Dawno mnie nie było, wybaczcie, życie mnie dopadło. Po takim czasie dość ciężko mi się było zabrać za ten rozdział, ale mam w planach na spokojnie przeczytać sobie całe to opowiadanie od początku i jakoś to sobie w głowie poukładać. No, zobaczymy, co z tego wyniknie. Na razie wrzucam Wam to, co udało mi się nabazgrać z rozdziału czternastego, być może będę go później jeszcze redagować. W każdym razie: częstujcie się :D

Miłego czytania


.

Rozdział 14

Przeczesując myśli palcami

.

Przyglądał się jego twarzy jak czemuś fascynującemu i Harry nie potrafił zrozumieć tego spojrzenia - patrzył na niego, jak patrzy się na rzeźbę Dawida Michała Anioła: na jego perfekcjonizm, wystające żyły wyryte w białym marmurze, wyraźne odcinające się obojczyki, idealną muskulaturę, wypuklinę kolan, smukłość sylwetki, krew niemal tętniącą w żyle umięśnionego uda. Patrzył na niego; a Harry chciał zniknąć, zapaść się pod ziemię.

— Co dokładnie chciałby pan wiedzieć, profesorze? — zapytał Harry, przekrzywiając głowę, czując serce, które obijało się o jego mostek jak roztargniony, przerażony wróbel zatrzaśnięty w metalowej klatce.

Czarne oczy chłonęły jego mimikę, jakby nieustannie poddawały ją interpretacji.

— Wszystko — powiedział cicho Snape, przyglądając mu się, jakby szacował, czy Harry ma w sobie na tyle silny, aby na to przystać. — Ze wszystkimi szczegółami, z emocjami, które temu towarzyszyły, z tym, co działo się w danej chwili w twojej głowie. — Kąciki wąskich warg drgnęły. — Im dokładniejszą mi zdasz relację, tym dokładniejszą dostaniesz wizję mojej inicjacji. Odwdzięczę się tym samym, co oferujesz. Nic więcej, nic mniej.

Harry przez moment - patrząc w te czarne, błyszczące oczy - zastanawiał się, czy to nie są kunsztownie zastawione sidła na jego łatwowierność.


-VVV-


To był najbardziej zamknięty w sobie człowiek, jakiego miał przyjemność poznać - Severus Snape. Człowiek, który skrytość cenił ponad godność, człowiek, który własne tajemnice traktował niczym świętość, człowiek, który nienawidził rozmawiać o sobie, zdradzać się ze swoimi myślami, ujawniać swoją przeszłość. Który uważał szczerość za słabość.

Dlatego Harry nie był pewien, czy nie poślizgnie się na tej wymianie informacji dokonanej za zamkniętymi drzwiami, czy nie otworzy swojego serca, swojego umysłu, swojej duszy przed tym człowiekiem i nie zostanie sprowadzony na manowce. Obawiał się, że wyłoży najcięższą kartę, a zbierze za nią figę z makiem. Tyle że co byłby z niego za Gryfon, gdyby nie zaryzykował?


-VVV-


Dlaczego nie lubił o tym mówić? Ponieważ bał się swojej własnej bezsilności. Ponieważ nie chciał jej wspominać. Ponieważ być przywiązanym do nagrobka na środku chłodnego, ciemnego cmentarza, otoczonego marmurem i kamieniem, na których pogrywa wiatr, to trochę, jak zostać zatrzaśniętym w ciemnej i ciasnej komórce pod schodami. Czy to ściany, czy liny krępują swobodne ruchy - czy to naprawdę ważne, jakie jest źródło, kiedy efekt ściska serce, mięśnie i płuca na ten sam, bezduszny sposób? Jaka to różnica, czy chłód muskający kostkę jest skutkiem przeciągu nacinającego ze szczeliny między drzwiami a podłogą, czy trącającej nogę, śliskiej skóry wężowego cielska koślawymi ścieżkami balansującego między nagrobkami? Ktoś mógłby powiedzieć: „cóż to za porównanie: Cruciatus a cios łokciem w żołądek - na pierwszy rzut oka widać co jest gorsze".

Być może i widać, ale Harry pamiętał, że w wieku kilku lat wydawało mu się, że nic gorszego nie może go spotkać, z pewnością nie może, nie ma nic bardziej znaczącego ponad ten ból i to upokorzenie - nie istnieje nic gorszego ponad tu i teraz. I to chyba najbardziej oddaje postać rzeczy: liczy się czas, liczą się okoliczności, liczy się moment.


-VVV-


Gdyby mógł, pewnie szamotałby się w swoich więzach - tam, na cmentarzu, na tej lodowatej płycie nagrobnej, przy posągu obojętnego, milczącego anioła - ale więzy tak ściśle przylegały do jego skóry, tak mocno krępowały jego nadgarstki, tak boleśnie wrzynały się w kostki, że Harry mógłby wić się w tych splotach jak w objęciach Diabelskich Sideł - bezskutecznie walcząc o wyzwolenie. Jego umysł krzyczał do niego, żądał wytchnienia, kipiał poniżeniem - a Harry nie mógł zrobić nic, aby to zatrzymać.

Był w szoku. Czuł się tak, jakby jakiś obcy byt zakradł mu się pod skórę i powolnie rozrywał go od środka. I patrząc w te czerwone, liżące jego twarz jak płomienie, oczy, nie dziwił się, że ludzie błagają.

Sploty zaciskające się na jego nadgarstkach i kostkach nóg tamowały swobodny przepływ krwi po jego organizmie i nie minęło kilka chwil, nim stracił czucie w swoich palcach, swoich dłoniach, swoich stopach. Sztylet, który Glizdogon wbił mu w ramię, omal nie doprowadził go do omdlenia.

Głos Voldemorta był dźwięczny, kiedy płynął ku niemu przez fale mdłości i bólu - trochę jak echo dochodzące z oddali. Opowiadał mu on o swoim ojcu, choć Harry nie wiedział, jak do tego doszło, kiedy zaczął swą historię i kiedy ma zamiar ją urwać, aby dokończyć swoje dzieło. Słyszał szelest jego peleryny, trzask gałązek pod nagimi stopami, pomruk spokojnego głosu wibrujący wokół jego głowy - jakby poza tymi dźwiękami świat nagle ucichł, jakby zastygł w bezruchu przerażony brutalnością, która rozgrywa się na jego oczach. Świat skurczył się do jego własnego ciała - którego był świadomy tak, jak jeszcze nigdy wcześniej - i do wysokiego mężczyzny o aparycji węża, który jeszcze chwilę temu był pokraczną, nieforemną istotą zawiniętą w nie pierwszej świeżości, czarny materiał, spoczywającą jak kukła w dłoniach Glizdogona, a teraz - ciekawy swojego ciała - badał opuszkami palców wystające pod ostrym kątem kości policzkowe, wężowe szpary w miejscu nosa, cienkie jak papier powieki, przykładał dłonie do wyprofilowanej gładko szczęki, przesuwał nimi po łysej czaszce, dotykał szyi. Patrzył, jak Lord Voldemort poznaje swoje ciało na nowo, jak uczy się jego nierówności, jak testuje nowe kości, rozprostowując i zginając palce, jak wypróbowuje je, przechadzając się powolnie przed grobem swojego ojca.


-VVV-


Siedział naprzeciw Snape'a, wpatrzony w ścianę, której nie dostrzegał i mówił mu o tym wszystkim: mówił o strachu, o bezsilności, o bólu; zdejmował z siebie tę cienką skorupkę kawałek po kawałku, odsłaniając to, co kryło się pod nią.

Mówił o tym, jak Śmierciożercy wrócili do swojego Lorda. Wymienił ich nazwiska, jakby szedł po okręgu. Przytoczył słowa Voldemorta, niczego nie przemilczając.

Mówił o Cedirku. O Cedriku, który powinien uciec, ale tego nie zrobił, który był przekonany, że to jedynie kolejny etap trzeciego zadania, który śmiał się, kiedy uświadomił sobie, że puchar był Świstoklikiem; który uciekając - tak jak nakazywał mu Harry - pozbawiłby jego samego możliwości powrotu do Hogwartu. O tym, że w głębi duszy cieszył się, że Cedrik go nie posłuchał. O tym, że nienawidził się za to najbardziej na świecie.


-VVV-


Była w tym także dezorientacja towarzysząca myśli, że Voldemort byłby w stanie zakończyć to w każdym momencie, gdyby tylko chciał. Harry nie miał pola do popisu tak długo, jak był przywiązany do nagrobka, tak długo, jak nie nie miał w ręku różdżki - mógł tylko doszukiwać się złudnej nadziei, że uda mu się jakoś uwolnić z krępujących go więzów, które - im bardziej się starał - tym mocniej zaciskały się na jego ciele. Niemożliwy do przytłumienia zamęt w głowie, gdy Voldemort sam go rozwiązał. Pamiętał - szukał haczyków, które nie istniały, kiedy najpotężniejszy czarnoksiężnik tej ziemi na powrót włożył mu jego różdżkę w dłoń i powiedział: „walcz ze mną" - „walcz ze mną", jakby tylko na to czekał przez trzynaście długich lat, jakby tego pragnął, jakby go prosił. „Walcz ze mną, Harry", jakby mówił: „tego chcę, tego potrzebuję, daj mi to, Harry, możesz mi to dać, bo jesteś tego godzien", a Harry - choć nie wiedział, co może ona oznaczać - panicznie bał się obsesji, która pobrzdąkiwała za tymi słowami. „Nie odwracaj się do mnie plecami, Harry!". Zupełnie, jakby mówił: „nie traktuj mnie po macoszemu", jakby mówił: „nie pozostawiaj mnie samemu sobie"; obserwowany przez swoich popleczników, na nowo wyrabiających sobie poglądy o jego potędze, nie mógł sobie pozwolić na to, by zostać zignorowanym, by zostać potraktowanym z obojętnością. Voldemort krzyczał: „Spójrz na mnie!" i brzmiał, jakby chciał powiedzieć: „Zwróć na mnie uwagę!".

I może zawsze właśnie o to chodziło. Nie o: „drżyj przede mną", nie o: „lękaj się mnie", nie o: „pokłoń się mi", tylko o: „zwróć na mnie uwagę".

Zwróć na mnie uwagę, Harry.


-VVV-


Lord Voldemort to potęga, Lord Voldemort to ktoś, kogo nie należy lekceważyć - Harry zrozumiał to w chwili, kiedy więzy puściły jego nadgarstki i przyswoił sobie dogłębnie wówczas, gdy mimo pozornej wolności, mimo ściskanej w dłoni różdżki, mimo zniknięcia przytrzymujących go splotów, leżał chwilę później na twardej, udeptanej ziemi wydzierając się z bólu tak głośno, że zdarł sobie gardło i omal nie wypluł języka. Lord Voldemort to magia w czystej postaci.

I Harry - oddychając tą magią zwróconą przeciw niemu - jednocześnie miał ochotę przymknąć oczy jak zwinięty na kaflowym piecu kot i zwymiotować pod własne stopy. To dziwne przeżycie - niemal abstrakcyjne. Napływ dualistycznych przeciwieństw do jego ciała, werwa, z jaką uderzyły one w jego umysł i intensywność skumulowanej wokół magii sprawiały, że ciężko mu się było skoncentrować.

Jego instynkty wyprzedzały rozum, wyprzedzały myśl - bo to nie tak, że Harry pomyślał: „uciekaj", „szukaj rozwiązania", „kryj się". Mignęło zielone światło, a Harry zareagował - akcja, reakcja. Chwilę potem kulił się za nagrobkiem, nasłuchując kroków. I po raz pierwszy w życiu czuł się jak zwierzyna, na którą polują kłusownicy - która musi się wykazać sprawnością działania, błyskotliwością umysłu w wyszukiwaniu dostępnych możliwości obrony i gorącą wolą przetrwania. Jego Gryfońscy koledzy wyśmialiby go, gdyby dowiedzieli się, że jego pierwszą reakcją na zagrożenie było zanurkowanie za płytą nagrobną w poszukiwaniu schronienia.

Trzask pękającego kamienia przyprawiający o dzwonienie w uszach, mięśnie napięte do maksimum, brak czasu na zastanowienie - jedno przeturlanie się po ziemi i jego policzek dotykał już sąsiadującej płyty nagrobnej, a jego oczy szukały jakiegokolwiek zagłębienia w ziemi, w którym mógłby się ulokować.

Ze swojego balansowania między rozpadającymi się z hukiem nagrobkami pamiętał tyle, że Voldemort się śmiał - i brzmiał przy tym na podekscytowanego.


-VVV-


Pewnie kryłby się tak do końca świata, gdyby nie to, że skończyły mu się nagrobki.


-VVV-


Co zapamiętał najdokładniej? Uczucie bycia skrępowanym pętami, zimną, kamienną płytę, do której przyciskał głowę, mając wrażenie, że epitafium lada moment wyryje się od tego na skórze, ciężar rzeźby anioła, którego ramię bezskutecznie starał się odciągnąć od swojej twarzy. Własne dłonie, w których omal nie utracił czucia. To, że czaszka omal nie pękła mu wzdłuż blizny, kiedy Voldemort musnął ją palcami.


-VVV-


— Czasami się, Potter, zastanawiam, czy Czarny Pan nie obserwuje mnie twoimi oczami. — Snape marszczył czoło, spoglądając spod rzęs na jego bliznę. — Uczę cię Oklumencji, zaglądam w twój umysł, być może w pewnym stopniu analizuję to, co w nim znajduję, ale wciąż nie rozumiem tego połączenia. Jest dziwne. Specyficzne.

Harry westchnął, uśmiechając się bez rozbawienia, skubiąc skórki przy poobgryzanych paznokciach. Krew w jego żyłach chyba płynęła mozolniej niż zazwyczaj; i zdaje się, że niemalże zupełnie odpłynęła z jego twarzy.

— A może za bardzo opiera pan swoje wnioski na własnych doświadczeniach? — mruknął ze zmęczeniem, zerkając kątem oka na lewe przedramię Snape'a.

Snape przechylił głowę, marszcząc na niego brwi, a Harry westchnął przeciągle i machnął ręką.

— Tak czy inaczej prosty dotyk był w stanie sprawiać tak silny ból — powiedział, odwracając wzrok — i to go cieszyło.


-VVV-


„Cieszyło" to za mało powiedziane, bo Voldemort się tym pławił. Harry widział jego oczy - te dwie czerwone czeluści, które zapłonęły jak ciała niebieskie. Rozpływał się w tej zależności, badał ją, jak chwilę wcześniej własne ciało, sprawdzał jej możliwości, obserwował, na jak wiele jest w stanie wpłynąć, rozeznawał się w tym, jak wiele wysiłku powinien w to włożyć - niczym naukowiec śledził swego laboratoryjnego szczura, jak wije się pod jego dotykiem, jak skamle z bólu.

Nie potrzebował słów, nie potrzebował myśli, wystarczył dotyk - i to było nowe, to było intrygujące. Harry bał się ciekawości, jaka płonęła wówczas w tych rubinowych oczach. Nie chciał zostać eksperymentem, który się nie udał.


-VVV-


Tak czy owak, eksperymentem został - wbrew swojej woli, oczywiście; ale być może powinien dziękować fatum za taki, a nie inny, obrót wydarzeń, bo dzięki temu zachłannemu testowaniu jego możliwości, dzięki temu sprawdzianowi, któremu został poddany, zyskał możliwość ucieczki - której nikt się po nim nie spodziewał.

Voldemort krzyczał coś za jego plecami, kiedy wszczął szaleńczy bieg po puchar, który w swojej absurdalności był tak wielki, że nawet sposób, w jaki nazywał to w myślach, kpił z niego, szczerząc łakomie zęby. Bieg po puchar - niczym sprinter, niczym krótkodystansowiec. Usta miał pełne pyłu, w uszach mu dzwoniło, a jego pokryte ziemią palce drżały.

Łapcie go, łapcie go, głupcy, nieudacznicy!" — kołatał mu się między skroniami szaleńczy wrzask, pobrzmiewający gdzieś za jego plecami, kiedy ściskał stygnącą, bezwładną dłoń Cedrika, której mięśnie nie zacisnęły się w odpowiedzi na jego palcach.

To cud, że kiedy wylądował na szkolnym boisku, nie zwymiotował na własne dłonie, na złoty puchar, na sztywne, wyciągnięte przed nim ciało.


-VVV-


— Co pamiętasz z wydarzeń, które miały miejsce, po twoim powrocie? — zapytał Snape, podając mu szklankę z wodą, do której Harry przylgnął, jakby od miesięcy nie miał żadnego płynu w ustach.

— Jeden wielki mętlik i plączące się ze sobą głosy, które wciąż ciężko mi rozróżnić, wrzask, który uciekł z piersi pana Diggory'ego i Barty'ego Croucha w obwolucie Moody'ego, ciągnącego mnie przez zamkowe korytarze — przełknął ślinę Harry. — Nie mam pojęcia, kiedy i jak nastąpił przeskok pomiędzy dwoma ostatnimi.

— Wcale się temu nie dziwię. — Słowa Snape'a były ciche, czarne oczy przyglądały mu się w zamyśleniu. — Byłeś w głębokim szoku.

Harry kręcił się na swoim miejscu, starając się uspokoić pędzące niepohamowanie serce.

— Pamiętam pana głos — powiedział w przypływie szczerości Harry, choć wcale nie zamierzał tego powiedzieć; poruszył się niespokojnie, unikając spojrzenia w ziemistą twarz — choć pojęcia nie mam, co pan mówił. Pamiętam, potrafię umiejscowić go w czasie, słyszałem go dużo później, po tym, jak Crouch zaciągnął mnie do swojego gabinetu, po tym, jak mnie przeraził nie na żarty, po tym, jak uświadomiłem sobie... a przynajmniej zaczęło mi się wydawać, że nikomu nie mogę ufać. Po tym, jak go obezwładniłem i Dumbledore wyważył drzwi. Może to głupie, ale słyszałem słowa, ale nie rozumiałem ich sensu, jakby doznania ze świata zewnętrznego docierały do mnie jedynie połowicznie. — Harry odetchnął głęboko. — To głupie — powtórzył, skubiąc zębami wnętrze dolnej wargi — ale to był moment, w którym dotarło do mnie, że już nic mi nie grozi. Właśnie wtedy. Kiedy pana usłyszałem — wzruszył bezradnie ramionami, spuszczając wzrok na złożone na kolanach dłonie. — Nie potrafię nawet wyjaśnić dlaczego... — wypuścił powietrze przez nos, obserwując swoje niezgrabne palce, jak niczego innego, bojąc się podnieść wzrok i zmierzyć ze spojrzeniem obserwującego go z niecodziennym spokojem Snape'a. — Byłem gotowy walczyć dalej — przyznał - prawie szeptał — nie wiedziałem, co się dzieje.

— Skierowałeś na nas różdżkę — powiedział cicho Snape, przechylając głowę i marszcząc mocno brwi; w jego oczach kryło się coś dziwnego, czego Harry nie potrafił nazwać. — Siedziałeś na podłodze — brzmiał niepospolicie miękko; Harry zagryzł wnętrze policzka — i zacząłeś się przed nami wycofywać. Wyglądałeś jak przerażone zwierzę.

Harry speszył się tym określeniem, podejrzewając, że jest w nim cała prawda; skulił nieznacznie ramiona, jakby to miało go ustrzec przed rzeczywistością. Usłyszał zgrzyt odsuwanego fotela, stukot miękkich kroków i szelest szaty. Uniósł wzrok na wbijającego w niego intensywne spojrzenie Mistrza Eliksirów, gdy ten przykucnął przy jego krześle, nie spuszczając z niego przewiercającego wzroku czarnych oczu.

— Wiesz, jakie są zwierzęta, kiedy się boją? — zapytał, mrużąc w koncentracji oczy, a Harry zaśmiał się nerwowo, walcząc, by nie uciec spojrzeniem.

— Słabe? — zapytał mdło, na co czarnookie spojrzenie zestaliło się jak stygnący wosk.

Niebezpieczne. — Snape wypowiedział to słowo z takim przekonaniem, że Harry nie mógł powstrzymać wyrazu zaskoczenia, cisnącego mu się na twarz. — Z twojej różdżki sypały się iskry — ściszył głos, a Harry nieporadnie starał się ukryć własną konsternację. — Nie pamiętasz tego, zgadza się? Celowałeś nią prosto w twarz dyrektora, a twoje oczy krzyczały, żeby się do ciebie nie zbliżać - że jesteś gotów ugryźć, zanim zostaniesz ugryziony. — Mętlik w jego głowie musiał wyczyniać z jego mimiką absurdalne rzeczy, bo Harry poczuł, jak usta mu się rozchylają, choć nie ucieka spomiędzy nich żadne słowo, a twarz marszczy się paskudnie. — Crouch w ciele Moody'ego leżał bezwładnie na podłodze przy ścianie, a twoja magia wisiała w powietrzu jak ostrzeżenie. Byłeś jak odbezpieczony rewolwer, który w każdej sekundzie gotów jest wypalić.

Harry pokręcił głową, nie chcąc wierzyć w te słowa, zastanawiając się, czy Snape nie stroi sobie z niego żartów.

Potter — syknął w odpowiedzi na jego reakcję czarnooki, brzmiąc na podirytowanego; chuda dłoń pochwyciła jego szczękę — sam Czarny Pan powiedział ci, że jesteś kimś silnym. Jedyne, co musisz zrobić, to zaakceptować to, rozumiesz?

Jeśli Harry był w czymś biegły, to w odwracaniu od siebie uwagi. I tę właśnie kartę wyłożył, kiedy otworzył usta i zażądał od Snape'a jego części tej przedziwnej wymiany informacji.

Czarne oczy pociemniały, kiedy Snape powolnie podniósł się z ziemi, mierząc go z góry niechętnym spojrzeniem, które w ułamku sekundy przeistoczyło się w lód. Harry zacisnął zęby i odpowiedział na ten miażdżący, chłodny wzrok nieustępliwością.

Dałem ci wspomnienie, Snape — myślał, wytrzymując nieugięty, czarnooki wzrok — wyłożyłem swoje emocje przed tobą na tacy. Dałem ci obraz, który mogłeś skrupulatnie i powoli odmalować sobie pod czaszką. Ofiarowałem ci swój strach, Snape, teraz ty oddaj mi swój.

Spojrzenie, jakim potraktował go Mistrz Eliksirów, sprawiło, że jego żołądek przeistoczył się w kamień.

— Oddam — powiedział miękko Snape; Harry miał nieodparte wrażenie, że wszystko w nim i wokół niego zamarło na długą, gorącą chwilę.


-VVV-


— Sprawiasz, że muszę zmierzyć się z przeszłością — powiedział Snape, krzywiąc się z lekka, niezmiernie powoli zbliżając się do biurka, z ledwo dostrzegalnym zawahaniem zajmując swoje stałe miejsce, z pewnym ociąganiem opierając łokieć o ramię fotela — kiedy nie wiem, czy jestem na to gotów.


-VVV-


Był jak zamknięty w kokonie motyl, który wcale nie chce wydostać się na zewnątrz. Harry, patrząc w jego ziemistą twarz, widział walkę, jaką stacza z sobą samym, kiedy tak siedział po przeciwnej stronie biurka, niby od niechcenia obracając w palcach wyjęte z kałamarza pióro. Ciemna kropla atramentu skapnęła na rozłożone na blacie pergaminy, a czarne oczy przylgnęły do niej, kiedy rozmazywał ją paznokciem, pozostawiając ciemne smugi na opuszkach przebarwionych od wieloletniego kontaktu z eliksirami różnej maści palców.

— Jesteś odważny — powiedział wreszcie Snape, wyglądając, jakby dusił się tymi kilkoma głoskami, jakby wypluwał je usilnie przez cienkie wargi, a te kleiły się do jego języka, nie chcąc go opuszczać. I brzmiał, jakby przyznawał się do słabości.

— Oczywiście, że tak — westchnął Harry, uśmiechając się kwaśnawo, gdy czarne oczy uniosły się na jego twarz - przez chwilę wydawało mu się, że w ich objętości czai się smutek. — Jestem Gryfonem.

Snape zmarszczył się paskudnie jak po skosztowaniu wyjątkowo gorzkiego eliksiru leczniczego.

— Znam Gryfonów, którzy aspirują na największych tchórzy wszechczasów — wypluł, jakby go ganił, a Harry, przeciągając językiem po wnętrzu dolnej wargi, stwierdził, że od ciągłego jej przygryzania nabawił się drobnych, piekących pod koniuszkiem języka ran.

— Na przykład mój ojciec? — zapytał cicho, czując, jak coś wewnątrz niego zaciera boleśnie jego wyobrażenia o nieustępliwym, cnotliwym, szlachetnym mężczyźnie, w którego całym sercem pragnął wierzyć.

W jego głosie musiały czaić się nuty, które zdradzały, jak gorzki posmak zostawiły te słowa na jego języku, bo Snape zamrugał niczym nieznacznie wytrącony z kontekstu i przyjrzał mu się spod jeszcze bardziej, niż chwilę temu, pomarszczonego czoła.

— Nie — pokręcił głową; jego słowa były ciche jak oddech. — On nie.


-VVV-


To przedziwne uczucie - dopadające cię, kiedy spoglądasz w oczy Severusowi Snape'owi. Ba! Przedziwny jest sam rytuał przebywania z nim sam na sam w jednym pomieszczeniu.

Severus Snape to człowiek, który zapyta cię: „O czym myślisz?" i nie będzie oczekiwał werbalnej odpowiedzi, ponieważ z chwilą, z którą spojrzałeś na niego z zadumą rozmywającą się na twojej źrenicy jak urwany sen, on już poznał wszystkie twoje sekrety skrywane na dnie tej gmatwaniny myśli, jaką jest twój umysł. Severus Snape - inteligencja, spryt, odwaga chodząca na dwóch nogach; warczące z rezerwą, żywe odizolowanie społeczne.

— Jeżeli w ten sposób zobojętniejesz — powiedział mu Snape pewnego wieczora, przyglądając się, jak nieporadnie niczym okrągły miś z dziecięcej bajki podnosi się z ziemi, ocierając pospiesznie pomiętym rękawem wilgotne policzki, mając złudną nadzieję, że jego twarz nie upodobniła się jeszcze do popękanego w pył szkła, którego szczątki rozsypują się wokół jak płatki śniegu — to wypłacz się. Mogę poczekać. — Złożył różdżkę, przytrzymując ją spuszczoną obiema dłońmi, obserwując, jak z ust Harry'ego - zastanawiającego się, czy to w ogóle możliwe, wyczerpać łzy - ucieka szorstki, nieprzyjemny, urwany śmiech. Pozwolił mu również na niego - jakby wierzył, że to ma znaczenie.

Twarz Snape'a była wiecznie sucha, wiecznie silna, wiecznie surowa - jakby to było takie proste, jakby nie wymagało najlżejszego wysiłku: utrzymać obojętność. Twarda skorupa skierowana w jego stronę, podczas gdy żałośnie próbował zakryć swoją poczerwieniałą z upokorzenia twarz i obetrzeć łzy, czyniąc to tak gwałtownie, jakby jego zamiarem było wyrwanie sobie gruczołów łzowych, wydrapanie ich paznokciami i rzucenie nimi w zakurzony kąt.

Chciał powiedzieć: „ja wcale nie płaczę", ale nawet w jego myślach brzmiało to tandetnie i oklepanie, i niemożliwie dziecinnie, więc jedynie splatał ramiona na piersi i odwracał się tyłem do Snape'a jak obrażony, boczący się dzieciak.

— To tak nie działa — zaśmiał się Harry; głos kołatał mu się między zębami jak podzwaniająca o siekacze, metalowa łyżeczka.

Snape westchnął, a jego szata zaszeleściła leniwie, gdy dostąpił do biurka i przysiadał w odsuniętym fotelu, drapiąc - trochę ze znudzeniem - obicie lewego podłokietnika.

— Czasami działa — mruknął i ukrył twarz za okładką pokaźnych rozmiarów notesu obitego w czarną skórę, kiedy Harry, nie bez niedowierzania, odwrócił się ku niemu z ogłupiałą miną, która musiała dziwacznie wyglądać na jego poczerwieniałej twarzy, do której policzków kleiły się krokodyle łzy. — Czasami — powtórzył nieco warkliwie, a w jego gardle przebrzmiewało rozdrażnienie, więc Harry, nie chcąc wywoływać wilka z lasu, spuścił głowę i spróbował otrząsnąć się z resztek przygniatających, znienawidzonych wspomnień.


-VVV-


Kręcił się nerwowo po gabinecie Snape'a, nie potrafiąc usiedzieć w miejscu, czując na karku sunące za nim, intensywne spojrzenie - jakby był muchą kręcącą się pod lupą, jakby był szczurem laboratoryjnym.

— Pragniesz, Potter, bardzo wiele — westchnął Snape, opierając łokcie o blat biurka i przechylając w zamyśleniu głowę (kilka przetłuszczonych włosów wplotło się w jego rzęsy) — ale kiedy wreszcie to otrzymujesz, bierzesz to bardzo nerwowo, sam nie wiedząc, czego naprawdę chcesz.

Wydawało mu się, że potrafi znieść wszystko, co niesie ze sobą historia z inicjacji na Śmierciożercę jego wyniosłego Mistrza Eliksirów, ale teraz nie był już tego taki pewien - miał ochotę zwymiotować, kiedy w głowie zadźwięczał mu klejący się do jego świadomości zlepek słów: inicjacja, ojciec, morderstwo.

— Boję się — przyznał, nie patrząc mu w oczy — że to mnie przygniecie.

— Słusznie — pokiwał powoli głową Snape; a potem uśmiechnął się i przez chwilę wyglądał, jakby nad jego sylwetką migotał metaforyczny neon z napisem: „zagrożenie".

— Ale potrafię mierzyć się z własnymi lękami — dodał w przypływie brawury, lustrując Snape'a niemalże buńczucznym spojrzeniem. — A pan?

Stawiał przed nim wyzwanie - i Snape, był tego pewien, musiał wyraźnie słyszeć to w jego głosie. Jego czarne oczy pociemniały.


-VVV-


— Dlaczego zależy ci na tym, żeby odkryć moją przeszłość? — zapytał szeptem Snape. — Nie ma w niej nic niezwykłego. To klatka pełna kurzu, brudu i niedopowiedzeń.

— I tajemnic — dodał Harry, przechylając głowę, mierząc Snape'a kontemplującym spojrzeniem, jakby był rzeźbą wystawioną w galerii sztuki. — Przede wszystkim tajemnic.


-VVV-


Czarne oczy przesuwały się wzdłuż popękanej, milimetrowej szczeliny ciągnącej się po jednej ze ścian, kiedy - po kilku sekundach przeciągającej się ciszy - odezwał się powoli - zdając się wypowiadać słowa bardziej do siebie, niż do Harry'ego. Powietrze w lochach wydawało się tak zimne, że Harry zastanawiał się, czemu nie zostawia obłoków pary wirujących w powietrzu wokół swojej głowy.

— Czy naprawdę chcesz słuchać — zapytał Snape, brzmiąc, jakby mówił przez suche usta — o tym, jak sięgam ręką i całuję szatę czarodzieja, który sprawia, że jednocześnie chcę położyć policzek na jego nagich stopach i od niego uciekać? — Czy naprawdę — pokręcił głową, ponuro spoglądając na udeptany, gęsty dywan — chcesz słuchać o tym, jak mój ojciec leży w kałuży krwi i drży pod moimi rękami, kiedy już nie ma siły, by błagać? Czy naprawdę chcesz usłyszeć — czarne oczy napotkały jego własne i Harry poczuł się, jak ktoś, kto wziął zbyt szybki oddech w mroźny wieczór, który rani jego gardło i język — że w każdą noc przez następne miesiące będę śnił o tym, jak przykładam dłoń do jego miękkiej szyi, szukając słabego pulsu i czekając na to, aż zniknie? Czy naprawdę chcesz usłyszeć o tym, jak lgnę do jego ciała, kiedy trzęsie się z bólu i upokorzenia, nie mogąc nad tym zapanować? Chcesz, żebym to wszystko na ciebie zrzucił, Potter? Naprawdę tego chcesz?

Harry milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w ciemne, błyszczące jak nocne niebo obsiane gwiazdami oczy Severusa Snape'a; a potem, choć jego suche wargi kleiły się do siebie nawzajem, powiedział mu: „tak".


-VVV-


Oto i temat tabu: inicjacja Śmierciożerców. Czarodziejski świat wiedział o niej tyle, że istniała. Nie znał jej przebiegu, znaczenia oraz wagi. Nie szukał symbolizmu w akcie ofiarowania komuś całego swojego życia.

Harry chciał ją poznać, zrozumieć, na czym polegała, czym się kierowała, jak przebiegała. Wyobrażał sobie rytuał - wielokrotnie powtarzany, raz za razem jak obrządek, jak część pewnej - nie do końca zrozumiałej - kultury. Chciał przyjrzeć się jej z bliska jak robakowi pod lupą, analizować ruch kończyn, przesunięcie się czułków, drobniutkie prążki na grzbiecie wymalowane tam niczym skazy.

Być może ta historia sprawi, że łatwiej mu przyjdzie zrozumienie fenomenu, jakim był Severus Snape?

Być może stanie się łatwiejsze doszukanie się znaczeń w pewnych działaniach Lorda Voldemorta?

Słuchał oddechu Mistrza Eliksirów, kiedy ten otwierał usta, aby zdradzić mu swoje tajemnice i myślał, że to niezdrowe - ta nić fascynacji, która oplotła jego szyję, gdy dotarło do niego, że Snape się boi. Boi się wspomnień, którymi musi zapłacić.