.
Rozdział 15
Przygrywki, których się nie zapomina
.
— Proszę oddać Dumbledore'owi to wspomnienie.
— Słucham?
— Może wystarczy mu za zapłatę — westchnął Harry, kręcąc młynki palcami — przecież obiecałem, że dam Zakonowi Feniksa tę historię w zamian za możliwość odwiedzenia Syriusza na przedświątecznym zebraniu — skubnął zębami dolną wargę — a dyrektor nie sprecyzował, w jakiej formie miałbym mu dostarczyć tą opowieść, więc...
Harry nie od razu dostrzegł iskrę gniewu przemykającą przez ziemistą twarz Severusa Snape'a, jego zwężające się oczy i lekko drżące dłonie, ściskające krawędź biurka z taką siłą, że na ich wnętrzach musiały odcisnąć się zaczerwienione, przeciągłe wgłębienia, przecinające linię życia na pół.
— Więc postanowiłeś upiec dwie pieczenie na jednym ogniu? — wypluł jego profesor, zamaszyście przestawiając ułożenie papierów na blacie swojego pedantycznie uporządkowanego biurka, jakby musiał czymś zająć ręce, aby nie zaciskać ich w pięści.
Harry, wyrwany z lekkiego zamyślenia, zamrugał i zwrócił ku niemu twarz, marszcząc bez zrozumienia brwi. Szczęka Snape'a była zaciśnięta tak mocno, że pobladła mu skóra tuż przy uszach.
— Nie rozu...
Podskoczył, kiedy Snape huknął pięścią o blat i - chcąc nie chcąc - wytrzeszczył na niego, nie bez przestrachu, oczy, rejestrując jakąś częścią swojego umysłu zgrzytające na niego zęby i rozległe, czerwone plamy, jakie zaczęły kwitnąć na tych zwykle bladych kościach policzkowych.
— To miała być zapłata dla mnie! — fuknął Snape, przyciągając palce do skroni i rozmasowując je przeciągłymi, kolistymi ruchami, jakby te zaczęły go piec. — Myślałem, że nie musimy zastrzegać, że te wspomnienia mają być do naszego wyłącznego użytku, a nie przeznaczone dla uszu kilkunastu innych osób, żerujących na nich jak robaki!
Harry zjeżył się, mając wrażenie, że lawina parzącego gorąca zalewa jego ciało jak fala przybrzeżna. Miał ochotę przeciągnąć paznokciami po blacie, miał ochotę wyciągnąć ramię ponad biurkiem, złapać w garść te przetłuszczone, lejące się na policzki włosy i wyszarpać za nie Snape'a, szarpać i szarpać, póki nie przestanie tak bardzo skupiać się na sobie i otworzy oczy na innych.
— Przecież nawet nie odpłacił się pan jeszcze swoją własną opowieścią — warknął z wściekłym, gardłowym pomrukiem, usilnie starając się zapanować nad rodzącą się w jego piersi górą rozdrażnienia — a śmie mi pan mówić o zapłacie.
— Potter, do cholery jasnej, nie życzę sobie, żebyś latał po szkole i rozpowiadał na prawo i lewo jak przebiegała moja inicjacja! — prychnął profesor, opluwając przy tym biurko i własne dłonie, a Harry miał ochotę zamknąć oczy i bić głową w mur.
— Nie zamierzam nikomu tego powtarzać — oburzył się, nie będąc pewnym, czy powinien być zaskoczony, że podobna sugestia w ogóle padła, czy wręcz przeciwnie po tylu dniach spędzanych w pobliżu tego zamkniętego w sobie mężczyzny, powinien to przewidzieć - podejrzliwość kiełkującą z szybkością bambusowego pędu; bo czy Snape byłby Snape'em, gdyby nie węszył wszędzie wokół podstępu i zastawionych naumyślnie sideł? Jakby nie widział, mimo tych wszystkich zajęć Oklumencji, podczas których grzebał mu w umyśle jak kijem w mrowisku, jak Harry się do tego ustosunkował. — Jaki byłby sens w rozpowiadaniu o tym komukolwiek? — pokręcił głową Harry. — Tajemnica jest atrakcyjna jedynie wówczas, gdy po podzieleniu się nią z drugą osobą wciąż pozostaje tajemnicą dla całego, przeklętego świata. — Harry nabrał głębokiego tchu, przyłożył rozczapierzone palce do skroni i przymknął na moment oczy, starając się pojąć zakrzywioną logikę swojego profesora. — Matko, pan naprawdę uważa mnie za ostatniego imbecyla.
Snape spoglądał na niego w taki sposób, jakby mu nie wierzył - albo może: jakby nie chciał mu uwierzyć.
I Harry pomyślał, że nieufność Mistrza Eliksirów w stosunku do niego jest nieadekwatna do faktu, że tydzień po tygodniu spędzał on czas na przemykaniu się po pograniczu jego umysłu i nurkowaniu jak na jednym oddechu w jego żmudnych, nieciekawych wspomnieniach.
-VVV-
— To oszustwo! — pieklił się Snape.
— To wykorzystanie sytuacji — sprostował Harry.
— I zwodniczość, ty dwulicowy łajdaku. To perfidia!
— Oczywiście, że tak — zamruczał Harry, brzmiąc jak ukontentowany kot wygrzewający się na kaflowym piecu. — W końcu uczę się od najlepszych.
— Ty przeklęty bachorze, nawet nie wiesz, jak bardzo cię nie znoszę!
— To uczucie jest całkowicie odwzajemnione, panie profesorze.
-VVV-
Gdyby Harry wyobrażał sobie, jak mogłaby się odbywać wymiana informacji z Severusem Snape'em, przebiegałoby to mniej więcej w ten sposób: po tym, jak on sam powie wszystko to, co miał powiedzieć, wszystko to, czego nie mówił jeszcze nigdy nikomu innemu, kiedy już ucichnie, kiedy uzupełni swoją odpowiedź o padające pytania, kiedy doda do tych stu procent, które z siebie dał, kolejnych pięć, kiedy nie zostanie już nic do powiedzenia, wówczas zażądałby od Snape'a odpowiedzi na własne pytania. Wyobrażał sobie, że Snape zmrużyłby na niego oczy, zamknął się w sobie i okrzyczał go idiotą, jakich mało. Wyobrażał sobie, że wyrzuciłby go z rozmachem za drzwi i odwróciłby się plecami. Wyobrażał sobie, że tego samego wieczora znalazłby notatkę na swoim stoliku nocnym, w której pochyłe, zgrabne pismo formułowałoby się w jedno słowo: „Wracaj!".
Całe zdarzenie przebiegło jednakże zupełnie inaczej, bo Snape - ku niemałemu zaskoczeniu Harry'ego - wcale go nie wyrzucił, nie przeklął go w cztery diabły i nie cisnął w niego starą, pustą fiolką do eliksirów popękaną na grubych ściankach.
— Wydawało mi się, że to jest kierunek, który powinienem obrać w swoim życiu — mruknął pod nosem jego profesor, wypuszczając powoli powietrze przez nos. — Wydawało mi się, że tego właśnie potrzebuję, że tego właśnie chcę — zawahał się, marszcząc nieznacznie czoło — i chyba wtedy — odezwał się, a jego głos drgnął na sekundę, bardzo szybko się wygładzając i wracając do równego, spokojnego tonu, ale Harry'emu, choć nie był pewien, czy go to cieszy, czy niepokoi, nie umknęła ta chwilowa słabość w jego słowach — właśnie tego chciałem.
-VVV-
— Chyba sądziłem, że to jest dobre — bębnił palcami o wargi Snape, patrząc gdzieś przed siebie - zdawał się nie dostrzegać ani wysokich ścian otaczającego go gabinetu, ani koślawych, acz stabilnych półek na książki, ani nawet siedzącego naprzeciw niego Harry'ego. — Choć może nie: „dobre", a: „właściwe" — zamyślił się, przechylając głowę. — Tak, to jest pasujące słowo — przytaknął powoli własnemu stwierdzeniu. — Złóż swoją głowę u stóp wielkiego, potężnego maga, a on zadba, by niczego ci w życiu nie zabrakło. Poprzyj filozofię potęgi i siły, zaaprobuj taką odsłonę magii, która cię urzeka, a nie taką, która jest właściwa - i to nie właściwa z punktu widzenia moralności, tylko właściwa, bo tak powiedział kiedyś jakiś idiota w Ministerswie Magii i tak się powszechnie przyjęło. Z definicji tak właśnie to miało wyglądać. Z definicji to miała być nagroda: możliwość stanięcia w kręgu jego zwolenników — odetchnął głęboko Snape. — Myślałem, że jedyne, co muszę zrobić, to odkryć, o co w tym wszystkim chodzi, dostosować się. Znasz takie pojęcie jak: psychologia tłumu, Potter? Bo to mniej więcej zadziało się, kiedy znalazłem się w tym zamkniętym gronie złożonym z czarodziejów o takich samych ideałach. Rozumiesz? Kiedy grupa ludzi stojących na placu nagle zacznie iść w jednym i tym samym kierunku, jeden, odrębny człowiek, który znajdzie się pośród tłumu, nie pójdzie nagle w przeciwną stronę. Rozumiesz, Potter? Rozumiesz? — pytał Snape i brzmiał, jakby się tłumaczył, a Harry, spoglądając w jego ziemistą, napiętą twarz, otworzył usta, ale nie potrafił mu odpowiedzieć. — Istnieje taki eksperyment, którego uczestnicy mają przyjrzeć się trzem liniom o różnych długościach i wskazać, która z nich jest najbardziej podobna do odcinka linii narysowanego obok. Jedna z linii jest tej samej długości, co linia obok, jedna jest krótsza, a jedna dłuższa. Do eksperymentu jest podstawiona przeważająca grupa aktorów, którch zadanie polega na wskazaniu błędnej, choć identycznej odpowiedzi. Zgodnie i z przekonaniem. I sam mi, Potter, powiedz, co z tego wynika?
— Badane osoby dostosowują się pod sugestię większości — powiedział cicho Harry, szurając butem jak dzieciak, zastanawiając się, jak wielki nacisk został przyłożony do myśli i zamierzeń jego profesora Eliksirów, kiedy był on jeszcze zbyt młody, aby gruntownie ukształtować swoje własne poglądy; jego serce wybijało o mostek niespokojne rytmy.
— Tak — mruknął Snape, spuszczając wzrok na leżące na blacie biurka, ułożone równo papiery. — Właśnie.
-VVV-
— Stałem w deszczu i czekałem przed rezydencją... Blacków, paradoksalnie. Nie mówię o Grimmauld Place, oczywiście. Mówię o rezydencji Cygnusa i Druelli, czyli...
— Wiem, kim byli Cygnus i Druella, panie profesorze — westchnął Harry, czym zasłużył sobie na krzywe spojrzenie Snape'a. — Mój ojciec chrzestny jest z Blacków, pamięta pan?
— W każdym razie Bellatrix miała wówczas dwadzieścia siedem lat i mogła się już pochwalić nazwiskiem: „Lestrange", Narcyza miała, o ile się nie mylę, dwadzieścia trzy i zaczynała pokazywać się w towarzystwie Lucjusza, a ich siostra już dawno ulotniła się spod rodzinnego dachu. To w ich obecności, Bellatrix, Narcyzy i Lucjusza, zostałem przez tego ostatniego po raz pierwszy przedstawiony Czarnemu Panu — przetarł palcami brwi. — Kilka dni później miała się już odbyć moja inicjacja. — Snape omotał go niemrawym spojrzeniem i utkwił wzrok w sięgającej sufitu półce na książki. — To było niczym szybki skok do lodowatej wody. Z perspektywy czasu wciąż nie wiem, czy go żałuję, czy go nie żałuję — odetchnął głęboko. — Och, oczywiście - zmieniłbym wiele rzeczy, które dokonałem w następstwie tego zdarzenia, ale sam fakt, że dostąpiłem tego zaszczytu i... — Snape zaciął się i przygryzł na moment wargę, jakby to, co powiedział, nie do końca zgadzało się z tym, co powiedzieć zamierzał. — Mniejsza z tym — pokręcił głową. — Rezydencje Blacków mają w sobie coś ze świątyń, jeśli wiesz, co mam na myśli.
Harry zobaczył przed oczami wytworne żyrandole i zawieszone wysoko na korytarzowej ścianie kandelabry, perskie dywany chłonące kurz i liczne obrazy, z których zerkają wyniośle czystokrwiści czarodzieje znani współczesnym krewnym jedynie z przekazywanych z ust do ust opowieści.
— Trochę tak — mruknął Harry, marszcząc niezgrabnie nos — trochę wiem.
— Nikt mnie nigdy nie prosił w towarzystwo, bo wyglądałem jak biały kruk, kiedy stałem w kącie i podtrzymywałem ściany. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, o ile nie chodziło o zaczepienie mnie dla wygarnięcia jakiegoś dziwactwa lub zapytanie o to, która, proszę szanownego młodzieńca, godzina — zakpił Snape - i się zawahał; zlustrował Harry'ego przeciągłym spojrzeniem spod zmarszczonych brwi, a potem nagle, zupełnie nieoczekiwanie dodał: — Tak mi zresztą mówił ojciec: „Nikogo, chłystku, nie interesujesz, jesteś taki nijaki, ani do tańca, ani do różańca". Wolałem więc towarzystwo ścian, powiedziałbym: „luster", ale luster nie mogłem ścierpieć. Ściany wystarczały.
Snape - raczej nieświadomie - zaczął wystukiwać paznokciami fałszywy rytm o blat biurka, a Harry - przez mniej niż sekundę - poczuł się tak, jakby jechał w dół bardzo szybką windą.
— Kiedy Czarny Pan spojrzał na mnie po raz pierwszy, pamiętam - było późne, ciepłe popołudnie i wiatr nieustannie grał o szyby - jego Legilimencja owinęła się jak pajęczyna wokół mojego umysłu, choć jeszcze wówczas nie wiedziałem, że ta lepka magia, która się do mnie klei, to Legilimencja. Nie znałem wówczas tego pojęcia. A on wyciągnął kąciki ust w uśmiechu, trochę leniwym, trochę beztroskim, i powiedział: „Ach, więc to ty jesteś tym Severusem, o którym nieustannie gawędzi Lucjusz" i brzmiał, jakby chichotał, ale nie tak, jak ci idioci, których znałem ze szkolnych korytarzy, śmiejący się do upadłego na sam mój widok, nie tak, jak - wybacz mi porównanie - James Potter. To był śmiech, którego nigdy wcześniej nie słyszałem - czysty, szczery, dźwięczny. Prawie jak śmiech pijanego szczęściem. Prawie jak śmiech dziecka. Pamiętam, jak Lucjusz przygiął mnie do podłogi, ściągnął mnie na kolana, pochylił mi głowę. Trzymał mnie za kark jak psa. Trzymał mnie za kark jak mój ojciec, kiedy się upił i pamiętam, że serce waliło mi w piersi, jakby lada chwila miało wyskoczyć przez gardło i upaść z obrzydliwym plaśnięciem na podłogę. Czarny Pan podszedł do mnie, pamiętam, że odgłos jego kroków dzwonił mi w uszach jak podkowy końskich kopyt uderzające o brukowaną aleję, wyciągnął rękę i włożył mi palce pod brodę, żeby móc unieść mi głowę. Żeby móc spojrzeć mi w oczy. Mój ojciec nigdy nie patrzył mi w oczy. Czerwień jego tęczówek skojarzyła mi się z winem, z winogronami. Pachniał magią, biła od niego taka siła, z jaką nigdy wcześniej nie miałem styczności. Wzdrygnąłem się, pamiętam. I pamiętam też, że Czarny Pan powiedział: „Wyglądasz na spłoszonego — zamknął oczy Snape — ale nie na strachliwego" — westchnął — i kupił mnie, całkowicie, na wyłączność, dla siebie. Wystarczyły dwa zdania. Tylko dwa.
-VVV-
— Bardzo długo bałem się go dotykać — przyznał Snape, wpatrując się w równo przycięte skórki przy paznokciach. — Myślałem sobie, że on na pewno nie chce być przeze mnie dotykany, że brzydzi się mnie, mojego wyglądu, mojego zachowania, mojego szczeniackiego wieku. Patrzyłem, jak Lucjusz bez wahania przyciska usta do jego stóp, do rąbka jego szaty, do jego dłoni i obawiałem się zbliżyć, chociaż naprawdę chciałem, bałem się podejść, nie dlatego, żebym miał co do niego jakieś awersje, ale dlatego, że podejrzewałem, że zostanę kopnięty jak nieposłuszne szczenię — oblizał nerwowo wargi Snape. — Pamiętam, jak ostatecznie wykopał Lucjusza z sali, wyprosił za drzwi przypatrującą się temu wszystkiemu Narcyzę, wygonił Bellatrix, błagającą go rzewnie o to, by mogła zostać. Bałem się ruszyć z ziemi, obserwowałem go zza wpadających mi do oczu włosów, zza rzęs, nie wiedząc, czy wolno mi unieść głowę, czy ja również powinienem wyjść i go zostawić. Nie wiedziałem, jak mam się zachować. Zamknął za nimi drzwi i zostaliśmy razem w salonie - tylko ja i on. Chciałem się zapytać, czy powinienem się wynosić, czy powinienem zostawić go samego, ale nie umiałem tego ubrać w słowa, więc milczałem, a on przeszedł przez salon, zasiadł na fotelu, zogniskował wzrok na mojej twarzy i przywołał mnie ręką. „No chodź tutaj", tak właśnie powiedział, bardzo cicho, ale kategorycznie. Znasz ten ton? Brzmiał, jakby chciał powiedzieć: „Jesteś bezpieczny, póki będziesz się zachowywał".
Nie wiedziałem, czy powinienem przyczołgać się do niego na kolanach — mówił dalej Snape przyciszonym głosem — czy wolno mi wstać i podejść. Zaryzykowałem, przygotowując się na to, że jeśli to nie będzie właściwym posunięciem, zniosę w milczeniu jakąkolwiek karę, którą dla mnie przewidzi. Tak właśnie pomyślałem: „w milczeniu". Ojciec nie lubił, kiedy krzyczałem, ojciec lubił ciszę, każdy, na litość Merlina, lubi ciszę, o ile nie spędza w niej kilku dni na okrągło. Pomyślałem więc, że on pewnie też nie znosi głośnego, otwartego krzyku, niepotrzebnych słów, bezuzasadnionego hałasu. Wstałem z podłogi, podniosłem na niego wzrok - obserwował mnie, kiedy szedłem w jego stronę, ale nie uniósł różdżki. Przyklęknąłem w pewnej odległości od niego, z pewnością byłem poza zasięgiem jego ramion; pamiętam, jak wyciągnął do mnie dłoń i powiedział: „Bliżej". Nie pamiętam dokładnie, co wtedy czułem, ale chyba się przestraszyłem. Tak, chyba tak. Mimo to przysunąłem się bliżej, a on przyłożył palce do mojej szczęki. Zdaje się, że znów się wzdrygnąłem. Nie - nie: „zdaje się", na pewno, wzdrygnąłem się. „Jesteś jak zepsuty instrument — zaśmiał się — ale naprawię cię". To brzmiało prawie jak obietnica.
-VVV-
— Mój ojciec był prezentem. Na inicjacji nie byli obecni członkowie Wewnętrznego Kręgu. Teraz już wiem, że te „święta" ich nudziły, a Czarny Pan ich z tej nudy zwalniał, jeśli padła z ich strony taka prośba pokrapiana racjonalnym uzasadnieniem. Cieszyłem się z „prezentu", który dostałem... Teraz wiem, że to był zasadniczy sprawdzian, ale wtedy liczyła się tylko zemsta — mówił Snape i brzmiał, jakby krztusił się potłuczonym szkłem. — Do niego też bałem się podejść. Do mojego ojca. Wydawało mi się, że to będzie łatwe, ale nie mogłem się przemóc, aby się do niego zbliżyć. „Myślałem — powiedział mi Czarny Pan tamtego dnia — że pragniesz wyrównania rachunków", a ja go zapewniałem, że owszem, pragnę. I pragnąłem, pragnąłem tej zemsty, ale... — pokręcił głową Snape i przetarł sztywnymi palcami brwi (Harry - orientując się, że drętwieją mu palce - nie potrafił oderwać oczu od jego pomarszczonej twarzy, na której zaczęły klarować się szczere emocje). — Merlinie, jakie to absurdalne, wiesz? Bałem się do niego zbliżyć, bałem się podejść, zmierzyć z nim, spojrzeć mu w twarz. Nie potrafiłem się za to zabrać. Nie wiem, dlaczego Czarny Pan miał dla mnie wówczas tyle cierpliwości, ale czekał, jakby wiedział, że muszę oswoić się z sytuacją, że muszę przyjmować rzeczywistość bardzo małymi porcjami, aby mnie nie przygniotła, że muszę się przemóc, zwalczyć wszystkie psychiczne opory, które nie pozwalały mi zbliżyć się do tego człowieka na wyciągnięcie dłoni. Zacząłem więc od zaklęć i z każdą kolejną, coraz cięższą klątwą przekonywałem się, że to ja jestem silniejszy, że to ja mam nad nim nieograniczoną władzę, że tym razem to on jest zależny od mojej woli, nie odwrotnie. Nie pamiętam, kiedy wreszcie przemogłem się i zbliżyłem do niego na tyle, aby móc go dotknąć. Chyba wtedy — odetchnął płytko — gdy zaczął błagać.
-VVV-
— Pamiętam, że kiedy mój ojciec był już martwy, powiedziałem: „obawiam się, że jestem ze skały" i: „powinienem czuć więcej", a Czarny Pan uśmiechnął się, odciągnął mnie od utaplanego we krwi, roznegliżowanego ciała mojego ojca jak odgania się szczeniaka ze środka rozgardiaszu, jaki poczynił w mieszkaniu, gdy właściciele na kilka godzin zniknęli z domu i zrolował palcami lewy rękaw mojej szaty, żeby dostać się do przedramienia. Zanim przycisnął mi różdżkę do skóry, powiedział jeszcze: „Przecież czujesz".
-VVV-
— Mówi pan, że jest pan jak ze skały? — odezwał się cicho Harry, przerywając ciszę, jaka zapadła w gabinecie; Snape drgnął jak wyrwany z transu i spojrzał na niego w taki sposób, jakby zapomniał o jego obecności. Harry wstał ze swojego miejsca, okrążył biurko i sięgnął do kieszeni szaty po schowanego tam, drobnego kasztana. — Myślę, że wszyscy jesteśmy — przyznał, wciskając mu w dłoń ten mały, niezwykły skarb, z którym nie potrafił się rozstawać.
-VVV-
Był trochę jak materiał posklejany z przeróżnych strzępów. Był trochę jak on - Harry - a trochę jak Voldemort. Był dorosłym mężczyzną, który wciąż nie do końca znał samego siebie.
Człowiek nie może być tylko chytry, zawistny i cyniczny. Chytry, zawistny i cyniczny może być tylko na papierze, w powieści, w noweli - owszem, ale nie w prawdziwym życiu. W prawdziwym życiu obok oziębłości i cynizmu stoi skrytość, obok chytrości - inteligencja, obok sprytu - odwaga. W prawdziwym życiu człowiek jest sumą setek emocji rodzących się z setek wspomnień i z doświadczenia. I to wcale nie jest czymś zaskakującym, czymś niemożliwym (Severus Snape i uczucia? — krzyczał cały wielki świat, lustrując wzrokiem jego niezgrabną, zbyt kościstą sylwetkę. — Wolne żarty). Tyle że odczuwanie to nie nawyk, od którego można się odzwyczaić - w tym sęk.
Harry, patrząc w te duże, czarne oczy, myślał o tym, jakie to dziwne, że to właśnie Lord Voldemort, ze wszystkich ludzi na ziemi, po raz pierwszy dostrzegł w Severusie Snape'ie człowieka z krwi i kości - i serca, które dudniło gdzieś pod tymi lejącymi się jak czarny aksamit, zaciągniętymi pod brodę, zasłaniającymi nadgarstki, sięgającymi ziemi, zwiewnymi szatami.
-VVV-
Zanim wdrapał się tej samej nocy na szczyt Astronomicznej Wieży, kusiło go, aby sięgnąć po filiżankę kawy - zamiast tego zaparzył zieloną herbatę, owinął dłonie wokół wyszczerbionego kubka i przełykając wzbierającą mu się na języku ślinę, wdychał powoli kłębiącą się nad żółtawą, gorącą cieczą, wirującą mu wokół twarzy parę.
-VVV-
— Cóż, wychodzi na to, że stęskniłem się — odpowiedział, kiedy zapytała, czemu patrzy na nią w taki sposób, a ona roześmiała się tak, jak śmieje się tylko ona i nikt inny. Ostrzeżenie Snape'a migotało mu pod powiekami, kiedy wkładał nos w jej - ponownie różowe - włosy i wdychał głęboko ich zapach, kiedy wziął ją za rękę i oznajmił, że powróży jej z linii papilarnych, kiedy okręcał sobie pasmo jej miękkich włosów wokół palca i zastanawiał się, jak wrócić do momentu, w którym nie nawiedzały go wątpliwości, gdy chichotała i odwracała głowę, a jego usta natrafiały tylko na skroń, na policzek, na kącik ust.
— O czym myślisz? — zapytał, bawiąc się kosmykami jej włosów, tracąc nadzieję na to, że kiedykolwiek uda mu się zbliżyć do niej tak blisko, jakby tego chciał.
Posłała mu długie spojrzenie, którego nie poznawał, a uśmiech, który zwieńczył jej wargi, był trochę bardziej smutny, niż zazwyczaj (jakby już wtedy przeczuwała, że zbliża się cios, który ich poróżni).
— Wiesz, Harry, ty i ja... Gdybyśmy poznali się w jakichś innych okolicznościach... — westchnęła, a potem pokręciła głową i machnęła ręką, jakby to, co zamierzała powiedzieć, nie było niczym istotnym, a Harry nie potrafił doszukać się sensu w tych kilku, cichych słowach. — Pośpiewajmy raz jeszcze te stare, folklorowe piosenki.
Odchyliła głowę i zaczęła śpiewać, a Harry słuchał („Powiedz mu, aby znalazł dla mnie akr lądu" — tak to szło, choć Harry chciałby, aby szło inaczej. — „Pomiędzy słoną wodą a morskim pasmem. Wtedy on będzie moją prawdziwą miłością").
-VVV-
— Obawiam się, Romeo — powiedział mu Snape zaledwie tydzień później — że ta twoja Julia nie jest tak wierna, jak ci się wydaje.
-VVV-
Zastanawiało go, co czuje ktoś przysłany przez wyższe od siebie siły, komu mówi się: „Nie interesuje mnie, jak to zorganizujesz", a potem: „Liczy się efekt". Smakowało trochę niedocenieniem, trochę lekceważeniem; Harry wpatrywał się milcząco w ogień trzaskający przyjaźnie w kominku, z zaciśniętym jak pięść gardłem słuchając sprawozdania Snape'a, który w jego imieniu postanowił rozeznać się w sytuacji, kiedy Harry ślepo uwierzył, że miłość jest wieczna, a szczęście przydarza się każdemu.
Harry - w którego głowie piszczało jak od spadku ciśnienia - ledwo łączył jedno zdanie Snape'a z drugim, wyłuskując z nich ogólny sens, który kołatał mu się pod czaszką, jakby jakieś nieznośnie licho trzaskało w nią od wewnątrz młotkiem. Słowo za słowem obijało mu się o skronie, pozostawiając gorzki posmak wszędzie tam, gdzie dotknęło myśli. „Przysłana" — wyłapał z tego długiego, spokojnego wywodu Harry — „śledzić", a zaraz potem: „wybadać" — odbiło się echem w jego głowie. — „Podejrzenia" — zadudniło gdzieś w międzyczasie i na koniec huknęło z rozdzierającym finałem: — „Dumbledore".
I choć głos Snape'a był łagodny, Harry poczuł się tak, jakby przywalono mu z pięści w splot słoneczny.
-VVV-
Wysłuchał go do końca z - jak mu się zdawało - względnym spokojem, siedząc na starym, acz miękkim dywanie, nie widząc nic, poza tańczącymi mu po źrenicach refleksami płomieni, bezwiednie badając palcami strukturę płytek kominkowych, jakby nie wiedział, co uczynić z rękami, a na koniec przeprosił go grzecznie i zapytał, gdzie w jego komnatach jest łazienka.
Snape zawahał się, mierząc go uważnym, kalkulującym spojrzeniem (jego skóra musiała przypominać kolorytem popiół), a potem - Harry był zbyt oniemiały, aby zastanowić się nad tym fenomenem - zaprosił go gestem dłoni do swoich prywatnych kwater.
Kilka chwil później Harry opłukiwał już twarz pod lodowatą wodą i pochwyciwszy krawędź umywalki, uniósł ciążącą mu jak słup soli głowę, spoglądając w zielone, zmęczone oczy przypatrujące mu się ze szklanej tafli lustra.
Znów miał cienie pod oczami - ostatnio nosił je jak stały element figurujący na jego twarzy, jakby były skazą, kolejną blizną. Odetchnął raz i drugi, czując zimne krople wody toczące się mozolnie po jego skórze, kręcąc lekko głową, poruszając przemokniętymi, nieco przydługimi pasmami włosów. Nie był w stanie patrzeć w te zmęczone, zielone oczy w lustrze.
Dłonie zaczęły mu drżeć - najpierw powoli, ledwo zauważalnie, potem coraz bardziej i bardziej, i bardziej; starał się to powstrzymać, ale nie był ku temu zdolny.
Ciotka Petunia zarechotała z chorą uciechą gdzieś na tyłach jego głowy:
— Nikt cię nie chce!
Zanim racjonalność na powrót zdążyła wślizgnąć się na odpowiednie tory, Harry zamachnął się silnie i jednym, impulsywnym, stanowczym ruchem uderzył pięścią w tą zmizerniałą twarz słabeusza zerkającą na niego z chłodnej tafli.
Szkło trzasnęło jękliwie i posypało się wokół jak proch.
-VVV-
— Ty popieprzony dzieciaku! — warczał, syczał i prychał Snape, obnażając na niego zęby, jakby przymierzał się, by ugryźć; ale jego dłonie drżały, gdy delikatnie, ostrożnie, przyciskając mu gazę nasączoną spirytusem do linii papilarnych, do palców, do knykci, usuwał jednym zaklęciem za drugim resztki szkła tonące pod jego skórą.
-VVV-
— Kochana Morgano! — zakrzyknął Hughes, chwytając go za nadgarstki, kiedy przyszedł, by oddać pożyczone od niego fiszki i obracając jego dłonie wnętrzem do góry (słoneczne promienie wpadające przez wysokie okna prześlizgnęły się po świeżych bliznach jak wąskie języki). — Coś ty sobie zrobił w ręce? — brzmiał na śmiertelnie przerażonego i Harry skrzywił się, nie wiedząc, po co robić z igły widły.
— Nic — wyrwał dłonie z uścisku profesorskich rąk — mały wypadek przy pracy.
Niebieskie oczy uniosły się na niego - w ich kącikach czaił się żywy strach; Harry zmarszczył czoło, zastanawiając się, czy aby nie dostał jakiejś dziwnej paranoi i nie zaczął mylić ze sobą emocji kierowanych w jego stronę (to było bardzo prawdopodobne, jak przypuszczał).
— Bogowie — wyszeptał Hughes, dotykając palcami swojego policzka, chwilę później obracając rękę i przykładając do niego wierzch dłoni - jakby zbijał gorączkę, jakby jego dłoń była chłodnym kompresem — ty chodzący magnesie na opresje.
Harry skrzywił się kwaśno, zaplatając ramiona na piersi.
— Ostatnio wszyscy rzucają we mnie epitetami — burknął, odwracając wzrok, mając zamiar jak najszybciej ulotnić się z tego gabinetu i poprosić skrzaty o gorącą kaw... nie - nie o kawę - o herbatę. — Jakby ten dialog między nami nie mógł się uciąć na: „nic".
— Ktoś ci to zrobił? — Ton Hughesa był dziwnie ciążący, jakby przemókł mu głos - trochę jak materiał na deszczu - nabierając na wadze. Harry, skubiąc zębami dolną wargę, czując iskrę jakiejś myśli, której nie zdołał w porę pochwycić przelatującą mu z prędkością błyskawicy poprzez umysł, zlustrował spod zmarszczonych brwi pobladłą jak wosk twarz profesora Transmutacji.
Zmrużył oczy.
— Sam to sobie zrobiłem — odrzekł gładko, wzruszając ramionami, a Hughesowi wyrwał się z głębi piersi taki odgłos, jakby się krztusił.
Jego profesor wypuścił z płuc powietrze; przez chwilę wyglądał, jakby momentalnie opadł z sił - jego niebieskie oczy spoglądały na niego, jakby się nim zawiódł, albo jakby Harry planował na nim jakiś skryty mord, a on nie miał najmniejszej możliwości, aby się przed tym obronić. Harry - przyglądając się tej, dziwnie zmęczonej, nienaturalnie szarej twarzy - wiedział, że zmarszczki przecinające bliznę na jego czole pogłębiły się znacząco.
— Powiedz mi, że żartujesz — odezwał się płytkim tonem Hughes, ledwo poruszając przy tym ustami - i Harry odczuł ziarno niepokoju, gdy w jego głowie zakiełkowała myśl, że jego profesor brzmi, jakby się dusił. Hughes wypuścił ciężko powietrze z płuc, odwrócił się od niego i usiadł ociężale na krześle dla gości stojącym przy biurku. Jego dłoń wciąż była przyciśnięta do miejsca, w którym na jego skroni pulsowała szaleńczo żyła.
Harry przyglądał mu się, czując się dziwnie pusty w środku, czując się trochę jak lalka napompowana powietrzem.
— O co w tym wszystkim chodzi? — Jego usta same sformułowały pytanie; nie potrafił oderwać oczu od ciężkich, sinych cieni, które przykleiły się do twarzy Hughesa jak plastelina.
Profesor odciągnął dłoń od twarzy i posłał mu długie spojrzenie; jego niebieskie oczy, w których zwykle migotały zadziorne, zaczepne ogniki były przygasłe - trochę nawet przytępione. Pokręcił milcząco głową i sięgnął po jeden z podręczników, grzebiąc w niemałej stercie rozłożonej na swoim biurku.
— Masz — powiedział bez entuzjazmu, wyciągając w stronę Harry'ego bardzo starą, klejoną, pożółkłą książkę o pozaginanych rogach, a Harry zerknął na nią, nie bez ostrożności zbliżając się do biurka. Starał się odszukać tytuł, ale matowa okładka świeciła jedynie zbrązowiałymi plamami i przetartym materiałem.
— Co to? — chciał wiedzieć, unosząc niepewny wzrok na Hughesa.
Profesor wzruszył ramionami, jakby nie miał siły niczego tłumaczyć.
— Książka o polityce zagranicznej.
— Co? — zdziwił się Harry.
— O współpracy Ministerstwa Magii z instytucjami magicznymi w Bułgarii i we Francji — powiedział i brzmiał, jakby stracił zapał na tłumaczenie mu wszystkiego od samych fundamentów.
Harry przygryzł dolną wargę, wpatrując się w wyciągniętą ku niemu dłoń ściskającą podręcznik, a później powoli, ostrożnie, uważając, by nie rozerwać delikatnych stron i nie zniszczyć pożółkłej, starej, rwącej się obwoluty, odebrał książkę z rąk Hughesa. Przeciągnął palcami po papierowym grzbiecie.
— Cóż — mruknął i marszcząc brwi, wahając się, zerknął spod rzęs na przyglądającego mu się z tym ciężkim jak kłoda zmęczeniem wypisanym na twarzy, Hughesa — dziękuję.
Profesor skinął mu głową i machnął dłonią w kierunku wyjścia, a drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem, ukazując rozjaśniony magiczną, srebrnawą mgiełką korytarz.
Harry, mając wrażenie, że rozumie z tego wszystkiego stosunkowo niewiele, że każde zetknięcie z Hughesem jest jak wejście do innej rzeki, ściskając w lekko wilgotnych dłoniach stary podręcznik, ruszył w stronę drzwi.
— Ach i Potter — mruknął za nim cicho Hughes (Harry ledwo go słyszał). — Dbaj o siebie trochę bardziej, co? Wszystkim byłoby o wiele łatwiej.
Nie był pewien, co właściwie miało to oznaczać.
-VVV-
Harry coraz mniej wierzył w przypadek. Przypadki, zdaje się, wcale nie chodziły po ludziach. Przypadki się nie zdarzały. To, co jeden mógł nazwać „przypadkiem", drugi mógł określić mianem planu, cichego, milczącego, niedostępnego dla pozostałych.
I kiedy Hughes śledził, jak podczas kolacji w Wielkiej Sali, podczytywał informacje o polityce zagranicznej (pojedyncze zdania były klarowne i przystępne jak konstrukcja cepa), Harry czuł gulę w gardle, bo był niemal pewien tego, że Josephem Hughesem wcale nie kierowała bezinteresowność.
Do czego to dąży? — zastanawiał się Harry, kątem oka podpatrując (nie bez zazdrości i lekkiego ssania w żołądku), jak profesor Transmutacji zalewa czarną kawę mlekiem z ceramicznego dzbanuszka i pogrąża się w statycznej rozmowie z profesorem Flitwickiem.
Podręcznik był mniej ciekawy od fiszek, które dostał od niego poprzednim razem, ale Harry zaczytywał się w każdym zdaniu, chłonąc wiedzę i kiedy natrafiał na jakiś nudniejszy fragment, spoglądał spod mocno zmarszczonych brwi na pogrążonego w rozmowie Hughesa i brnął przez niego, nie odpuszczając sobie nawet linijki.
I nie mógł odeprzeć kuriozalnego wrażenia, że to, ile wiedzy zdoła sobie przyswoić, ma dla profesora Transmutacji jakieś nadrzędne znaczenie, którego nie do końca był w stanie określić bez względu na to, jak mocno się starał.
-VVV-
— Coś tu nie gra — zwierzył się Snape'owi, przygryzając dolną wargę, obracając w zamyśleniu różdżkę w dłoni, po tym, jak zapukał późnym popołudniem do jego gabinetu. — Sądzę — westchnął, gdy Snape skoncentrował na nim swoje przewiercające, czarnookie spojrzenie, unosząc wysoko jedną brew w niemej prośbie o doprecyzowanie — że jestem jedynym powodem trzymającym tutaj Josepha Hughesa.
— Cóż — mruknął Snape, przechylając głowę i przyglądając mu się spod zmrużonych w skupieniu brwi — interesuje się tobą, to nie ulega wątpliwości.
— Nie — pokręcił głową Harry, przecierając palcami bliznę na czole, zastanawiając się, jak ująć w słowa to, co podświadomie męczyło jego sumienie. — To coś więcej.
— Coś więcej? — nie zrozumiał Snape, przechylając głowę, aby uchwycić jego zamyślone spojrzenie. Harry uniósł na niego wzrok, jeszcze bardziej marszcząc przy tym brwi.
— Tak — pokiwał głową, oblizując suche usta. — Tyle że w moich rozumowaniach nic do siebie nie pasuje. To znaczy - słyszę, że dzwonią, ale nie wiem w którym kościele.
— Spróbuj wyjaśnić — poprosił Snape, przyglądając mu się, a Harry zaczerpnął głęboko powietrza i zaczął się przechadzać w tę i we w tę po jego gabinecie.
— To trochę tak, jakby on się bał, rozumie pan? — próbował wyklarować własne myśli Harry. — Jakby się bał, ale nie do końca.
— Bał się ciebie? — starał się nadążyć za tokiem jego rozumowania Snape.
— Nie — prychnął Harry i roześmiał się z niejakim pokpiwaniem na samą sugestię. — Jakby bał się o mnie, ale nie ze względu na mnie. — Przechylił głowę, zastanawiając się nad tym, co właśnie powiedział. — Czy to w ogóle ma jakiś sens? — zapytał, przystając i spoglądając nie bez niepewności w ziemistą twarz Snape'a.
Mistrz Eliksirów przyglądał się jego twarzy zmrużonymi w skupieniu oczami. Pomiędzy jego brwiami tkwiła pionowa zmarszczka, a jego palce - trochę bezwiednie - gładziły powoli, w zamyśleniu chudą, dolną wargę.
— Owszem i to bardzo duży — skinął po chwili milczenia Snape. — O ile to jest poparte jakimiś obserwacjami.
Harry kontynuował przechadzkę po gabinecie.
— Trochę mnie zastanawiają tytuły książek, które on mi podsuwa — przygryzł wargę Harry. — To znaczy, nie żeby on próbował mi wmówić jakieś poglądy, on wcale nie ciągnie mnie za rękę w stronę jakichś konkretnych idei. Bardziej wykazuje... czy ja wiem... korzyści jednych i wady innych, jakby chciał, żebym sam wyrobił sobie o tym daną opinię. Tyle że koncepcja, jaką mi prezentuje, jest niepokojąco zbliżona do celów i postulatów politycznych Voldemorta z czasów, kiedy świat dopiero poznawał jego nazwisko. Pokazuje mi zasady działania sądownictwa w Magicznej Anglii, jakby chciał powiedzieć: „Należałoby zminimalizować zewnętrzne wpływy na decyzje Wizengamotu". Czy to nie jest jeden z dawnych postulatów Voldemorta? — marszczył brwi Harry. — Pokazuje mi książkę opisującą zasady działania naszej magicznej polityki zagranicznej, jakby sugerował: „Należy podjąć większą współpracę z bułgarskim i francuskim Ministerstwem Magii". Przedstawia mi skrupulatnie zakres władzy Ministrów Magii, jakby krzyczał: „Trzeba przywrócić trójpodział władzy!". — Zatrzymał się i podniósł oczy na śledzącego jego przemarsz profesora. — Trochę niepokojące, muszę przyznać.
Snape przechylił głowę, bębniąc palcami o dolną wargę, nie spuszczając wzroku z zaaferowanego Harry'ego.
— Tak sobie myślę... — mruknął pod nosem Mistrz Eliksirów, jeszcze bardziej mrużąc na niego oczy. Odciągnął dłoń od twarzy i zatarł ręce, jakby potrzebował czymś zająć palce. — Mówi się — odezwał się nieco głośniej; jego głos stał się dziwnie miękki, dziwnie łagodny; Harry przestąpił nerwowo z nogi na nogę — że orkiestra, kiedy lubi dyrygenta, gra pięknie, prawidłowo, wytwornie. A jeśli nie, gra tak, jak dyrygent dyryguje.
— A co to niby ma oznaczać? — speszył się Harry.
Snape skrzyżował ramiona na piersi i oparł się leniwie o oparcie swojego fotela.
— Że Czarny Pan — odezwał się ściszonym głosem po chwili uciążliwego dla Harry'ego milczenia — stara się ciebie przekonać do własnych ideałów, panie Potter.
Harry nie był gotowy na to, aby przejść z tym do porządku dziennego.
-VVV-
— Ale skąd w tym wszystkim strach? — nie mógł zrozumieć Harry.
Snape wzruszył ramionami, jakby to był ich najmniejszy problem.
— Nie wiem — machnął na to ręką, wydając się błądzić myślami zupełnie gdzie indziej. — Pewnie nasz drogi Hughes obiecał coś Czarnemu Panu, może przysiągł albo z wigorem przyjął żądanie, a teraz boi się o to, co może się stać, jeśli go nie spełni.
Harry zbladł (Snape chyba tego w ogóle nie zauważył) i przyrzekł sobie gruntownie przysiąść do materiałów, które otrzymywał niemal regularnie od skrywającego więcej sekretów, niż mu się pierwotnie zdawało, profesora Transmutacji.
-VVV-
Jak to jest — zastanawiał się Harry, wertując podręczniki i fiszki, które otrzymał z rąk Josepha Hughesa od chwili pojawienia się go w Hogwarcie — że jestem odpowiedzialny za czyjeś zdrowie, może nawet za życie, nawet wówczas, gdy nie jestem tego świadom? Jak to jest — myślał, zerkając z ukosa na podręcznik do Transmutacji, zastanawiając się, czy ta wiedza wlicza się w tą pieprzoną, rzekomą przysięgę — że wszyscy wokół mają prawo śmiać się, kiedy chcą, uczyć się, kiedy chcą, uczyć się czego chcą, a ja jak zwykle muszę odbiegać od standardów? Gdzie tutaj sprawiedliwość?
Świat nie jest sprawiedliwy! — warczał gdzieś na tyłach jego głowy głos, który niebezpiecznie przypominał Severusa Snape'a.
A przecież mógłby być — kłócił się z tym głosem Harry.
Nie bądź dzieckiem — prychał głos, a Harry wzdychał i oznajmiał kapitulację.
Czuję się, jakby wszyscy wokół grali ze mną w kości — pomyślał Harry, przyglądając się swoim ciążącym powiekom w odbiciu w szybie, na której mozolnie topniał szron, odrywając się po kawałeczkach, na samych krawędziach od pejzażu, który mróz wymalował w oknach — kiedy ja chciałem tylko być szczery z własnymi pragnieniami.
Na śniadaniach rezygnował z kawy na rzecz słodkiej herbaty z malinami, zyskując tym sobie przychylne spojrzenie Hermiony, zastanawiając się, jakby zareagowała, gdyby oznajmił jej, że nie robi tego dla poklasku.
Herbata nie smakowała mu tak, jak jego kawa.
-VVV-
Dolores Umbridge mlasnęła językiem i uśmiechnęła się do niego cukierkowo i obleśnie.
— Zauważyłam, że dużo czasu spędzasz w towarzystwie profesora Snape'a — zaszczebiotała jak dziewczynka i zbiła usta w dziubek, przypominając przy tym - bardziej niż kiedykolwiek wcześniej - skrzeczącą ropuchę.
— Aha — wzruszył ramionami Harry, nie odrywając wzroku od podręcznika do Transmutacji. — Nie jest pani jedynym nauczycielem, który uwielbia rozdawać szlabany, pani Wielka Inkwizytor.
Blizny na jego dłoni łaskotały go upominająco, ale wbił spojrzenie w treść książki i nie pozwolił na wyprowadzenie się z równowagi.
-VVV-
— Gdzie jest Syriusz Black? — zapytała się raz, częstując go pachnącą obrzydliwie słodko, różaną herbatą w obecności Snape'a siedzącego z beznamiętnym wyrazem twarzy obok niego na jednym z krzeseł dla gości, a Harry zastanawiał się, czy można być bardziej niedyskretnym.
— W Urugwaju — odparł z absolutnym spokojem, przykładając filiżankę do ust, uważając, by nie dotknąć falującego wewnątrz płynu.
Kamienna maska Snape'a nie opadła z jego twarzy, ale w jego oczach, na chwilę tak krótką, że Harry odnotował to jedynie przez przypadek i to tylko dlatego, że właśnie na niego patrzył, zapłonął płomień szczerego rozbawienia.
-VVV-
— Wiesz, ministerstwo to najpewniej sprawdzi — mruknął Snape tego samego wieczora, przyglądając mu się spod rzęs.
— Niech sprawdza — wzruszył ramionami Harry. — Skoro przez blisko dwa lata nie odnaleźli mojego lekko stukniętego, błąkającego się po świecie ojca chrzestnego, trzymającego się blisko Szkocji, blisko Hogwartu za każdym razem, gdy znajdowałem się w niebezpieczeństwie, to mogą go sobie szukać nawet na końcu świata. I tak nigdy go nie znajdą, póki nie zrobi czegoś głupiego i sam się nie ujawni.
Snape spojrzał na niego jakoś dziwnie, przechylając nieznacznie głowę.
— Skąd wiesz, że, jak to powiedziałeś, nie zrobi właśnie czegoś głupiego, przez co pozwoli się przyłapać na gorącym uczynku? — zapytał przyciszonym głosem, a Harry opuścił w odpowiedzi wzrok na własne dłonie.
— Tego nie wiem — przyznał cicho; prawie szeptał. — Wiem za to, że jeśli tak się stanie, poruszę niebo i ziemię, żeby go uratować. — Zerknął niepewnie w czarne, przypatrujące mu się z uwagą sępa oczy. — Nie istnieje nic takiego, czego bym dla niego nie zrobił.
-VVV-
W kolejnym liście Syriusz opowiadał mu o Dorcas Meadowes.
„Nie rozumiem, dlaczego uważał ją za kogoś tak ważnego" — pisał Syriusz i Harry nie od razu zorientował się, o kim mowa — „że zamordował ją osobiście". „Miała tylko dwadzieścia dwa lata i nawet nie chcę myśleć o tym, jakich rewelacji się dokopała" — twierdził Syriusz kilka wierszy dalej, a jego - wiecznie niechlujne - pismo było jakieś inne, niż zwykle, jakby przy pisaniu ręka mu drżała. — „Mam tylko nadzieję, że zdążyła je przekazać" — pisał Syriusz — „zanim ją złapali. Mam nadzieję, że jej wiedza nie poszła na marne".
Harry rozumiał, że nie może być nic gorszego, niż zmarnowana informacja.
„Pamiętam, jak robiliśmy sobie zdjęcia w świetle zachodzącego słońca" — widniało w dalszej części listu. — „Leżeliśmy w trawie, pośród maków i turlaliśmy się z łagodnego pagórka na przedmieściach Londynu. Zasypywaliśmy górę wiśni cukrem i zalewaliśmy wódką, a potem piliśmy wiśniówkę podczas długich, gwieździstych nocy. Podgryzaliśmy bezy, leżąc na kocu w cieniu drzew, a potem zakładaliśmy się o to, które z nas wdrapie się wyżej po gałęziach" — czytał Harry i wzdychał, obserwując kreski i kropki, na których ręka Syriusza zadrżała. — „Piszę Ci o tym, Harry, bo chciałbym, żeby te wspomnienia pozostały wiecznie żywe".
Harry sięgnął po pusty pergamin, rozprostował go, przeciągając po nim wierzchem dłoni, umaczał końcówkę pióra w atramencie i nakreślił u samej góry dwa słowa:
„Pozostaną, Syriuszu".
