Bellatrix3, trata – ogromnie dziękuję za komentarze. Przyznam, że już jakiś czas przestałam się spodziewać tutaj jakiegokolwiek odzewu, a tu taka niespodzianka, dwa komentarze w jednym miesiącu, i to jakie długie i miłe! Tak bardzo mnie to ucieszyło, że wrzucam kolejny rozdział, a nawet dwa, które już od jakiegoś czasu wiszą na Forum Mirriel.
Za betę dziękuję Panterze.
Trzecioroczni tłoczyli się przy schodach prowadzących na szczyt Wieży Astronomicznej. Tej nocy niebo było tylko częściowo zachmurzone, a temat zajęć, księżyc, jedynie chwilowo niewidoczny. Mimo to Auriga zawołała uczniów do sali mieszczącej się w niższych partiach wieży. Sama zawsze wolała ćwiczenia praktyczne od suchego wykładu, ale ostatnimi czasy, gdy tylko pozwalał na to materiał, wybierała teorię. Spora część uczniów przyjmowała to z ulgą i zrozumieniem — najwyraźniej nie tylko ona czuła się nieswojo w miejscu, w którym zaledwie parę miesięcy wcześniej zginął Dumbledore.
Kiedyś Auriga uwielbiała przesiadywać na Wieży, ale po tamtych wydarzeniach przestała przychodzić tu częściej niż wymagały tego jej obowiązki. Cierpiały na tym jej dodatkowe obserwacje i badania, ale ostatnio i tak nie potrafiła skupić się na pracy.
Było coś koszmarnie ironicznego w tym, że wszystko rozegrało się właśnie w miejscu, w którym kiedyś przebywała z Severusem tyle czasu. Nie potrafiłaby zliczyć, ile nocy spędzili na rozmowach, stojąc przy blankach i popijając herbatę. Ile razy blokował zaklęciem klapę w podłodze, żeby nikt ich nie przyłapał na słownych przepychankach, kończonych nieuniknionym pocałunkiem, a ona żartowała, że te ich schadzki pod rozgwieżdżonym niebem można by uznać za całkiem romantyczne...
Sinistra stanowczo odsunęła od siebie te wspomnienia i skupiła się na klasie. Uczniowie zajęli miejsca i wyciągnęli książki, więc mogła zaczynać. Na wyrywki odpytała kilka osób z materiału z poprzedniej lekcji, a potem rozwinęła plansze i przeszła do zaplanowanego na dziś tematu. Po latach prowadzenia lekcji była już w stanie referować je z pamięci bez zająknięcia, poświęcając tej czynności jedynie minimum uwagi. Czekając aż uczniowie przepiszą definicje z tablicy, wróciła myślami do wspomnień...
Nie mogła przestać się zastanawiać, co by się stało, gdyby tamtej nocy prowadziła obserwacje. Nie łudziła się, że byłaby w stanie cokolwiek zmienić. Pewnie pozwoliłaby, żeby Snape zrobił to, co zrobił, do końca naiwnie wierząc, że on i Dumbledore nad wszystkim panują, że to jakiś ich kolejny genialny plan, którego jak zwykle nie uznali za stosowne jej przedstawić. Dopóki nie byłoby za późno, nie przemknęłoby jej przez myśl inne wyjaśnienie. Przecież ukochany mężczyzna nie mógł nagle okazać się podłym zdrajcą, tak samo jak największy czarodziej świata nie mógł dać się ot tak oszukać i pokonać.
A może jednak wpłynęłaby jakoś na wydarzenia? W końcu jako pierwszy na Wieży zjawił się młody Malfoy — może zdołałaby go unieszkodliwić, zanim rozbroił dyrektora, a Dumbledore z różdżką w ręce mógłby walczyć... Tylko że on również nie spodziewał się ataku. Ufał Severusowi. Ufał na długo przed tym, jak go poznała — to kwestia długoletniej współpracy i przyjaźni; nie było w tym jej winy. To, że ona i Snape zostali parą, nie zdołałoby uciszyć wątpliwości Albusa. Auriga mogła pogodzić się z tym, że Severus widział w niej tylko naiwną kochankę, ale w tę jedną rzecz nie zamierzała uwierzyć. Nie wiedziała, jaki cel miał Severus opowiadając jej takie rzeczy — czy chciał sprawić jej jak największy ból, czy może jakieś resztki sumienia kazały mu szukać możliwości przerzucenia choć części odpowiedzialności na kogoś innego. Ona nie zamierzała dać się tym obarczyć.
Sinistra przeszła po sali, uciszając szepcące w ostatniej ławce dziewczynki. Przyznała pięć punktów jednemu z Krukonów za poprawną odpowiedź na jej pytanie i kazała uczniom przepisać kolejną definicję. Zdawała sobie sprawę z faktu, że nie jest to najbardziej porywająca lekcja w jej karierze, ale ostatnio nie chciało jej się nawet starać, by uczynić swoje zajęcia choć odrobinę interesującymi. W gruncie rzeczy jakie to teraz miało znaczenie?
Zastanawiała się, czy ją także by zabił. W końcu nic dla niego nie znaczyła, co za różnica, jedna ofiara więcej czy mniej... Dość mgliście pamiętała tamtą noc. Planowała obserwacje, ale migrena zatrzymała ją w łóżku, a eliksir przeciwbólowy sprawił, że zasnęła kamiennym snem. Severus zachowywał się zupełnie normalnie, był swobodny i miły na ten swój nieoczywisty, nieco złośliwy sposób. Zanim wyszedł, żeby zamordować Dumbledore'a, pocałował ją na dobranoc. Może gdyby nie była otępiała eliksirem, zauważyłaby coś niecodziennego w jego zachowaniu — ale prawdopodobnie nie; w końcu doskonale potrafił maskować emocje...
Auriga poczekała, aż uczniowie skończą notować, a potem przeszła do kolejnego punktu zajęć. Odwróciła się i zapisała na tablicy datę: 20 lipca 1969.
— Tego dnia miało miejsce jedno z najważniejszych wydarzeń w historii astronomii: pierwsze lądowanie człowieka na księżycu. W zespole, który nad tym pracował, oczywiście było kilku czarodziejów, ale w samej wyprawie wzięli udział jedynie mugole. Czy ktoś potrafi powiedzieć, jak nazywał się pierwszy człowiek, który stanął na księżycu?
Dopiero kiedy odpowiedziała jej pełna konsternacji cisza, zaskoczona nauczycielka spojrzała na klasę i uświadomiła sobie, co właśnie powiedziała. Myśli o Severusie natychmiast wywietrzały jej z głowy i nagle otrzeźwiała Auriga poczuła ukłucie paniki. Uczniowie wpatrywali się w nią z zaskoczeniem, kilkoro Ślizgonów i Krukonów wyglądało do tego na mocno zdegustowanych. Jeden z tych ostatnich natychmiast podniósł rękę. Z wahaniem skinęła głową, udzielając mu głosu.
— Mówiliśmy o tym na zajęciach z mugoloznawstwa, pani profesor. Profesor Carrow twierdzi, że to wszystko bujdy i mugole sobie to wymyślili — powiedział chłopak nieco przemądrzałym tonem. — Przecież żaden człowiek nie przeżyłby na księżycu! Pani profesor sama mówiła, że tam nie ma powietrza, więc jak ktokolwiek mógłby tam oddychać? To wszystko to jedno wielkie oszustwo, w które tylko ci głupi mugole mogli uwierzyć.
W klasie rozległy się szepty i stłumione chichoty.
Auriga poczuła, że zaraz trafi ją szlag. Docierały do niej informacje, że na swoich zajęciach Alecto Carrow przedstawia mugoli jako prymitywnych i zakłamanych barbarzyńców, groźnych dla czarodziejów oraz siebie samych, i deprecjonuje wszelkie ich osiągnięcia i wynalazki, jednak dopiero w tej chwili uświadomiła sobie, co to właściwie oznacza. Ogarnęła ją wściekłość. Nie na chłopca; to nie jego wina, że Ministerstwo nakazało cenzurę książek mugoli, a Alecto Carrow skutecznie robiła im wodę z mózgów, wmawiając nienawiść do wszystkiego, co niemagiczne — choć niewątpliwie on sam był małym bezczelnym bachorem i zasłużył na szlaban za sugerowanie, że jego nauczycielka jest głupia, skoro wierzy w takie bajki. Jednocześnie Sinistra poczuła przemożną ochotę, by kontynuować lekcję i dobitnie im wszystko wyjaśnić — począwszy od tego, w jaki sposób lądowanie na księżycu było możliwe, a zakończywszy na krążących wśród mugoli teoriach spiskowych, które z pewnością spodobałyby się Alecto, a które co do jednej dawało się łatwo obalić.
Na szczęście zachowała jeszcze odrobinę instynktu samozachowawczego i to on w porę wziął górę nad frustracją. Odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić, i spojrzała chłodno na klasę.
— Proszę o ciszę. Skoro przerabialiście to z panią Carrow — po tym, co usłyszała, nie mogła przemóc się, by nazwać tę cholerną wariatkę mianem „profesor" — to powinniście znać odpowiedź na moje pytanie. No cóż, trudno. — Machnięciem różdżki starła do czysta tablicę. — To był Neil Armstrong. A teraz przejdźmy dalej...
Resztę wykładu udało jej się przeprowadzić bez zakłóceń, ale nie pozwoliła już sobie na działanie na autopilocie i pilnowała się przy każdym słowie. Z ulgą powitała dźwięk dzwonu kończącego lekcję. Spokojnie przypomniała o pracy domowej i pożegnała się z uczniami, a potem zaczęła zwijać plansze. Dopiero kiedy wszyscy opuścili salę, przymknęła oczy i odetchnęła głęboko. Ręka, w której trzymała różdżkę, opadła, plecy zgarbiły się i zadrżały. Czarownica usiadła w swoim fotelu i pochyliła się nisko, opierając łokcie na kolanach i chowając twarz w dłoniach.
Głoszenie promugolskich poglądów na lekcjach było najgłupszą rzeczą, jaką mogła w obecnej chwili zrobić. Głupsze od tego było jedynie kwestionowanie informacji nauczanych przez śmierciożercę pod patronatem własnego przełożonego i całego Ministerstwa. Jeżeli tylko Carrowowie albo dyrektor się o tym dowiedzą...
Przez całe zajęcia starała się odsuwać od siebie myśli o tym, ile może kosztować ją ta dzisiejsza pomyłka. Jeżeli uczniowie się wygadają, niekoniecznie doniosą — nie podejrzewała żadnego z nich o złą wolę, choć może powinna, bo zarówno wśród Ślizgonów, jak i Krukonów znajdowały się dzieci śmierciożerców — ale po prostu powiedzą coś przy nieodpowiednich osobach... Wątpiła, by coś takiego uszło jej płazem, szczególnie teraz, kiedy sytuacja w szkole stawała się coraz bardziej napięta. Carrowowie mogli zastraszać uczniów, ale żadne z nich nie czuło się na tyle pewnie, by wchodzić w jakiś ostrzejsze zatargi z którymkolwiek z nauczycieli. Z pewnością nie przepuszczą okazji, żeby któremuś dokopać.
Przypomniała sobie o Charity i poczuła mdłości. Nie chciała tak skończyć. Jej życie ostatnio przypominało koszmar, ale nie pragnęła śmierci...
„Dość tego" — postanowiła sobie twardo. Najwyższy czas wziąć się w garść. Jeżeli chciała przeżyć tę cholerną wojnę, musiała zacząć lepiej nad sobą panować. Nie mogła pozwolić sobie na słabość. Kiedyś, kiedy już będzie bezpiecznie, przyjdzie czas na opłakiwanie przeszłości. Na razie powinna skupić się na tym, by przetrwać do tego momentu.
xxx
— Kawy, herbaty... o, a może piwa kremowego? — zawołała Liza z przylegającej do jej komnat kuchni, po czym wychyliła się zza drzwi i popatrzyła nagląco na Gustawa, który czekając na nią, przechadzał się po pokoju.
— Poproszę herbatę — rzucił.
— Ja bym wolała kremowe — stwierdziła Liza.
Zieleziński spojrzał na nią bez przekonania.
— Na Merlina, przestań — prychnęła. — Nie bój się, nie mam zamiaru znowu się upijać, zresztą w piwie kremowym nie ma ani kropli alkoholu. Więc jak?
— W porządku.
Liza uśmiechnęła się z zadowoleniem i znów zniknęła w kuchni, z której dobiegł szczęk otwieranych szafek. Zieleziński wrócił do rozglądania się po jej salonie. Wnętrze było proste, ale eleganckie. Znajdowało się tu niewiele mebli, wszystkie za to świetnie wykonane z ciemnego drewna. W wielkim kominku trzaskał ogień; ceramiczne hinduskie słonie na gzymsie położyły się i wygrzewały w jego cieple. Oprócz ognia jedyne źródło światła stanowiła wysoka lampa z płóciennym abażurem, rzucająca przyjemny, jasny blask na dosunięty do kominka fotel. Na jego oparciu leżał kraciasty koc i gruba księga w ciemnozielonej oprawie, wyglądająca na jakieś szalenie zawiłe i nudne dzieło naukowe. Jej tytuł składał się z trzech długich słów, z których Gustaw zrozumiał jedynie ostatnie: „numerologiczne". Widać jego angielski nie był aż tak dobry, jak sądził.
Zieleziński ostrożnie przerzucił parę zapisanych drobnym drukiem stron, pełnych skomplikowanych szkiców i ciągnących się na całe akapity formuł matematycznych. Marginesy pokrywały odręczne notatki i obliczenia Lizy. Gustaw uśmiechnął się krzywo. „No tak — pomyślał — nie wszyscy znaleźli się w tej szkole przypadkiem. Większość nauczycieli jednak zasłużyła sobie na tytułowanie ich profesorami".
On sam do poduszki czytywał mugolskie kryminały, których cały regał znalazł w jednym z odległych, zapomnianych kątów biblioteki. Przy odrobinie dobrych chęci można by to potraktować jako przygotowanie do zajęć. Ostatnio zastanawiał się nawet, czy nie zadać lektury uczniom w ramach poszerzania wiedzy o kulturze niemagicznych.
Zamknął księgę i pochylił się nad rozłożonym na stoliku do kawy pięknie intarsjowanym pudełkiem do gry w tryktraka. Na posadzce zastukały obcasy i Gustaw wyprostował się, żeby spojrzeć na Lizę. Czarownica podeszła do stolika, łokciem odsunęła planszę i obok niej umieściła dwa szklane kufle wypełnione spienionym złocistopomarańczowym płynem.
— Nie wiedziałem, że znasz tryktraka. To mugolska gra.
— Wcale nie. To, że pionki nie usiłują roztrzaskać się nawzajem i nie plują kwasem, nie znaczy, że jest mugolska. Choć faktycznie nie jest zbyt popularna. Dawno temu dostałam ją od ojca, przywiózł ją z jakiejś podróży... Siadaj, chyba że wolisz jeszcze pomyszkować.
Przesunęła lampę, żeby krąg światła nie padał bezpośrednio na nią i usiadła w fotelu.
— Chyba ci przeszkodziłem — zauważył Gustaw, zajmując miejsce naprzeciw niej. — Chciałaś poczytać.
Machnęła ręką.
— Zamierzałam dokończyć pewne zlecenie. Nie spodziewałam się, że ktoś mnie odwiedzi.
— Nie miałem tego w planach, ale Hailey wyskoczyły jakieś konsultacje z absolwentami, a w pokoju nauczycielskim spotkałem jedynie nastawioną wyjątkowo nieprzyjaźnie pannę Powell, więc pomyślałem, że może wpadnę do ciebie...
— Ach, byłam trzecia w kolejce, cóż za zaszczyt! — odparła kpiąco.
Gustaw nie miał pewności, czy żartuje, czy naprawdę zirytowało ją to, że stanowiła dla niego jedynie opcję awaryjną na dzisiejszy wieczór, ale ta druga możliwość mile połechtała jego ego.
— Chcesz zagrać? — zapytała Liza. — Nieczęsto mam okazję, czasem uda mi się namówić Aurigę, ale reszta woli szachy albo karty.
— Chętnie.
Liza przesunęła pudełko na środek stołu i przygotowała planszę do gry. Gustaw pozwolił jej zacząć, więc rzuciła kośćmi i po chwili namysłu przesunęła piony.
— Powiedz mi coś o sobie, Lizo — poprosił Zieleziński.
Spojrzała na niego zdziwiona.
— Ja przez cały czas zanudzam cię opowieściami o sobie — dodał. — Wiesz już o mnie wszystko, a ja o tobie absolutnie nic.
— Jak to nic? — Skrzywiła się ironicznie. — Wiesz, że bywam złośliwa i impulsywna, nie radzę sobie z Irytkiem, panną Powell i hipogryfami, nie mam głowy do alkoholu ani szczęścia w miłości i najprawdopodobniej za dużo palę — wyliczyła. — Nie wystarczy? Poznałeś mnie od tak koszmarnej strony, że chyba powinnam wymazać ci pamięć.
Gustaw uśmiechnął się.
— Wolałbym nie. Na szczęście wiem też o tobie parę dobrych rzeczy. Niewiele, ale zawsze to coś...
Liza prychnęła z udawanym oburzeniem i cisnęła w niego kośćmi. Złapał je bez trudu i rzucił na stół.
— Więc? — zapytał, przesuwając pion. — Powiedziałaś, że zamierzałaś pracować. Przygotowujesz materiały na lekcje?
— Nie, to coś zupełnie innego... Czasem biorę jakieś dodatkowe zlecenia. Ekspertyzy dla Ministerstwa albo jakichś prywatnych firm.
— Potrzebujesz dodatkowego dochodu?
— Raczej zajęcia. Lekcje to ledwie paręnaście godzin w tygodniu. Trochę pomagam Minerwie, w tym roku doszły mi obowiązki opiekunki domu... Ale wciąż zostaje mnóstwo wolnego czasu, a ja nie znoszę bezczynności. No i lubię wyzwania. Nie zrozum mnie źle, uwielbiam uczyć i nie zamieniłabym tego na nic innego, ale jednocześnie miło jest czasem zająć się jakimś zagadnieniem numerologicznym na poziomie wyższym niż szkolny. — Zerknęła na niego pytająco, jakby chciała się upewnić, że go to interesuje. Uśmiechnął się, zachęcając ją, by mówiła dalej. — Oczywiście nie bawię się w przewidywanie przyszłości — zastrzegła szybko. — Nie twierdzę, że to niemożliwe, znam ludzi, którzy się tym zajmują i czasem osiągają ciekawe rezultaty... Ale to bardzo mętne. My od takich rzeczy mamy tu Sybillę. Ja zajmuję się bardziej ścisłymi zagadnieniami.
— To znaczy?
— W zasadzie każde zaklęcie można opisać liczbami. Rozłożyć na czynniki pierwsze i sprawdzić, jak będzie zachowywało się, kiedy coś zmienimy, jak możesz je ulepszyć albo przełamać. Wbrew pozorom numerologia to bardzo ważny przedmiot. Interdyscyplinarny. Jeśli ktoś chce tworzyć nowe zaklęcia albo magiczne przedmioty, łamać klątwy albo wymyślać antyuroki, to prędzej czy później będzie musiał nauczyć się przynajmniej podstaw. To trochę tak jak z eliksirami — możesz wrzucić do kociołka wszystko, co masz pod ręką, i zobaczyć, co wyjdzie. Ale dla pewności lepiej schowaj się pod stołem, bo mikstura może ci wybuchnąć w twarz. Jeśli masz więcej rozsądku, najpierw sprawdzisz jak zareagują ze sobą poszczególne składniki, przeanalizujesz ich działanie w innych eliksirach, zastanowisz się, jaki wpływ ma na to układ planet i faza księżyca, i zrobisz jeszcze milion innych rzeczy, a dopiero na końcu sięgniesz po kociołek.
— To trochę odziera magię z całej magiczności, nie sądzisz?
Liza prychnęła z politowaniem.
— Oczywiście, że nie. To najbardziej fascynująca część!
— Jasne! — zgodził się ze śmiechem. — Wierzę ci na słowo.
Vector przewróciła oczami.
— Wiesz, może następnym razem zostań w pokoju nauczycielskim z panną Powell. Ona także uważa, że zaklęcia powinno się rzucać, a nie analizować — rzuciła zgryźliwie. — A ty czym właściwie zajmowałeś się, zanim tu przyjechałeś, hm?
— Och, tak w skrócie? Wszystkim. Ale dziś nie mówimy o mnie. — Spojrzał na grę. Liza zaczęła już zdejmować swoje piony z planszy, podczas gdy prawie połowa jego własnych wciąż nie dotarła do końca. — Na pewno wygrasz — zauważył.
— Oczywiście, że tak, mimo twoich usilnych prób, żeby zdekoncentrować mnie pytaniami.
— Jeśli masz coś przeciwko...
— To już dawno bym ci o tym powiedziała — dokończyła Liza, sięgając po szklankę z piwem. — No, coś jeszcze chciałbyś wiedzieć?
— Jest jedna rzecz, która naprawdę mnie ciekawi — zaczął nieco ośmielony Gustaw. — Ale nie wiem, czy będziesz chciała o tym rozmawiać...
— Chyba nie chcesz mówić o Nocy Duchów? — jęknęła Liza. — Jeszcze nie dowiedziałeś się wszystkiego z plotek krążących w pokoju nauczycielskim?
— Nie, bez obaw — zaśmiał się. — Zamierzałem zapytać o twojego bogina. Kim był ten chłopak, w którego się zmienił?
Jeszcze nim skończył, pożałował pytania, bo Liza spięła się cała i zjeżyła jak kotka.
— Nie rozumiem, dlaczego w ogóle cię to interesuje — stwierdziła. Chyba miało to zabrzmieć obojętnie, ale w jej głosie zabrzmiała ostra, nieprzyjemna nuta. — Nie będę z tobą o tym rozmawiać.
Gustaw natychmiast uniósł dłonie w uspokajającym geście.
— Byłem tylko ciekaw — powiedział prędko. — Przepraszam, oczywiście nie musisz nic mówić, jeśli nie chcesz.
Liza spuściła wzrok; sprawiała wrażenie nieco zawstydzonej swym wybuchem.
— Chcesz zacząć jeszcze raz? — zaproponowała, patrząc na planszę.
Zieleziński bez słowa zaczął rozkładać piony. Jak na razie rozmowa z Lizą przypominała trochę wędrowanie po polu minowym. Oczywiście rozumiał, że chociaż on sam nie miał oporów przed opowiadaniem jej o swoim życiu, nie oznaczało to, że ona musiała zrobić to samo. Może zresztą źle zaczął, poruszył jakiś osobisty temat, zbyt bolesny, by z kimkolwiek o nim rozmawiać. Mimo to poczuł się odrobinę zawiedziony.
— Jak poszła lekcja z siódmorocznymi? — odezwała się Liza, z powrotem kierując rozmowę w bezpieczne rejony. — Udało im się cokolwiek wymyślić?
Gustaw skinął głową, przywołując na twarz uśmiech.
— Tak, całkiem sporo, powiedziałbym. Nie sądzę, żeby to zdołało przekonać Rowan, ale jeśli przynajmniej dało jej do myślenia, i tak uznaję to za sukces.
— Wiesz, przypominasz mi Charity. Ona też zawsze podchodziła do tych zajęć z takim entuzjazmem.
— Tak sobie myślałem, że musiała lubić to, co robi. Jej gabinet jest naprawdę świetnie wyposażony, gdyby nie te wszystkie rzeczy, które zostawiła, pewnie po tygodniu skończyłyby mi się pomysły na lekcje i prowadziłbym śmiertelnie nudne wykłady jak profesor Binns... Zastanawiam się tylko... — zawahał się, ale to w końcu to Liza zaczęła. — Ona... zginęła podczas wojny, prawda?
Czarownica spojrzała na niego zaskoczona.
— Minerwa ci nie powiedziała?
Wzruszył ramionami.
— Może nie chciała mnie zniechęcić? Ja nawet nie pytałem...
Vector pochyliła się, by wyrównać piony.
— Charity została porwana i zamordowana — odpowiedziała, dziwnie suchym i bezbarwnym głosem, patrząc na planszę. — To stało się jeszcze zanim śmierciożercy przejęli Hogwart. Była czarownicą półkrwi, ale najprawdopodobniej nie spodobało im się to, że wyszła za mugola i publikowała w prasie naiwne artykuły, w których głosiła równość czarodziejów i mugoli...
— Naiwne? — zdziwił się Gustaw.
— Tak! — fuknęła Vector ze złością. — Była głupia i głupio zginęła. Wiedziała, jakie to ryzykowne. Ludzie znikali, mordowano całe rodziny... Wszyscy mówiliśmy jej, żeby się nie wychylała i poczekała na spokojniejsze czasy, ale ona się uparła! Nie chciała nawet słyszeć o jakimkolwiek ukrywaniu się. No i śmierciożercy dopadli ją w jakimś ciemnym zaułku, kiedy wracała do domu od przyjaciółki... mugolki... — Głos jej się lekko załamał.
— Przykro mi — powiedział Gustaw cicho.
Przez chwilę walczył z pragnieniem, żeby dotknąć jej spoczywającej na stoliku dłoni, ale nim podjął decyzję, cofnęła ją i sięgnęła po papierosy. Zapaliła jednego, odwracając się, żeby Gustaw nie mógł zobaczyć jej twarzy.
— Przepraszam. Nie powinienem o to pytać.
Pokręciła głową.
— Pytaj. Może w końcu nauczymy się o tym mówić bez emocji. Na razie jednak licz się z tym, że możesz niechcący wywołać wybuch gniewu albo łzy.
Spojrzała na niego i uśmiechnęła się gorzko.
— Wcale tak o niej nie myślę — przyznała po chwili. — Przyjaźniłyśmy się. Była najmłodsza z całej kadry i pracowała tu zaledwie cztery lata. Czasem przychodziłyśmy z Aurigą do jej sali, słuchałyśmy radia i plotkowałyśmy albo przeglądałyśmy mugolskie magazyny o modzie, które przywoziła z domu. Auriga była wtedy jeszcze taka pogodna i wesoła. To było zanim... — urwała, przygryzając wargę.
Nie musiała tego mówić, by Gustaw wiedział, jak bardzo brakuje jej tych beztroskich spotkań z przyjaciółkami. Nie miał pojęcia, jak powinien zareagować ani co powiedzieć, by pocieszyć Lizę.
— Wpadnij kiedyś do mojej sali, jeśli chcesz — zaproponował w końcu nieco niezręcznie. — Może nie najlepiej nadaję się do rozmów o strojach, ale nadal mam radio.
xxx
Alecto Carrow była wściekła.
— Nie rozumiem, co ona jeszcze tu robi, Snape! — mówiła, chodząc w tę i we w tę po dyrektorskim gabinecie, śledzona niespokojnymi spojrzeniami portretów. — Powinieneś natychmiast ją wyrzucić. Jeśli dalej będziesz tak im pobłażał, w końcu każdy będzie robił, co chce. To prawie mugolaczka! Dlaczego pozwalasz jej zostać w szkole?
Na twarzy Snape'a odmalował się wyraz uprzejmego zainteresowania.
— Nie ja, a Czarny Pan. Czyżbyś kwestionowała jego decyzje?
— Oczywiście, że nie, ale...
— Wydawało mi się, że właśnie wyraziłaś pewne obiekcje co do sposobu obsadzania przez niego stanowisk w Hogwarcie. Może powinienem wspomnieć mu o tym przy następnym spotkaniu? Z pewnością zainteresuje go twoja opinia.
Carrow spojrzała na niego spode łba. Złość uleciała z niej jak powietrze z przekłutego balona. Snape wiedział, że wygrał to starcie i Alecto nie poskarży się Czarnemu Panu, ale to nie oznaczało, że zupełnie odpuści. Dlatego spojrzał na nią odrobinę łagodniej i wytłumaczył łaskawie:
— Profesor Sinistra pochodzi ze starego magicznego rodu, a dobrze wiesz, że Czarny Pan chciałby uniknąć przelewania czystej krwi bez potrzeby. Poza tym posiada dużą wiedzę w swojej dziedzinie, i nie mówię tu o tych promugolskich bzdurach, które wplata w swoje zajęcia — dodał prędko, wiedząc, co chce powiedzieć Alecto. — Z tego, co słyszałem, sami uczniowie wyrazili protest przeciwko jej poglądom, zarzucając im niezgodność z oficjalnymi podręcznikami i twoimi wykładami. Czy nie o to nam chodziło?
Czarownica skrzywiła się podejrzliwie, ale chyba nie dostrzegła w jego słowach sarkazmu, bo po chwili namysłu z zadowoleniem skinęła głową, przyznając mu rację.
— Więc tak to zostawisz? — zapytała jeszcze zaczepnie. — Pozwolisz, żeby nadal opowiadała takie rzeczy?
— Nie. — Spojrzał na zegar. — Zaraz powinna tu być. Porozmawiamy sobie i ręczę za to, że więcej nie będzie opowiadać bzdur. Ani wyrażać się niepochlebnie o współpracownikach, rzecz jasna.
Uśmiechnął się i to wystarczyło, by przekonać Carrow, bo kiedy uśmiechał się w ten sposób, to zwykle nie oznaczało niczego dobrego.
Rozległo się pukanie do drzwi.
— Proszę — rzucił Snape.
Do gabinetu weszła Auriga. Nawet jeśli poczuła zaskoczenie lub niepokój na widok Alecto, nie dała tego po sobie poznać.
— Chciałeś mnie widzieć — powiedziała krótko.
Severus skinął głową.
— Alecto, z pewnością masz dużo pracy. Nie chciałbym cię dłużej zatrzymywać — zwrócił się do Carrow, ale ta nie zareagowała, zajęta mierzeniem Sinistry nienawistnym wzrokiem. — Alecto, zostaw nas samych — powtórzył z irytacją. Kobieta spojrzała na niego spode łba i wyszła z gabinetu, manifestując swoje niezadowolenie głośnym trzaśnięciem drzwiami.
Snape skrzywił się mimowolnie. Machnięciem ręki wskazał Auridze fotel, ale ta nie skorzystała z zaproszenia i wciąż stała przed nim sztywno wyprostowana, z dłońmi schowanymi za plecami, by nie widział, że zaciska mocno palce i wbija sobie paznokcie w skórę.
Po tym, w jaki sposób pozbyto się Charity, Severus najbardziej ze wszystkiego bał się, że to samo przydarzy się Auridze. Co prawda ona sama była czystej krwi, ale w jej rodzinie nie brakowało mugoli. Do tego wcale nie kryła się z tym, że ukończyła studia na mugolskiej uczelni, a na swoich lekcjach umiejętnie łączyła starożytną magiczną wiedzę z najnowszymi osiągnięciami techniki. W tym roku, tak jak każdy z profesorów, przesłała mu zmieniony konspekt zajęć, w którym nie znalazło się ani słowo o mugolach. Widać jednak na zajęciach nie pilnowała się tak dobrze, jak powinna. Severus miał gorącą nadzieję, że to naprawdę była z jej strony tylko głupia pomyłka. Jednorazowy wyskok mógł w razie czego jakoś wytłumaczyć, ale gdyby to zdarzało się częściej, nie zdołałby przekonać Voldemorta, by pozwolił jej pozostać w Hogwarcie. Zresztą gdyby tylko spróbował jej bronić, zapewne ściągnąłby na nią jeszcze większe nieszczęście.
Severus odczuwał mdłości na samą myśl o tym, że Auriga mogłaby tak jak Charity wpaść w łapy śmierciożerców. Że tak jak Charity patrzyłaby na niego z przerażeniem i błagała: „Severusie, przecież byliśmy przyjaciółmi..." na chwilę przed tym, jak Nagini...
Nie dopuściłby do tego. Nawet gdyby oznaczało to, że zostanie zdemaskowany — i to było najgorsze ze wszystkiego.
Dość! Nie mógł teraz o tym myśleć.
— Doszły mnie słuchy o twoich ostatnich popisach na lekcjach — zaczął, od razu przechodząc do rzeczy. — Jak widzisz, profesor Carrow nie jest zbyt zadowolona z tego, że podważasz jej kompetencje. — Pozwolił, by w jego głosie pojawiła się sugestia pogardliwego rozbawienia, ale jednocześnie spojrzał na Sinistrę zimno. — Czy możesz mi wyjaśnić, co ty sobie właściwie myślałaś?
Auriga nie odpowiedziała. Najwyraźniej wzięła sobie do serca słowa Minerwy, która — jak doniósł mu szpiegujący w pokoju nauczycielskim portret Dumbledore'a — nieźle zmyła jej głowę za nieostrożność i poleciła nie wychylać się bez potrzeby...
— Przegapiłaś zmiany w programie nauczania? — ciągnął zjadliwie. — A może chciałaś zwrócić na siebie uwagę? Nawiasem mówiąc, dziwi mnie twoje podejście. Masz tak wiele do stracenia...
Spojrzała na niego z odrazą.
— Będziesz mi groził? — zapytała z lekkim niedowierzaniem. — Co jeszcze możesz mi zrobić, Severusie? — zakpiła. — Zabić mnie tak jak biedną Charity? Jeśli w ten sposób będziecie tłumić opór, to w końcu w tym waszym idealnym świecie pozostaną sami śmierciożercy. O tym marzysz?
„Albo i nie wzięła" — pomyślał Severus z irytacją. Czy ta nieznośna czarownica nie mogła choć raz trzymać języka za zębami?
Uśmiechnął się z politowaniem, nie wychodząc z roli.
— Jak zawsze mówisz kompletnie od rzeczy, Aurigo. Z pewnością pochlebia ci myśl, że mogłabyś męczeńsko zginąć za sprawę, ale niestety, musiałabyś się bardziej postarać, niż tylko wygadywać głupoty na swoich lekcjach. I to nawet nie z premedytacją, a przez zwykłą bezmyślność. Tak czy inaczej, są inne, o wiele skuteczniejsze sposoby, by, jak to nazwałaś, stłumić opór, bez konieczności niepotrzebnego przelewania krwi.
Sinistra nadal patrzyła na niego hardo, więc uznał, że będzie musiał wyrazić się dobitniej.
— Zastanawiałaś się kiedyś, co powiedziałaby Minerwa, gdyby dowiedziała się o naszym małym romansie? — zapytał i natychmiast sobie odpowiedział: — Ach, głupie pytanie. W końcu czy sama tak wiele razy nie przekonywałaś mnie, że nie powinniśmy się ukrywać? Może to odpowiedni moment, żeby prawda wyszła na jaw?
Sinistra zawahała się.
— Co spodziewasz się przez to osiągnąć, Severusie?
— Na razie tylko głośno myślę. Wyobrażasz sobie, jak bardzo Minerwa byłaby rozczarowana twoją postawą? Kolejna nieszczera osoba w jej drogiej szkole... Jak mogłaby ci zaufać, skoro ukrywałaś coś takiego? Jak mogłaby być pewna, że jesteś po jej stronie? Ciekaw jestem, ile czasu minęłoby, zanim doszłaby do wniosku, że mogłaś mieć swój mały udział w ostatnich wydarzeniach...
— Minerwa nigdy nie posądziłaby mnie o coś takiego — przerwała mu Auriga. — Nikt by tego nie zrobił.
— Och, doprawdy? Więc spotykaliśmy się przez ponad rok, a ty niczego nie zauważyłaś? Nie dostrzegłaś, że kryję młodego Malfoya? Że razem z nim spiskuję przeciwko Dumbledore'owi? To dość niewiarygodne, nie uważasz?
— Nikt w to nie uwierzy. Wszystkiemu zaprzeczę.
— Doprawdy? Nie potrafisz nawet dobrze kłamać, Sinistra. A plotki mają to do siebie, że nie muszą być prawdziwe, byleby tylko trafiły na podatny grunt.
Auriga pokręciła głową z dziwnym smutkiem i czymś na kształt politowania.
— Nawet jeśli to zrobisz, to wzbudzisz jedynie niepotrzebną sensację i obróci się to przeciwko tobie, nie mnie. Ja zostanę postawiona w nieprzyjemnej sytuacji, a tobie do listy przewinień dopiszą uwiedzenie i oszukanie naiwnej idiotki. Jeśli ci to pochlebia i chcesz, by wszyscy się dowiedzieli, to proszę bardzo — stwierdziła. — Mnie będą jedynie współczuć, a ciebie znienawidzą jeszcze bardziej. O ile to w ogóle możliwe.
— Jak zwykle pełna wiary i ufności w ludzi. Można by pomyśleć, że ostatnia pomyłka czegoś cię nauczyła.
Sinistra zacisnęła usta, najwyraźniej postawiwszy sobie za cel, by nie reagować na jego drwiny.
— Jeszcze nie zauważyłaś, że twoim przyjaciołom już teraz niewiele brakuje, by rzucić się sobie do gardeł? Nikt nikomu nie ufa, każdy każdego podejrzewa o najgorsze rzeczy. Skąd wiesz, że nie mają racji? Może ktoś w tej szkole wykazał na tyle rozsądku, by zdać sobie sprawę, po czyjej stronie opłaca się stanąć? Może nawet nie musiałem uciekać się do gróźb i szantażu? A może w ogóle nie potrzebuję waszej współpracy? Jak myślisz, ile osób w tej szkole potrafi skutecznie obronić przede mną swój umysł? Ile informacji mogę uzyskać od Minerwy za każdym razem, kiedy wpada tutaj z awanturą o metody stosowane przez Carrowów? Albo od twojej przyjaciółki Heloizy. Rozmawiałem z nią kilka dni temu, powiedziała ci o tym?
Wydawało się, że to nie zrobiło na Auridze wrażenia. Wciąż obserwowała go spokojnie, z dumnie uniesionym podbródkiem.
— Żal mi cię, Severusie — powiedziała tylko cicho, z jakimś niezgłębionym smutkiem w głosie.
— Tobie jest żal mnie? — powtórzył Snape, kompletnie wytrącony z równowagi. — Nigdy nie pokładałem wielkiej wiary w twoją inteligencję, ale sądziłem, że zachowałaś przynajmniej jakieś strzępy instynktu samozachowawczego — wycedził. — Nadal nie rozumiesz, w jakiej sytuacji się znajdujesz? Pozwól, że ci to uświadomię...
Powoli wstał, obszedł biurko i stanął tuż przed nią. Odruchowo chciała się cofnąć, ale za plecami miała model układu słonecznego.
— Powiedz mi, jak ma się firma twojego ojca? — zapytał Severus niemal konwersacyjnym tonem. — Mam nadzieję, że nie ucierpiał zbytnio na utracie mugolskich kontrahentów. A może dalej prowadzi z nimi interesy, korzystając z tego, że jego nazwisko wciąż kojarzone jest z czarodziejskim rodem o wielowiekowej tradycji i nikt z Ministerstwa bliżej się nim nie zainteresował?
Auriga pobladła.
— A co u twojej bratowej? — ciągnął złudnie uprzejmym tonem. — Ciekaw jestem, co znalazłaby komisja do spraw mugolaków, gdyby dokładniej prześledziła jej drzewo genealogiczne. I jak długo twój brat utrzymałby posadę w Ministerstwie, gdyby wyszło na jaw, że jego żona jest mugolaczką, a ojciec i siostra zdrajcami krwi... Ach, są jeszcze twoi bratankowie... Timothy i Matthew, czy tak? Jestem pewien, że ostatecznie zostaliby umieszczeni w jakiejś odpowiedniej rodzinie, w której zadbano by o wychowanie ich we właściwy sposób.
— Nie ośmielisz się... — wyszeptała Sinistra.
— Czy to wyzwanie? — zakpił. — Myślisz, że nie jestem w stanie bardziej cię skrzywdzić, Aurigo, ale mylisz się — powiedział. — Wiem o tobie wszystko. Większość z tego sama mi powiedziałaś. Potrafiłem zdobyć twoje zaufanie i sprawić, że czułaś się szczęśliwa, a teraz równie łatwo będę potrafił cię zniszczyć. Nie zależy mi na tym, ale to zrobię, jeśli mnie sprowokujesz.
Patrzyła na niego ze strachem, kompletnie odsłonięta — z łatwością mógłby wedrzeć się do jej umysłu, gdyby nie znał jej na tyle dobrze, by doskonale wiedzieć, o czym teraz myśli. Jeśli nawet tak niewiele troszczyła się o własne bezpieczeństwo, nigdy nie zrobiłaby niczego, co mogłoby zaszkodzić jej rodzinie. Zasianie w niej obawy, że swoim zachowaniem może sprowadzić kłopoty na swoich bliskich, podziałało skuteczniej niż cokolwiek innego. Severus czuł obrzydzenie do samego siebie, ale jeśli to przedstawienie było konieczne, by nauczyć ją ostrożności — nie żałował.
— Na razie jestem skłonny uznać twój wyskok za odosobniony przypadek — powiedział spokojnie, odsuwając się od niej o krok. — Bo to była jedynie zwyczajna pomyłka, która więcej się nie powtórzy, prawda, Aurigo?
Czarownica spuściła wzrok i mechanicznie skinęła głową.
xxx
Na środowe popołudnie zwołane zostało zebranie kadry, więc zaraz po ostatniej lekcji Gustaw zszedł do pokoju nauczycielskiego. Przed drzwiami spotkał Hailey; wyglądała na dość przybitą, a jej krokom brakowało zwyczajnej sprężystości.
— Wszystko w porządku? — zapytał, przytrzymując dla niej drzwi. — Coś się stało?
Hailey spojrzała na niego żałośnie i westchnęła ciężko.
— Mam ich dość. Uczniów. Ślizgonów i Gryfonów, żeby być dokładnym. Dwójka smarkaczy zaczęła miotać w siebie klątwami po wyjściu z mojej lekcji. Wyobrażasz to sobie? Przez całą godzinę pan Thurston nie potrafił transmutować poduszki na igły w jeża, a jak się wkurzył, to natychmiast zmienił torbę pana Williamsa w jeżozwierza! Pół godziny próbowałam wyciągnąć go spod kredensu!
— Pana Williamsa? — zdziwił się Gustaw.
— Jeżozwierza! — wykrzyknęła Hailey, patrząc na niego ze zniecierpliwieniem. Po chwili jednak spostrzegła, że tylko się nabija, i sama mimowolnie parsknęła śmiechem.
— Nagrodziłaś go chociaż punktami za to osiągnięcie? — zaciekawił się Gustaw.
Dziewczyna przewróciła oczami.
— Tak — przyznała. — I wlepiłam mu szlaban.
— O co w ogóle im poszło?
— O to, że jeden jest Ślizgonem, a drugi Gryfonem, z tego, co zrozumiałam! — westchnęła i opadła na swój fotel.
Szybko okazało się, że nie tylko ona ma podobne problemy. Jednym z pierwszych tematów, które poruszyła Minerwa, były konflikty pomiędzy Ślizgonami a uczniami pozostałych domów. Samo w sobie nie stanowiło to niczego nowego — Slytherin od dawna nie cieszył się sympatią i poważaniem — jednak w ostatnim czasie sprawy zaczęły przybierać naprawdę niepokojący obrót. Uczniowie najwyraźniej potrzebowali trochę czasu, żeby na nowo zaaklimatyzować się w szkole, ale kiedy już poczuli się pewniej, rozpoczęli swego rodzaju wendetę na Ślizgonach, których w dużej mierze obwiniali o to, co działo się w szkole w zeszłym roku. Niektórzy uznali, że należy zastosować odpowiedzialność zbiorową. Trzecioroczni Krukoni niemal od początku roku lansowali kampanię „nie rozmawiam ze Ślizgonem", którą podłapała spora część uczniów. Niektórzy starali się przekonać do swoich racji pierwszorocznych — szczególnie tych pochodzących z mugolskich rodzin i kompletnie nieświadomych istniejących podziałów. Opowieści były na tyle makabryczne i sugestywne, że parę dni temu jedna z Puchonek trafiła do skrzydła szpitalnego z małym atakiem paniki.
— Wyjaśniłam już całą sprawę i ukarałam chłopców, którzy naopowiadali jej takich rzeczy — relacjonowała spokojnie Pomona. — Jeśli spędzą parę wieczorów na przesadzaniu mandragor, to zaraz odechce im się straszenia pierwszorocznych. I może będzie to przestrogą dla innych. Bo jeśli chciałabym być uczciwa, to musiałabym wlepić szlaban całemu domowi. Przecież większość z nich powtarza te historie!
— A propos — odezwała się nagle Eskarne fałszywie uprzejmym tonem — profesor Vector, oczywiście znalazła już pani winnych dzisiejszego incydentu i również odpowiednio ich ukarała, prawda?
Na twarzy Lizy odmalowało się zaskoczenie.
— Och, Lizzie, miałam zamiar z tobą o tym pomówić — wtrąciła się szybko Poppy. — Na długiej przerwie w jednej z nieużywanych klas znalazłyśmy zapłakaną Ślizgonkę. Pierwszoroczna, oczywiście, Matylda Rowle. Nie ma nic wspólnego z tym Rowle'em, ale zbieżność nazwisk i fakt, że trafiła do Slytherinu najwyraźniej są dla niektórych wystarczającym powodem, żeby jej dokuczać i straszyć. Powiedziała, że to byli Gryfoni, najprawdopodobniej chłopcy z trzeciego roku...
— Chyba nie zrobili jej krzywdy? — zaniepokoiła się Liza.
— Nie, tylko mówili nieprzyjemne rzeczy, ale sama wiesz, jak bardzo dzieci biorą sobie do serca takie bzdury.
— Profesor Vector, czyżby nie wiedziała pani, co robią pani podopieczni? — zapytała zjadliwie Powell.
Liza skrzywiła się lekko, ale zignorowała ją, zbyt przejęta słowami Poppy, by zwracać uwagę na głupie zaczepki.
— Czy Matylda wskazała konkretne osoby?
— Niestety, nie zna ich, a była zbyt wystraszona, by zapamiętać twarze.
— No dobrze, w takim razie będę musiała porozmawiać sobie ze wszystkimi — powiedziała Liza surowo. Wydawała się naprawdę przygnębiona i zatroskana.
— Niestety, Ślizgoni wcale nie są lepsi — odezwała się Irma — Na zaczepki reagują agresją i groźbami. Zamiast odpuścić, tylko ich prowokują. Sama słyszałam, jak Morgan Chadwick z czwartego roku na takie głupie docinki odpowiedział, że owszem, cała jego rodzina to śmierciożercy i jak tylko uda się im wszystkim uciec z Azkabanu, to zemszczą się na szlamach i zdrajcach krwi.
— To prawda? — wyrwało się zdziwionemu Gustawowi.
— A gdzie tam! Jego matka pracuje w kawiarni na Pokątnej, a ojciec jest urzędnikiem. Rzecz w tym, że Gryfoni czasem słabo wyczuwają sarkazm. Gdybym nie interweniowała, pewnie doszłoby do pojedynku. Pan nie ma z nimi problemów? Przypuszczam, że raczej nie są zadowoleni, że muszą się uczyć mugoloznawstwa?
Zieleziński wzruszył ramionami.
— To akurat mógłbym powiedzieć o uczniach wszystkich domów — stwierdził, mając w pamięci ostatnie przejścia z siódmiorocznymi Krukonami. — Ślizgoni trzymają się razem i raczej nie integrują z pozostałymi domami, ale nie mogę na nich narzekać. Owszem, na początku niektórzy próbowali przeszkadzać w lekcjach i testować moją cierpliwość, ale nie tylko oni. Wiecie jak to jest. To nastolatki. Mają już własne przekonania i poglądy, i trudno przekonać ich do zmiany zdania...
— Naprawdę? — Pomona uniosła lekko brwi. — Żadnych kłótni ani wyzwisk?
— Cóż, nie powiem, że to się nie zdarza... Ale to raczej normalne, że czasem ktoś czegoś nie zrozumie, ktoś wyciągnie błędne wnioski i padnie jakiś nieprzemyślany komentarz, z którego wywiąże się burzliwa dyskusja... Tym bardziej, że niektórzy uczniowie mają przykry zwyczaj doszukiwania się drugiego dna w całkiem normalnych wypowiedziach... Ale jakoś zawsze udaje mi się utrzymać dyskusję w ryzach. W zasadzie bardzo lubię takie lekcje. Myślę, że więcej z nich wyniosą, niż gdyby tylko siedzieli i słuchali jakiegoś nudnego wykładu.
Kilkoro członków grona pedagogicznego, z panią dyrektor na czele, spoglądało na niego z uprzejmym powątpiewaniem. Najwyraźniej idea dyskutowania z uczniami nie znajdowała u nich większego zrozumienia. Panna Powell pozwoliła sobie nawet na pełen politowania uśmieszek, jednak powstrzymała się od komentarza.
Gustaw może i by się tym przejął, ale zauważył, że Liza również uśmiechnęła się ironicznie i dyskretnie przewróciła oczami, jakby mówiła, że nie warto zawracać sobie głowy.
— Mówiłam, że będą z nimi problemy — odezwała się Pomona. — Konflikt wisi w powietrzu i tylko czekać, aż stanie się coś złego.
— Dlatego właśnie musimy bardziej uważać. Oczekuję, że opiekunowie domów przeprowadzą rozmowy z uczniami. Pozostałych proszę o wzmożoną czujność i odpowiednią reakcję na podobne zachowania. Nie wahajcie się przysyłać uczniów do mnie, jeśli uznacie to za długo przymykaliśmy oczy na takie rzeczy i pozwalaliśmy na pogłębianie stereotypów. Wszyscy wiemy, co z tego wynikło. Każdy przejaw jakiejkolwiek dyskryminacji którejkolwiek ze stron powinien zostać surowo potępiony i ukarany. Niezależnie od naszych osobistych przekonań i sympatii — powiedziała z naciskiem Minerwa.
Pomona skinęła głową.
— To zrozumiałe. Oby tylko wystarczyło.
McGonagall westchnęła cicho.
— No dobrze, przejdźmy teraz do nieco przyjemniejszych spraw — zaproponowała. — Na początku miesiąca na konto szkoły wpłynęła duża darowizna od anonimowego darczyńcy. Nie mam pojęcia, czyje to pieniądze i nie zamierzam w to wnikać, bo są nam bardzo potrzebne. Wystarczy akurat na dokończenie remontu lochów i szklarni oraz doposażenie pracowni eliksirów i zielarstwa.
Sinistra poruszyła się niespokojnie.
— A co z Wieżą Astronomiczną, Minerwo? — zapytała.
Dyrektorka spojrzała na nią z lekkim zdziwieniem.
— To znaczy?
Teraz to Auriga wyglądała na zdziwioną.
— Jest kompletnie zniszczona, a odbudowa nawet się nie zaczęła.
— To samo można powiedzieć o wielu miejscach w tym zamku, zdecydowałam jednak, że lochy i szklarnie są ważniejsze — stwierdziła sucho Minerwa. — Wszyscy musimy znosić jakieś niedogodności. Rozumiem, że byłaś przywiązana do tego miejsca, w końcu tam mieszkałaś, ale w tym momencie są inne priorytety.
Auriga zmarszczyła brwi, nieprzyjemnie zaskoczona i rozdrażniona protekcjonalnym tonem tej odpowiedzi.
— Na Merlina, przecież nie chodzi mi o sentymenty! Wieża Zachodnia jest po prostu za mała, żeby wygodnie prowadzić lekcje dla całej klasy, nie mówiąc o tym, że zupełnie nie jest dostosowana do obserwacji astronomicznych. I jeśli już przy tym jesteśmy, to całe wyposażenie zostało zniszczone razem z Wieżą Astronomiczną, a teraz podczas zajęć korzystam z prywatnego sprzętu.
McGonagall westchnęła z irytacją, pocierając nasadę nosa. Chciała coś powiedzieć, ale ubiegła ją Eskarne:
— Ja również musiałam przywieźć własne pomoce naukowe.
— Skoro już o tym mówimy, to brakuje mi mioteł dla pierwszorocznych. Większość sprzętu jest tak zniszczona, że boję się dawać go dzieciakom — dodała Rolanda.
— Wszystkie szklane kule potłukły się podczas bitwy... — wtrąciła Sybilla.
Auriga zagłębiła się w swój fotel, zniechęcona i chyba trochę zakłopotana. Złość już jej przeszła i teraz najwyraźniej żałowała, że straciła nad sobą panowanie. Z tego, co Gustaw zdołał zaobserwować, nie należała do konfliktowych osób i z pewnością nie było jej zamiarem wywoływanie kolejnej burzliwej dyskusji. Liza pochyliła się do niej i powiedziała coś cicho, a Auriga skinęła głową, uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
Tymczasem dyrektor McGonagall wstała, żeby zwrócić na siebie uwagę.
— Proszę o ciszę — powiedziała stanowczo. — Rozumiem wasze zastrzeżenia, ale niestety, uczniowie każdego dnia zużywają mnóstwo składników do eliksirów, niszczą kociołki i sprzęt, dlatego też niezbędne jest regularne uzupełnianie braków. Ponadto wszyscy doskonale zdajecie sobie sprawę z faktu, że rośliny hodowane przez Pomonę wykorzystywane są później na lekcjach eliksirów oraz w skrzydle szpitalnym. Mało tego, część roślin możemy sprzedać albo wymienić na składniki, których nie jesteśmy w stanie wyhodować w Hogwarcie. To pozwala na minimalizowanie kosztów. Za czasów Albusa Hogwart był w tym zakresie zupełnie samowystarczalny i moim priorytetem jest przywrócenie tego stanu rzeczy. Poza tym, jak niektórzy z was już wiedzą, podjęłam pewne kroki, by w ciągu najbliższych miesięcy pozyskać większe fundusze. Jeszcze przed świętami w Londynie odbędzie się aukcja przedmiotów, pozostawionych szkole przez Albusa. Mam nadzieję, że z środków uzyskanych z ich sprzedaży będziemy mogli zająć się podniesionymi przez was kwestiami — kontynuowała twardo, nie zważając na szmery, które podniosły się wśród kadry po tym obwieszczeniu. — Dopóki jednak pieniądze nie znajdą się na koncie Hogwartu, nie będę czyniła żadnych obietnic. To wszystko — dodała stanowczo, uprzedzając kolejne pytania i protesty. — Jeśli ktoś ma jakieś uwagi, zapraszam indywidualnie do mojego gabinetu, żeby o tym porozmawiać.
x
