.
Rozdział 17
Tak zaczął się początek końca
.
— Mam pewien pomysł — oznajmił na wstępie Severus Snape, przyglądając mu się spod zmrużonych oczu, kiedy Harry w ciemny, zimny wieczór wszedł do jego gabinetu.
— Pomysł? — mruknął Harry na wpół zainteresowany, na wpół znużony, zerkając bez entuzjazmu na gładzącego w zamyśleniu wargi Snape'a.
— Owszem — skinął głową Snape. — Zdaje mi się, że znalazłem sposób na nauczenie twojego opornego umysłu Oklumencji — przechylił głowę; czarne oczy prześledziły sieć zmarszczek, która wykwitła nad brwiami Harry'ego.
— Gdzie jest haczyk?
Snape wziął głęboki oddech - trochę jak przed zanurzeniem się w tafli jeziora i oznajmił na wydechu:
— Będzie to wymagać sporej dozy zaufania — powiedział cicho, skacząc spojrzeniem po jego twarzy; Harry skupił swoją średnio skoncentrowaną uwagę na twarzy profesora, posyłając mu na wpół pytające, na wpół zaniepokojone spojrzenie. — Tak — pokiwał głową - mówiąc trochę, zdaje się, do siebie. — Od ciebie. Dla mnie.
Nikła siateczka nerwowości zaczęła wspinać się Harry'emu w górę ramion, kiedy, przestępując z nogi na nogę, zastanawiał się, co takiego mogło przyjść do głowy Snape'owi.
— Cóż — zaśmiał się cicho, próbując zbić napięcie wiszące między nimi jak kurtyna, ale jego głos był tak skropiony niepewnością, że wyszło mu to raczej mizernie — warto spróbować, jeśli ma zadziałać, prawda? — oblizał nerwowo dolną wargę, uciekając spojrzeniem. — Więc na czym miałby on polegać?
Snape patrzył na niego w taki sposób, że Harry miał wrażenie, że wszystkie wnętrzności jego ciała wywijają się na drugą stronę jak skarpetki w mugolskiej pralce. Wiedział, że w jego uśmiechu, który przywołał jak wiernego towarzysza, skrywa się napięcie.
— Pomyślałem, że zobliviotowałbym cię — głos Snape'a przycichł, jakby ktoś przykręcał pokrętło w mugolskiej wieży stereo; Harry obserwował jego poruszające się usta, czując się jak na klatce w filmie, na którym czas raptownie zwolnił — na godzinę czy dwie.
Harry odniósł dziwaczne wrażenie, że pokój kurczy się w jego oczach jak plastikowa butelka pod wpływem ognia. W żołądku poczuł łaskotanie.
— Oho — wyszeptał, wykrzywiając wargi w próbie utrzymania uśmiechu na ustach — brzmi jak horror klasy ce.
Z nerwów zaczął nieświadomie obgryzać i tak już w połowie ułamane paznokcie.
— To może pomóc — wyszeptał Snape, brzmiąc, jakby sam nie był przekonany co do humanitarności tego pomysłu. — Jeśli będziesz odseparowany od wspomnień z dzieciństwa... od całej tej krzywdy, która... — Snape odetchnął głęboko, pokręcił głową i powtórzył: — To może pomóc.
Harry się zawahał.
— Ale... — mruknął, przygryzając nerwowo wnętrze dolnej wargi, przebierając w miejscu jak głupiec — przywróci mi je pan potem? — zapytał przyciszonym głosem, jakby bał się, że ktoś mógłby ich podsłuchać. — Te wspomnienia.
Czarne oczy spoglądały długo w jego własne.
— Nie musimy tego robić, jeśli nie chcesz.
Harry pokiwał głową; a potem nią pokręcił. Przełożył różdżkę z jednej dłoni do drugiej. Przeczesał palcami włosy, ledwo zdając sobie sprawę z tego, co robi.
— W porządku — mruknął, mrugając oczami, patrząc to na przyglądające mu się z niebywałą wnikliwością oczy Snape'a, to na koniec jego różdżki, który - opuszczony - celował w podłogę, w miękki, udeptany dywan — spróbujmy.
-VVV-
Przyśniło mu się, że idzie górskim łańcuchem, zdobywając szczyt, który nigdy nie był zdobyty. Wąska półka skalna prowadziła okrężnie wokół góry, wiatr świszczał mu w uszach, szarpał włosami, wysuszał oczy. Przed nim szedł Voldemort, wyciągał do niego rękę i cofał się powoli, zanim Harry zdołał jej dosięgnąć - trochę jak rodzic uczący dziecko chodzić. Czerwone oczy uważnie obserwowały jego ruchy, zdawały się płonąć siłą, jakiej nie znał, wewnętrzną mocą, która je rozpalała. Uśmiechał się do niego w dziwny, karykaturalny sposób - jak klaun na cyrkowej estradzie, jak wilk łakomy na kawałek surowego mięsa.
Tylko nie dotykaj dłońmi kamienia — szeptał cichy, intensywny głos w jego głowie, którego nie potrafił utożsamić ze swoim własnym — nie dotykaj kamienia, nie dotykaj kamienia. Harry.
Potknął się. Stopa zahaczyła o szczelinę w skale, kolana poleciały do przodu, serce za jednym, silnym uderzeniem podeszło mu do gardła.
Harry.
Instynktownie wyciągnął ramiona, szukając oparcia; obtarł sobie palce, uczepiając się kamiennej ściany, ciągnącej się w pionie tuż obok niego.
Poczuł się tak, jakby jego umysł zalała woda, jego myśli zdawały się tonąć, próbował je wyłowić, ale zanim zdołał je pochwycić, szły na dno, nie pozostawiając po sobie śladów obecności. Jego umysł powoli się wypróżniał: z myśli, z uczuć, ze wspomnień, wylewały się z jego głowy jak sok z przewróconej szklanki.
Harry.
Zaczął panikować. Nie, nie - nie możecie mi odebrać umysłu, weźcie serce, weźcie duszę, zostawcie umysł, zostawcie, zostawcie, zostawcie...
Harry, obudź się.
Nie, nie, proszę, tylko nie to...
Obudź się. Harry.
Zerwał się z poduszki, otwierając gwałtownie oczy, słysząc własne, ciężkie dyszenie, które jeszcze przez moment brał za świst wiatru, czując zimny pot spływający mu po karku, lepiącą się do mokrych pleców koszulę od piżamy.
— Harry? — niepewnie zapytał Neville.
Harry przykrył ramieniem twarz, starając się wyregulować oddech.
— Wybacz Neville — odetchnął, przymykając oczy. — Nie chciałem cię obudzić.
— I tak jeszcze nie spałem — wzruszył ramionami Neville; Harry, przygryzając wargę, zerknął na niego powątpiewająco znad zarzuconego na twarz ramienia. — Wszystko... wszystko w porządku, Harry?
Westchnął ciężko i opuścił rękę z twarzy.
— Nie przejmuj się mną — machnął - zbywając - dłonią i przywołał nieco wymuszony, krzywy uśmiech na usta.
Neville odstąpił kilka kroków, nie odrywając od niego zmarszczonej, zatroskanej twarzy, jakby bił się z myślami, czy drążyć w temacie, czy dać sobie spokój.
— Naprawdę Neville — uśmiechnął się do niego, starając się przy tym wyglądać swobodnie — nic mi nie jest.
Neville odwrócił głowę, jakby nie chciał na niego patrzeć i Harry zaczął się zastanawiać, czy nie wygadywał czegoś przed sen, czegoś absurdalnego i zupełnie nieodpowiedniego; przez chwilę dręczyła go chęć, aby zapytać, ale tego nie zrobił.
— No... no dobra — przebąknął Neville, wycofując się na swoje łóżko.
Harry owinął się szczelniej kołdrą, spoglądając na ciężkie kotary, których zapomniał na noc zasunąć, po których tańczyły podłużne, srebrne plamy księżycowego blasku.
— Przykro mi, że cię obudziłem — westchnął Harry, zamykając oczy; nie dodał, że wuj Vernon za zerwanie go w środku nocy zamknąłby go na pół dnia w komórce pod schodami, nie dodał, że nauczył się krzyczeć w poduszkę, jednak czasami nie miał wpływu na to, co wydostawało się przez jego usta, nie dodał nic ponad: „przepraszam" i „Neville, tak mi przykro". Opatulił się szczelnie kołdrą, starając się zatrzymać jak najdłużej przy sobie to przyjemne ciepło, które spłynęło na niego, gdy zatroskana, przyjazna nuta wybrzmiała w głosie Neville'a, gdy chciał wiedzieć, czy z nim - Harrym - wszystko w porządku, czy on - Harry - nie czuje się źle, czy jemu - Harry'emu - czegoś nie brak.
Harry potrafił docenić bezinteresowne dobro. Nie potrafił tylko przekazać, jak bardzo jest ono dla niego ważne.
-VVV-
Co nie tyczyło się tylko Neville'a. Nie teraz, tydzień później, gdy stał w niemal pustym pokoju przy wysokiej szybie, w którą dudnił miarowy deszcz, zerkając kątem oka na klęczącego na podłodze czarodzieja okutego czernią, wsłuchując się w cichy, łagodny głos przechadzającego się po pomieszczeniu mężczyzny.
— Czasami się Severusie zastanawiam — mówił niespiesznie Voldemort, wtórując miękkim szelestom własnej szaty sunącej za nim po posadce jak welon — dlaczego taki dumny człowiek jak ty, tak przykładnie spełnia swój obowiązek sługi.
Mistrz Eliksirów milczał, jakby wiedział, że Czarny Pan wcale nie oczekuje po nim odpowiedzi, a Harry musiał przygryzać język, aby nie rzucić na przestrzeń pomiędzy nimi czegoś głupiego. Przestąpił z nogi na nogę, udając, że spogląda w krajobraz rozwijający się bielą, szarością i granatem nieba za drżącą od deszczu szybą.
— Idzie wiosna — chciał powiedzieć, ale nie mówił, bo Severus Snape zrugałby go za to prędzej czy później jak nieposłusznego psa.
— Może to ten obolały umysł — mruknął, jakby do siebie, nie zaprzestając swojej przechadzki po pomieszczeniu, Voldemort — i wiecznie kruszejące serce. — Harry zamknął oczy, dziękując za to, że stoi tyłem do Czarnego Pana i że ten nie może tego zobaczyć. (Słabość — pomyślał Harry — słabość i niewiele więcej.) Chciał zatkać sobie uszy i nie słuchać, jak tuż obok niego rozdrapywana jest dusza jego zamkniętego w sobie profesora, miał ochotę zamknąć się w szczelnej bańce, obłej, dźwiękoszczelnej kopule, która pozwoli mu odciąć się na cały tętniący życiem świat, którego koleiny pędziły wprost pod jego stopy. Wydawały się tak samo wyślizgane jak asfalt po mroźnej nocy; Harry nie chciałby skręcić sobie na nich czegoś więcej, niż kostki.
— Idzie wiosna — postanowił jednak oznajmić, mówiąc to jedynie po to, aby oderwać uwagę Czarnego Pana od milczącego, przyjmującego wszystko na siebie, Snape'a (Mistrz Eliksirów chłonął w siebie wszystkie te słowa, które jak pazury orały go od środka, nasiąkał nimi jak gąbka, z pewnością coraz cięższy i cięższy, ale milczał, przyzwalając wlewać w siebie tę truciznę, rozdrapywać swe rany, dolewać oliwy do ognia).
Czarny Pan przystanął i skierował ku niemu niemalże trupiobiałą twarz, napotykając jego spojrzenie w szklanej tafli okna.
— Mówiłeś coś, Harry? — zapytał, przechylając głowę, przyglądając mu się tak, jak faraon, który czeka na poradę swego doradcy.
— Powiedziałem, że idzie wiosna — powtórzył drętwo Harry, odwracając się ku niemu, mierząc go chmurnym spojrzeniem.
Voldemort spojrzał na deszcz zacinający na parapet i przeciągłe smugi kropel płynące w dół przemokniętych okien.
— I co to oznacza?
Harry ściągnął usta, wiedząc, że jego twarz we władanie wziął krzywy grymas i ofiarował Voldemortowi ponure, chmurne spojrzenie. Oto i człowiek, który wszędzie szuka symbolizmu i ukrytych znaczeń, nawet tam, gdzie nikt inny by się ich nie doszukiwał.
— Nie pomyślałeś o tym — odparł ciężko, przechylając głowę, skacząc spojrzeniem po czerwonych, uważnie śledzących zmiany w jego mimice oczach — że mówiąc o tym, że idzie wiosna, mogę mieć na myśli tylko i wyłącznie to, że idzie wiosna? To by było, czy ja wiem, za proste dla ciebie, żeby mogło być prawdziwe?
Czarny Pan przekrzywił głowę; a potem roześmiał się, rozciągając szeroko kąciki ust - Harry mógł przy tym zobaczyć milimetrowe dołeczki, które wykwitają na jego bladych jak kość słoniowa policzkach.
— Och, nie, na pewno nie, Harry — pokręcił głową, nie przestając się śmiać — to by było zbyt proste jak na ciebie. Za tym musi stać pewien cel. Albo i znaczenie.
Po części miał rację, przez co Harry wykrzywił się jeszcze paskudniej i odwrócił twarz ku ścianie.
— Więc, Harry? — drążył Voldemort, brzmiąc tak, jakby się z nim przekomarzał. — Podarujesz mi słownik swoich określeń?
Harry westchnął, nie mając siły na słowne gierki i przetarł palcami nasadę nosa.
— Po prostu — rzekł cicho, poprawiając okulary, które przekrzywiły się nieznacznie — daj mu spokój — westchnął i pokręcił głową. — Nie pytaj go o rzeczy — prawie prosił — w których nie ma wyboru.
-VVV-
Problem w tym, że Harry odnosił dziwne i całkowicie absurdalne wrażenie, że Snape klęka na tych zimnych posadzkach, mierzony z góry tym czerwonookim, przewiercającym, szukającym słabości i kłamstwa wzrokiem nie dla Voldemorta, a nawet nie dla Dumbledore'a, nie dla kogokolwiek wpływowego w świecie polityki, nie dla charyzmatycznych, acz bezwzględnych dygnitarzy, a dla niego - dla Harry'ego. I wcale nie zachwycała go myśl, że ktokolwiek musiałby dla niego klękać - czy też może: przez niego.
Wszystkie jego standardy krzyczały gdzieś głęboko w nim, że tak nie powinno być, że to nie w porządku, że przyczyniłby się z całego serca do zmiany, gdyby tylko miał możliwość działania i jakąś przesłankę, że może być dla Snape'a autorytetem, co szczerze powiedziawszy, wydawało mu się niemalże komicznym założeniem.
Dlatego, zamiast wyrażać jakiekolwiek opinie, zamiast spierać się o standardy, zamiast sugerować, że nie potrzebuje, by Snape odgrywał dla niego wygórowane role, wszedł z wysoko uniesioną głową do gabinetu Mistrza Eliksirów i bez pardonu pozwolił się zobliviatować.
— To może pomóc — powtórzył Snape, a Harry, ufając, że po skończonej sesji jego wspomnienia zostaną mu zwrócone, bez słowa sprzeciwu spoglądał, jak Snape unosi różdżkę, skierowując jej koniec w jego nieuporządkowaną, nieposłuszną głowę.
Choć chciał, nie pozwolił sobie na zamknięcie oczu.
-VVV-
Być może to był jedyny sposób na to, aby okazać mu swoją wdzięczność - włożyć mu w dłonie własne zaufanie, licząc na to, że nie potknie się na tym i nie pogruchocze własnej wartości.
-VVV-
Dementorzy, trójgłowy pies, znów dementorzy i akromentule. Voldemort pochylający się nad nim - przywiązanym do nagrobka strzępkiem nerwów. Zimny wiatr na skórze, we włosach, łzy na policzkach. Tyle że łzy nie łączyły się z żadnym z tych wspomnień. Dziwne uczucie - uświadomienie sobie tego wyraźnie - bliźniacze do niepewności. Jednak Harry nie starał się zrozumieć dlaczego. Zamiast tego podjął walkę.
Dumbledore, na forum całej szkoły, stojący koło ozdobnej czary, wykrzykujący głośno jego imię. Pojedyncze głowy odwracające się w jego stronę, a potem twarze, które do nich dołączają - coraz więcej i więcej, i więcej twarzy - spojrzenia napływające do niego jak fale. Harry kulący się, zapadający się w sobie; myśl, że nie ma gdzie się przed nimi ukryć.
Nie chciał na to patrzeć.
Cisza dzwoniąca mu w uszach jak werble. Hermiona wypychająca go z ławki. „No idź, Harry".
Nie będzie na to patrzył...
Magiczne zdjęcie w dziecięcych palcach oprawione w popękaną ramkę. Na zdjęciu jego rodzice tańczący w parku, śmiejący się do niego z przetartej, starej fotografii. Nieduża dłoń Harry'ego przecierająca lekko zakurzone szkło i stawiająca ramkę na rozchybotanym stoliku w miejscu, które znał - znał, ale nie do końca pamiętał.
Dlaczego nie pamiętał tego miejsca?
Głos w jego głowie warczał na niego, żeby podjął walkę - głos niesamowicie podobny do głębokiego tonu Snape'a, nieco przytłumiony, ale wyraźny; odegnał mu sprzed rąk jakąś prawdę, którą próbował uchwycić, która balansowała na jego opuszkach palców, ale rozmyła się po jednej sylabie wyartykułowanej w jego umyśle przez przynaglający go, ostry ton.
Harry skoncentrował się, wzbierając w sobie siły, skumulował magię, która muskała delikatnie jego świadomość, jakby go zaprawiała w walce - przyczajała się, czekając na odpowiednią chwilę.
A potem - szybko, sprawnie i zwięźle - przypuścił szturm na napierającą na niego magię Snape'a, jakby od tego, czy zdoła ją odeprzeć, zależało całe jego życie.
-VVV-
Huragan — pomyślał Harry, ponownie widząc gabinet majaczący przed jego oczami; był trochę rozmyty - jego okulary przekrzywiły się nieznacznie, drapiąc lewym zawiasem nos. — Sztorm. — Odetchnął głęboko, pocierając pulsującą tępym bólem bliznę na czole. — Morgano, moja magia mnie przeraża.
Harry, przygryzając dolną wargę, patrzył, jak Snape, którego ciałem jego niespodziewanie uaktywniona magia rzuciła, jakby był liściem w objęciach silnego, porywistego wiatru, podnosi się na nogi, wygładzając szatę.
Snape strzepnął dłońmi drobiny kurzu, które przykleiły się do zwiewnej czerni materiału i powoli, niespiesznie uniósł na niego wzrok. Jego rzęsy rzucały podłużne cienie na jego wydatne kości policzkowe.
Chyba wolałby, żeby Snape nie przywracał mu wspomnień po tym incydencie. Chyba wolałby nie pamiętać, nie wiedzieć. Jednak z następną chwilą jego życie zalało go jak ramiona powodzi; Harry drgnął, łapiąc łapczywie oddech za oddechem, starając się w nim nie utopić. To było jak policzek wymierzony bez zawahania w twarz.
Pierwsza, nieco bardziej składna i mniej podszyta paniką myśl, która na niego zstąpiła, była taka, że powinien przeprosić, ale gdy tylko spróbował otworzyć usta, odkrył, że coś blokuje jego zdolność poruszania szczęką. Krótką chwilę zajęło mu zrozumienie, że z całych sił przyciska dłoń do ust, obserwując rozszerzonymi oczyma, spoglądającego na niego nie bez okruchów uwagi Snape'a.
Odjął rękę do twarzy i z nerwów zaczął tarmosić palcami szatę przy kołnierzyku, to mnąc ją pomiędzy opuszkami, to znów wygładzając powstałe przez to zgięcia. Serce stanęło mu kołkiem w gardle.
— Przepraszam — wydusił, spuszczając wzrok na swoje stopy, usilnie pilnując się, by nie przestępować z nogi na nogę. — Przepraszam — powtórzył, nie mogąc pohamować słów. — Przepraszam. — Zawzięcie miętosił szatę w palcach, starając się stać spokojnie i nie zacząć uciekać, choć chwilowo szybka ewakuacja nie wydawała mu się tak absurdalnym pomysłem. Oddech drżał pomiędzy jego zębami.
— Nie panowałeś nad nią — ciche słowa Snape'a sprawiły, że drgnął spazmatycznie i jeszcze mocniej zacisnął palce na materiale własnej szaty; chude usta ledwie się poruszały, kiedy przemawiał, czarne oczy były w niego wycelowane jak dwa znaczniki. — Nad swoją magią.
Harry, trapiony myślą, że lada moment Snape zbeszta go jak dzieciaka i wyrzuci za drzwi, skulił ramiona, usilnie unikając spojrzenia w czarne oczy.
— Popuściłeś jej cugle — pokiwał lekko głową Mistrz Eliksirów, mrużąc na niego oczy; Harry odniósł dziwne wrażenie, że za jego słowami stoi więcej zamyślenia, niż złości.
— Przepraszam — powtórzył słabo Harry; jego głos był wątły jak oddech.
Mistrz Eliksirów stał w bezruchu i patrzył na niego; z jego twarzy Harry na próżno starał się cokolwiek odczytać.
— Merlinie, Potter — wyszeptał Snape (jego słowa były tak ciche, że Harry ledwie je słyszał; dzwoniły w uszach jak odległy jęk); pokręcił głową - po poprzednim bezruchu ten gest był jak drastyczna zmiana klatki w mugolskim filmie (Harry zamrugał, czując się tak, jakby w jego oczy uderzył strumień zimnego powietrza); w jego słowach pobrzmiewała mieszanka niedowierzania i - czyżby źle usłyszał? - podziwu — ty ją tłumisz.
— Wuj nie lubił, kiedy w ZOO znikały szyby — szurnął nogą Harry — i pytony wyślizgiwały się ze swojego terrarium.
Snape przez chwilę poruszał ustami, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił dopasować słów do własnych warg. Harry, zerkając na niego niepewnie spod rzęs, nie był pewien, jak powinien to rozumieć.
Kiedy Mistrz Eliksirów zamknął oczy, przykrywając powieki palcami i wykrzywił wargi w gorzkim grymasie, Harry miał gorącą ochotę szarpnąć go jak dzieciak za rękaw i powiedzieć: „przestań, przestań, natychmiast przestań"; coś ciężkiego osiadło gdzieś głęboko w jego gardle.
— Postępuję słusznie — próbował przemówić Snape'owi do rozsądku - ponieważ tak właśnie było, tak należało postąpić, przecież nie chciał, aby każdy uczeń, który z pewnych względów mu podpadnie, latał napompowany jak ciotka Marge tuż pod zaczarowanym sufitem w Wielkiej Sali. Dumbledore z pewnością nie byłby zachwycony, nie mówiąc już o samym Snape'ie, który przydzieliłby mu serię szlabanów ciągnących się bez końca. Teraz kręcił głową - jego aspołeczny, mrużący z niesmakiem oczy profesor - ale nie zachowywałby się tak, gdyby fiolki jego eliksirów elegancko ustawione w rzędzie na niskiej komódce zaczęły pękać jak kra pokrywająca jezioro przy pierwszych roztopach bądź gdyby książki o grubych, zużytych grzbietach beztrosko wyfrunęły ze swoich półek.
I szczerze powiedziawszy - to nie tak, że Harry robił to celowo. Określeniem, jakie bardziej odpowiadało rzeczywistości, było: automatycznie. Bo i owszem - postępował machinalnie, taki już był, tego się nauczył, postępował machinalnie od najmłodszych lat, gdy wuj Vernon unosił pięść, gdy czerwony błysk zaklęcia pędził w jego stronę, gdy jego wściekłość trzeszczała pod skórą jak zepsuty, mugolski odbiornik radiowy. Uchylał się, bronił się, uzbrajał się w siłę. „Nie możemy pozwolić sobie na to, by Dursleyowie wyrzucili cię z domu, Harry" — mówił mu zawsze Dumbledore. — „Nie możemy do tego dopuścić". Mówił: „nie możemy", jakby to zawsze była ich wspólna decyzja. Więc Harry zaciskał pięści i krzyczał, i kopał w swój kufer w zamknięciu czterech ścian, ale nigdy nie atakował. Przytrzymywał swoją magię głęboko w sobie, zwijał ją jak kłębek wełny, pilnował, by ucichła, uspokoiła się, nie spowodowała żadnych szkód w domu wujostwa.
Tylko czasami, gdy wściekłość, zranienie i pragnienie obrony mieszało się w nim w odpowiedniej konfiguracji, lampy migotały, żarówki gasły z przeciągłym trzaskiem przeskakujących z drucika na drucik iskier, kieliszki pękały jak bańki mydlane; a Harry zamykał oczy i uspokajał sztorm, który rozpętał się w jego umyśle, jakby usypiał trójgłowego psa melodyjnymi dźwiękami harfy.
— Jestem Harry — oznajmił więc przyglądającemu mu się z niejaką dozą zrezygnowania Snape'owi, prezentując swą odwieczną dewizę, zaplatając wojowniczo ręce na piersi — tylko Harry.
I nie zamierzam jeszcze bardziej wychylać się ponad przeciętność — nie dodał — bo i tak noszę piętno Chłopca, Który Przeżył.
-VVV-
Ponieważ to, czego chciał, a co mieli inni, to była szara twarz pośród tłumu, anonimowość, bezimienność, ponieważ tak wielkie byłoby to szczęście - móc stanąć naprzeciw ludzi i nie zostać oślepionym natychmiastowo padającym na twarz światłem białych, ostrych reflektorów.
Nie prosiłem się o to — miał ochotę czasem powiedzieć, odwracając twarz od zachłannych spojrzeń, chowając bliznę za kurtyną włosów — nie chciałem, by każdy mój krok był analizowany, by każdy mój błąd był wywlekany na światło dzienne, by moje nazwisko świeciło pogrubionym drukiem w gazetach.
Oczyma wyobraźni potrafił dojrzeć, jaki szum zacząłby narastać w świecie czarodziejów, gdyby na powierzchnię wypłynęły wieści, że jego magia może się wznieść jak tornado ponad poziom odniesienia.
To ciężar, którego większość nie jest w stanie pojąć rozumem - sława. To piętno, którego się pragnie, dopóki się go nie otrzyma. Potem wszystko biegnie w dół jak hiperbola. Reporterzy wkładają w twoje usta słowa, które nigdy nie padły i omawiają w rozległych akapitach twoje najniklejsze skinienie palcem, nadając mu znaczenia, o których sam nigdy byś nie pomyślał. Flesz błyska jak umierająca gwiazda i przyczynia się do powstania rozległych cieni pod oczami, których nie widać na czarno-białej fotografii.
-VVV-
A potem Severus Snape spoglądał w tę twarz, tę samą, na którą on - Harry - nie miał siły patrzeć w lustrze i zachowywał się, jakby dostrzegał siłę i niezależność, której przecież nie mogło tam być.
Harry jednak milczał, bo wiedział, że Snape widzi tam również krzywdę, której nie dostrzegały czarodziejskie brukowce. Ten od dawien dawna Harry'emu znany, stary, niezmienny kształt: odbicie twarzy w rozsypującej się na mak, szklanej tafli lustra.
-VVV-
— Ma na niego jakiegoś haka.
— Słucham?
— Czarny Pan — przekrzywił głowę Snape, przyglądając mu się; był późny wieczór, a Harry zasiedział się w bibliotece i nawet w najśmielszych scenariuszach, nie przewidywałby, że Snape tak zwyczajnie i całkowicie bez pardonu podejdzie i zajmie puste miejsce naprzeciw niego, opierając łokcie o blat i składając podbródek na splecionych w powietrzu dłoniach — na Hughesa.
Zajęło mu krótką chwilę zrozumienie sensu wypowiedzianego przez Mistrza Eliksirów zdania.
— Szantażuje go?
Snape westchnął.
— Potter, zrozum, że te wszystkie konszachty z Czarnym Panem nie są takie oczywiste — przetarł palcami brwi. — To swoiste pakty z diabłem.
W umyśle Harry'ego pojawiła się jednak nieco inna, choć błądząca koło tematu myśl, którą wypowiedział na głos, zanim zdążył ugryźć się w język:
— Nie powinien pan w tym drążyć — pokręcił głową, marszcząc w zaniepokojeniu czoło. — Naraża się pan — ściszył głos, tracąc zainteresowanie czytanym podręcznikiem, odsuwając go bezwiednie od siebie — niepotrzebnie — dodał.
Snape przewiercił go stanowczym, nieugiętym spojrzeniem.
— Dzięki mojemu narażaniu się, jak to ująłeś, Potter — wycedził, bębniąc palcami w kant stołu — ty masz dostęp do informacji. Wolę podać ci wiadomość na tacy — powieki Snape'a drgnęły z tłumionej frustracji — niż patrzeć, jak niezdarnie grzebiesz gołymi palcami w gnieździe szerszeni.
— To błąd — spierał się Harry, nie będąc w stanie dopuścić do świadomości faktu, że Snape pozyskał tę informację dla niego; coś w jego gardle zaciskało się boleśnie, kiedy o tym myślał.
— Moje błędy, Potter — wypluł Snape, jeszcze bardziej ściszając głos; prawie szeptał — są popełniane dla ciebie. Racz to uszanować i wysłuchać to, co mam ci do powiedzenia.
Harry nie powstrzymał kwaśnego skrzywienia, cisnącego mu się na usta. Mimo tego, że nie uśmiechało mu się wysłuchiwać tego wszystkiego, skinął powoli głową, godząc się milcząco na wszystko, co Snape zamierzał zrzucić na jego barki.
— Z początku wydawało mi się, że ta umowa opiera się jedynie na kształtowaniu twoich poglądów — powiedział cicho Snape, rzucając ukradkowe spojrzenie przez ramię, upewniając się, że nikt ich nie obserwuje — jednak wszystko wskazuje na to, że nasz drogi Joseph obiecywał cię chronić.
Fala strachu jak seria uderzeń serca. Zielone oczy rozszerzające się jak spodki, spoglądające prosto w czarne. Pełna skupienia, acz stosunkowo obojętna mina Snape'a zaciążyła mu na sercu jak kamień. Głuche tętnienie w głowie stopniowo narastało.
— Zastanawiałem się, czy mówić ci o moich podejrzeniach — skrzywił się na niego Snape — nie chciałem przykleić zbyt wiele prawdy do twojego cnotliwego sumienia — zaszydził.
Harry skupił się na oddychaniu; nie odpowiedział. Wpatrywał się z ciężkim sercem w Snape'a, starając się odeprzeć skokowo dający o sobie znać ból głowy. Zdawało mu się, że powietrze wokół niego niespodziewanie zrobiło się duszne i ciężkie, nie do wytrzymania.
— Nie wiem, co dokładnie poprzysiągł, nie wiem, jak dalece rozwinięta była to przysięga i nie wiem, jak wiele w sobie zawierała — przyznał, przeciągając spojrzeniem po jego chmurnej, napiętej twarzy; Harry próbował wygrzebać się z przygniatającej jego sumienie winy, rozpychał się w niej, wypluwał ją z ust, odganiał z umysłu, ta jednak - bezczelna - napierała na niego bez wytchnienia. W gardle miał sucho.
To było prawie jak cios, prawie jak pazury wbijane w miękką twarz, w bijące serce, które zawsze pragnęło sprawiedliwości i słabło, gdy świat utwierdzał go w przekonaniu, że sprawiedliwość nie istnieje. Odebrał to, jak osobistą porażkę, której zawsze chciał zapobiec.
— Jak mam to naprawić? — zapytał Snape'a, bo był nauczony dawać więcej, niż pozwolono mu zabrać. — Co mam zrobić?
Czarne oczy zmrużyły się, a miażdżące spojrzenie niemalże odebrało mu dech.
— Nic głupiego, Potter — wysyczał Snape, jakby spodziewał się po nim wszystkiego, co naiwne i nieprzemyślane. — Nie rób nic głupiego.
-VVV-
Nic głupiego — brzęczało mu w głowie, kiedy kładł się spać tego samego wieczora — nie rób nic głupiego.
To wbrew pozorom trudne polecenie dla kogoś ogarniętego tak wielką empatią, jak Harry Potter. Harry Potter, który często przejmuje się tym, co dzieje się wszędzie wokół, który nie potrafi przejść obok ewidentnej krzywdy obojętnie, który sam zbyt wiele wycierpiał, aby wiedzieć, jak odwrócić wzrok i udawać, że jest się niemym na ludzi, którzy żyją tuż obok. To niezaprzeczalnie ciężkie zadanie dla kogoś, kto zawsze postępował zgodnie z własnym sumieniem, kto potrafił zachować wierność własnym wartościom nawet w obliczu największego zagrożenia.
I to za wiele, prosić go, by zamknął się na jawną niesprawiedliwość, to za wiele - sprostać takiej prośbie.
Jednak Harry spróbował - zawinął się kołdrą, przytulił policzek do poduszki, zacisnął powieki.
Jedyne, o czym zapomniał na drodze odcięcia się od tego wszystkiego, to oczyścić swój umysł przed snem, o co nagminnie nagabywał go Snape.
-VVV-
Przecież chcesz poznać jej treść tak samo mocno jak ja — szeptał mężczyzna w jego snach, chyba nie zdając sobie sprawy, że umysł, w którym przebywał, walczył z całych sił o to, aby trzymać myśli o Hughesie jak najdalej od siebie, że walczył tak zaparcie i tak wytrwale, że to przyprawiało o łzy i kłujący ból raniący jaźń jak setki drobnych igieł. — Zrozumiałem coś. Harry. Nauczyłem się na własnych błędach. Przecież tego po mnie oczekiwałeś, prawda? Bym zrozumiał, jak uczyć się na własnych błędach.
Harry miał ochotę krzyczeć i płakać jednocześnie.
Te wszystkie niepowodzenia... te wszystkie próby, one dążą do sukcesu, Harry. Prawdziwego sukcesu. Wiesz, czego się dowiedziałem?
Harry tak bardzo, bardzo nie chciał tego wiedzieć.
Przepowiedni może dotknąć tylko ten, kogo owa przepowiednia dotyczy. Zrozumiałem to po wielu niepowodzeniach moich Śmierciożerców. Ja mogę ją dotknąć, Harry. Ty możesz jej dotknąć.
Usilnie chroniony w zakamarkach jego głowy Joseph Hughes nie pozwolił mu ukryć myśli, że owszem, tak, naprawdę tego chce. Naprawdę chce. Poznać jej treść to dla niego jak odetchnąć.
Czarny Pan zachichotał jak uszczęśliwione dziecko.
Tylko widzisz — szeptał mrukliwie, przesuwając się ospale wzdłuż splotów jego umysłu — nie mogę ryzykować osobistego pojawienia się w ministerstwie. Nie chcę ryzykować...
To jest ziarno — pomyślał rozdarty Harry — które zaraz zasieje plon.
Ty, Harry... Właśnie ty...
Harry, mając nieodparte wrażenie, że balansuje na niebezpiecznym gruncie, powiedział mu: „Nie!".
-VVV-
Za słowami nie zawsze stoją czyny. Harry, oddychając ciężko, wyplątując się z gorącej pościeli, ukrył twarz w dłoniach i zapytał samego siebie: „Czy chcesz wiedzieć, co było w tej przeklętej, przeklętej, po trzykroć przeklętej przepowiedni?".
Tak, chcę.
-VVV-
Teraz był pospolitą twarzą w tłumie. Był piątek, ostatnie zajęcia. Hughes brał zastępstwo na Obronie za Umbridge, która bezskutecznie, bezowocnie zmagała się z zaczarowanym lustrem, które na całe gardło wykrzykiwało zniewagi na jednym z korytarzy niedaleko Wielkiej Sali do każdego, kto odbił się w jego tafli. Potraktowane silnym zaklęciem Trwałego Przylepca, chronione zaklęciem, które nie pozwalało na rozbicie go byle zaklęciem bombardującym, kpiło sobie ze starań wielce zirytowanej Wielkiej Inkwizytor.
Hughes ze stoickim spokojem - za nic mając wymagania Umbridge odnośnie do używania różdżki na zajęciach - uczył ich rzucać zaklęcia tropiące. Harry, skupiając swą uwagę, raz za razem powtarzał po nim jedną z wielu inkantacji - i raz za razem był karcony za nieodpowiednią intonację.
Harry powtarzał wciąż te same słowa, starając się nadać im moc i znaczenie. I nie potrafił powstrzymać zadowolonego z siebie uśmiechu, kiedy jego mozolne próby wreszcie zaczęły dawać jakieś efekty.
— Dobrze — skinął mu głową Hughes i poszedł nadzorować zaklęcie bliźniaczek Patill, a wąż ściskający sumienie Harry'ego wreszcie zelżał, gdy dojrzał na pociągłej twarzy profesora pewną minimalną dozę wdzięczności.
Harry nie spoczął na laurach i zaczął powtarzać raz po raz trenowane zaklęcie, aby dobrze go sobie przyswoić, utrwalić, odjąć tę jedną, małą cegiełkę z obowiązków ciążących na jego cichym profesorze Transmutacji.
-VVV-
Choć obiecywał sobie, że z tym skończy, na kolację wypił trzy kawy - jedna za drugą. Jeśli wierzył w działanie jakichkolwiek magicznych wywarów, jeśli wierzył w zbawienne efekty niektórych składników eliksirów, to na ich szczycie niezmiennie stała nieoceniona w skutkach kofeina.
-VVV-
Nieco zagubiony, choć pewny swego, mamrotał do siebie na zaczarowanych schodach, przesuwających się w nieznanej mu konfiguracji, cierpliwie czekając, by dowiodły go do celu (spokojnie, spokojnie, to przecież nic wielkiego). Zaciskał palce na barierce, a jego serce biło jak przed skokiem do lodowatego jeziora na czwartym roku.
Słyszał wiatr wyjący za oknami i mówił sobie, że to tylko kolejna nocna wyprawa - jak wtedy, gdy wymykał się z domu wujostwa i godzinami leżał w zadbanych rabatkach ciotki Petunii, jak wtedy gdy siadał na mocno zużytej, skrzypiącej huśtawce na starym placu zabaw, zaciskając dłonie na zimnych, metalowych łańcuchach okrytych zaczątkami zżerającej je rdzy, jak wtedy gdy przemykał przez ulice i pukał cicho w okno pani Figg.
Czy mówić Voldemortowi, że zamierza spełnić jego fanaberie? Nie, stanowczo nie - jeśli Voldemort przypadkiem się o tym dowie od osób trzecich, nie potępi go, jeśli zaś nie dojdą go o tym słuchy, Harry będzie miał wolną rękę i sam będzie mógł wysłuchać przepowiedni i podjąć decyzję, co z nią uczynić.
Tak, to dobre rozwiązanie. Nikt go nie będzie niepokoił. Wsiądzie na miotłę i poleci do Londynu. Ściągnie tę głupią, szklaną kulkę z półki, o którą wszyscy robią tyle zachodu i wysłucha, co takiego rzekomo jest mu pisane. A potem roztrzaska ją w pył, w proch, w piasek.
Informacja daje przewagę, prawda? Wiedza daje przewagę.
Czy nie tak postępują dorośli ludzie? Decydują się na coś, badają swoje możliwości, a potem dążą do spełnienia własnych założeń.
Wróci, zanim ktokolwiek zauważy jego zniknięcie. To będzie krótka piłka.
Harry, decydując, że podjął ostateczną decyzję, bez większych problemów włamał się do niemożliwie różowego gabinetu Umbridge i wykradł z niego swoją skonfiskowaną na początku roku miotłę.
-VVV-
Kiedy z miotłą pod pachą dotarł na granice zamkowych błoni miał w głowie tylko jedną myśl, zapętloną jak katarynka: robię to dla siebie.
