.

Rozdział 16

Dzieląc włos na czworo

.

— Powiedziałeś mi kiedyś, że nie rozumiesz, po co niszczyć, kiedy można tworzyć, pamiętasz?

Malował krzywe wzory palcem po zaparowanej szybie, a jego czerwone oczy odbijały się w szkle jak dwa rubiny. Stali w małej, podmiejskiej, mugolskiej galerii sztuki, oglądając niewielkie malowidła artystów, o których już nikt nie pamięta, przypatrując się pejzażom uwiecznionym w starych, spłowiałych ramach i bijącym ciepłem obrazom olejnym zachowanych w kolorystyce złota, brązu i pomarańczu.

Harry patrzył w jego twarz ukrytą za zaklęciami maskującymi, na żywą rumianą skórę oplatającą wydatne kości policzkowe i na niedługie, kędzierzawe włosy, obijające się sprężyście o skronie.

— To niegłupie pytanie, wiesz? — ciągnął Voldemort, odrywając dłoń od szkła i unosząc ją ku twarzy, aby przyjrzeć się skroplonej na opuszkach palców wodzie. — I zastanawiałem się nad tym, Harry, zastanawiałem się, ponieważ zawsze wydawało mi się, że aby coś zmienić, łatwiej wyorać teren i samodzielnie postawić na nim fundamenty. O wiele trudniej jest przerobić coś, co już się zaczęło kształtować, tak, aby dostosować to do własnych wyobrażeń. — Czarny Pan westchnął cicho i zwrócił ku niemu swój szkarłatnooki wzrok. — Ja wiem, o co ci chodzi, Harry. Nie widzisz sensu w wyrządzaniu krzywdy, kiedy można spróbować ukształtować coś swoimi dłońmi, zmienić obrysy, wygląd — powiedział cicho, spoglądając mu w oczy, a Harry poczuł łaskoczący nacisk gdzieś wewnątrz umysłu, gdzieś w niewielkiej odległości od blizny w kształcie błyskawicy; z przyzwyczajenia potarł ją rozbieganymi palcami. — Tyle że, Harry, myślisz, że ja nie próbowałem? — Coś dziwnego przebrzmiewało w jego głosie, kiedy lustrował Harry'ego przewiercającym spojrzeniem swoich czerwonych jak płomienie buzujące w kominku oczu. — Twoi rodzice — oznajmił przyciszonym głosem, jakby obawiał się, że gdy poruszy ten temat, Harry ucieknie od niego z krzykiem (Harry spiął się nieznacznie, kiedy zimny dreszcz przebiegł mu po karku, ale nie odwrócił wzroku) — choć może o tym nie wiesz, trzy razy byli proszeni do mojego kręgu, zanim splot wydarzeń postawił ich na końcu mojej różdżki.

Serce Harry'ego, na krótki jak oddech moment, potknęło się pod jego mostkiem, kiedy znieruchomiał jak ogarnięty nagłym paraliżem, spoglądając w te intensywne, czerwone, lustrujące go z uwagą oczy, doszukując się w nich kłamstwa. Miał dziwaczne wrażenie, że wszystko w jego ustach zdrętwiało: wnętrze policzków, język, dziąsła; oblizał nerwowo suche wargi i przełknął ślinę.

— Nie wiedziałem — wyszeptał, mając trudności z wyklarowaniem jakiegokolwiek, bardziej logicznego zdania; uniósł nienaturalnie ociężałą dłoń do twarzy i zaczął masować ciężką jak od długotrwałego gadania szczękę.

Voldemort pokręcił głową i odwrócił się, spoglądając na pejzaż przedstawianjący górskie widoki, choć jego wzrok był przy tym nienaturalnie nieruchomy - jakby wcale nie dostrzegał popisu malarskiego uwięzionego pomiędzy solidnymi, starymi ramami, jakby patrzył w ścianę, w pustkę.

— Nie oczekiwałem — odezwał się niemal obojętnym tonem, ale płatki jego nosa drgnęły - jakby bez udziału woli — że Dumbledore ci o tym powie — pokiwał powoli głową. — To by było jak szukanie umotywowań. A mnie nie można usprawiedliwić, prawda Harry?

Coś boleśnie ścisnęło się na dnie jego gardła i przez chwilę szukał słów, którymi mógłby zaprzeczyć.

— Nie będę próbował cię usprawiedliwiać. — Słowa zabrzmiały płasko na jego języku; gardło go piekło, kiedy przeciskał je przez usta. — Zabiłeś ich. Kiedy miałem zaledwie rok — dodał szeptem, który drżał pomiędzy jego zębami jak rozchwiany oddech.

Czarny Pan skinął głową, jakby się z tym zgadzał; kosmyki kędzierzawych włosów wpadły przy tym geście na jego powieki - zdmuchnął je niedbale, jakby to był paproch, który przykleił mu się do rzęs.

— Pamiętasz, jak zapytałeś się mnie, dlaczego... pozbyłem się Arabelli Figg? — zwrócił ku niemu twarz, przesuwając szkarłatnym wzrokiem po jego czole i powiekach.

Harry pokiwał głową, nie ufając ani na jotę brzmieniu własnego głosu.

— Oznajmiłem ci — przechylił głowę Voldemort, marszcząc na niego nos — że jej wiedza była niebezpieczna, a ty to zaakceptowałeś, przyjąłeś to bez wyrzutów i łez - ot tak, po prostu.

Harry spuścił wzrok na własne dłonie.

— Każdy robi wszystko, aby usunąć przeszkody ze swojej drogi — mruknął cicho i przeciągnął koniuszkiem języka po górnych zębach, zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co chciał mu powiedzieć — i każdy robi to w taki sposób, w jaki potrafi się z tym uporać — przełknął ślinę. — Sądziłeś, że nie wiedziałem, kim jesteś, jak postępujesz, jaką magią władasz, kiedy do ciebie przyszedłem po raz pierwszy? Myślałeś, że zapomniałem, że dla osiągnięcia własnych celów jesteś w stanie zabić? — Harry odetchnął głęboko i wbił sobie paznokcie w dłonie, aby się uspokoić. — Tom — westchnął — nie aprobuję twoich metod, musisz zdawać sobie z tego sprawę, ale jakiej reakcji tak właściwie ode mnie oczekujesz? Mam cię zaatakować? Uderzyć? Splunąć ci w twarz? — pokręcił głową Harry, zerkając spod rzęs, niejako z niepewnością, w czerwone, przypatrujące mu się nie bez zamyślenia oczy.

Voldemort skrzywił się i zaplótł dłonie za plecami, przechylając głowę, jakby się nad czymś zastanawiał.

— Chodzi o to, że... — zamyślił się, wpatrując się w Harry'ego takim wzrokiem, jakby szukał w rysach jego twarzy odpowiednich słów — że reagujesz inaczej, niż cały wielki świat. Moi Śmierciożercy dla przykładu, kiedy uczynią błąd, który wiedzą, że mi się nie spodoba, szukają wymówek, usprawiedliwień, sklecają długie, zawiłe formuły przeprosin, które są tak wypaczone, że tracą swój generalny sens. Z przyzwyczajenia podnoszą głos, kiedy się tłumaczą, a kiedy coś nie przebiega zgodnie z ich standardami, nie omieszkują głośno oznajmić własnych wątpliwości. Wypowiadają szumne, rzewne prośby, choć wiedzą, jak bardzo nienawidzę podobnego wyolbrzymiania sytuacji, i zalewają się potokiem łez, kiedy przepraszają, przez co ich zdania stają się całkowicie niezrozumiałe. Rzucają wytartymi, zużytymi słowami, które powtarzane setny raz, tracą na znaczeniu. Jeden Cruciatus wystarcza, by zamienić ich w kupkę zasmarkanego nieszczęścia. — Voldemort wyciągnął rękę, jakby chciał go dotknąć, ale chyba to przemyślał, bo wycofał ją i splótł ponownie dłonie za plecami. — Ty — odezwał się cicho, przypatrując mu się niczym intrygującemu zjawisku, z którym jeszcze nigdy nie miał styczności — jesteś inny.


-VVV-


Stał przed szybą, na której, na tle nocnego, granatowego nieba, odbijała się jego twarz i drapał paznokciami bliznę. Drapał i drapał, i drapał, marząc o tym, aby zetrzeć ją z twarzy, aby się jej pozbyć, nie potrafiąc pojąć, dlaczego wszędzie wokół musi mrugać ku niemu symbloizm - dlaczego nawet on sam musiał stać się takim symbolem?

Skóra wokół blizny najpierw poczerwieniała, a potem zaczęła puchnąć, ale blizna jak była, tak nie dała się zmazać - popękała jedynie wzdłuż krawędzi i zafarbowała jego paznokcie i linie papilarne na czerwono. Przygryzł usta i tarł dalej, szukając beznadziejnie w swoim rozmytym odbiciu jakiejkolwiek - logicznie niemożliwej - zmiany, która świadczyłaby o tym, że jego wysiłki nie pójdą na marne.

— Co robisz? — zapytał cichy, doskonale mu znany głos za jego plecami, a Harry drgnął, zwrócił twarz do źródła głosu, a potem momentalnie spuścił głowę niczym cichy spiskowiec przyłapany na gorącym uczynku. Odjął od twarzy palce, na których krzepła jego własna krew, zmieniając powoli barwę z jasnoczerwonej na brunatną.

Spodziewał się, że zostanie skrzyczany, że klepsydra jego domu utraci z jego winy kolejnych kilka koralików, że zostanie okrzyknięty mianem idioty.

Severus Snape westchnął ciężko i rozmasował dwoma palcami nasadę nosa, spuszczając na moment wzrok (wyglądał przy tym, jakby w ciągu ostatnich kilku sekund niespodziewanie przybyło mu lat - zmarszki zaorały jego twarz jak rany).

Kiedy opuścił dłoń, by na niego spojrzeć, w jego oczach kryła się rezygnacja.

— To, że będziesz ją ukrywał w ciemnych korytarzach i pustych wnękach okiennych — powiedział cicho, brzmiąc tak, jakby bolały go mięśnie twarzy przy poruszaniu szczęką — nie znaczy jeszcze, że staniesz się kimś, kim nie jesteś.

Harry opuścił wzrok na zimną, przykrytą płachtą nocy podłogę i milczał.


-VVV-


Chwilę potem leżał już zakopany w pościeli we własnym dormitorium z wyleczonym czołem, po którym nie spływała już kurtyna krwi i ściskał w dłoni swojego kasztana, przykładając go na przemian do warg i do policzka, zastanawiając się, jaki gest, jakie słowo byłoby przydatne do tego, by go uaktywnić, poniekąd bojąc się go szukać - nawet w myślach.


-VVV-


— Jesteś inny, bo jesteś prawdziwy w tym, co robisz — mówił mu pewnej nocy, głęboko w umyśle miękki głos, a Harry spoglądał w oczy czerwone jak dwa płatki wonnych róż. — Wszyscy wokół grają swoje role jak kukiełki w teatrze lalek - ty: nie — szeptał, majacząc gdzieś w splotach jego myśli, gdzieś na granicach jego uczuć. — Musisz zrozumieć, co mam na myśli — tłumaczył, jakby zależało mu na tym, aby jego słowa były konkretne i obrazowe. — Jest wiele ludzi, którzy podchodzą do mnie ze względnym spokojem, bez popłochu, bez wyolbrzymiania moich działań, własnych działań. Tyle że prawda jest taka, że każdy z nich ma jakiś cel w zadawaniu się ze mną, rozumiesz? Choćby tym celem miało być uzyskanie okazji do dokarmienia swojego sadyzmu — mówił i wydawał się analizować wszystkie słowa przeznaczone dla umysłu Harry'ego, wydawał się kilkakrotnie przemyśleć zdania, zanim pozwolił im, by padły między nimi. — To poniekąd zrozumiałe: potrzebują kotwicy, która ich nie potępi za ich charakter, mentalność, światopogląd. Która pozwoli im przekierować winę na nią. Która da im, nieco złudne, poczucie wolności. — Harry słuchał, nie zamierzając się wtrącać, zastanawiając się, jaki jest cel mówienia mu tego wszystkiego. — Cóż, prawdą jest, że jesteś nieco bezczelny i wykazujesz zero szacunku dla silniejszych od siebie — Harry miał ochotę fuknąć na te słowa, ale powstrzymał się, nie chcąc wytrącać tego niezwykłego potoku myśli z kontekstu — ale jesteś też silny, błyskotliwy. I połączony ze mną na sposoby, na jakie inni nie są.

— Chodzi ci o bliznę? — nie wytrzymał Harry.

Głos w jego głowie zamilkł; i ku niejakiej irytacji Harry'ego nie ponowił już uwidoczniania przed nim swoich własnych refleksji.


-VVV-


— Pamiętasz Dorcas Meadowes? — zapytał go raz Harry, a czerwone oczy przylgnęły do jego twarzy, badając ją, jakby w jego zmarszczonych brwiach czaiły się hieroglify, które starał się odcyfrować. — Zabiłeś ją w osiemdziesiątym pierwszym — dodał, choć zupełnie nie wiedział po co - w końcu ludzie nie są liczbami, które można zaszufladkować i przywoływać jak słowa zaklęcia: automatycznie, prawie bezmyślnie.

— Z jakiego powodu o nią pytasz? — Głos Voldemorta był spokojny, ale oczy śledziły uważnie jego pomarszczoną, zamyśloną twarz, jakby spodziewał się coś na niej dostrzec - przebłysk czegoś nieuchwytnego.

Harry zaczął skubać nerwowo skórki przy swoich paznokciach.

— Bo zastanawiałem się: dlaczego? — przyznał, czując się z tym dziwnie nie na miejscu, ale nie potrafił wymazać z pamięci rozdygotanego pisma Syriusza, tych wyrzutów uwiecznionych na pergaminie, tych żalów i wątpliwości, i bólu bijącego spomiędzy wierszy jak promieniowanie.

Voldemort odwrócił od niego wzrok i skierował twarz ku wysokiemu oknu, spoglądając gdzieś daleko za horyzont.

— Nie rozumiem — rzekł powoli, obracając różdżkę w dłoniach — dlaczego tak usilnie doszukujesz się logiki w moim postępowaniu.

Harry przestąpił z nogi na nogę i odgarnął chaotycznym gestem włosy z czoła.

— Być może wierzę — mruknął pod nosem, nie wiedząc, czy bardziej wstydzi się własnych słów, czy tego, że w ogóle przyszły mu one na myśl — że nic nie dzieje się bez przyczyny. Że każdy ma za sobą jakąś przeszłość, która go kształtuje i wpływa na to, kim się staje.

Palce obracające różdżkę na krótką jak mrugnięcie powiek chwilę zastygły w bezruchu, zanim ponownie nie zaczęły się poruszać. Być może dla kogoś innego byłoby to niezauważalne, nieznaczące, nieuchwytne - dla Harry'ego wystarczająco wymowne: trochę jak jedno silniejsze uderzenie serca.

Harry westchnął z niejakim zrezygnowaniem, obserwując jego gładką, bladą, niepodobną do ludzkiej twarz, na której chwilowo nie przejawiały się najmniejsze ślady emocji, jakby to, co mówił Harry, było czymś ledwo zasługującym na to, aby tego wysłuchać.

Harry wiedział doskonale, że pozory potrafią wodzić za nos.

— Wierzę, że każdy nosi w sobie dziesiątki, setki, tysiące historii, które mógłby opowiedzieć, gdyby tylko ktokolwiek zechciał ich wysłuchać. Nawet ty.


-VVV-


Voldemort przeciągnął palcami po łysej czaszce o barwie kości słoniowej, patrząc na mokry, zbity śnieg okupujący jeden z parapetów, układając usta wyzbyte warg w jakiś dziwny, nieswój sposób - jakby chciał wziąć głęboki oddech i zdmuchnąć go na ziemię.

— To nie ona była problemem — przyznał, wyglądając przy tym jak kamień: oczy, zmarszczki, płaskie nozdrza - nie poruszały się (jak wyzbyte ducha); tylko te jego usta - nieco napięte, jakby skóra była naciągnięta na ciało jak folia z polichlorku winylu zawinięta ściśle wokół kawałka mięsa. — Tylko jej ojciec. Howard Meadowes — wykrzywił się z niejakim niesmakiem Voldemort, patrząc gdzieś przed siebie, jakby dostrzegał coś pośród żółtawych, ściennych zacieków. — Człowiek uparty jak osioł.

— Ponieważ sprzeciwił się wstąpieniu do kręgu twoich zwolenników? — wykrzywił się kwaśno Harry, a Voldemort przekrzywił głowę i spojrzał na niego z frasunkiem, który dziwnie kontrastował z czerwienią jego oczu.

— To był początek lat osiemdziesiątych, Harry.

— Rozumiem, że to ma mi coś zasugerować? — uniósł brwi, a Voldemort wykonał taki ruch oczami, jakby miał zamiar nimi przewrócić i powstrzymał się od tego w ostatniej chwili.

— Być może tyle — rzekł Voldemort, przechylając głowę i mrużąc na niego w skupieniu swoje czerwone jak rdza oczy — że pod koniec siedemdziesiątego dziewiątego Sybilla Trelawney wygłosiła swoją przepowiednię.


-VVV-


— Był znany z konstruktywnej interpretacji snów.

Uderzenie serca jak uderzenie kamieniem. I idący za tym szept:

— O kochana Morgano.

— Niektóre symbole mają powszechnie przyjęte znaczenie — pokiwał głową Voldemort, splatając dłonie za plecami. — Sprawa się jednak nieco komplikuje, ponieważ koniec końców liczy się to, jaki sens nadajemy poszczególnym znakom indywidualnie.

Harry zaciągnął się chwiejnie powietrzem przez rozchylone usta, wiedząc, że jego oczy są strumieniem rozemocjonowania, kiedy patrzył na tą śmiertelnie poważną twarz i zastanawiał się, czy może wiara we wróżenie z fusów i szaleństwo nie idą ze sobą w parze.

— Niebywale inteligentny człowiek — zamyślił się Voldemort, postukując palcami o wystającą pod ostrym kątem kość policzkową — ten nieustępliwy Howard — pokiwał głową. — A jednak nie potrafił wykorzystać siły swojego umysłu wówczas, gdy była mu ona najbardziej potrzebna i dwa razy się zastanowić, zanim splunął mi w twarz.

Harry omal się nie zakrztusił; Czarnemu Panu musiało się to wydawać niezmiernie zabawne - ten jego popłoch, bo uśmiechnął się tak, jak dzieciak, który otrzymał cukrową watę.

— Nie dosłownie, oczywiście — dodał, wykrzywiając kąciki swych ust niemających warg. — Co nie zmienia faktu, że niezaprzeczalnie mi ubliżył.

— Więc go zabiłeś? — zapytał Harry przez schnące gardło, a Voldemort milcząco pokręcił głową; Harry zbladł. — Więc zabiłeś mu córkę — wyszeptał; bardziej stwierdził, niż zapytał.

Czerwone oczy odnalazły zielone i Harry już wiedział, już był pewien, już wyobrażał sobie przebieg tej sytuacji (żołądek wywinął mu się na drugą stronę, wbił sobie paznokcie w dłonie), oczami wyobraźni dostrzegał tą młodą, zaradną dziewczynę, o której przez zbolałe wargi opowiadał mu Syriusz i pod powiekami widział, jak się szamocze, jak płoną jej oczy o barwie głębokiego brązu, jak długie, kręcone włosy przyklejają się do jej wilgotnej od potu szyi.

Brakowało mu śliny do przełykania.

— Walczyła o życie do ostatniego tchu — pokiwał głową Voldemort i zamilkł, jakby nie zostało już nic więcej do dodania.

Powietrze zaświszczało pomiędzy wargami Harry'ego, kiedy wypuszczał je ociężale z płuc.


-VVV-


Wiedział, że powinien przestać. Wiedział o tym od chwili, w której Snape mu powiedział: „To ułuda. I fałsz". Powinien odseparować się od wspomnień i pozwolić jej odejść.

Jednak następnego wieczora znów stał za jej plecami i badał palcami chudość jej szyi.

— Kazał ci mnie odzyskać? — zapytał, wsłuchując się w jej przyspieszony oddech (kiedy zamykał oczy, wciąż słyszał ich pokrzykiwania sprzed dwóch dni: „Możesz być, Dora, jego zabawką, jego własnością, jego lalką, ale ja nie będę twoją!"; mięśnie pod cienką skórą drżały jak powietrze wprawione w turbulencje - czuł to bardzo wyraźnie pod palcami zaciśniętymi na jej przedramieniu; dźwięk tłuczonej porcelany poniósł się echem po ścianach, kiedy z impetem cisnął swoją filiżanką o przeciwległą ścianę - był trochę podobny do brzdęku trzaskanego lustra sypiącego się w proch na jego dłonie).

On też tam był - jakby go pilnował, jakby nad nim czuwał, jakby upewniał się, że nie wejdzie po raz drugi do tej samej rzeki. Kilka niespiesznych kroków i jego czarne włosy, czarne oczy, wydatny nos, chude ramiona powoli wyłaniały się ze spiralnych schodów.

— Chyba powinnaś mu przekazać — powiedział tym swoim cichym, aksamitnym głosem, którym nigdy nie zwracał się do Harry'ego, a który sprawiał, że krew w jego żyłach zamarzała — że musi się zdecydować, czego tak naprawdę chce.

Palce Harry'ego znieruchomiały na jej szyi (puls pod opuszkami skakał szalenie, pospiesznie, dziko); spojrzał ponad ramieniem Dory w jego ciemne jak świeżo położony asfalt oczy; odpowiedział na jego spojrzenie (jego oczy jaśniały jak nocne niebo obsiane gwiezdnym pyłem), a potem zsunął wzrok niżej: na jego palce luźno zawinięte wokół kobiecej, pobladłej z nerwów szyi (jej włosy stały się mysie, spłowiałe). Przechylił głowę.

— Bo widzisz — kontynuował, unosząc wzrok na jej granatowe jak jeżyny oczy; podszedł bliżej - oddech Dory falował pod palcami Harry'ego jak ocean — mnie kazał go chronić — wyszeptał, zbliżając twarz do jej lekko pobladłej twarzy — więc domyślasz się pewnie, Nimfadoro, że stawiasz mnie w bardzo dziwnej sytuacji.

Dora cofnęła się i niemal natychmiast naprężyła się jak struna, gdy jej kręgosłup zderzył się z klatką piersiową Harry'ego, który ani myślał się cofnąć. Odsunęła się od niego pospiesznie, przez co na powrót znalazła się twarzą w twarz ze Snape'em.

Snape uśmiechnął się miękko; Harry dostrzegł przebłysk satysfakcji w jego ciemnych jak nocne niebo oczach i przez moment miał wrażenie, że spogląda w twarz tej bestii bez skrupułów, która zamieniła własnego ojca w worek krwi i kości.

— Przekaż dyrektorowi — wyszeptał Snape, lustrując kobiecą twarz lśniącymi, jakby odbijało się w nich światło gwiazd, oczami — że czekam na jego instrukcje — przechylił głowę. — Sługusowi ciężko funkcjonować bez rozkazów swego Pana i Władcy, nieprawdaż?

— Ja nie mam żadnego władcy, Snape — prychnęła jak kotka; jej głos drżał.

Czarne oczy zlustrowały jej twarz jak ciekawy okaz wystawiony w muzeum.

— Oczywiście. — Szyderstwo. Zabrzęczało pomiędzy nimi jak bezwzględność.

Dora wzdrygnęła się, jakby otrzymała policzek w twarz.

— No, pędź sokole — zaśmiał się Snape, odsuwając się i niemal z kurtuazją wskazując Dorze schody biegnące ze szczytu wieży.

Dora wyrwała się z lekkiego uścisku Harry'ego i nie obdarzając go nawet przelotnym spojrzeniem, pomknęła ku schodom jak spłoszona sarna.

Mieszanina irytacji, zranienia i wściekłości wybuchła w piersi Harry'ego jak supernowa - bo był gotów zrobić wszystko, czego ona od niego oczekiwała, bo obserwował ją, kiedy wydawało mu się, że jest sobą, że jest szczera, że jest otwarta na jego zaloty, bo wciąż pamiętał, jak długo ściskało go w gardle, kiedy nie potrafił stwierdzić, czy jest przez nią chciany, kiedy turlali się w śniegu jak koty; z jego ust wyrwał się niemal zwierzęcy warkot.

Dopadł ją, zanim zdążyła umknąć. Pchnął ją na ścianę, nie dbając o świszczący wdech, który zaczerpnęła - jakby się bała, jakby nie wiedziała, czego oczekiwać - i zaatakował jej usta. Całował ją pierwszy i ostatni raz. Mocno, szybko, głęboko; gryząco, jakby chciał przelać w nią całe swoje zranienie, a ona jęknęła żałośnie w jego usta, ni to z bólu, ni z przyjemności - trochę z pogranicza jednego i drugiego (źrenice jej granatowych oczu rozszerzyły się, niemalże połykając przy tym tęczówki), a jej pierś zafalowała jeszcze szybciej, niż chwilę temu.

Przez chwilę się szamotała, ale Harry był wściekły, zraniony, nabuzowany jak odbezpieczony karabin, podczas gdy coś pod jego mostkiem rozpadało się na sypkie, ostre jak igła kawałeczki i przytrzymał ją w miejscu, wbijając palce w jej ramiona, żebra, uda. Chyba płakała, bo coś mokrego, coś słonego zalewało jego czoło, jego powieki.

Kiedy ją puścił, odskoczyła od niego jak oparzona, przyciskając dłonie do warg, patrząc na niego znad drżących palców wielkimi, wilgotnymi oczami.

Chwilę potem już jej nie było.


-VVV-


Stanął przy barierce, wyobrażając sobie, jak zeskakuje z Wieży Astronomicznej, tnie kolejne płaty powietrza oddzielające go od ciemności, a jego ciało gruchocze na ziemi usypanej śniegiem, w którego jego krew wsiąka jak w gąbkę. Zakazany Las wyglądał majestatyczne i dziko, kiedy wiatr targał wierzchołkami drzew; Harry przesunął spojrzenie na jezioro, którego powierzchnia była zamarznięta w równym stopniu, co jego popękane serce.

Snape uchwycił go mocno za ramię i odciągnął od barierki - jakby nawet teraz tkwił w jego głowie, jakby uczepił się jego myśli jak rzep psiego ogona.

— Przecież nie skoczę — prychnął Harry, stawiając sobie za punkt honoru, by brzmieć opryskliwie, podczas kiedy jego serce wybijało kankana o jego mostek: łup, łup, łup; jakby zamierzało wyrwać się z jego piersi.

— Myślisz, że zaufam ci na słowo? — warknął na niego Snape, jeszcze mocniej zaciskając palce na jego ramieniu. — Ostatnim razem poharatałeś sobie dłonie.

— Ostatnim razem byłem na świeżo z informacją — sprzeczał się Harry.

— Niebezpieczna rzecz — wyszeptał Snape, siłą odciągając go od barierek, prowadząc zgrzytającego zębami ku schodom — ta informacja.


-VVV-


Snape wsłuchiwał się w jego oddech brzmiący jak szloch i chyba szukał łez w jego oczach, których nie mógł się dopatrzyć.

— Nikt cię tu nie zbije — odezwał się cicho, przyglądając mu się spod rzęs rzucających długie cienie na jego kości policzkowe — za płacz.

Jedno pozwolenie Snape'a nie mogło sprawić, by Harry sobie na to pozwolił.

— Nic mi nie jest — powiedział, a Snape westchnął i zmarszczył na niego nos.

— „Nic mi nie jest", oświadczył dzieciak z najbardziej ekspresyjną twarzą, jaką widziałem w życiu.

Harry poczuł się tak, jakby ktoś grzebał kijem w jego duszy; przestąpił z nogi na nogę.

— Dlaczego pan uważa, że potrzebuję pańskiego zezwolenia na łzy? — zapytał, usilnie przymuszając się do tego, by nie uciec wzrokiem (usilnie przymuszając się do tego, by zachować zdrowy rozsądek).

Snape zmarszczył czoło, obserwując go spod wpół przymkniętych powiek.

— Bo nie spodziewam się otwartego płaczu po dzieciaku, który milczał, będąc przywiązanym do nagrobka gdzieś na jakimś zimnym, marmurowym, starym cmentarzu i obserwował wymianę zdań pomiędzy Czarnym Panem a jego Śmierciożercami.

Harry spuścił wzrok.


-VVV-


— Pan też by milczał, gdyby przez jakiś dziwny splot wydarzeń, znalazł się w mojej pozycji — wymamrotał Harry, nienawidząc się za to, że brzmiał, jakby się tłumaczył.

— I zapamiętywał — skinął głową Snape, wprawiając Harry'ego w lekką konsternację, ponieważ nie spodziewał się, że uzyska jakąś konkretną odpowiedź.

Ciche kroki, szelest szaty, miękkie palce na jego brodzie unoszące mu głowę z niebywałą łagodnością. Harry podniósł w niezrozumieniu wzrok na te czarne, czujne oczy.

— Tak — przytaknął Snape, przyglądając mu się nie bez namysłu — z pewnością tak.


-VVV-


— Nie rozumiem tylko — powiedział powoli Snape, ważąc słowa na języku — dlaczego to właśnie mnie stawiasz sobie za przykład.


-VVV-


Nie, żeby Harry robił to celowo. To było jak nawyk, jak coś od dawien dawna zakorzenionego w jego podświadomości - posłuch wobec starszych. A choć wolał się do tego nie przyznawać, był świadom tego, że ta zależność potęgowała się w obliczu Mistrza Eliksirów, zupełnie jakby jego niestrudzona zajadłość, niechęć i kręcenie nosem powodowało, że jego ostrzeżenia, zakazy i nakazy zapisywały się w jego umyśle jak na kawałku pergaminu schowanego w kieszeni. Zupełnie jakby przywykł do traktowania z góry, do poleceń i do pełnienia określonych funkcji, zupełnie jakby wyniósł to wszystko z domu Dursleyów jak piętno doświadczenia (wypiel ogród, skoś trawę, zmień pościel, zrób mi wreszcie - ty niemożliwy darmozjadzie - herbatę z cytryną, szybko, raz-dwa!). I Harry robił, zmieniał, kosił, pielił - nie pytał o sens, o nagrodę, o cel, nie zamiałknął się o otrzymaniu czegoś w zamian, nie odmawiał i się nie wymigiwał - wiedział, że podobne zachowanie spotkałoby się z wyjątkowymi nieprzyjemnościami ze strony wujostwa. Nie spodziewał się pochwał, wiedział, że na ich miejscu czeka wieczna pogarda.

Snape sprawiał wrażenie kogoś silnego, kogoś, kogo nie ruszy zniewaga, krzywda i podmuch przeciwności. Snape był jak snop światła, które prześlizgnie się przez każdą szparę, które wywinie się najsilniejszym pięściom i zagra na nosie największej furii, jakby zignorować czyjeś pogróżki to dla niego jak splunąć.

Snape nigdy się nie garbił - nie kiedy stał naprzeciw Harry'ego, nie kiedy stał naprzeciw Josepha Hughesa, nie kiedy stał naprzeciw Nimfadory Tonks. Potrafił tak trwać - niezwyciężony jak góra lodowa, on - ta czarna plama na fotografii.

Byli tylko dwaj czarodzieje, przy których Snape zniżał się do poziomu posadzki. Niebieskie oczy - czerwone oczy. Pomarszczone palce - kościste palce. „Musisz postąpić zgodnie z własnym sumieniem" - „Musisz postąpić zgodnie z własnymi pragnieniami". Severusie.

„Tak będzie" — odpowiadała góra lodowa, choć Merlin jeden wie, co tak naprawdę myślała.

Jak nie stawiać sobie za przykład kogoś tak silnego, kogoś tak niezależnego od całego, wielkiego świata? Kiedy w sercu Harry'ego tkwiły czerwone przecięcia wzdłuż i wszerz, i na skos jak iksy stykające się w połowie. Oddychał dymem papierosowym, starając się te iksy wypalić, ale one do niego przylgnęły jak narośl, czuł je wyraźnie - pulsujące w rytm bicia jego serca.

I Harry nie mógł nie ufać własnemu przeświadczeniu, że Snape to siła, siła patrząca czarnymi oczami, spod długich rzęs, spomiędzy przetłuszczonych włosów.


-VVV-


— Czy mówiłem panu kiedyś — przyznał w przepływie szczerości Harry, kręcąc się nerwowo pod czarnookim spojrzeniem, obgryzając nerwowo skórki na dolnej wardze, na wnętrzach policzków — że wuj Vernon zamykał mnie w komórce?

Palce dotykające jego twarzy zastygły w kompletnym bezruchu.

Harry pomyślał, że musi wyglądać dziwnie - z uniesioną głową, z oczami przyklejonymi siłą do podłogi.

— W komórce — powtórzył Snape i Harry nie był pewien, czy to było pytanie, stwierdzenie, czy może niesmak.

— Mhm — mruknął — w takim schowku. Pod schodami.

Snape przez chwilę nic nie mówił, a potem - nieoczekiwanie - jeden z palców leżących na jego podbródku zaczął lekko, powili gładzić jego kość policzkową. Ten gest był jak przesunięcie pióra po skórze, jakby Snape był zawieszony pomiędzy chęcią przeciągnięcia palcami po jego twarzy a zabraniem, nie bez popłochu, ręki.

Harry bił się z myślami, nie wiedząc, jak powinien zareagować - w ostateczności nie reagując wcale.

— Trzymali mnie tam niemalże do jedenastego roku życia — mówił Harry, choć gardło go piekło, piekł go język, który wyrzucał zduszone słowa, w skroniach pulsowało tępym bólem. — Chyba się przestraszyli, kiedy przyszedł list z Hogwartu zaadresowany do: „Pana Harry'ego Pottera z komórki pod schodami".

Harry przygryzł wargę, starając się odnaleźć zagubiony gdzieś, stabilny rytm oddechu. Serce dzwoniło o mostek jak werble.

— Czasami sobie wyobrażałem, jak ich dom zalewa woda — mówił, mrugając, żeby wytrzymać ciężar leżących mu na źrenicach jak kamień czarnych oczu. — Wypełniała powoli posadzki, przelewała się przez próg komórki, podchodziła pod kostki, pod łydki, pod kolana, podnosiła się na wysokość mojej twarzy, podczas gdy Dursleyowie spokojnie chrapali na piętrze. Woda była zimna, lodowata, wyobrażałem sobie, że następnego dnia woda opada, a ze mnie zostaje jedynie bryła lodu, że tą bryłę lodu znajdują Dursleyowie, kiedy zaczynają się bulwersować, że ich śniadanie nie czeka na nich na stole w jadalni.

Harry przełknął ciężko ślinę i uznał, że jeśli nie spuści wzroku, to spłonie, spopieli się ze wstydu, z upokorzenia. Jego oczy przyspawały się gdzieś do kąta prostego między ścianą a podłogą.

— Schody skrzypiały, pamiętam, zawsze wiedziałem, kiedy ktoś schodzi na parter. Zamykałem oczy, chowałem się pod kołdrą i udawałem, że nie istnieję — wzruszył ramionami. — Tego zresztą oczekiwał mój wuj: „Masz wleźć do komórki, ty mały darmozjadzie, siedzieć cicho i udawać, że nie istniejesz". Nie tak łatwo udawać, że się nie istnieje w domu, w którym cięgi za każdą szkodę, choćby i wyrządzoną przez psa ciotki Marge, spadają na ciebie.

Coś na tyłach jego głowy produkowało przeciągły, niekończący się szum, jakby jego czaszka zostawała stopniowo poddawana próbie ciśnieniowej.

— Choć istniała pewna korzyść z przesiadywania w mojej komórce — odetchnął głęboko Harry, starając się nie brzmieć, jakby miał okaleczone gardło. — Wuj Vernon się do niej nie mieścił. Mogłem się w niej schować. W najciemniejszym kącie. Zaszyć się w nim, kiedy wuj chlapnął sobie kilka kieliszków. — Policzki mu płonęły, czuł to bardzo wyraźnie - miał wrażenie, że ciepło bije z nich jak z mugolskich grzejników. — Kilka razy kopnął mnie między nogi — spuścił głowę Harry — jak psa. Chyba już wolałem, jak bił mnie po twarzy, jak szarpał za włosy. Chyba czułem się wtedy bardziej... czy ja wiem... człowiekiem — przecisnął przez suche gardło zażenowany sobą, swoim zachowaniem, swoim życiem. — Tak, chyba tak.

Snape patrzył na niego i wyglądał, jakby patrzył w lustro. Jego twarz oblepiały cienie zmęczenia. Oczy Harry'ego piekły, choć nie było w nich śladu łez.

— Chciałbym ci powiedzieć — pokręcił głową Snape i brzmiał jakoś inaczej niż zwykle: jakoś płycej, ciężej — że wspomnienia kiedyś odejdą w niepamięć, ale, Potter...

— Wiem — bąknął Harry, wciąż zawstydzony własną szczerością, własną przeszłością.

Z ust Snape'a uciekło ciężkie jak kłoda westchnienie.

— Morgano — wyszeptał, kręcąc głową, lawirując wzrokiem po jego twarzy — jesteś taki wybrakowany. Jak układanka, której fragmenty zagubiły się gdzieś pod dywanem.

— Ale naprawi mnie pan? — spróbował zażartować Harry, przypominając sobie inicjację stojącego przed nim mężczyzny, ale zabrzmiało to jakoś mdło - niemal niesmacznie: jakby prosił, choć nie miał takiego zamiaru.

Snape drgnął i spojrzał w jego żałośnie wołające o pomoc oczy (Harry, zmiażdżony intensywnością tego wzroku, miał ochotę zapaść się pod ziemię).

— Ty idiotyczny dzieciaku — wyrzucił na jednym wydechu; idiotyczny dzieciak - miał tego bolesną świadomość - był czerwony jak burak.

Wiedział, że jego twarz jest otwarta, poznaczona rysami, których nie widać na pierwszy rzut oka, szczera i próbował odwrócić głowę, sprawić, by Snape nie mógł go dojrzeć, nie teraz, nie w takim stanie, kiedy emocje wyciekały przez niego jak ropa z uszkodzonego tankowca; już słyszał w myślach, jak Snape mówi: „słaby", jak mówi: „głupi", jak mówi: „bezużyteczny".

Zamiast odpowiedzi, zamiast zniewagi, zamiast zarzutu, Snape wyciągnął rękę i zacisnął, zacisnął mocno, z całej siły, jakby nie chciał puszczać, palce na jego dłoni (palce miał szorstkie jak od długotrwałej pracy w ogrodzie, prawie jak Harry po tych nastu latach życia u Dursleyów, ale ciepłe - jak koc, jak kubek z herbatą). Obrócił ją wierzchem do góry - tą chudą, nieporadną dłoń Harry'ego - i przykrył drugą ręką, i tak trzymał w swoich dłoniach, nie patrząc mu w oczy, nic nie mówiąc, nie obiecując i nie pocieszając. Tylko trzymał, a dłoń Harry'ego nagrzewała się w tym uścisku, a ciepło przenosiło się wyżej, podeszło pod gardło, ścisnęło je jak obręcz, jak zaklęcie.

Harry nie pamiętał, kiedy zaczął szczękać zębami. Pamiętał za to, że nie płakał. I to było najważniejsze.


-VVV-


— Ta przepowiednia — zapytał raz Harry, a Snape zastygł w bezruchu nad kociołkiem z bulgoczącym w środku eliksirem, jakby unoszące się znad niego opary przemieniły go w kamień — co w niej właściwie było?

— Nie interesuj się, Potter — warknął wściekle Snape, mrużąc na niego oczy poprzez eliksirowe wyziewy.

— Bo to, że miała wiele wspólnego ze mną — dodał nieco ciszej, poniekąd obawiając się, że Snape ciśnie w niego ściskaną w lekko pobladłej dłoni chochlą — raczej łatwo wywnioskować.

Snape zacisnął zęby tak mocno, że z jego ust wydostał się tępy zgrzyt; Harry skrzywił się jak od dźwięku paznokci skrobiących ścianę i spuścił wzrok.

Nie doczekał się odpowiedzi.


-VVV-


Patronusy zawsze coś reprezentują. Nawet brak cielesnego patronusa jest swego rodzaju symbolem. Patronus występuje w imieniu czarodzieja, ujawnia jego prawdziwe intencje, prezentuje światu duszę, która - Harry wyobrażał to sobie, kiedy zamykał oczy - musiałaby mieć podobną do zwiewnej mgiełki konsystencję, musiałaby w podobny sposób mienić się na srebrno - jak gwiezdny pył. Patronusy nawiązują do wspomnień, do gorących uczuć, do ludzi, z którymi te uczucia są wiązane. Patrunus jest pewną zawiłą manifestacją umysłu kryjącego się pod skorupą kości i powłoką skóry.

— Umie pan rzucać patronusa? — zapytał raz Snape'a, kiedy Legilimencja wyciągnęła na wierzch wspomnienie znad jeziora (niebo dementorów spadające na jego głowę, lodowata dłoń Syriusza w jego drżących, skostniałych palcach, mgiełka wątłego oddechu majacząca nad sinymi ustami i: „nie, nie, błagam cię, błagam" - jakby to miało cokolwiek zmienić, i: „obiecywałeś mi dom", i „jesteś niewinny, niewinny, niewinny"; głuche łupanie w skroniach i przerażenie w oczach).

Snape opuścił różdżkę, zmrużył oczy i przyjrzał mu się tak uważnie, jakby w tym pytaniu zawierały się jakieś ukryte znaczenia.

Harry nawet nie wiedział, dlaczego o to zapytał, ot - wyrwało mu się, kiedy w jego umyśle, wciąż wypełnionym przebłyskami dopiero co ujrzanego wspomnienia, przebrzmiał przytłumiony tym znajomym łupaniem (łup, łup, łup) cichy, spokojny głos Remusa i: „tylko potężny czarodziej", i: „najtrudniejsze zaklęcie obronne", i: „niewykonalne dla niegodziwca".

Zaklęcie Patronusa - najbardziej intymne ze wszystkich zaklęć świata.

— Dlaczego o to pytasz? — chciał więc (niebezpodstawnie) wiedzieć Snape, a Harry, lekko stropiony własną śmiałością, zdjął okulary i zaczął namiętnie przecierać ich szkła rękawem szaty, wbijając wzrok we własne dłonie rozmywające się na jego źrenicach.

— Zasadniczo to nie wiem — burknął, nieco spłoszony, w kierunku swoich dłoni — ostatnimi czasy nie nadążam za określaniem, co mnie właściwie motywuje.

— Umiem, Potter — dotarł do niego cichy, beznamiętny głos Snape'a - jakby miał coś do ukrycia; palce Harry'ego na sekundę zaprzestały wycierania wypalcowanych szkieł. — Uda ci się wreszcie wyczyścić te beznadziejne okulary, czy zmarnujesz na to resztę wieczoru?

Harry mruknął ni to potwierdzająco, ni to pogardliwie, zerknął pod światło w przetarte szkła (przeciągłe, cienkie smugi trzymały się ich z zawziętością człowieka wiszącego na krawędzi przepaści) i krzywiąc się nieznacznie, wetknął je na powrót głęboko na nos.

— Ale takiego cielesnego? — przestąpił nerwowo z nogi na nogę Harry, zastanawiając się, czy niebawem nie przeciągnie liny, w rezultacie czego Snape wyprosi go z gabinetu.

Snape potarł palcami chude brwi, jakby się niecierpliwił, krzywiąc się na niego tak paskudnie, jakby Harry był ślimakiem, na którego niechcący wdepnął na zatłoczonym, szarym chodniku.

— Tak, Potter, takiego cielesnego — prychnął i brzmiał, jakby zwracał się do małego, bezrozumnego dziecka; Harry, starając się ignorować mierzwiącą jego kości irytację, przeciągnął koniuszkiem języka po górnych zębach i zmarszczył na niego nos.

— To dziwne — ocenił Harry, nie zastanawiając się nad tym, co mówi; Snape przez chwilę wyglądał, jakby przymierzał się do przeklęcia go w cztery diabły jakimś paskudnym zaklęciem. — Śmierciożerca wyczarowujący cielesnego patrunusa.

Snape opuścił różdżkę tak gwałtownie, jakby ta zaciążyła mu w dłoni jak hantla.

— To znaczy — pospieszył z wyjaśnieniami Harry, święcie przekonany, że tym razem się doigrał i Snape wytarga go lada moment za kołnierz — nie żebym chciał pana urazić. To po prostu... czy ja wiem? Ewenement na skalę krajową. — Harry pożałował własnych słów, ledwie wydostały się przez jego usta. — Och, nie, to nie zabrzmiało dobrze — mruknął, bardziej do siebie, niż do Snape'a.

— Przestań się kompromitować, Potter, i zostaw ten temat — prychnął Mistrz Eliksirów, pocierając palcami drewno własnej różdżki.

Nagła myśl przemknęła przez czaszkę Harry'ego jak puszczona z procy.

— Morgano, czy Voldemo...?

Czarny Pan! — ryknął Snape.

— Czy on o tym wie? — dokończył Harry, skacząc spojrzeniem pomiędzy płonącymi jak metal, czarnymi oczami.

Snape zazgrzytał głośno zębami; Harry na sam dźwięk poczuł ukłucie bólu w szczęce.

— Nie, nie wie — wycedził przez zęby — i lepiej, żeby tak pozostało, jasne?

— Aha, tak, to znaczy... W ogóle się nie domyśla?

Poprawił zjeżdżające mu z nosa okulary, obserwując, jak ziemista twarz Snape'a układa się w jakiś drapieżny, niemal zwierzęcy grymas.

— Co jest dla ciebie niejasne w poleceniu: „zostaw ten temat", Potter? — wycedził wściekle Snape; żyła na jego skroni pulsowała, jakby lada moment miała pęknąć.

Poleceniu — powtórzył z niesmakiem Harry, spuszczając głowę i wiercąc się pod ostrym spojrzeniem Snape'a jak kundel, który stłukł wazon. — Nie lubię poleceń.

— A co lubisz — zakpił z niego Snape — rozkazy?

— Może być rozkaz — odparł szczerze Harry, unosząc wzrok na Snape'a, który jeśli był zaskoczony jego stwierdzeniem, to bardzo dobrze to ukrywał — byle nie polecenie.

Snape'owi zajęło dokładnie pięć sekund zrozumienie sensu tego stwierdzenia - o ile to w ogóle możliwe, jego chude wargi wykrzywiły się jeszcze bardziej, przez co wyglądał jak ktoś, kto połknął raptem trzy cytryny. Wypuścił ciężko powietrze, przyłożył dłoń do twarzy i potarł w niejakim zmęczeniu nasadę nosa.

Nic nie powiedział.


-VVV-


Nic nie powiedział, bo i nie musiał, bo oboje wiedzieli, kiedy patrzyli sobie w oczy. I tak naprawdę nie było nic do powiedzenia, bo co tu powiedzieć? Mieszkałem z takim, ważył tony, miał pięść jak rękawica bokserska. Wsadzał mi palce we włosy i szarpał, a ja wciąż nie lubię, jak się mnie dotyka. Wstawał rano i dzień zaczynał od krzyku, trzeba było wstać wcześniej, żeby zdążyć z kawą - przede wszystkim swoją, żeby na czymś przetrwać. Miał szpetne oczy przypominające świńskie, trochę jak guziki - takie plastikowe z popękanym brzegiem. Trzeba było umieć chodzić przy nim na palcach i umykać za tyły biurek, pod blaty stołów, w ciasne, ciemne kąty osłonięte zasłonami z okien - takie były najlepsze. Był mężczyzną spasionym jak świnia, który żądał od chuderlaka, żeby pasł go dalej, który często śmierdział wódką i miał odciski na dłoniach.

Chodził ciężko jak wół, czasem się zataczał, czasem nie - ale zawsze i wszędzie wydawał polecenia. Jakby to właśnie nimi oddychał.


-VVV-


— Dlaczego robi pan to, co pan robi? — westchnął raz Harry, skubiąc poobgryzane, suche skórki przy paznokciach. — Wpuszcza mnie pan tutaj, rzuca zaklęcie - zawsze to samo, stwierdza pan brak postępów, znajduje przyczynę tej ułomności, tego braku i mimo wszystko stara się pan wbić mi do głowy umiejętność wypierania kogoś z umysłu, choć przypomina to trochę uczenie psa pisania piórem. Dlaczego? — powtórzył. — Przecież marnuje pan swój czas. Wciąż mi pan to powtarza, tak jakby nie widział pan...

— Przestań już — syknął Snape, kolistymi ruchami masując blade skronie.

— ...że jestem do niczego, że przychodzę tu na próżno i nic z tego nie wynika, i nic z tego nie...

Przestań!

Harry umilkł i spojrzał na drżącego w otoczce gniewu Snape'a.

— I to nie jest polecenie, Potter — dodał Snape, nie wiedzieć czemu — to rozkaz.

Czując zalewające jego pierś ciepło, Harry miał gorącą ochotę zacząć mu dziękować.


-VVV-


To poniekąd pocieszające, a może nawet w pewien dziwny, nieokreślony sposób kojące: że Snape z całego serca starał się nie przypominać mu wuja Vernona. Mówił do niego: „dzieciaku", a Harry słyszał w jego głosie tę nieco twardawą nutę, jakby zaprzątała go myśl, że nie chciałby brzmieć, jakby mówił: „chłopcze". Spoglądał na niego, jakby dostrzegał więcej blizn poza tą jedną - na czole - którą wszyscy znali, ale nigdy nie pytał o to: „jak?" i „dlaczego?". Zaglądał w jego wspomnienia, w których Harry umykał na drzewo przed warczącym, szczekającym, szczerzącym kły, parszywym psem siostry wuja i nie kręcił głową, nie litował się nad nim, nie szydził z niego i z jego tchórzostwa, jedynie obserwował, warczał, że Harry się nie stara, że ma się bardziej skupić, że ma odzyskać kontrolę nad własnym umysłem - jakby mimo wszystkich tych scen, których był świadkiem, skupiał się na technice, nie na treści.

Harry myślał o tym, siedząc na szczycie Wieży Astronomicznej w zimne, ciemne wieczory, otulony wiatrem i dymem papierosowym i nie potrafił zrozumieć, kiedy i jak to się stało, że ten tłustowłosy, opryskliwy łajdak powoli przestawał być dla niego białą plamą na mapie.

Myślał o nim, jak wstaje o świcie, jakby fakt, że połowę nocy patrolował sumiennie korytarze, odbił się od niego jak groch od ściany, jak oplata się w tę zwiewną, czarną szatę, przez którą wyglądał jak przerośnięty nietoperz, jak nasuwał na stopy buty, które musiały mieć chyba watę na podeszwach, bo to nieprawdopodobne, aby poruszać się tak bezszelestnie, po czym wkraczał w codzienne, hogwardzkie życie, wlepiając setki szlabanów, zastraszając uczniów na Eliksirach, krzywiąc się przy śniadaniu i będąc wiecznie gotowym na nagły ból paraliżujący lewe przedramię, po którym - jak gdyby nigdy nic - wstanie, wyjdzie, deportuje się, aportuje się i uklęknie. Takie proste.

Wyrzucił niedopalonego papierosa w kąt, w którym zwijały się resztki szarej pajęczyny, której lokator już dawno opuścił swoje siedlisko i spojrzał w księżyc jaśniejący jak neon na tle granatowego nieba.

Pachniało wieczorem i śniegiem.