca Uran i Neptun. Kolejne zaklęcie wprawiło wszystko w ruch. Niczym dobrze nakręcony mechanizm planety zaczęły wolno wirować wokół własnych osi; wokół nich po swoich orbitach krążyły księżyce, natomiast wszystko razem obracało się dokoła niewzruszonego Słońca. Proste, poukładane, idealne...
Auriga przerwała, żeby zerknąć na uczniów, którzy wpatrywali się w model z mniejszym bądź większym zrozumieniem, ale na pewno z zainteresowaniem. Nie oczekiwała, że uda jej się zrobić wrażenie na wszystkich, ale z satysfakcją zauważyła zachwyt i fascynację na twarzach niektórych uczniów. Niestety, zauważyła także, że jedna z pierwszorocznych zupełnie jej nie słucha, czytając zapamiętale coś, co miała rozłożone na kolanach pod ławką.
— Mugolscy astronomowie — zaczęła, jak gdyby nigdy nic — uważają, że jest jeszcze dziewiąta planeta. Ktoś wie, jak nazywa się ciało niebieskie, które mam na myśli? ...Może panna Wiloughby?
Dziewczynka błyskawicznie uniosła głowę i spojrzała na nauczycielkę spłoszonym wzrokiem, bo rzecz jasna nie znała odpowiedzi. Auriga wątpiła, by w ogóle dotarło do niej pytanie. Spokojnie skinęła różdżką i przywołała do siebie przedmiot, który tak ją rozpraszał — był to najnowszy numer „Czarownicy", otwarty, jakżeby inaczej, na wywiadzie z jakimś młodym i przystojnym zawodnikiem quidditcha. Sinistra zmierzyła ją wzrokiem, ale darowała sobie komentarz.
— Proszę się skupić na lekcji — poleciła tylko.
— Przepraszam — bąknęła dziewczynka.
Auriga odwróciła się, żeby odłożyć pisemko na biurko. Odruchowo zamknęła je — wielki błąd, bo nogi prawie się pod nią ugięły, kiedy jej wzrok padł na okładkę. „Severus Snape — morderca czy bohater? Tylko u nas fragment nowej książki pióra autorki „Sekretów i kłamstw Albusa Dumbledore'a" — krzyczał wielki czerwony nagłówek. Sinistra puściła gazetę, jakby ją oparzyła, a potem szybko odwróciła się do uczniów, mając nadzieję, że nie widać po niej poruszenia. Łatwiej jednak przyszłoby jej wyczarowanie całego miniaturowego wszechświata niż opanowanie kotłujących się w niej emocji.
— Tak, panie Reynolds? — zapytała słabo, widząc podniesioną dłoń jednego z uczniów.
— Pluton, pani profesor.
Spojrzała na niego skonsternowana, nim przypomniała sobie, że przed chwilą właśnie o to zapytała.
— Tak, chodzi o Plutona — odrzekła, zbierając się w sobie. — Pięć punktów dla Ravenclawu. Tak jak powiedziałam, mugole nadal uważają go za planetę, choć myślę, że wkrótce również dojdą do wniosku, że tak nie jest. Ale o Plutonie i podobnych do niego obiektach porozmawiamy innym razem, tymczasem chciałabym...
W miarę gładko udało jej się wrócić do przerwanego wykładu i reszta lekcji minęła we względnym spokoju. Adrien Reynolds zdobył dla swojego domu jeszcze dziesięć punktów. Nawet Ślizgoni jakoś tym razem powstrzymali się od krytyki mugolskich osiągnięć i poglądów, do których Sinistra gęsto nawiązywała.
Po zajęciach do jej biurka podeszła Amy Wiloughby.
— Bardzo przepraszam, pani profesor. To się więcej nie powtórzy.
— Mam taką nadzieję. Zmykaj już, bo nie zdążysz wrócić do domu przed ciszą nocną.
— A... czy dostanę z powrotem moją „Czarownicę"? — zapytała Amy niepewnie.
— Możesz ją odebrać jutro na długiej przerwie.
— Ale pani profesor... — zaprotestowała dziewczynka, ale Auriga tylko spojrzała na nią surowo.
— Jeszcze jedno słowo, a oddam ci gazetę dopiero w zamian za wypracowanie na temat, który dziś omawialiśmy.
Uczennica natychmiast zrezygnowała z dalszych protestów i obrażona wyszła z sali, rzucając krótkie „do widzenia". Kiedy tylko Auriga została sama, zrobiło jej się głupio. Co się z nią działo? Chyba zwariowała — właśnie zabrała jedenastolatce kolorowe plotkarskie pisemko, żeby sama mogła je przeczytać! To nie było ani właściwe, ani profesjonalne, ani tym bardziej uczciwe.
„Daj spokój!" — westchnęła. — „Podczas lekcji astronomii uczniowie mają zajmować się astronomią, a nie plotkami na temat zawodników quidditcha. Jako nauczycielka miałaś pełne prawo skonfiskować gazetę. To sprawiedliwa kara. Panna Wiloughby powinna się cieszyć, nawet nie odjęłaś punktów jej domowi".
Mimo to sam fakt, że odczuwała potrzebę, żeby się przed sobą wytłumaczyć, napełnił Aurigę głęboką irytacją. Z nagłą złością machnęła różdżką, niszcząc wiszący w powietrzu model układu słonecznego. Planety zawirowały i rozwiały się jak dym, a słońce rozbłysło na moment, a potem zapadło w głąb siebie i zgasło z cichym sykiem.
Sinistra przekręciła klucz w drzwiach, wróciła za biurko i nim jej umysł zdążył wypełnić się tymi wszystkimi irytująco rozsądnymi myślami typu: „nie powinnaś tego robić, to w niczym nie pomoże, niepotrzebnie się zadręczasz", sięgnęła po „Czarownicę".
Tekst nie był długi — stanowił ledwie zapowiedź książki, która, jak informował krzykliwy czerwony napis, miała się ukazać jeszcze przed Bożym Narodzeniem. Fragment biografii opowiadał o Severusie jako początkującym śmierciożercy. Autorkom udało się jakoś dotrzeć do osób, które znały go w tamtym czasie: studentów starających się razem z nim o tytuł Mistrzów Eliksirów i jakiegoś aptekarza z Pokątnej, dla którego pracował. Wbrew pozorom, mało było tam o Voldemorcie i śmierciożercach, a całkiem sporo o Lily, jakby to ona determinowała całe życie Severusa...
„Podobno tak było, prawda?" — pomyślała Auriga z niechęcią, przenosząc wzrok na ilustrującą artykuł fotografię.
Musiano ją zrobić kilka lat temu, pewnie na jakiejś konferencji czy kongresie warzycieli. Snape ze zdjęcia miał na sobie elegancką czarną szatę i stał ze splecionymi na piersi rękoma, mierząc wszystko dokoła znudzonym i lekko poirytowanym spojrzeniem. Zgodnie z tendencją wszystkich kolorowych magazynów do upiększania i idealizowania wszystkiego i wszystkich, zdjęcie również zostało wyraźnie poprawione. Severus wyglądał na nim niemal przystojnie. Cóż, nawet Auriga nigdy nie była na tyle zaślepiona miłością, by nazwać go przystojnym. Oczywiście pod każdym względem uważała go za atrakcyjnego i interesującego mężczyznę, ale w żadnym razie nie przypisałaby tej zasługi jego wątpliwej urodzie. Snape na fotografii nie był tak chorobliwie blady jak oryginał; jego włosy wydawały się bardziej puszyste niż w rzeczywistości, a rysy łagodniejsze. Zapewne dokładnie tak powinien prezentować się romantyczny bohater, tajemniczy szpieg, który zmienił losy wojny, czy co tam jeszcze chciały w nim widzieć Fenwick i Skeeter.
Auridze nie podobało się to zdjęcie. Lubiła surową, brzydką twarz Severusa, jego haczykowaty nos i wąskie usta. Najbardziej zaś lubiła jego oczy — chyba żadne zdjęcie nie mogło wiernie oddać przenikliwości ich spojrzenia; tego dziwnego odczucia, jakby potrafiły wniknąć do duszy człowieka i obejrzeć każdy jej najmniejszy i najbardziej ukryty kawałek...
Nagle Snape spojrzał wprost na nią, marszcząc lekko brwi, i Auridze niemal zabrakło tchu, bo z tym brzydkim grymasem wyglądał zupełnie jak żywy. No dobrze, „Czarownica" musiała zatrudniać naprawdę dobrego fotografa.
Sinistra po wpływem impulsu wyciągnęła rękę i pogładziła delikatnie papier.
— Czym sobie na to wszystko zasłużyłam, Sev? — zapytała głupio, bo przecież wiedziała, że żadne, nie wiadomo jak udane zdjęcie prasowe nie miało takich właściwości jak zaczarowane portrety i nie mogło jej odpowiedzieć.
Mężczyzna wrócił do rozglądania się po swojej sali. Nie widział jej, był tylko zaklętym na kawałku papieru wspomnieniem i w zasadzie nie różnił się niczym od mugolskiego nagrania, na którym utrwalono kilka póz i min, odtwarzanego w kółko i w kółko — aż do wyczerpania zaklęcia.
Zamyślona Auriga przesunęła wzrok na zdjęcie Lily Potter. Zawsze dziwnie czuła się, patrząc na swoją konkurentkę, niewiele starszą od nastolatek, które na co dzień uczyła. Wyglądała zupełnie zwyczajnie: w czerwonym swetrze, z włosami spiętymi w niedbały kok na czubku głowy, śmiejąca się do kogoś, kto stał po drugiej stronie obiektywu.
„Co takiego było w niej, czego ja nie mam?" — Auriga po raz kolejny zadała sobie pytanie, które wracało do niej od czasu bitwy. Nie potrafiła zrozumieć, jak tej dziewczynie udało się wzbudzić w Severusie uczucie, które nie wygasło na długo po jej śmierci. Przecież nawet go nie odwzajemniała! A mimo to Severus spędził całe życie w samotności, pielęgnując jej wspomnienie i nie mogąc ruszyć naprzód... Auriga poczuła, że ogarnia ją złość. Jak, no jak mógł woleć głupią, niespełnioną młodzieńczą miłostkę od tego, co ona mu oferowała, od tej całej szczerej miłości, którą go darzyła?!
Oczywiście doskonale wiedziała, że ludzie nie funkcjonują w ten sposób. Gdy w grę wchodziły uczucia, nie kierowali się logiką ani rozsądkiem — ona sama była tego najlepszym przykładem. Podejrzewała, że sam fakt, że Lily nie żyła, działał tylko na jej korzyść. Severus wciąż miał przed oczami jej obraz jako uroczej dwudziestoletniej dziewczyny, który przez lata coraz bardziej idealizował, nie mając szans, by przekonać się, jaka Lily stałaby się naprawdę. Rzeczywistość zawsze przegrywała z wyobrażeniami, w tym wypadku nie mogło być inaczej. Może lepiej się z tym pogodzić? To od początku nie była równa walka, nie dało się konkurować z marzeniem...
Zrozumienie tego nijak nie zmniejszało poczucia niesprawiedliwości i odrzucenia.
Auriga odetchnęła głęboko i zamrugała, żeby pozbyć się napływających do oczu łez. „I po co ci to było?" — ofuknęła się. — „Cholerna idiotka! Powinnaś jeszcze wyciąć sobie tę stronę i schować gdzieś w biurku, żeby później móc katować się patrzeniem na nią. Nigdy się nie nauczysz!".
To wszystko wina Malfoya i Fenimore'a. Gdyby nie oni, nie czułaby się teraz tak rozbita... Wsparła głowę na dłoni, przyglądając się gazecie z ukosa. Kogo chciała okłamać?
To wszystko była wina Severusa Snape'a. Całe zamieszanie z Malfoyem i Fenimore'em stanowiło jedynie konsekwencję, jedną z wielu, jej znajomości z tym człowiekiem. Wszystko w ten czy inny sposób sprowadzało się do niego. Do tego — może najwyższa pora to przyznać? — że zwyczajnie ją oszukał. Okłamał. Wykorzystał. Pozwolił, by go kochała i wierzyła, że odwzajemnia jej uczucia. Udawał, że jest dla niego ważna, by potem najzwyczajniej w świecie ją porzucić, kiedy ich układ przestał być dla niego wygodny.
Jak mogła tak fatalnie się pomylić? Ogłupieć na tyle, by nie widzieć tego, co teraz wydawało się tak oczywiste? To od początku zmierzało w jednym kierunku. To Severus ustalał zasady, obwarował ich związek tysiącem zakazów, a ona zgadzała się na wszystko, byleby tylko móc być z nim. Wciąż prosił, by nie zadawała pytań, i jeszcze: „zaufaj mi, Aurigo", a ona, głupia, ufała! Może to wina ciągłej niepewności, w której żyła. W końcu każdą spędzoną z Severusem godzinę traktowała jak prezent od losu, podskórnie nieustannie bojąc się, że lada chwila mężczyzna zostanie wezwany i już nie wróci. A może naprawdę była naiwna, ufając mu tak mocno, wierząc, że nigdy jej nie skrzywdzi, tak jak ona nigdy nie potrafiłaby skrzywdzić jego, i zapominając zupełnie, co to za człowiek.
I pomyśleć, że czuła się wtedy taka szczęśliwa...
Może teraz pora przestać się łudzić? Może wtedy, rok temu, gdy przyszła do dyrektorskiego gabinetu po wyjaśnienia, Severus nie minął się z prawdą aż tak bardzo? Powiedział jej, że sama tego chciała. Narzucała się i zabiegała o jego uczucia, a on jedynie skorzystał z okazji. Niczego nigdy jej nie obiecywał, to ona zawsze widziała to, co chciała widzieć.
Chciałaby wierzyć, że wtedy kłamał, by ostatecznie ją do siebie zrazić i powstrzymać przed zdemaskowaniem go. Chciałaby wierzyć w tyle rzeczy... I zdawała sobie sprawę z tego, że być może jutro, kiedy opadnie z niej cały gniew i stres, znowu będzie wolała sobie wmawiać, że istnieje inne wyjaśnienie, i żałować, że kiedykolwiek w to zwątpiła. Ale tak naprawdę od dawna niczego nie była już pewna.
Najlepsze kłamstwo to takie, które jest oparte na prawdzie, powinnaś o tym pamiętać, Aurigo...
Sinistra gwałtownie zamknęła gazetę i wsunęła ją do szuflady biurka, żeby nie musieć dłużej na nią patrzeć.
x
