Uwaga, dodałam dwa nowe rozdziały 3x9 i 3x10.
Rozdział niezbetowany, ale wisi już od jakiegoś czasu na Forum Mirriel, więc tu chyba też może.
Zaczęło się tak jak zawsze: szła pustym korytarzem Hogwartu. Wszystko wyglądało zupełnie normalnie, jedyną rzeczą, która nie pasowała, była głęboka, głucha cisza, przerywana jedynie odgłosem jej kroków. Liza doskonale wiedziała, co będzie dalej. Chciałaby móc zawrócić, pójść do swoich komnat, do pokoju nauczycielskiego, gdziekolwiek, byleby tylko pozostać w zamku. Ale jej ciało nie słuchało, zupełnie jakby ktoś rzucił na nią Imperiusa. Dlatego, tak jak za każdym razem, skierowała się do sali wejściowej, otworzyła drzwi i wyszła na dziedziniec.
Hogwart zniknął, zostały gruzy, dym i płomienie. Ogłuszona hukami i świstami, oślepiona rozbłyskami zaklęć, Liza poczuła, że ogarnia ją panika. Obok niej ktoś krzyczał. Nad jej głową świsnęło zaklęcie. Pomiędzy kłębami dymu dostrzegła śmierciożercę, który je rzucił. Chciała wyciągnąć z kieszeni różdżkę, żeby się bronić, ale całe ciało miała ciężkie jak z kamienia. To nie powinno być możliwe, bo mężczyzna stał za daleko, ale dokładnie widziała, jak unosi różdżkę i otwiera usta, by wypowiedzieć zaklęcie... Nim zdołał to zrobić, padł, ugodzony czerwonym promieniem. Liza odwróciła się, by zobaczyć, kto jej pomógł.
Wiedziała, co się stanie, wiedziała, że nie zdoła nic zrobić — że nie zdołałaby, nawet gdyby miała w dłoni różdżkę i nie była aż tak przerażona. Chciałaby móc zamknąć oczy, nie patrzeć, nie widzieć, po prostu poczekać, aż wszystko się skończy...
Błysnęło zaklęcie.
Liza poderwała się gwałtownie, usiłując wyplątać się ze skotłowanej wokół niej pościeli i sięgnąć po różdżkę. Jedynym efektem było to, że zamotała się jeszcze bardziej. Na szczęście powoli przez paniczny strach zaczęły przebijać się racjonalne myśli: na polu bitwy nie ma łóżek ani pościeli. Wreszcie udało jej się wydostać, odrzuciła kołdrę i wstała szybko, dla irracjonalnego poczucia bezpieczeństwa zgarniając ze stolika różdżkę. Zaklęciem zapaliła światło i rozejrzała się wokoło. Pokój wyglądał całkowicie zwyczajnie.
Vector odetchnęła kilka razy, by uspokoić skołatane nerwy. Do diabła, nie śniła koszmarów od dobrych paru tygodni i zaczęła mieć nadzieję, że zupełnie ustąpiły. W końcu minęło już tyle czasu...
Wciąż była roztrzęsiona, cała lepiła się od zimnego potu, a od stania na lodowatej posadzce w mokrej piżamie dostawała dreszczy. Sięgnęła po szlafrok i z powrotem usiadła na łóżku, podwijając pod siebie nogi i obejmując się rękami.
Nagle pomyślała o Julesie, który w noce takie jak ta budził ją z koszmarów, a potem obejmował mocno i uspokajał tak długo, aż była w stanie ponownie zasnąć, albo zupełnie rozbudzona wstawała i szła do kuchni, żeby zrobić sobie herbaty. Czasem dawał się przekonać, że powinien wrócić do łóżka, częściej jednak dotrzymywał jej towarzystwa. Kiwając się nad kubkiem kawy i powstrzymując ziewanie, trzymał ją za rękę i rozmawiał z nią o jakichś głupstwach, starając się odwrócić jej uwagę.
Tęskniła za tym — nie tyle za samym Julesem, co za bliskością drugiego człowieka. Za kimś, kto powtórzyłby — i powtarzał bez końca — że wszystko jest w porządku. Komu może wreszcie by uwierzyła.
Przez moment miała ochotę wezwać Skierkę i po prosić ją o szklankę wody albo herbaty, cokolwiek, byleby przez chwilę nie być sama i mieć się do kogo odezwać. Zaraz jednak odgoniła tę myśl.
„Nie bądź głupia!" — ofuknęła się. — „Biedna Skierka ma mnóstwo ważniejszych rzeczy do roboty".
Stojący na szafce nocnej zegar wskazywał piątą. Było zbyt wcześnie, żeby wstać, a zbyt późno, by zażyć eliksir Słodkiego Snu. Nie chciała zasypiać bez niego w obawie, że koszmar wróci. Znała go na pamięć i mogłaby odtworzyć go w głowie jak film. Wielokrotnie próbowała się z nim mierzyć, analizując scena po scenie i tłumacząc sobie, dlaczego nie powinna się bać, ale to wcale nie działało.
Położyła się, okrywając kołdrą, ale nie zgasiła światła i nie odłożyła różdżki. Wpatrując się w sufit, pozwoliła myślom błądzić.
Dennis Creevey na zajęciach dodatkowych radził sobie bardzo dobrze. Liza starała się traktować go jak każdego innego ucznia i niemal jej się to udawało. Czasem tylko miała wrażenie, że chłopak patrzy na nią jakoś dziwnie, ale była prawie pewna, że to tylko jej wyobraźnia podsuwa jej to, co sama spodziewała się widzieć. Jeśli ktokolwiek patrzył na nią inaczej niż zwykle, to chyba jedynie Filius, który zawsze bez pudła potrafił odgadnąć, co ją gryzie. Pozostali nauczyciele na szczęście zdawali się niczego nie zauważać. Nawet Auriga wydawała się zbyt zajęta własnymi problemami, by dostrzec, że coś ją gnębi.
Poprzedniego wieczoru Liza rozmawiała także z Gryfonami. Rzecz jasna nikt się nie przyznał do dręczenia Matyldy, ale miała nadzieję, że winowajcy wezmą sobie do serca jej słowa i zaprzestaną podobnych działań. Sama również postanowiła zwracać większą uwagę na zachowanie uczniów. Częściej niż zwykle zamiast spędzać przerwy w swoim gabinecie, powinna patrolować korytarze, a schodząc na obiad czy kolację, wybierać popularne wśród uczniów drogi zamiast mało używanych bocznych przejść. Zamierzała również poprosić duchy o wzmożoną czujność i raportowanie jej o każdym niepokojącym incydencie. Była pewna, że spowoduje to, że znowu będą zwracać się do niej o każdej porze dnia i nocy, zwykle z jakimiś głupstwami dotyczącymi codziennych uczniowskich kłótni i sprzeczek, wolała jednak dać się zamęczać niż przegapić coś istotnego i pozwolić, by doszło do jakiegoś wypadku.
Liza obróciła się na bok, przygryzając wargę. Cóż, naiwnością byłoby sądzić, że uczniowie przejdą do porządku dziennego nad tym, co działo się w zeszłym roku. Kiedy minął czas żałoby i wylizywania ran, zaczęło się szukanie winnych i próby wymierzania sprawiedliwości na własną rękę.
Nie żeby bardzo im się dziwiła. Nie żeby sama dobrze nie znała tego uczucia absolutnej, palącej wściekłości i bezradności. Ale podczas bitwy to było zrozumiałe i dozwolone, albo oni albo ty, prosty wybór. Stali po właściwej stronie, więc nikt nie rozliczał ich z rzucanych zaklęć. I tylko czasem to wszystko wracało, każąc się zastanawiać, kto tak naprawdę krył się za maską i czy naprawdę nie dało się tego rozwiązać inaczej.
A czasem, w takie noce jak ta, było jeszcze gorzej, bo wtedy Liza zaczynała żałować, że nie znalazła w sobie siły, by rzucać gorsze zaklęcia i wyeliminować więcej przeciwników, bo gdyby to zrobiła, to może nie zdążyliby kogoś zabić, może ktoś by ocalał.
Dochodziło wpół do szóstej i Liza doszła do wniosku, że równie dobrze może wstać i czymś się zająć, żeby zebrać myśli i zabić czas. Byle do siódmej — o siódmej z pewnością zastanie kogoś w Wielkiej Sali — może Hagrida, rozgrzewającego się herbatą po porannym obchodzie błoni, albo Gustawa, który ostatnio nabrał zwyczaju zjawiać się wcześniej niż inni, pewnie po to, by przed lekcjami zdążyć jeszcze zajrzeć do hipogryfów czy powłóczyć się po zamku. Powoli zaczną schodzić się też uczniowie, rozespani, z nosami w książkach, powtarzając materiał przed czekającym ich sprawdzianem z zaklęć albo transmutacji. W ciepłym blasku świec, wśród cichych rozmów i brzęku naczyń nie będzie miejsca na żadne koszmary.
xxx
Dobrze było znów znaleźć się w Hogwarcie. Po przymusowym dokwaterowaniu Pettigrewa życie na Spinner's End stało się niezwykle irytujące. Samo przebywanie w jego towarzystwie napełniało Snape'a obrzydzeniem, w dodatku doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ten szczur ciągle ma go na oku i donosi Czarnemu Panu o każdym jego ruchu.
Ale nie tylko dlatego. Severus spojrzał na śpiącą obok niego Aurigę, jak zwykle przykrytą po czubek nosa. Ostrożnie sięgnął po leżącą pod poduszką różdżkę i zaklęciem dołożył drewna do kominka, by podsycić ogień. Był przyzwyczajony do chłodu panującego w lochach i przeciągów gaszących płomienie, ale Auriga narzekała na to, że marznie.
Myślał o niej przez całe wakacje. Chciałby móc powiedzieć, że po prostu starał się ułożyć jakiś sensowny plan, uwzględniający to, czego zażądał od niego Dumbledore, ale prawdę mówiąc przez cały ten czas uparcie odpychał od siebie myśli o tym, co będzie musiał zrobić. Kiedy była daleko, łatwiej przychodziło wmawianie sobie, że jakoś to będzie. Że to wszystko między nimi to przecież nic wielkiego, przelotny romans, który i tak nie przetrwa dłużej niż parę miesięcy, i że oboje jakoś się po tym wszystkim pozbierają. A wcześniej spędzą jeszcze trochę czasu w swoim towarzystwie, bo dlaczego by nie, to niczego nie zmieni.
Dopiero teraz, kiedy znów była tuż obok, na wyciągnięcie ręki, kiedy witała go, rzucając mu się na szyję, śmiała się i całowała go jakby jutro miało nie nadejść — dopiero teraz widział, jak bardzo się oszukiwał. Na Merlina, żadne z nich nie wyjdzie z tego cało.
Gdzieś w środku jeszcze wrzała w nim złość na Dumbledore'a, ale już słabsza, przytłumiona. Pewnie dlatego, że w głębi duszy Severus doskonale wiedział, że Albus miał rację. To była ich jedyna szansa i jeśli ten plan miał się udać, to nikt nie mógł dowiedzieć się, jaką rolę odgrywa w nim Snape. A Auriga... Cóż, Auriga była ważna, ale pokonanie Czarnego Pana było ważniejsze.
Severus doskonale wiedział, co powinien zrobić i zdawał sobie sprawę z tego, że im szybciej, tym lepiej. Jeśli nie mógł być z nią szczery, to przynajmniej mógł postarać się, by uczynić to wszystko łatwiejszym. Auriga z pewnością lepiej to zniesie, jeżeli wcześniej się rozstaną. Może nawet mógłby sprawić, by to ona z nim zerwała. Wtedy, kiedy stanie się to, co stać się musi, nie będzie niczego żałowała. Pewnie nawet poczuje ulgę, że w porę się opamiętała.
Wystarczy sprowokować parę kłótni i nie przepraszać. W nawale obowiązków poświęcać jej coraz mniej czasu i uwagi. Może nawet dać się przyłapać na kłamstwie. To nie powinno być trudne. Zwykle nawet nie musiał się starać, bo wszystkie jego dotychczasowe związki rozpadały się same, czy tego chciał czy nie. Kiedyś sądził, że to z powodu Lily — żadna kobieta nie mogła jej zastąpić, żadna nie mogła się z nią równać. Teraz skłonny był zastanawiać się, czy to wszystko nie jest jakimś rodzajem kary za to, że w końcu pozwolił, by któraś zajęła jej miejsce...
Auriga przebudziła się i odwróciła do niego.
— Dlaczego nie śpisz? — szepnęła rozespanym głosem. — Wszystko w porządku?
— Oczywiście — mruknął, miał nadzieję, uspokajająco.
Nie przekonał jej jednak. Uniosła się lekko na łokciu i sięgnęła po różdżkę.
— Masz koszmary? — zapytała, świecąc mu Lumosem prosto w oczy. — Potrzebujesz eliksiru Słodkiego Snu?
— Nie. Chodź no tutaj — westchnął, przygarniając ją do siebie jedną ręką. Drugą wyciągnął jej z dłoni różdżkę, zgasił światło i wsunął ją pod poduszkę. — Nic się nie dzieje, Aurigo.
— Na pewno?
— Na pewno. Śpij.
Wtuliła w niego wygodniej. Severus zamknął oczy, starając się oczyścić umysł, stłumić gryzące poczucie winy i strach. Jeżeli Dumbledore się nie mylił, mieli jeszcze trochę czasu. Nie było potrzeby się spieszyć.
xxx
Lucjusz nie poruszał więcej tematu ujawnienia jego przeżycia, co kazało Snape'owi przypuszczać, że Sinistra naprawdę zrobiła to, czego od niej oczekiwał. Ciekawiło go tylko, jak udało mu się ją do tego nakłonić. Szantażem albo przekupstwem niewiele by zdziałał — Auriga była na wskroś uczciwa i nigdy nie zgodziłaby się na coś takiego — ale jeśli udało mu się przekonać ją, że popierał Voldemorta ze strachu, i wzbudzić w niej współczucie, to miał szansę. Zawsze widziała w ludziach więcej dobra, niż było w nich naprawdę. A jeśli jeszcze skojarzyła to wszystko z tym, co sam jej kiedyś opowiadał o Malfoyu, może to wystarczyło, by zasiać w niej wątpliwości i skłonić ją do podzielenia się nimi z aurorami.
Uważna lektura „Proroka" potwierdziła jego przypuszczenia: Lucjusz nie został co prawda prawomocnie uniewinniony, ale Wizengamot uznał, że nie ma potrzeby zamykania go w Azkabanie na czas procesu, a najbliższą rozprawę wyznaczył dopiero na połowę stycznia.
Na temat Aurigi Severus na szczęście nie znalazł w „Proroku" ani słowa.
Zauważył za to, że niektóre strony gazet zostały wyrwane. Kiedy zapytał o to Lucjusza po raz pierwszy, pokazując mu ślad po wydartej stronie, ten machnął ręką i powiedział, że przypadkiem wylał kawę. Na pytanie, czy zawsze kiedy zdarzy mu się wylać kawę, niszczy poplamiony przedmiot, zamiast wyczyścić go zaklęciem, już nie odpowiedział. W kolejnej przyniesionej przez niego gazecie nie brakowało stron, za to tylną okładkę w całości zajmowała dziwnie zniekształcona i rozciągnięta reklama nowego sklepu z ubraniami na Pokątnej, co nasunęło Severusowi podejrzenie, że ktoś majstrował przy niej czarami. Wniosek był prosty: Malfoy koniecznie chciał coś przed nim ukryć. A może to Cordice zarządził cenzurę, żeby go nie denerwować? Czyżby chodziło o artykuły na temat samego Snape'a? Ale przecież wcześniejszych materiałów Lucjusz nie ukrywał. Wręcz przeciwnie, sam pokazał Severusowi obszerny wywiad z Harrym Potterem, w którym przeklęty bachor rozpływał się nad jego bohaterstwem. Snape był pewien, że nie dało się napisać już niczego gorszego. Gdyby tylko miał różdżkę, bez trudu odkryłby, o co chodzi, niestety bez niej pozostawał zupełnie bezradny.
Dni płynęły powoli, długie i monotonne. Severus nie był przyzwyczajony do bezczynności i jego sytuacja powoli zaczynała poważnie mu doskwierać. Gazety i książki po paru godzinach nieustającej lektury zaczynały go nudzić, a Lucjusz i Cordice nie przychodzili tak często, jak wcześniej, więc nawet nie miał z kim rozmawiać.
Czasem odwiedzała go Narcyza. Siadała sztywno w fotelu i nerwowo wykręcając szczupłe dłonie prowadziła uprzejmą pogawędkę. Nie czuła się komfortowo, ale Severus wątpił, by to Lucjusz kazał jej tu przychodzić. Prędzej ona sama, wiedziona ni to litością, ni dumą, czuła się w obowiązku czynić honory pani domu, niezrażona tym, że Snape niczego jej nie ułatwiał.
— Chłodno tutaj — westchnęła podczas jednej z takich krótkich i niezręcznych wizyt. Otuliła się mocniej narzuconym na ramiona wełnianym pledem. — Nie wiem, jak możesz to wytrzymać. Kiedy przyjdą mrozy, będzie tu zupełnie nie do zniesienia. Kiedy poczujesz się lepiej, przeniesiesz się do dworu, Severusie. Tylko powiedz, a skrzaty wszystko przygotują. Możemy oddać ci pokój w najodleglejszym skrzydle, żebyś nie czuł się skrępowany.
— Nie zamierzam nadużywać waszej gościnności — odparł, choć po prawdzie nadal nie przychodził mu do głowy żaden pomysł na to, co innego miałby ze sobą zrobić.
Narcyza uniosła lekko brwi.
— Więc chcesz wrócić do tej mugolskiej dziury, w której mieszkałeś przez ostatnie lata? — zdziwiła się. — A może do Hogwartu? Myślisz, że przyjmą cię tam z powrotem z otwartymi ramionami?
— Nie wrócę do Hogwartu — przerwał jej ostro.
— Zatem przestań unosić się dumą, bo w twojej sytuacji to najgorsze, co możesz zrobić. — Spojrzała na niego z chłodną wyniosłością.
Tak inna była teraz od tej Narcyzy, która ledwie przed dwoma laty błagała go, by chronił jej syna. Sprawy nadal nie toczyły się tak, jak by chciała, ale najgorsze minęło i miała tego świadomość. Nie przerażało jej widmo utraty majątku czy pozycji społecznej. Najważniejsze, że Draco i Lucjusz byli bezpieczni. Jej mąż znajdował się na jak najlepszej drodze do wykaraskania się od odpowiedzialności, a synowi nikt nawet nie przedstawił zarzutów, więc Narcyza mogła być spokojna, opanowana i beznamiętna jak zawsze.
— Nie obchodzi mnie, co o nas myślisz, Severusie — powiedziała. — Możesz nami pogardzać, możesz nas nienawidzić za to, co robiliśmy podczas wojny, albo za to, że ocaliliśmy ci życie, twój wybór. Ale możesz także przyjąć naszą pomoc i pozwolić nam spłacić nasze długi.
— I samemu zaciągnąć nowe?
— Ty pomożesz nam, a my pomożemy tobie. Nie możesz zaprzeczyć, że dotąd to działało. I jeśli dotąd się nas nie obawiałeś, to teraz tym bardziej nie powinieneś. Jesteśmy teraz po tej samej stronie.
Snape nie wyglądał na przekonanego tym argumentem. Na dłuższą chwilę zapadła cisza, a potem Narcyza odpowiedziała na pytanie, którego nie zadał:
— Chroniłeś Draco.
— Na polecenie Dumbledore'a — stwierdził lekceważąco. — Kiedy mnie o to poprosiłaś, wiedziałem już, że będę musiał go zabić.
— To bez znaczenia. Wasz plan mógł się zmienić, coś mogło pójść nie tak, a ty złożyłeś Wieczystą Przysięgę, poręczyłeś własnym życiem... Gdybyś miał dziecko, rozumiałbyś. To dług, którego nigdy nie zdołamy spłacić.
x
— Mam problem z tym zadaniem, sorze. Czy mógłbym pracować z kimś innym?
Korzystając z tego, że właśnie ścierał tablicę i uczeń nie widział jego twarzy, Gustaw pozwolił sobie na przewrócenie oczami. Powoli zaczynał żałować, że po ostatnim zebraniu kadry pedagogicznej w przypływie jakiegoś idiotycznego optymizmu postanowił polecić siódmorocznym pracę w mieszanych grupach. Augustus Edgeworth był już trzecią osobą, która po wczorajszych zajęciach przyszła do niego z tą samą prośbą.
— Jeśli chodzi o Nancy... — zaczął Gustaw, odwracając się do chłopaka.
— O nią też — powiedział tamten szybko. — Ale nie tylko. Agnes ma ze mną jakiś problem.
— To jakiś absurd. Przecież wcześniej kilkakrotnie pomagała ci z materiałem.
Ślizgon westchnął ze zniecierpliwieniem.
— Ale to było zanim ta durna sklątka... to znaczy Nancy jej nagadała...
Zieleziński z trudem powstrzymał się od ponownego przewrócenia oczami. Agnes Frye była córką czarodzieja i mugolki, i choć mugoloznawstwo nie zajmowało wysokiej pozycji na jej liście priorytetów, to całkiem nieźle sobie z nim radziła. Przy tym sprawiała wrażenie miłej, rozsądnej dziewczyny. Na początku roku Zieleziński poprosił ją, by wytłumaczyła jakieś zagadnienie Augustusowi, potem on sam zwracał się do niej o pomoc z trudniejszym materiałem. Wydawało się, że całkiem nieźle się dogadują. Gustaw brał pod uwagę możliwe spięcia między Augustusem i Nancy, ale nie spodziewał się żadnych problemów ze strony Agnes. Najwyraźniej jednak presja wywierana przez koleżanki była zbyt wielka.
— Dobrze, porozmawiam z nią. Porozmawiam też z Nancy...
Przerwało mu pukanie do drzwi.
— Proszę — zawołał z rezygnacją, spodziewając się ujrzeć w progu kolejnego niezadowolonego ucznia. Na Merlina, jak tak dalej pójdzie, to spędzi całą długą przerwę na bezsensownych dyskusjach...
Ku jego zaskoczeniu, do sali weszła Liza.
— Dzień dobry, panie Edgeworth — przywitała ucznia, a potem zapytała oficjalnie: — Znajdzie pan dla mnie chwilę, profesorze?
— Oczywiście. Czy to wszystko? — Gustaw spojrzał pytająco na Augustusa.
Chłopak nie wydawał się usatysfakcjonowany rezultatem tej rozmowy, ale nie zamierzał kontynuować jej w obecności profesor Vector, więc skinął głową i pożegnał się grzecznie.
— Jakieś problemy? — zapytała Liza, kiedy za Ślizgonem zamknęły się drzwi.
Gustaw machnął ręką. Nie chciało mu się o tym mówić.
— W czym mogę ci pomóc? — zapytał zamiast tego.
— W niczym. Zaprosiłeś mnie, pamiętasz? — odparła lekko, rozglądając się po sali.
Oczywiście, że pamiętał, nie spodziewał się jednak, że Liza faktycznie skorzysta z zaproszenia. Tymczasem czarownica z zaciekawieniem potoczyła wzrokiem po pełnej mugolskich urządzeń klasie i najwyraźniej to, co zobaczyła, spodobało jej się, bo z uznaniem pokiwała głową.
— Miło tu masz — stwierdziła. — W porównaniu z tym, co w swojej sali urządziła Carrow w zeszłym roku... O, jest nawet moja kukła! Zastanawiałam się, gdzie się podziała...
Wskazała na manekina, który stał przy biurku, obleczony w niemodny i nieco podniszczony czarny garnitur, białą koszulę oraz prążkowany krawat. Potem spojrzała pytająco na Gustawa.
— Lekcja — odparł.
— Tak?
— Mówiliśmy o przenikaniu się światów i o rzeczach, jakie czarodzieje przejmują od mugoli. Nie powiem, trochę mnie zainspirowałaś, wspominając o magazynach o modzie i pomyślałem, że to będzie dobry przykład. Na szczęście nasi uczniowie są na tyle ogarnięci, że nigdy nie wyszliby z domu w piżamie, myśląc, że tak ubierają się mugole... Co nie było takie oczywiste dla ludzi z mojego pokolenia, nie mówiąc już o tym, co czasem potrafią włożyć na siebie starsi ludzie... Tak czy inaczej, nie dla wszystkich było oczywiste, jak wygląda elegancki mugolski strój.
— Elegancki? — prychnęła Liza, taksując ironicznym spojrzeniem ubranie. — Zawsze uważałam, że męskie szaty wyjściowe już dawno powinny odejść do lamusa, ale jeśli alternatywą ma być coś takiego, to chyba zmienię zdanie. Nie mogłeś im pokazać czegoś szykowniejszego?
Gustaw odchrząknął cicho.
— To jedyny wieczorowy garnitur, jaki posiadam — powiedział. — Rzadko noszę takie rzeczy.
Heloiza przygryzła wargę.
— Cóż, może na tobie lepiej leży...
— Szczerze wątpię — roześmiał się Gustaw. — Dlatego przebrałem manekina, a nie siebie... Zresztą, nie urządzałem tu pokazu mody męskiej, tylko wyjaśniałem, dlaczego mugole dziwnie patrzą na mężczyzn w sukienkach. Pokazałem im jeszcze kilka magazynów, żeby mieli lepszy ogląd.
— No dobrze, chłopców nam mniej więcej uświadomiłeś — powiedziała rozbawiona Liza. — Aż boję się spytać co z dziewczętami?
— Dziewczęta uświadamiały mnie — sprostował Gustaw. — Wybacz, ale nawet nie spróbuję ci powtórzyć, co jest modne w tym sezonie, tym bardziej, że nawet uczennicom trudno było dojść do porozumienia w tej kwestii. Nie spodziewałem się niczego innego. Generalnie zrobiła się z tego fajna dyskusja, o wyglądzie i wyrażaniu siebie. I jakoś zdumiewająco zgodnie wszyscy doszli do wniosku, że powinniśmy pozbyć się uczniowskich mundurków. Nie wkop mnie, jeśli to dotrze do pani dyrektor...
— Jasne, w razie czego nic nie wiem o tym, kto podsuwa uczniom takie rewolucyjne pomysły — zapewniła go Vector sumiennie. — Chciałabym zobaczyć taką lekcję.
— Po co? — palnął Gustaw bez namysłu. — Zawsze wyglądasz równie pięknie, niezależnie od tego, co masz na sobie.
Zaskoczona Liza uśmiechnęła się, unosząc lekko brwi.
— W sensie... w przeciwieństwie do niektórych czarownic nie masz żadnego problemu z dobraniem mugolskich ubrań — dodał pospiesznie. — Ale przecież przyszłaś tu posłuchać radia...
Zieleziński czym prędzej podszedł do stojącego na biurku odbiornika i zaczął kręcić gałką, szukając stacji. Niestety, udało mu się uzyskać jedynie szumy.
— Szlag, rano jeszcze działało bez problemu... — wymamrotał.
Liza przystanęła obok niego i z przez chwilę obserwowała, jak się męczy. Wreszcie odkaszlnęła cicho.
— Mogę? — zapytała, wyciągając z kieszeni różdżkę.
Spojrzał na nią ze zdziwieniem, a potem wzruszył ramionami. Liza stuknęła różdżką w odbiornik, a ten kaszlnął cicho, a potem wypełnił salę spokojną, nastrojową melodią, której Gustaw nie znał. Zadowolona Liza oparła się niedbale o biurko.
— Słyszałam, że wziąłeś wolne na weekend — zagadnęła.
— Jadę do Londynu. Kilkoro starych przyjaciół akurat będzie w mieście.
— Przyjechali z Polski?
— Nie tylko. To raczej międzynarodowe towarzystwo, poznaliśmy się, kiedy podróżowałem po Stanach.
Liza uśmiechnęła się z zainteresowaniem.
— Jedź ze mną — powiedział nagle Gustaw.
— Słucham?
— Przedstawię cię wszystkim; to mugole, ale jestem pewien, że ich polubisz. Złapiemy poranny pociąg z Hogsmeade... albo możesz nas aportować na miejsce, wtedy nie tracilibyśmy pół dnia na podróż i moglibyśmy pokręcić się po mieście przed spotkaniem. Kiedy tam byłem w sierpniu, nie zdążyłem zbyt wiele zobaczyć. Co o tym myślisz?
Liza skrzywiła się lekko.
— Jutro gramy z Ravenclawem. Nie mogę tego przegapić.
— Och, zapomniałem...
— Zresztą i tak nie dostałabym wolnego, bo Pomona i Horacy także wyjeżdżają w ten weekend, więc w zamku zostałby tylko jeden opiekun domu... Może innym razem.
Gustaw skinął głową, starając się ukryć rozczarowanie.
Melodia dobiegła końca. Na moment zapadła cisza, a potem rozpoczął się kolejny, żywszy już utwór. Twarz Lizy znów się rozpogodziła.
— Uwielbiam tę piosenkę! — stwierdziła. — Możesz zrobić głośniej?
Odsunęła się od biurka i zakołysała w takt muzyki. Gustaw zawahał się, a potem podszedł do niej.
— Można prosić?
Spojrzała na niego zaskoczona, ale po sekundzie jej oczy rozbłysły wesoło. Podała mu dłoń.
Piosenka była szybka, nieco jazzowa; wokalistka, w której Gustaw bez pudła rozpoznał uwielbianą w Wielkiej Brytanii Celestynę Warbeck, mocnym głosem śpiewała, rzecz jasna, o miłości, a w tle wtórował jej saksofon. Liza nuciła pod nosem; nie miała dobrego głosu, ale to było bez znaczenia. Wczuwając się w muzykę, przymknęła oczy, więc Gustaw mógł patrzeć na nią bez skrępowania.
Sam nie wiedział, czemu to sobie robił, cholerny idiota. Taka roześmiana i swobodna wydawała mu się jeszcze piękniejsza niż zazwyczaj. Częściej chciałby ją taką widywać. Chciałby zabrać ją z Hogwartu, tańczyć przez całą noc w jakimś klubie jazzowym albo zaprosić na koncert i w półmroku obserwować jak pochyla głowę i zasłuchana, nieobecna dla świata wybija szczupłymi palcami rytm na podłokietniku fotela, a później nocą spacerować ramię w ramię w blasku ulicznych latarni, słuchać jej ożywionego głosu, przypalać jej papierosa i patrzeć, jak zaciąga się mocno i powoli wydmuchuje dym.
Nade wszystko zaś pragnął przyciągnąć ją bliżej, przesunąć dłońmi po wąskiej talii i pełnych biodrach. Pocałować jej rozchylone usta, szyję, obojczyk. Poczuć jej dłonie na karku i we włosach, ciepły oddech przy uchu...
Cóż, skoro w tej chwili nie mógł zrobić żadnej z tych rzeczy, może wystarczyłoby, gdyby Celestyna trochę zwolniła.
Zamiast tego piosenka po kilku wesołych taktach dobiegła końca. Liza razem z Celestyną Warbeck wymruczała ostatnie słowa, a potem otworzyła oczy i spojrzała prosto na Gustawa. Był w stanie jedynie uśmiechnąć się głupio.
— Lizzie...
— Tak?
Zabrzmiał dzwon, obwieszczający rozpoczęcie kolejnych zajęć. Oczy Vector rozszerzyły się z przerażenia.
— Na Merlina! — wykrzyknęła, puszczając dłoń Gustawa i odsuwając się szybko. — Ja się tu wygłupiam, a uczniowie czekają na lekcję!
x
Matylda Rowle była najnieszczęśliwszą jedenastolatką na świecie. Kiedy mama opowiadała jej o Hogwarcie, wydawało jej się, że nie może istnieć nic cudowniejszego. Matylda wyobrażała sobie, że tak jak mama, szybko znajdzie przyjaciół i razem będą odkrywać tajemnice zamku i przeżywać niesamowite przygody. Tymczasem już w pierwszym tygodniu września okazało się, że cztery inne dziewczynki, które razem z nią zostały przydzielone do Slytherinu przyjaźniły się jeszcze przed przybyciem do Hogwartu i nie bardzo interesowało je zawieranie nowych znajomości. Matylda miała nadzieję, że kiedy poznają się lepiej, przyjmą ją do swojej paczki, ale one wolały trzymać się razem i nie zwracały na nią większej uwagi. Poza ich grupką na pierwszym roku była jeszcze jedna dziewczynka o imieniu Jenny. Jenny była dziwna, nie odzywała się niepytana, a cały wolny czas spędzała z nosem w książkach, nawet kiedy nie miała do odrobienia żadnego zadania domowego. Matylda jakoś nigdy nie odważyła się nawiązać z nią rozmowy.
Przez pierwsze trzy miesiące zdążyła poczuć się w Hogwarcie bardzo samotna, ale tak naprawdę najgorsze zaczęło się dopiero później. W połowie listopada zaczęli dokuczać jej starsi uczniowie z innych domów. Na początku nie rozumiała, o co im chodzi, i tak naprawdę niewiele robiła sobie z ich docinków. Zaczepki jednak, zamiast osłabnąć, przybrały na sile.
Na szczęście wtedy o wszystkim dowiedzieli się nauczyciele. Matylda była wystraszona i zakłopotana, kiedy musiała o wszystkim opowiedzieć profesor Powell i pani Pomfrey, ale obie okazały się bardzo miłe, tak samo jak profesor Vector, onieśmielająca opiekunka Gryfonów, która zaprosiła ją do swojego gabinetu na długiej przerwie, poczęstowała ciasteczkami, powiedziała, że Gryfoni są czasem okropnymi bałwanami i poprosiła, żeby Matylda zgłosiła się bezpośrednio do niej, jeżeli taka sytuacja się powtórzy.
Tak więc kiedy dziś po południu jeden ze starszych uczniów zaczął jej dogryzać na długiej przerwie, dziewczynka wiedziała, co robić. Chłopak miał tarczę Ravenclawu, ale uznała, że w tym wypadku profesor Vector także jej pomoże. Oczywiście nie myliła się — nauczycielka pobladła z gniewu, surowo oznajmiła, że natychmiast porozmawia z profesorem Flitwickiem na temat ukarania jego ucznia i kazała jej się niczym nie martwić.
Zadowolona z siebie Matylda pobiegła na popołudniowy wykład z astronomii z nadzieją, że to wreszcie zakończy całą sprawę.
Wieczorem jak zawsze zabrała się za odrabianie lekcji w pokoju wspólnym, kiedy nagle na jej stolik padł cień. Zaskoczona uniosła głowę i zobaczyła jednego ze starszych uczniów, z trzeciego albo czwartego roku, którego imienia nie znała.
— Ślizgoni nie donoszą — powiedział.
— Przepraszam?
— Sami rozwiązujemy własne problemy i nie biegamy z nimi do nauczycieli.
— Daj jej spokój, Blakely — rzuciła dziewczyna z dwoma ciemnymi warkoczami, siedząca przy stoliku obok.
— Zamknij się, Beth.
— To ty się zamknij. To nie jej wina, że ścigający Krukonów to palant. Gdyby jej nie dokuczał, nie dostałby szlabanu.
— Nie dostałby szlabanu, gdyby ona nie polazła poskarżyć się opiekunce Gryffindoru. Jak myślisz, jak bardzo Vector było to na rękę? Jestem pewien, że miała dziką satysfakcję pozbawiając Ravenclaw jednego ze ścigających na dzień przed meczem!
— To Flitwick dał mu szlaban. Sama widziałam.
— A co innego miał zrobić? Vector poszłaby z tym do dyrektorki i wyszłoby na to samo. Gdyby smarkula siedziała cicho...
— Głupi jesteś, Blakely.
— Sama jesteś głupia, Beth...
Korzystając z tego, że przestali na nią zwracać uwagę, wystraszona Matylda szybko zebrała swoje rzeczy. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, ruszyła do wyjścia.
— Uciekasz się poskarżyć? — rzucił za nią Blakely drwiącym tonem.
Matylda zamknęła za sobą drzwi.
Przez następne pół godziny szła przed siebie, wspinając się po schodach i skręcając w losowo wybrane korytarze, byle dalej od lochów. Nie chciała wracać do pokoju wspólnego. Trochę interesowała się quidditchem i rozumiała, dlaczego Blakely tak się wściekał. Jeżeli Gryffindor wygra dużą liczbą punktów z osłabioną drużyną Ravenclawu, to wysunie się na prowadzenie w tabeli i trudniej będzie go później prześcignąć. Jeśli Blakely rozpowie, że to jej wina, to wszyscy będą mieli do niej pretensje. Chciało jej się płakać. Teraz, kiedy wszyscy Ślizgoni zaczną ją nienawidzić, jej szanse na zdobycie przyjaciół spadną do zera...
W końcu zmęczyła ją ta wędrówka. W dodatku zorientowała się, że nie bardzo wie, w jakiej części zamku się znajduje. Chciała zawrócić, ale za plecami usłyszała radosne podśpiewywanie Irytka, a poltergeist był ostatnim stworzeniem, jakie chciałaby teraz spotkać. Skręciła więc w pierwszy lepszy korytarz. Żółte taśmy zagradzające przejście leżały zerwane na ziemi pod ścianą, razem z materiałami budowlanymi — najpewniej robotnicy niedawno skończyli remont i nie zdążyli jeszcze posprzątać.
Płomienie świec zamigotały, jakby w przeciągu. Matylda wzdrygnęła się, wystraszona. A potem zmrużyła oczy, dostrzegając w ścianie obok drzwi, których, mogłaby przysiąc, chwilę wcześniej tam nie było. Ale przecież drzwi nie pojawiają się od tak, znikąd...
Nagle drzwi uchyliły się zapraszająco. Zaskoczona Matylda cofnęła się o krok, zaraz jednak zganiła się w duchu. Nie czuła strachu, jedynie ciekawość, więc po chwili wahania niepewnie zajrzała do środka.
Pokój przypominał nieco jej własną sypialnię w domu rodzinnym. Przez duże okna wpadało światło księżyca. Obok okna stało biurko, identyczne jak to, przy którym w domu Matylda godzinami rysowała wymyślone postaci i miejsca, a pod przeciwległą ścianą łóżko, zasłane pomarańczową pościelą w kwiatki. Na podusze siedziała pluszowa panda — taka sama jak ta, którą Matylda ukrywała pod łóżkiem w swoim dormitorium, nie chcąc, żeby koleżanki pomyślały, że wciąż potrzebuje pluszowych zwierzątek, żeby zasnąć.
Nie namyślając się wiele, zmęczona Matylda położyła się na łóżku i przytuliła pandę, żeby wypłakać się w jej pluszowe futerko.
Obudziła się rankiem, nieco zdezorientowana, ale dziwnie podniesiona na duchu. Komnata w świetle dnia wyglądała jeszcze przytulniej niż w nocy i rzeczywiście do złudzenia przypominała jej pokój w domu. Matylda spędziła parę ekscytujących minut, zaglądając we wszystkie kąty i dopiero potem przyszło jej na myśl, by spojrzeć na zegarek. Było później, niż sądziła. Jej współlokatorki na pewno już wstały i odkryły jej nieobecność. Jeśli doniosą któremuś nauczycielowi, że nie spała dziś w swoim łóżku, z pewnością będzie miała kłopoty.
Matylda szybko pozbierała swoje rzeczy i ruszyła do wyjścia. Jakież było jej zaskoczenie, kiedy otwarłszy drzwi stanęła oko w oko z wysokim mężczyzną w zabrudzonym kombinezonie...
Większe jednak było zdziwienie robotnika pracującego przy remoncie pustego korytarza na siódmym piętrze, kiedy nagle w samym środku litej ściany pojawiły się drzwi z jedenastoletnią dziewczynką na progu.
x
