.

Rozdział 18

Chęci przenoszące góry i wiodące w pułapkę

.

Najpierw pojawił się lęk.

Nie, nie to wcale nieprawda: najpierw był impuls, krótki niepokój, jedno zaklęcie i bieg przez korytarz - ponieważ czary, czarami: nie zawsze mówią prawdę i bywają zwodnicze, szczególnie gdy tyczą się kogoś takiego, jak Harry Potter. Potem była lekka dezorientacja i nieśmiały uśmiech przywołany na twarz, i: „Panno Granger, czy pan Potter znajduje się w waszym Pokoju Wspólnym? Może jest w dormitorium? Tak, tak, prosiłbym bardzo, aby pani go do mnie sprowadziła". Potem zaczęły trząść mu się dłonie, a kilka chaotycznych myśli przecięło jego umysł jak strzała puszczona z procy: może odwiedza tego swojego chrzestnego ojca, którego poszukuje całe ministerstwo, a o którego ta nadęta ropucha Umbridge wypytuje grono pedagogiczne co najmniej raz na trzy dni, a może jego sławetna brawura dała o sobie znać i postanowił nie zważać na siedzące mu na karku ministerstwo, ignorować głośne wiadomości o ucieczce Śmierciożerców z Azkabanu i udał się do Hogsmeade? Przeklęty, przeklęty Potter, dlaczego nie dba o własne bezpieczeństwo, dlaczego ignoruje wszystkie przesłanki, które ma przecież w dłoniach, że jego życie nie jest innym tak obojętne, by mógł szastać nim jak pieniędzmi?

Tyle że zaklęcie tropiące, to samo, które wpajał mu na ostatnich zajęciach z Obrony, a które kleiło się do tego młodzieńczego, rozbieganego ciała odkąd jego stopa przekroczyła progi zamku, wyło, ostrzegało i targało jego nerwami, wystawiając jego zdolność zachowania zimnej krwi na próbę.

Jego serce łupało niemalże pod samym gardłem i wiedział - wiedział, że strach spływa z jego oczu jak wilgoć ze ściany, wiedział, kiedy pierwszy raz, odkąd objął posadę profesora, stanął w cichym korytarzu w lochach przed drzwiami gabinetu Snape'a i nawet nie starając się udawać, że połacie strachu nie połykają go jak cienie zamieniające się późną nocą w potwory, wpadł do środka, rozglądając się, jakby podejrzewał, że Harry Potter za moment spojrzy na niego, leniwie oparty o ścianę, ukryty gdzieś w cieniu, tak jak zwykle skrywał się po nocy w okiennych wnękach.

Nie spodziewał się ciepłego przyjęcia, oczywiście, że nie, nie oczekiwał go.

Bezskutecznie starał się zetrzeć nerwowość ze swej twarzy, kiedy spoglądał na mierzącego go chłodnym, ostrym spojrzeniem kolegę po fachu.

Potter nie był głupi. I starał się nie utrudniać mu życia - widział to za każdym razem, gdy ten młody człowiek gorliwie ćwiczył zaklęcia, które utrwalał mu na zajęciach, kiedy wnikliwie zagłębiał się w materiały, które mu regularnie wkładał w dłonie.

Ponieważ to od niego - piętnastolatka z popędem do nauki, z głodem wiedzy przewyższającym niejednego dorosłego - zależało jego skromne życie.

Ale o tym wiedział tylko Czarny Pan. No i Alecto Carrow - a to tylko dlatego, że była Gwarantem.


-VVV-


— Nie ma go w zamku — oznajmił przez obolałe wargi, skacząc spojrzeniem po ziemistej twarzy Severusa.

Severus uśmiechnął się leniwie i przekrzywił głowę, przyglądając się Josephowi jak owadowi pod mikroskopem. Przeklęty, święty, Wewnętrzny Krąg, który zdawał sobie sprawę, jaką przewagę ma nad pospolitym Śmierciożercą. Joseph miał ochotę załkać albo chwycić Snape'a za ten niemożliwie wysoki kołnierz i zacząć nim szarpać, aby przebić się przez jego poczucie wyższości i wieczną pogardę w stosunku do innych.

— Severusie — głos mu się zachwiał, ale to nie było ważne - nie było ważne w stosunku do tego, co się z nim stanie, jeśli Potter nabije sobie głupiego guza (Morgano, Morgano, gdzie ten dzieciak mógł pójść?) — Pottera nie ma w pieprzonym zamku! — Jego krzyk więcej miał w sobie z przerażenia niż z czystego gniewu.

Snape skrzywił się na niego, jakby mu nie dowierzał bądź miał go za idiotę.

— Skąd ci to na myśl przyszło? — zamruczał Snape - to przeklęte, chodzące uosobienie zuchwalstwa - patrząc mu w oczy.

Musiał się uspokoić, ułożyć w głowie myśli, uporządkować sobie to wszystko. Dlaczego Pottera nie było w pieprzonym zamku? Czy Czarny Pan ma z tym coś wspólnego? Jeśli tak, dlaczego Snape jak gdyby nigdy nic, beztrosko siedzi we własnym gabinecie? Czy Potter wybrał się do Czarnego Pana? Czy Snape nie towarzyszył zazwyczaj w takich wizytach Potterowi? Jak Potter mógł się dostać do dworu, w którym rezydował Czarny Pan bez pieprzonego Snape'a? Nie, to niemożliwe, niemożliwe, coś było bardzo nie tak.

Morgano kochana, następnym razem zastanowi się dziesięć razy, zanim zwiąże własne życie z kimś tak nieokrzesanym, jak Harry Potter.

— Joseph — fuknął Snape, zgrzytając zębami — skąd wiesz, że nie ma go w zamku?

Zazwyczaj odpowiedziałby na pytanie padające z ust członka Wewnętrznego Kręgu Czarnego Pana, ale nie teraz, nie dzisiaj, nie w takiej sytuacji. Był za bardzo rozproszony, za bardzo rozchwiany emocjonalnie, za bardzo zdenerwowany.

Jeśli Czarny Pan jakimś cudem nie wiedział, że jego przeklęte oczko w głowie zniknęło z zamku, chociaż, Merlin świadkiem, miał go pilnować jak własnej dłoni, nie będzie tracił czasu na poddawanie się irytacji Snape'a.

Tyle że Czarny Pan informował go, że Potter nie zamierza wybrać się do Departamentu Tajemnic. Dostał wyraźną informację, że Potter zbył wszelkie sugestie jego Lorda, otrzymał wyraźne polecenie, że ma go mieć na oku i kontynuować zapoznawanie go z mechanizmami funkcjonowania magicznego świata. Joseph nie wiedział i nie chciał wiedzieć, jak Potterowi udało się zwieść Czarnego Pana - jakim przeklętym cudem udało mu się go oszukać. Harry Przeklęty Potter. Który przeżył zaklęcie zabijające. Który - wszystko na to wskazuje - zwiódł samego Lorda Voldemorta. Który był niebywale inteligentny - niebezpiecznie inteligentny.

Strach się bać, do czego ten dzieciak mógłby być zdolny.


-VVV-


Próbował sobie wmówić, że ma wszystko pod kontrolą, ale chyba sam w to nie wierzył. Wisiał na granicy niebezpieczeństwa, wiedział o tym. Wiedział o tym, gdy wybiegał z Hogwartu, skacząc w noc, zastanawiając się, ile to wszystko jest warte.

Jeden nieodpowiedni ruch Pottera i mógłby stracić wszystko - magia zadziała w pełnej krasie, zmiażdży go jak plastikową zabawkę, pokona. Joseph, biegnąc ku bramom Hogwartu, zastanawiał się, czy to będzie bolało. Może wszystko skończy się szybko, zanim choćby mrugnie powiekami, może zakończy się tak, jak ucięta melodia na porysowanej płycie gramofonowej? Pod powiekami widział tysiące równoległych scenariuszy własnego końca, kiedy otulony Czarną Magią wzbijał się pomiędzy gęste, granatowe chmury.

Chciał móc powiedzieć, że się nie boi - ale to nie byłaby prawda.


-VVV-


To w gruncie rzeczy nieczęsto spotykane, by ktoś o tak obniżonej samoocenie, jak Harry Potter, tak gładko skakał w sam środek niebezpieczeństwa. Trochę nawet niepokojące; Joseph zastanawiał się, jak wiele mówi to o woli przetrwania tego nieprawdopodobnego młodzieńca z łatką perfekcjonizmu doszytą do ciała.

Przez chwilę, na samym początku, wierzył, że wszystko potoczy się gładko; spoglądał w skupioną, skoncentrowaną twarz Harry'ego Pottera zatopioną w książkach popularnonaukowych i podręcznikach, które od niego dostawał i wierzył, że nie będzie narażony na śmierć, nie, gdy jego życie jest nieodzownie związane z kimś tak sumiennym i pracowitym. Przez chwilę wmawiał swojemu lekko poddenerwowanemu sercu, że wystarczy nakierować Pottera na właściwe tory, a on sam popłynie dalej w odpowiednim kierunku, że nie zboczy z trasy, którą dla niego przewidział. I nawet nie czuł zbytniego niepokoju, patrząc na cienie rozlewające się pod jego oczami, podejrzewając zaburzenia snu, nie dziwiły go jego nagłe wybuchy złości, których niekiedy był świadkiem na tłocznym korytarzu i woń tytoniu, która podążała za Harrym Potterem, nieodłączna jak cień.

I choć Potter nienagannie studiował fiszki, które od niego otrzymywał, a jego uśmiech był zawsze uprzejmy, Joseph wbijał sobie paznokcie w dłonie, bo tak naprawdę nie wiedział, czy Harry Potter go akceptuje, czy tylko udaje.


-VVV-


Teraz przecinał granatową noc, wmawiając sobie, że nie czuje chłodu wiatru wślizgującego się za kołnierzyk peleryny, śpiesząc za nim do Londynu. Wiedział, że pierwsze, co powinien zrobić, to złożyć wizytę Czarnemu Panu, zdać mu relację z ostatnich tygodni, wyrzucić z siebie, że Potter, ten bachor, ten urwis, ten cwaniak, pognał w te pędy do Ministerstwa Magii wbrew wszelkim słowom, którymi unaoczniał niechęć do tego zadania, powinien zasugerować mu, by odwołał codzienną straż jego wiernych Śmierciożerców kręcących się po Departamencie Tajemnic jak duchy, śledzących wzrokiem szklaną kulę, która - choć znajdowała się tak blisko - była tak daleko poza ich zasięgiem. Jednak tego nie zrobił, bo bał się, że nie zdąży, bo wybierając pomiędzy lojalnością a życiem, wybrał życie, bo przysięgał zbyt wiele, aby ratowanie Harry'ego Pottera nie miało pierwszeństwa w jego zamiarach.

Był boleśnie świadomy tego, że przepowiednia zapieczętowana jest klątwami, które - owszem - można obejść, jeśli się zna zaawansowaną teorię magii, ale, tak czy inaczej, mogą skrzywdzić tego, kto spróbuje się włamać do Sali Przepowiedni bez uprzedniego przygotowania. Niektóre z nich nakładali członkowie Wewnętrznego Kręgu (pułapki dla nieświadomego Zakonu — śmiał się czasem Lucjusz Malfoy). Niektóre z nich nakładali Niewymowni, chroniąc przestrzeń swojego urzędowania. Niektóre z nich zakładał Zakon Feniksa (samozapętlająca się zależność, spowodowana tym, że wszyscy polowali na wszystkich, pierwsi podobnymi metodami starali się wyeliminować drugich, jak i drudzy pierwszych, odwieczne koło, które nie miało początku).

Intensywne, gęste światła Londynu raziły go w oczy.


-VVV-


Dlaczego jedna przysięga jest w stanie zmienić całe życie? Dlaczego ją składał - przecież musiał, choćby i podświadomie, czuć, że to wyraźnie wpłynie na jego przyszłość, dlaczego się na to zgadzał? Przecież to nie tak, że mu kazano - oczywiście, że nie, owszem, był to skok na głęboką wodę, ale był to skok podjęty nie bez przyczyny.

Stał na pozycji przeciętnego Śmierciożercy, ale przecież nie był przeciętny - był kimś więcej, wiedział o tym doskonale, znał zakres własnej wartości. Skończył studia na wydziale Transmutacji Zaawansowanej, obronił doktorat, zdobył kilka dyplomów. Zanim zaczął się starać o tytuł profesora, wydał kilka publikacji o gałęzi zaklęć transmutacyjnych zapewniających powstanie czegoś z niczego, choć wiele czarodziejów wciąż uważała to za pojęcie abstrakcyjne. Przecież udowodnił na pięciuset stronach publikacji badawczej, że to jest możliwe, przecież udokumentował to pozytywnymi wynikami pomiarów, przecież sformułował logiczne i przystępne wnioski. Przecież cały jeden rozdział poświęcił Zasadzie Sztucznie Stworzonej Quasi-dominacji, kiedy z niebytu mogą być wyławiane żywe, realne stworzenia na przykład płazy albo małe ssaki. Był wykształcony, zrobił habilitację, zdobył tytuł profesora. Wyróżniał się wśród bandy oszołomów, która w większości składała się na Śmierciożerców Czarnego Pana, a jednak wciąż nie udawało mu się sięgnąć wyżyn, których pragnął, które - jak sądził - mu się należały, wciąż nie przedostał się do Wewnętrznego Kręgu Śmierciożerców, na który patrzył z zazdrością spośród szarych szeregów. Często zaszczyt sięgnięcia tego szacownego grona spływał na tych bogatych, bezwzględnych i posiadających wpływy w instytucjach magicznych. Często wiązał się z czystością krwi, którą Joseph nie mógł się pochwalić. Nie on - czarodziej półkrwi - z matką mugolką. Jego rodowód powodował, że był ignorowany przez większą część Wewnętrznego Kręgu, jeśli nie powiedzieć - niedostrzegany. Był jak cień, niewart splunięcia.

A potem wszystko potoczyło się tak pięknie, jakby to był sen albo majak. I Czarny Pan wezwał go do siebie, spojrzał prosto na niego, jakby wreszcie go zauważył, docenił, spojrzał mu prosto w oczy z enigmatycznym wyrazem przyklejonym do tej trupio-bladej twarzy; a potem uśmiechnął się tak czarująco i tak przesympatycznie, że serce Josepha na moment zamarło, a jabłko Adama podeszło mu wysoko pod gardło. I przez chwilę - przez jedną chwilę, klęcząc na zimnej ziemi, spoglądając w czerwone jak dwa tańczące płomienie oczy - nie mógł złapać tchu.

I przez moment wszystko było tak piękne, jak to sobie wyobrażał, jak marzył całymi godzinami podczas bezsennych nocy, bo Czarny Pan powiedział: „masz szansę się wykazać" i: „widzę w tobie niedoceniony na czas potencjał", i: „wiem, że jesteś zdolny, choć skromny", i: „masz wiele zalet", a Joseph rozpływał się w jego uwadze, którą wreszcie otrzymał, którą się napawał, która - po tylu latach czekania - została na niego słusznie skierowana. Zasługiwał na nią, zasłużył na nią.

Bo czy nie po to uklęknął przed tym potężnym magiem, o którym tyle się szeptało, czy nie dlatego przeszedł przez inicjację wraz z innymi, przystępującymi w tym czasie w kręgi jego zwolenników, czy nie po to ufał w jego zapewnienia, że jest w stanie stworzyć świat, którym byłby lepszym i prostszym miejscem - po to, żeby zostać docenionym?


-VVV-


Jego matka - mugolka - przyklasnęła, kiedy powiedział, że przyłączył się do potężnego czarodzieja, który powoli starał się szerzyć własne wpływy w czarodziejskim świecie, który miał gruntowne, sensowne poglądy i całe morze poparcia wśród czarodziejów z czystokrwistych rodzin, które od dawien dawna walczyły o swoje prawa do magii, które wywodzą się z rodów, których początki sięgają czasów Merlina. Śmiała się i klaskała, kiedy się tym chwalił, kiedy się tym chełpił, kiedy unosił dumnie brodę.

A potem ojciec wyrzucił go z domu.


-VVV-


Na pożegnanie usłyszał od niego: „Nie waż się tu wracać ty wyrzutku, ty idioto, ty bezwartościowa góro gówna! Brzydzę się tobą!".

Nie wrócił, choć matka płakała.


-VVV-


Wiedział tyle, że przez pierwsze dwa lata jeszcze go szukała (nie mogła znaleźć, bo ukrył się w świecie magii, gdzie zaczął budować sobie nowe, lepsze życie), wiedział, że przez pierwszy rok żądała rozwodu z ojcem, wiedział, że po półtora roku od jego odejścia straciła pracę w korporacji; chyba to był ten moment, w którym wystraszyła się, że kiedy rozwiedzie się z jego ojcem, wciąż sumiennie zamieniającym w Banku Gringotta magiczne galeony na brytyjskie funty, straci środki zapewniające jej wygodne, utopijne życie, chyba przeraziła ją wizja, którą przed sobą ujrzała, chyba nie miała dla siebie żadnego pomysłu na życie. Nie miał pewności, jak było naprawdę - wiedział tylko tyle, że właśnie wtedy przestała go szukać.


-VVV-


Mógł mieć więcej, niż aprobata ojca mogła mu kiedykolwiek dać. Mógł zyskać uwagę najpotężniejszego czarnoksiężnika dekady, której łaknął tak długo i tak zachłannie. Gra toczyła się o szacunek, który musiał, musiał odzyskać. Ponieważ postąpił słusznie, ponieważ stawał się kimś silnym, ponieważ - chociaż nie był już dzieckiem, chociaż nie był już nastolatkiem o buntowniczych zapędach - miał zamiar udowodnić przed samym sobą (ignorując głos rozsądku, który dudnił gdzieś na tyłach jego czaszki cichym głosem matki), że jeszcze wygra w tej batalii.

Czarny Pan powierzył mu zadanie i złożył pewną obietnicę. Co stało na świeczniku? A to, że jeżeli Joseph w ciągu dziesięciu miesięcy udowodni swoją wartość, zostanie z otwartymi ramionami przywitany w szeregach tych kilku wyróżnionych, w szeregach tych najwierniejszych, w szeregach tych podziwianych przez szare twarze bezimiennych, nieznaczących Śmierciożerców: on - Joseph Hughes - zostanie przyjęty do tego grona, nad którym tak długo piał z zachwytu, na które spoglądał zza szarej, bezimiennej maski całymi miesiącami, do tego grona nielicznych, którzy byli kimś pośród całego morza przeciętności: do Wewnętrznego Kręgu Czarnego Pana. Do tej garstki zaufanych. Do najwierniejszych.


-VVV-


Teraz biegł. Biegł, bo jego zaklęcie tropiące krzyczało, wyło jak syreny, zestresowany jak dzieciak przed pierwszym egzaminem w życiu. Choć nie - zestresowany, to nie było dobre słowo. To nie było dobre słowo na określenie tego, jak miękły mu kolana, jak trzęsły się dłonie i kostniały palce, w których z całych sił ściskał różdżkę. Jak zasychało mu w ustach, choć nie wiedział, czy to przez ogrom wrażeń, czy przez zimne powietrze chłostające go po twarzy. Jak próbował łapać oddech, smakując całych pokładów lodowatego wiatru, tańczącego pomiędzy jego zębami, uderzającego w dziąsła, które piekły, piekły, piekły.

Ile razy przemknęła mu przez głowę myśl, że już jest za późno? Że chyba czuje efekty niedotrzymanej przysięgi? Że chyba gra mu w żyłach zaklęcie łamane z trzaskiem na pół? Że (o Merlinie, o Merlinie, o Merlinie) chyba drętwieją mu palce, dłonie, całe ramiona - czy to już to, czy tylko efekt chłodu, strachu, suchego powietrza?

I złapał się na tym, że po raz pierwszy w swoim nie tak długim, jakby sobie tego życzył życiu, zastanawia się, jak to jest: umierać. Czy rozpozna moment, w którym to się zacznie? Czy cokolwiek zauważy, poczuje?

Czy już się zaczęło?

Jeszcze nie, jeszcze nie, jeszcze jest w stanie myśleć w miarę logicznie.


-VVV-


To nadchodziło cicho jak szok i wcale nie był przygotowany choć w tak niewielkim stopniu, jak mu się wydawało, że jest.

Ministerstwo było ciche i zalane ciemnością, a posadzki dzwoniły echem jego kroków, zagłuszając szaleńcze bicie jego serca. Harry stał w wielkim, kolistym przedsionku i widział czerń. Otaczało go tuzin drzwi, bez klamek, bez zamków, wszystkie czarne jak smoła, ledwie widoczne na tle czarnych ścian. Pomiędzy szeregiem otaczających go zewsząd drzwi, w długich, mosiężnych uchwytach, tkwiły świece. Ich drżące płomienie jaśniały jak świetliki w ciemności, wyciągając cienie z każdej nierówności podłogi.

Przez chwilę stał i patrzył na ściany, i myślał, że jest ponad lęk i ponad niepewność, że przyszedł tu w określonym celu i wcale nie opływają go fale płynnego jak ocean niepokoju - ale to nieprawda.

Harry przełożył kilka razy różdżkę z ręki do ręki, przyglądając się szeregowi czarnych drzwi, a każda para wyglądająca jak przejście do piekieł sprawiała, że miał chęć odwrócić wzrok i iść w inną stronę.

Wyciągnął rękę ku najbliższym drzwiom bez klamki, ale chłód, jaki od nich bił, sprawił, że natychmiast ją cofnął, marszcząc w niepokoju brwi. I przez chwilę błogosławił Hughesa i namiętne wpajanie mu tej całej wiedzy o Ministerstwie Magii.

— Departament Tajemnic? — bąknął, trochę niepewnie i na wszelki wypadek zacisnął mocniej dłoń na różdżce. Nikt mu nie powie, że nie zachował ostrożności.

Wysokie, skrzypiące drzwi za jego plecami otworzyły się powoli jak zapowiedź nieszczęścia i Harry, gdyby miał trochę oleju w głowie, wycofałby się, gdy tylko siateczka dreszczy przemknęła jak cień po jego plecach. Mimo to odwrócił się ku nim, mierząc je tym samym spojrzeniem, co Rogogona Węgierskiego na swoim czwartym roku na wielkiej, rozległej arenie podczas Turnieju Trójmagicznego.

Przed sobą zobaczył pomieszczenie po brzegi wypełnione regałami sięgającymi sufitu. Na półkach regałów coś się mieniło, odbijając refleksy padające z wysokich żyrandoli płonących przytłumionym, białym światłem. Regały rzucały długie, drżące cienie na drewnianą, równą podłogę. Harry zerknął na jaśniejące na jednym z najbliżej wiszących żyrandoli, zimne kule światła, pulsujące jak ciało meduzy. Błyszczały pomiędzy sięgającymi sufitu regałami jak latarnie morskie wskazujące drogę podróżnym.

I choć wszystkie dzwony w jego podświadomości biły na alarm, Harry wyprostował plecy, aby dodać sobie animuszu i sprężystym krokiem przekroczył wysoki próg, zanurzając się w morze regałów, wdychając (niemalże znajomy) zapach butwiejącego drewna.


-VVV-


Znał to miejsce. Już w nim kiedyś był, chociaż nie na jawie. Znał te regały pościerane czasem, napęczniałe od kurzu i wilgoci. Wdychał powoli znajome zapachy kumulujące się wokół jego głowy jak chmury - tak pachniało suche drewno, tak pachniało zawilgocone drewno, tak pachniało butwiejące drewno. Harry przez chwilę tylko tam stał - pomiędzy wysokimi regałami, unosząc wysoko podbródek, aby objąć wzrokiem najwyższe półki, bojąc się naruszyć to miejsce. Wydawało mu się, że jak tknie palcem jeden z regałów, szklane kule zaczną sypać się w dół, wprost na jego głowę, pod jego stopy, roztrzaskując się z hukiem na przykrytej cieniami podłodze.

Pod niektórymi, szklanymi kulami tkwiły niewielkie tabliczki z nazwiskami przymocowane na cienkich, drewnianych krawędziach. Harry ruszył wzdłuż długich regałów, przeciągając palcami po brzegach półek, czując na opuszkach palców klejący się do nich kurz. Nie musiał zgadywać - już wiedział, z czym ma do czynienia.

Ciężar gdzieś wewnątrz jego piersi przytłaczał, bo chociaż wiedział, że gdzieś tutaj, niedaleko, znajduje się kres jego podróży do Londynu, że gdzieś tutaj, migocząc bladym, odbitym światłem, znajdzie szklaną, niewielką kulę, którą będzie mógł schować w dłoni, chociaż wiedział, że to jest miejsce, w którym przyjdzie mu zrozumieć, dlaczego w jego wczesnym dzieciństwie wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej, nie był pewien, czy to jest coś, co przyjdzie mu znieść bez uszczerbku w psychice.

Podświadomie dobrze znał to miejsce. Przemierzał go kilkakrotnie - w swoich snach okadzonych mgłą, przepełnionych zacierającymi się kształtami. Wiedział, który to regał, wiedział, która półka, znał jej wygląd, chociaż jeszcze nigdy na nią nie patrzył.

Szedł pomiędzy alejkami, słysząc dudnienie swojego serca; wypełniało mu ono czaszkę, huczało w uszach. Jego kroki bębniły o posadzkę - wydawały mu się niemożliwie głośne w tej niemej przestrzeni, niemal pretensjonalne.

Uniósł wyżej różdżkę, przyświecając nią sobie niewielkie tabliczki z numeracją regałów, kiedy lejące się z sufitu światło okazało się niewystarczające. Mrużył oczy, czytając płaskie, metalowe tabliczki, na których wklęsłe litery układały się w obce nazwiska.

Zastanawiał się, dlaczego nie słyszy żadnych syren, żadnego wycia ministerialnych zabezpieczeń, dlaczego, kiedy ściera palcami kurz z wiekowych półek, nie uaktywnia radarów Zakonu Feniksa, które przecież muszą gdzieś tutaj być, pośród całej tej skumulowanej magii, która brzęczała wokół niego, ślizgając się po skórze jak dym.

Jego nazwisko wyłoniło się z cieni jak fatamorgana. Tabliczka była chłodna, kiedy przeciągał palcami po swoim nazwisku. Stał przy wysokim regale, unosząc nieznacznie głowę, aby spojrzeć na jedną z kul, na pierwszy rzut oka niczym niewyróżniającą się spośród pozostałych. W dłoniach czuł mrowienie, a ponaglający głos gdzieś w jego podświadomości szeptał do niego, aby wyciągnął rękę, aby ściągnął ją z półki, aby miał to już za sobą.

Była tak chłodna pod jego palcami, że przez chwilę zdawało mu się, że ściska w dłoni lód.


-VVV-


Być może usłyszałby kroki, gdyby nie był tak skupiony na przepowiedni, wokół której owijał palce. Milcząca, chłodna i przeźroczysta jak okienna szyba, kpiła z niego samym swoim istnieniem. Zastanawiając się, jak ją uaktywnić, uniósł ją na wysokość oczu i przyglądał się mgiełce o barwie mleka kotłującej się wewnątrz szkła z rozleniwieniem godnym starego kocura. Nie usłyszał żadnych słów w głowie - jak tego podświadomie oczekiwał, nie zobaczył żadnych obrazów wewnątrz szklanej kuli, nie stało się nic szczególnego, czego z mocno bijącym sercem oczekiwał. Przyświecił sobie różdżką jej powierzchnię, ale mleczna poświata kłębiąca się wewnątrz szkła wcale nie zgęstniała ani nie nabrała bardziej fizycznych kształtów. Przypominała mu nieco szklaną, zabawkową kulę, wewnątrz której pada śnieg, jeśli ją obrócić, którą jego kuzyn zwykł bawić się w dzieciństwie. Nie wyróżniała się wcale spośród tych tandetnych, mugolskich ozdóbek świątecznych, z tym że zamiast sztucznego śniegu, jej obły brzuch wypełniała magia, której Harry nie rozumiał i której - jeśli się nad tym zastanowić - wcale nie chciał zrozumieć.

Przez chwilę zachodził w głowę, czy nie odłożyć jej na półkę, czy nie odejść z pustymi rękami. Może niektórych prawd nie powinno się nigdy usłyszeć.

Zanim jednak podjął decyzję, usłyszał szmer, który przyprawił go o łaskotanie żołądka; doszedł do niego z prawej strony korytarza, moment później z drugiej. Widział również trzeci korytarz - znajdował się całkiem niedaleko, w zasięgu kilku kroków - jednak, kiedy ruszył pospiesznie w jego stronę, przyciskając szklaną kulę do piersi, zatrzymał się w pół kroku, mając wrażenie, że jego ciało sztywnieje, że drętwieją mu nogi, a potem ramiona. Jego oczy prześlizgnęły się przez czarną szatę wysokiej postaci, opinającą się lekko na chudym ciele, przez długie palce zakończone brudnymi, przydługimi paznokciami, owiniętymi wokół zdobionej różdżki, po stalowej masce pokrytej prostymi grawerunkami; ochronnym gestem przycisnął szklaną kulę do piersi. Obrócił się napięcie (jego szata starła kurz z krawędzi dolnych półek), tylko po to, żeby odkryć, że kolejne dwie postacie zbliżają się niespiesznie z sąsiedniego korytarza. Ich kroki, choć niemal bezszelestne, zadzwoniły mu w uszach jak werble.

Wyglądali trochę jak upiory, które powstały z mroku, aby zemścić się za zakłócanie ich spokoju.

Harry wiedział, że jest sam. Patrzył na srebrne maski migoczące w mdłym świetle lejącym się z wysokiego żyrandolu i rozumiał, że ich jest siedmiu, a on jest sam. Przeciągnął dłonią po szacie, wygładzając nerwowo nierówności w czarnym, zwiewnym materiale i spojrzał w kunsztowne żłobienia srebrnych masek, wijące się wzory i wklęsłości w miejscach oczu. Podobały mu się - ta absurdalna myśl przemknęła mu przez głowę jak cień drapieżnego ptaka wnet znikający w chmurach. Widać, że ich twórca włożył wiele starań, by wyglądały tak majestatycznie i złowieszczo zarazem.

Uniósł wysoko brodę, starając się sobie wmówić, że jego serce wcale nie gna jak oszalałe, łupiąc o mostek jak skrzydła kolibra uderzające w powietrze. I chociaż wiedział, że nie ma czym przełykać, że robi mu się słabo pod czaszką, że dzwoni mu w uszach, jakby wokół rozlegało się fałszywe, jednolite dudnienie, że żołądek ściska się pod jego skórą, jakby się kurczył, zmusił swoje usta do wygięcia się w szyderczy grymas. Tak bardzo się bał ukazać przed tymi zwierzętami żerującymi na krzywdzie własny lęk.


-VVV-


Harry czuł uderzenia własnego serca o mostek, ale prędzej pozwoliłby się skrzywdzić, uderzyć, zaczarować, niż przyznałby się do tego głośno. I chociaż coś silnego i okrutnie zimnego ściskało jak węzeł żeglarski jego wnętrzności, wyprostował plecy i przywołał na swoją twarz wyraz głębokiej, szczerej pogardy.

W głowie mu szumiało.

Stojąca przed nim postać przechyliła głowę; zza srebrnej, zdobionej maski błysnęły na Harry'ego szare jak kurz oczy.

— Chyba powinieneś mi to oddać. — Śmierciożerca skinął głową na ściskaną w śliskiej dłoni Harry'ego przepowiednię; Harry rozpoznał ten głos. Rozpoznał go już przy pierwszej sylabie i teraz, zerkając okiem na długą, czarną, posrebrzaną na zdobionym uchwycie w kształcie paszczy węża laskę i zaciśniętą na niej dłoń zdobioną dużym, bogatym, rodowym pierścieniem otulającym środkowy palec, na którego oczku lśnił wyżłobiony w nim herb rodu Malfoyów, zastanawiał się, jak to możliwe, że w pierwszej chwili nie rozpoznał w tej postawnej sylwetce Lucjusza Malfoya.

Powoli podszedł do Harry'ego (jeden rzut oka przez ramię na dwie postacie w czerni zastawiające mu drogę odwrotu zniwelował jego zamiar ucieczki), nachylił się i przybliżył twarz skrytą za maską do twarzy Harry'ego. Harry mógł dokładnie zobaczyć najlżejsze wyżłobienia zdobiące jej matową powierzchnię, najniklejszy zawijas uwydatniający wklęsłości w policzkach, metal ułożony tak kunsztownie, jakby uwydatniał każdą nierówność twarzy, odzwierciedlał ułożenie kości policzkowych, opinał chudą szczękę, układał się zgrabnie na niewielkim nosie i Harry zaczął się zastanawiać, czy wnętrze maski przylega ściśle do skóry, która się za nią skrywa. Zatrzymał wzrok na wąskich szparach w kształcie migdałów, spoglądając prosto w płonące zza nich srebrzyście oczy.

Czuł bijącą od Lucjusza Malfoya woń jakichś drogich, intensywnych perfum, które wkradając się do jego nozdrzy, sprawiły, że zakręciło mu się w głowie. Mimo to skupił wzrok i nie spuścił oczu z wąskich szpar w zdobionej masce majaczących mu tuż przed nosem.

— To przepowiednia, prawda? — zapytał z nabożną czcią Harry, starając się zyskać na czasie i wymyślić, jak powinien postąpić, aby wywinąć się z tej patowej sytuacji; zastanawiał się, czy pochylony nad nim Lucjusz słyszy dzikie tętnienie serca w jego piersi. — Najprawdziwsza?

Lucjusz uśmiechnął się; Harry rozpoznał to jedynie po delikatnych, płaskich zmarszczkach, które wykwitły przy zewnętrznych kącikach jego migdałowych oczu. Chłodny dreszcz przemknął w górę jego kręgosłupa.

— Tak niewiele wiesz o świecie magii, prawda? — To zabrzmiało bardziej jak stwierdzenie oczywistego niż pytanie.

Ta jedna uszczypliwość dała Harry'emu podstawy, by podejrzewać, że Lucjusz Malfoy nie wie nic o zadaniu, które - jak podejrzewał - Voldemort zadał Hughesowi. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, na jakim gruncie przyszło mu postawić stopę. Strach przepływał przez całe jego ciało, aż po opuszki palców.

— To najprawdziwsza przepowiednia, Harry — zamruczał Lucjusz, wciąż utrzymując oczy na poziomie jego wzroku; gdzieś za jego plecami, spośród cieni, rozległ się kobiecy, dźwięczny chichot, brzmiący trochę jak śmiech ubawionego dziecka. — Mogę ci pokazać, jak ona działa. Jeśli chcesz.

Kusił go. Przeklęty drań. Wyciągnął dłoń, jakby w prośbie o to, by mu ją uprzejmie wręczył, tę szklaną kulkę, a Harry zerknął na nią, walcząc o to, by w rysach jego twarzy nie zagnieździła się pogarda (czy ta cała przepowiednia warta była zachodu?).

Harry mocniej zacisnął palce na kruchym szkle.

— Na tabliczce było moje nazwisko — powiedział cicho, posyłając Lucjuszowi spojrzenie nieskalanej niewinności, zastanawiając się tym samym, czy Lucjusz zorientuje się, że wie na temat tej przeklętej przepowiedni nieco więcej, niż którakolwiek z otaczających go bestii w czerni przypuszczała.

Ojoj — zapiszczał kobiecy głos zza pleców Lucjusza, przyciągając spojrzenie Harry'ego do maski nieco jaśniejszej od reszty - barwą nieco przypominała platynę — biedny, nieświadomy Pottuś nie wie, co wpadło w jego małe rączki — zaszczebiotała jak dziecko; kręcony kosmyk czarnych, długich włosów wymsknął się zza jej kaptura. Przestąpiła kilka kroków do przodu, wyłaniając się z przykrywającego ją cienia i sięgnęła obiema dłońmi do kaptura, zsuwając go z głowy.

Harry nie wiedział, dlaczego poczuł gwałtowny ucisk w gardle na widok burzy czarnych loków opadających gładko na głęboki dekolt i płonących szaleństwem oczu. Koślawa różdżka przesunęła się przed smukłą twarzą, a kunsztowna maska zdawała się rozpłynąć jak lód w ciepłej wodzie i chwilę później patrzył poprzez drżący wciąż w ciężkim powietrzu dym ulatniający się z miejsc, gdzie chwilę temu widniała wypolerowana platyna, na bladą twarz o arystokratycznych rysach i szeroki, skropiony obłędem uśmiech pokazujący krzywe zęby. Harry poczuł, jak robi mu się zimno w kościach.

Przygryzając usta, całą siłą woli powstrzymując się od niespokojnego przebierania nogami, przytulił mocniej szklaną kulę do piersi i spojrzał sponad niej na prostującego się niespiesznie Lucjusza.

— Spokojnie, Bella — odezwał się, nie odrywając spojrzenia od zastygłej jak gipsowy odlew pośmiertny twarzy Harry'ego. — Nie chcemy przecież pana Pottera przestraszyć.

Kobieta zachichotała i zdmuchnęła z pobladłej, mocno zapadłej twarzy kosmyki kręconych, ciemnych włosów wpadających jej do oczu.

Lucjusz Malfoy nie cofnął ręki.

— Widzisz, Harry — zamruczał, przechylając głowę; za plecami Harry'ego rozbrzmiał męski, sprośny śmiech, który sprawił, że włoski stanęły mu na karku; nie odwrócił głowy, aby odszukać wzrokiem właściciela tego śmiechu — przepowiednię może zdjąć z półki tylko ta osoba, której ona dotyczy. Więc można powiedzieć, że dzisiaj jest twój szczęśliwy dzień.

Stojący za nim mężczyzna ponownie się roześmiał; tym razem głośniej i mocniej - niemal obelżywie; Harry przygryzł wnętrze policzka, przełykając niespokojnie ślinę.

Lucjusz uniósł dłoń, uciszając gwałtowny, rubaszny rechot odbijający się echem od regałów.

— Nie śmiej się Crabbe — uciął, ani na moment nie odrywając spojrzenia od twarzy przepełnionego niepokojem Harry'ego — nie wypada.

Nie trzeba nie wiadomo jak intensywnych kalkulacji, aby dojść do wniosku, że to pan Malfoy przewodził dziś tej hołocie.

— No więc? — przechylił głowę Lucjusz Malfoy, przyglądając mu się, jakby Harry był czymś dziwnym i niechcianym, co zastąpiło mu drogę. — Oddasz mi przepowiednię, a my zostawimy cię w spokoju i nic ci się nie stanie. Możemy się tak umówić, panie Potter?

Harry zrozumiał, że przepowiednia to jedyna karta w jego talii, która powstrzymuje Śmierciożerców przed zaatakowaniem go. Zbyt mocno obawiają się ją zniszczyć, aby podkusić się o skoczenie mu do gardła.

Mimo że chłodny jak metal w trakcie przymrozków strach zżerał go od środka, cofnął się, nie szczędząc sobie kwaśnego skrzywienia na Malfoya.

— Jest pan obłudny — wyrzucił mu, czym zasłużył sobie na przewrotny uśmiech samozadowolenia.

— Cieszę się, że mogliśmy poznać się lepiej.

Harry zacisnął zęby.

— Skąd mam mieć pewność, że nie zabije mnie pan, kiedy tylko dam panu tę kulkę? — wycedził, a Lucjusz Malfoy zacmokał, przechylając w zamyśleniu głowę.

— Och, panie Potter, przecież pan wie, że nie mogę pana zabić bez rozkazu — błysnął na niego nieskazitelną bielą zębów Lucjusz.

Harry zmrużył na niego oczy.

— Nie wiem, czy pan wie, panie Malfoy, ale przepowiednia może ulec niechcianemu zniszczeniu, jeśli zaczniemy tu o nią walczyć — oznajmił rzeczowo, porzucając swoją maskę nieświadomego chłopca.

Lucjusz przyjrzał mu się spod rzęs z nieco większą uwagą niż chwilę temu.

— Nikt tutaj nie będzie słał w pana stronę klątw, panie Potter — skłamał gładko, uśmiechając się niemalże przymilnie. — Chcemy tylko dostać przepowiednię.

Harry, napinając mięśnie jak do skoku, pomyślał, że jeśli teraz nie spróbuje uciec, to nigdy tego nie zrobi.

— Jakoś ciężko mi w to uwierzyć — prychnął więc i zanim Lucjusz Malfoy zorientował się w jego zamiarach, wypalił pospiesznie z różdżki, celując w wysokie regały.

Błysnęła seria czerwonych świateł, półki trzasnęły, regały zatrzęsły się z chrzęstem i runęły w dół. Harry zanurkował pod ramieniem stojącego za nim Śmierciożercy, kiedy ten uniósł ręce, by uchronić się zaklęciem przed padającą na jego głowę serią szklanych, ciężkich kul. Słysząc za sobą wściekły, rozdzierający jego odwagę na pół, kobiecy wrzask i towarzyszący mu odgłos tłuczonego szkła, zaczął biec ile sił w nogach do wyjścia z Sali Przepowiedni, dysząc i plując, i charcząc przy tym jak stary, umęczony życiem kot. Wiedział, że jeśli za moment się nie ulotni, jeśli pozwoli się dopaść, dosięgnąć, to straci szansę na ucieczkę, wiedział, że Śmierciożerców nie da się zatrzymać na długo, wiedział to, kiedy odbijał w biegu lecące ku niemu zaklęcia, osłaniając głowę ramionami przed zabłąkanymi przepowiedniami, których głuchy trzask dzwonił mu w uszach tak mocno, że dziwił się, że nie pękają mu przy tym bębenki. Usłyszał świst zaklęć i poczuł łzy na policzkach; powiew zimnego powietrza szastał go po oczach. Kątem oka dojrzał trzy czarne smugi magii, które wzniosły się ponad walące się regały jak zwiastuny nieszczęścia. Z rezygnacją połykającą jego pierś jak trucizna dojrzał pozostałe trzy sylwetki biegnące tuż za nim z powiewem szat, ślące ku niemu serię zaklęć, przed którymi uskakiwał za rogi korytarzyków, między rzędy półek, nieomal mechanicznie inkantując raz po raz zaklęcie: Protego. Miał ich na ogonie - całą szóstkę, nie udało mu się wyeliminować ani jednego. Z roztargnieniem przewrócił zaklęciem kolejny regał, kuląc głowę między ramionami, osłaniając się zaklęciem przed spadającymi z półek jak granaty kulami. Serce burzyło się w jego piersi, ręce drżały, wilgoć osiadła mu na twarzy jak rosa.

Kiedy poczuł uderzenie w nogę, wrzasnął i poleciał na twarz, w ostatniej chwili ratując się zaklęciem przed przywaleniem głową w posadzkę, tylko cudem nie niszcząc przy tym chłodnej w jego palcach kuli. Przycisnął mocniej przepowiednię do piersi i przewrócił się na plecy, ścierając pokłady kurzu z jej śliskiej nawierzchni, wielkimi z szoku i bólu oczami patrząc na srebrną maskę wyłaniającą się z potoku czarnej, ni to płynnej, ni to gazowej masy; oddychał przyspieszonym rytmem, czując szaleńcze pulsowanie żyły na skroni. Śmierciożerca uniósł wyżej ramię, celując mu różdżką prosto w twarz (odniósł abstrakcyjne wrażenie, że patrzy na to w zwolnionym tempie). Zdawało mu się, że widzi już na jej czubku wzbierającą czerwienią klątwę. Pomyślał, że lada chwila wypluje własne serce.

— TRAVERS! NIE! — zagrzmiał donośny głos gdzieś zza jego pleców; głos, który poznawał, głos, który potoczył się echem po sali, ginąc w dźwiękach tłukącego się szkła.

Pomiędzy Harry'ego a różdżkę mającego go na celowniku Śmierciożercy, sprawiając, że Harry przez moment stracił oddech, wpadł Joseph Hughes, rozkładając szeroko ramiona.

(Musiał przetrzeć oczy, aby dać w to wiarę).


-VVV-


— Ty pieprzony zdrajco! — wybuchnął jeden z zakapturzonych mężczyzn, zdzierając gwałtownym gestem maskę. Harry ujrzał zmizerniałą twarz poznaczoną bliznami i pełne zmarszczek oczy o żółtawych białkach. Na zapadłe policzki wylała się splątana fala czarnych włosów.

Hughes zadrżał, ale bynajmniej nie ze strachu.

Ja jestem zdrajcą? — wyśmiał go, ciskając w tę spłowiałą twarz spojrzeniem zimnych, niebieskich oczu. — Mnie nazywasz zdrajcą, Rabastanie? To wy, idioci, działacie bez rozkazu! — oskarżył ostrym tonem, który przeciął powietrze jak sztylet.

Kilka zakapturzonych postaci spojrzało po sobie niczym skazańcy przyłapani na ciężkim wykroczeniu, którzy mimo wszystko starają się ukryć swoje przewinienie za kurtyną nieświadomości.

Kobieta w poplątanych włosach i z ogniem w oczach odchyliła głowę do tyłu i roześmiała się obłąkańczym śmiechem. Harry, marszcząc brwi, przesuwając się na chłodnej podłodze, wychylając głowę zza rąbka szaty Hughesa, spojrzał w jej twarz, próbując dopasować do niej nazwisko. Chyba widział już te ostre rysy w gazecie. Tamta papierowa twarz była trochę młodsza, trochę bardziej zadbana, ale rozpoznał ją po obłędzie w oczach. Bellatrix Lestrange. To ona wraz z mężem i szwagrem torturowała rodziców Neville'a wiele lat temu. To ona doprowadziła ich do choroby psychicznej. To ona zrujnowała Neville'owi życie.

— Myślicie, że nie wiem? — wycedził Hughes, wyrywając go z pętli zawiści rodzącej się skokowo w jego umyśle; głos Hughesa zabrzmiał jak lód, oblekł słowa jak szron. — Myślicie, że o tym, na bogów, nie wiem?

Bellatrix wychyliła się zza ramienia Lucjusza, koncentrując rozżarzone, płonące furią oczy w Hughesie, obnażając zęby jak zwierzę.

— Jak śmiesz tak się do nas zwracać? — zawołała, a jej głos jak fala przedarł się przez salę, drażniąc uszy Harry'ego. — Ty plugawy podnóżku!

Pomiędzy rzędami solidnych półek przebrzmiał wściekły, gardłowy pomruk i Harry nie od razu zrozumiał, że uciekł on z ust osłaniającego go mężczyzny.

— Możesz być sobie członkinią Wewnętrznego Kręgu, Bella — chłodny i suchy ton głosu Hughesa sprawił, że Harry drgnął konwulsyjnie, choć wiedział, że jego gniew nie był skierowany ku niemu — problem polega na tym, że nie wszystkie układy Czarnego Pana przechodzą przez twoje uszy.

Harry obserwował, jak Hughes prostuje dumnie plecy, jak ściąga łopatki, jak unosi wyżej głowę.

— Zapytaj Alecto Carrow, jak nie wierzysz — wycedził przez zęby — ale obiecywałem go chronić — w jego głosie zabrzmiała nieustępliwość; Harry mógł usłyszeć w nim zalążek dumy. — Jestem związany z Czarnym Panem Wieczystą Przysięgą.

Harry, czując się, jakby jechał w dół bardzo szybką windą, zamknął oczy.


-VVV-


Czy ty, Josephie Hughes, przysięgasz śledzić Harry'ego Pottera i informować mnie odnośnie do wszystkich jego poczynań, które wydadzą ci się istotne?

Czy przysięgasz dopilnować, aby słuchy o komitywie między mną a Harrym Potterem nie doszły Albusa Dumbledore'a?

Czy przysięgasz dołożyć wszelkich starań do wyszkolenia Harry'ego Pottera w dziedzinie funkcjonowania magicznego świata?

I czy przysięgasz ustrzec go przed wszelkim zagrożeniem, czuwać nad nim i uczynić wszystko, co w twojej mocy, aby zachować go przy życiu?

Czy jeśli zajdzie taka konieczność, przysięgasz ochronić jego życie kosztem swojego?


-VVV-


Przysięgam.


-VVV-


Czując się, nie przymierzając, tak, jakby przydzwoniono mu w głowę bardzo ciężkim przedmiotem, Harry zapragnął stąd uciec, zniknąć, zapaść się pod ziemię.

Zaciskając zęby, słysząc głuche dzwonienie w uszach, spojrzał pustym wzrokiem w szkło ściskanej w dłoni przepowiedni. Gdyby tylko umożliwiłaby mu ona ucieczkę... Gdyby nie była starym zapiskiem jakiegoś proroctwa, które mu narzucono, a Świstoklikiem, trochę kruchym, trochę nieporęcznym, ale jednak...

Myśli Harry'ego zatrzymały się jak zastopowana klatka w mugolskim filmie, a potem cofnęły w przyspieszonym tempie, potęgując i tak oszalałe palpitacje jego serca.

Świstoklik — przypomniał sobie Harry, mając gorącą ochotę uderzyć się tą przeklętą przepowiednią w czoło. — Przecież dostałem od Syriusza Świstoklik.

Oblizał usta, czując monotonny pisk narastający w uszach, myśląc, że oto i zbawienne wyjście z tej niemożliwej sytuacji - a jakie proste! Gdyby tylko wcześniej o tym pomyślał, gdyby tylko przyszło mu do głowy, że nie musi rzucać się do ucieczki, że rozwiązanie czai się głęboko w jednej z wewnętrznych kieszeni jego szaty.

Rozpiął jeden ze środkowych guzików i sięgnął do gorącej kieszeni, macając jej dno, słysząc bicie własnego serca w uszach. Jego palce natrafiły na obły, niewielki kształt, a serce podskoczyło pod mostkiem; Harry wyciągnął kasztana, przycisnął go do ust i obracając nim w dłoni jak szczęśliwą monetą, wyszeptał trzy słowa, które mogłyby uaktywniać ten mały, cudowny przedmiot:

— Syriusz. Zakon Feniksa. Kwatera Główna.


-VVV-


Jedyne, co nie przyszło mu do głowy, to, że kasztan może nie umożliwiać przenoszenia się z miejsca w miejsce czarodziejowi, który z niego skorzysta, a wezwać innego czarodzieja - znajdującego się całe mile od danego miejsca - do siebie.