— Martwisz się o młodego Malfoya, prawda? — zapytała Auriga.
Severus spojrzał na nią z zaskoczeniem znad swojego kociołka. Czarownica uśmiechnęła się lekko.
— Nietrudno zgadnąć — stwierdziła, wracając do krojenia składników. W zasadzie nie musiała mu pomagać; od września Horacy przejął część jego obowiązków związanych z zaopatrywaniem szkoły i Zakonu w eliksiry, więc spokojnie wyrabiał się ze wszystkim, ale chyba po prostu to polubiła.
— Odkąd Lucjusz Malfoy jest w Azkabanie, Draco stał się zamknięty w sobie i wycofany — ciągnęła. — Opuścił się w nauce, nie zależy mu na ocenach. Kiedyś miałeś z nim dobry kontakt, ale teraz cię unika i nie chce z tobą rozmawiać. Z pewnością ma do ciebie żal o ojca. Wolałby, żeby to ciebie złapano, a nie jego.
— Tak, rzeczywiście — przyznał Severus niechętnie.
— Czy wiesz, jakie otrzymał zadanie?
Snape zmarszczył brwi.
— Słucham?
— Och, przecież widać, że pochłania go co innego niż szkoła. Latem przyjął Mroczny Znak, prawda?
Czasem zapominał, z jak bystrą i przenikliwą kobietą się spotyka. Auriga rzadko kiedy pytała o takie rzeczy wprost, nauczona doświadczeniem, że i tak nie dostanie odpowiedzi. Zwykle jednak udawało jej się dowiedzieć więcej niż by chciał. Jak nikt potrafiła czytać między wierszami i wyłapywać sens ze strzępów usłyszanych rozmów i lakonicznych informacji, których jej udzielał.
— Co ma zrobić w szkole? Rekrutować kolegów?
Wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć, że nie ma pojęcia. W odpowiedzi zmarszczyła lekko brwi, co oznaczało, że doskonale wiedziała, że naprawdę chodziło to, że nie chce z nią o tym rozmawiać. Nie pytała jednak dalej.
— Nie powinieneś dodać już tych ziół? — rzuciła tylko.
Severus spojrzał na wywar, który pod jego nieuwagę zdążył się zagotować i przybrać ciemnoszary kolor. Jeszcze chwila, a całość wykipiałaby na palnik. Snape zaklęciem szybko zmniejszył ogień pod kociołkiem i zaczął dodawać zioła niewielkimi porcjami.
Auriga zaczekała, aż skończy, a potem drążyła dalej:
— Czy ten wypadek z Katie Bell to była jego sprawka?
— Nie mamy dowodów — odparł szybko.
— Ale ty też uważasz, że to on. Naszyjnik był przeznaczony dla Dumbledore'a. Czy Draco dostał polecenie, żeby... — urwała, krzywiąc się lekko, jakby następne słowa nie mogły przejść jej przez gardło.
Severus wzruszył ramionami.
— Nawet jeśli, to nie zamierzam do tego dopuścić — powiedział, z goryczą uświadamiając sobie, że to nawet nie jest kłamstwo. — Cały czas staram się dowiedzieć, co planuje.
Auriga skinęła głową i uspokojona pochyliła się nad kociołkiem.
xxx
W połowie tygodnia Severus przeniósł się do Malfoy Manor. Zgodnie z ofertą Narcyzy, oddano mu do dyspozycji komnaty w mało używanej części dworu: obszerny pokój z łazienką oraz przylegającą do niego niedużą pracownię.
— Powinno być ci tam wygodnie — powiedziała Narcyza, prowadząc go przez westybul. — Skrzaty wszystko przygotowały, ale gdybyś jeszcze czegoś potrzebował, daj im znać. Nie mamy ich zbyt wielu, ale Spodek nadal będzie ci służył...
— A więc naprawdę będzie teraz z nami mieszkał? — usłyszeli nagle.
Severus odwrócił się i zobaczył Draco stojącego pośrodku schodów z pełną niedowierzania miną. Cóż, ani przez chwilę nie spodziewał się ciepłego powitania z jego strony, ale wrogość wyzierająca ze spojrzenia chłopaka nieco go zaskoczyła.
— Rozmawialiśmy o tym, Draco — odparła Narcyza spokojnie.
— I powiedziałem wam, że to zły pomysł. Ale rozumiem, że moje zdanie liczy się w tym domu mniej niż wygoda pieprzonego zdrajcy.
— Draco...
Chłopak zignorował ją, odwrócił się i pobiegł na górę. Narcyza westchnęła ciężko.
— Przepraszam, powinniśmy cię ostrzec — zwróciła się do Snape'a. — Draco niezbyt dobrze reaguje na twoją obecność. Jest bardzo... zagubiony. Pójdę z nim porozmawiać, Spodek pokaże ci drogę.
Severus skinął głową.
Narcyza przywołała skrzata, a sama poszła szukać syna. Snape wiedział, że chłopak nie darzy go sympatią i ani przez chwilę nie wątpił, że po tym, co się stało w zeszłym roku, jego niechęć jedynie wzrosła. Może powinien się go obawiać, w końcu bez różdżki stanowił łatwy cel... Zresztą fizyczny atak to niejedyny sposób, w jaki Draco mógł mu zaszkodzić. Ale skoro dotąd nie sprawiał kłopotów, to może nie było się czym przejmować. Może rodzice mieli na niego większy wpływ, niż przypuszczał.
Spodek pokazał mu jego nowy pokój — wyglądał na wygodny i przytulny, ale Snape nie poświęcił mu większej uwagi i od razu poprosił skrzata, by zaprowadził go do pracowni.
— Dziękuję, to wszystko — odprawił stworzenie, rozglądając się po jej wnętrzu.
Wcześniej musiał mieścić się tu jakiś gabinet albo salonik; usunięto wszystkie meble, ale ściany wciąż pokrywała ozdobna tapeta w zielono szare pasy. Pośrodku stał duży drewniany stół, a w kącie kredens, w którym Snape znalazł szeroki wybór kociołków i szkła laboratoryjnego, zestaw noży z ostrzami odpowiednimi do krojenia różnego rodzaju składników oraz różnej wielkości kamienne i szklane moździerze. Nieco gorzej rzecz przedstawiała się ze składnikami. Lucjusz dostarczył mu najpopularniejsze ingrediencje potrzebne do warzenia eliksirów leczniczych — wszelkiego rodzaju świeże i suszone zioła, rośliny i składniki odzwierzęce. Żadnych trucizn i nic, z czego przeciętny czarodziej mógłby przyrządzić coś groźnego. Najwyraźniej Malfoy nie do końca mu ufał. Przez chwilę Snape'a naszła ochota, by udowodnić mu, jak bardzo go nie docenił — po pobieżnym przejrzeniu zawartości magazynka przychodziły mu do głowy co najmniej dwie trucizny, jakie potrafiłby sporządzić z tych pozornie nieszkodliwych składników. A gdyby Spodek przyniósł mu parę rzeczy z kuchni, zdołałby wysadzić pracownię razem z przyległościami...
Cóż, Severus byłby naiwny, gdyby spodziewał się, że Malfoy ułatwi mu życie i dostarczy skórkę boomslanga oraz sproszkowany róg buchorożca. Będzie musiał zaopatrzyć się w nie na Nokturnie, ale o tym mógł pomyśleć później.
Niemal natychmiast, nawet nie starając się powściągnąć idiotycznego entuzjazmu, Severus zabrał się do pracy. Nie miał różdżki, więc nie mógł uwarzyć nic sensownego, ale dla rozgrzewki zdecydował się na jeden z prostych, nie wymagających użycia zaklęć eliksirów leczniczych. Szybko zgromadził na stole wszystkie potrzebne składniki i narzędzia, i... zawahał się.
Nie robił tego ot tak dawna. Jako dyrektor Hogwartu miał mnóstwo innych spraw na głowie i spędzenie kilku spokojnych godzin nad kociołkiem było luksusem, na który rzadko mógł sobie pozwolić. Czasy, kiedy warzenie eliksirów wchodziło w zakres jego codziennych obowiązków, sprawiały wrażenie bardzo odległych… Nagle myśl, że po tym wszystkim, co się stało, tak jakby nigdy nic miał do tego wrócić, wydała mu się zupełnie niedorzeczna.
„Głupstwa" — pomyślał, spychając podobne wątpliwości w kąt umysłu i podwijając rękawy koszuli.
Dopiero, kiedy uniósł nóż, uświadomił sobie, jak bardzo drżą mu ręce. Odetchnął głęboko i poruszył palcami, starając się rozluźnić mięśnie.
„To najzupełniej normalne, odwykłeś od tego" — powiedział sobie, zaciskając dłoń na trzonku noża. Z wysiłkiem zaczął kroić korzeń waleriany. Rezultat był okropny. Gdyby któryś z uczniów potraktował tak jakikolwiek składnik, Severus odebrałby mu punkty i kazał zacząć od nowa. Snape z irytacją sięgnął po kolejny korzeń.
Piętnaście minut później ze złością odsunął od siebie składniki i oparł się o stół, oddychając głęboko.
„No dobrze" — pomyślał, starając się opanować wściekłość i frustrację. — „Po pokąsaniu przez Nagini i półrocznej śpiączce powinieneś się cieszyć, że w ogóle możesz się ruszać. Zacznij od czegoś łatwiejszego".
Eliksir leczący z czyraków był w programie pierwszego roku i nie wymagał większej precyzji. Severus uznał, że skoro jedenastoletnie dzieci dają sobie z nim radę na pierwszych zajęciach, to on także powinien. W ciągu paru minut uprzątnął składniki i zastąpił je nowymi. Zmasakrowany korzeń waleriany powędrował do kosza na śmieci.
Na pracę, która normalnie nie powinna zająć mu dłużej niż dwadzieścia minut, tym razem poświęcił dobre dwie godziny. Każda czynność sprawiała mu trudność i niemal zaczynał rozumieć, dlaczego niektórzy pierwszoroczni mieli takie problemy z tym eliksirem. Rogate ślimaki wyślizgiwały mu się z rąk, kiedy chciał je pokroić, a pokruszenie kłów węża na odpowiednio drobne kawałki wydałoby mu się niemożliwe, gdyby nie fakt, że wcześniej robił to milion razy. W końcu jednak udało mu się uwarzyć w miarę zadowalający eliksir.
Teraz pozostało jeszcze zamknąć go w butelce — pozostawiony na powietrzu szybko tężał w galaretowatą maź i przestawał się do czegokolwiek nadawać. Nie żeby Severus specjalnie potrzebował eliksiru na czyraki — jednak wylewanie dobrej mikstury prosto do zlewu wydawało mu się okropnym marnotrawstwem.
Normalnie użyłby do tego zaklęcia, ale teraz musiał poradzić sobie bez magii. Szybko znalazł odpowiednią butelkę i podniósł kociołek.
Dłonie mu drżały, a żeliwny kociołek okazał się cięższy niż można było przypuszczać. Zamiast do butelki, Severus chlusnął eliksirem na stół i podłogę. Zaklął głośno, uskakując w tył, kiedy lepki płyn prysnął na jego szatę. Zawadził przy tym kociołkiem o butelkę, która także spadła na posadzkę i potłukła się w drobny mak. Wściekły Severus odwrócił się i cisnął kociołkiem do zlewu. Brzdęk tłuczonego szkła przypomniał mu o pustych fiolkach, które odłożył tam jakiś czas wcześniej. Zaklął siarczyście, z rezygnacją patrząc na bałagan, jakiego narobił.
A potem zaklął jeszcze raz, uświadamiając sobie, że nie ma różdżki, więc — jeśli nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się o jego nieudolnych próbach uwarzenia eliksiru — będzie musiał to wszystko posprzątać samodzielnie, bez pomocy magii.
x
Złamane serce czy nie, życie toczyło się dalej, a że do końca semestru pozostały niecałe dwa tygodnie, Gustaw musiał intensywnie zająć się sprawdzaniem zaległych prac domowych i wystawianiem ocen. Poza tym dyrektor McGonagall wyznaczyła wszystkim nauczycielom dodatkowe dwugodzinne patrole po ciszy nocnej, ze szczególnym wskazaniem okolic siódmego piętra i Pokoju Życzeń. Patrol Gustawa wypadł na środę. Jak doniosła mu Hailey, początkowo przydzielono mu do towarzystwa Lizę — nawet go to nie zdziwiło, w końcu w momencie rozpisywania grafików dyrektor McGonagall miała prawo sądzić, że wciąż dobrze się dogadują i nie przewidywać gwałtownych zmian w tej kwestii — ale podobno zaplanowała już coś innego na ten wieczór, więc poprosiła Simms, żeby się z nią zamieniła. Zieleziński ani przez chwilę nie wątpił, co było prawdziwą przyczyną, tym bardziej, że od poniedziałku zarówno on, jak i Vector starannie unikali przebywania w swoim towarzystwie dłużej, niż to absolutnie konieczne. Gustaw sądził, że ten stan utrzyma się aż do końca roku, a potem... Cóż, w obliczu ostatnich wydarzeń potem wymagało ponownego przemyślenia. Wiedział, że nie ma wiele czasu i powinien w końcu podjąć jakąś konkretną decyzję, ale wciąż się wahał i nie miał pojęcia, co robić…
Gustaw sądził, że ten tydzień nie może już być gorszy, ale szybko okazało się, że bardzo się mylił. Skończył właśnie popołudniowe zajęcia i szedł do pokoju nauczycielskiego, kiedy zatrzymały go dobiegające z sąsiedniego korytarza krzyki. Nie zastanawiając się wiele, ruszył w ich kierunku. W wąskim przejściu prowadzącym do pracowni starożytnych runów kłębił się tłumek uczniów, głównie czwartorocznych, którzy oczekiwali na lekcję. Gustaw nie mógł dojrzeć, co jest przyczyną tego zbiegowiska, zresztą niektórzy stojący z tyłu uczniowie sami podskakiwali i wyciągali głowy, by zobaczyć co się dzieje. Niektórzy byli tak zaaferowani, że nawet nie zauważyli pojawienia się nauczyciela. Gustaw poprosił, by go przepuścili, a kiedy to nie zadziałało, po prostu stanowczo przepchnął się naprzód.
Na środku korytarza szarpało się dwóch uczniów, w których natychmiast rozpoznał Blaise'a Zabiniego i Seamusa Finnigana. Za nimi spostrzegł zszokowaną profesor Babbling, która stała bezradnie w progu swojej sali, wyraźnie nie wiedząc, jak zareagować. Gdyby używali różdżek, mogłaby ich rozbroić, ale podobna bijatyka zwyczajnie ją przerastała.
— Panowie! No doprawdy! Minus dwadzieścia punktów dla Gryffindoru i Slytherinu i natychmiast proszę przestać! — wołała stanowczo, ale jej głos ginął w ogólnym harmidrze.
Również pozostali absolwenci, którzy zapewne razem z Blaisem i Seamusem właśnie skończyli zajęcia, nie bardzo wiedzieli, co robić. Lisa Turpin bezradnie obracała w dłoni różdżkę, a siostry Greengrass szeptały coś do Goyla, najwyraźniej próbując przekonać go do interwencji. Czwartoroczni z kolei bawili się zdecydowanie zbyt dobrze, obserwując całe zamieszanie.
Gustaw bez większego namysłu wepchnął się między walczących nastolatków. Pięść jednego z nich boleśnie trafiła go w żebra i po raz kolejny w życiu pomyślał, że jednak co różdżka, to różdżka.
— Wystarczy! Uspokójcie się natychmiast! — wrzasnął, próbując odsunąć ich od siebie.
Blaise zawył zwierzęco i rzucił się wściekle na Seamusa, który chował się za plecami nauczyciela. Gustaw złapał Zabiniego za ramiona i przytrzymał mocno. Chłopak szarpał się i wyrywał. Tymczasem Finnigan zdążył już wyciągnąć różdżkę i wymierzył nią w niego, dysząc ciężko. Z jego rozbitej wargi ciekła krew.
— Dość! — powiedział Zieleziński. Odepchnął Blaise'a, który natychmiast znów wyrwał się do przodu, ale prędko został przytrzymany przez Goyla. Gustaw odwrócił się do Gryfona. — Schowaj to.
Coś w jego spojrzeniu lub głosie sprawiło, że chłopak posłuchał natychmiast. Z niezadowoleniem wsunął różdżkę do rękawa i krzywiąc się potarł szczękę.
— Co to ma znaczyć?
— Ten śmierciożerca mnie zaatakował — syknął Seamus.
Blaise warknął głucho, szarpiąc się w uścisku przyjaciół.
— Profesorze, to nie tak — zaoponowała rozpaczliwie Dafne. — Finnigan go sprowokował, nazwał nas śmierciożercami...
— Prawda boli, co? — wtrącił drwiąco Seamus.
— Wystarczy — powiedział Gustaw stanowczo. — Puść go — polecił Goyle'owi. — Potrzebujesz pomocy pani Pomfrey?
Zabini zignorował pytanie, poprawiając wymiętą szatę, podczas gdy Dafne wyciągnęła z kieszeni chusteczkę, by mógł zatamować płynącą z nosa krew.
— Pani profesor... — Gustaw zwrócił się z pytaniem do roztrzęsionej Babbling, ale na sam jej widok zmienił zdanie.
— Takie rzeczy! — wymamrotała, kręcąc głową. — Jak żyję jeszcze nigdy... Po mojej lekcji, tuż przed moją klasą!
— Proszę zostawić to mnie — zaproponował łagodnie, a kiedy skinęła głową, spojrzał groźnie na dwóch głównych sprawców zamieszania. — Wy zostajecie ze mną. Panie i pan Goyle także. Reszta niech wraca na lekcje. I to już!
„Doskonale, tylko... co teraz?" — myślał Gustaw, podczas gdy czwartoroczni zniknęli w sali do starożytnych runów i korytarz niemal zupełnie opustoszał. Obok niego Seamus i Blaise rzucali sobie wściekłe spojrzenia, a Goyle dość tępo wpatrywał się w Dafne, podczas gdy ona i jej siostra rozmawiały cicho i całkiem przyjaźnie z Lisą Turpin. Wszystkie trzy wyraźnie były jednomyślnie oburzone i zdenerwowane zachowaniem kolegów.
W pierwszym odruchu Gustaw sam chciał ukarać chłopaków szlabanem, nie miał jednak pewności, czy to wystarczy. Nie było co się oszukiwać — nie cieszył się wystarczającym autorytetem wśród starszych uczniów, żeby jego połajanka i szlaban zrobiły na nich wrażenie. Choć zajęcia z mugoloznawstwa były obowiązkowe także dla absolwentów, to Blaise więcej razy je opuścił, niż się na nich pojawił, choć zawsze na czas przysyłał prace zaliczeniowe, żeby nie mieć kłopotów. Seamus co prawda uczęszczał na lekcje, ale zwykle siedział gdzieś z tyłu razem z kolegami, i nie wyglądał na zbyt zainteresowanego tematem.
Zieleziński doskonale wiedział, że w tej sytuacji powinien wezwać opiekunów domów, jednak nie czuł się z tym zbyt komfortowo. Konfrontacji z Lizą po ostatnich wydarzeniach stanowczo wolałby uniknąć, z kolei profesor Slughorn mógł okazać się pomocny nie bardziej niż profesor Babbling... Najchętniej zwróciłby się do profesora Flitwicka, ale akurat jedyna w tym towarzystwie Krukonka nie zrobiła niczego złego.
— Będziemy tu tak sterczeć? — spytał opryskliwie Blaise.
— Niech nam pan odejmie punkty i pozwoli iść do domu — dorzucił Finnigan.
Zabini skinął głową. Przynajmniej w jednym się zgadzali.
— Nie tak szybko — oznajmił Gustaw twardo. — Nie możecie bić się w szkole, panowie! Właściwie to w ogóle nie powinniście się bić. Jesteście dorośli i powinniście znać inne sposoby rozwiązywania konfliktów...
— Cholera, ma rację — sarknął pod nosem Zabini. — Powinienem wyciągnąć różdżkę, zamiast lać go jak jakiś mugol. Na Salazara! — wystraszył się. — A jeśli czymś się zaraziłem?
Różdżka Seamusa odruchowo wysunęła się z rękawa.
— Skończ, Blaise — powiedział sucho Gustaw. — Myślę, że w tym wypadku konieczna będzie rozmowa z waszymi opiekunami. Astorio, idź proszę do sali profesor Vector i poproś ją, by natychmiast przyszła do mojego gabinetu...
— Świetnie! — wykrzyknął Blaise z przekąsem. — Gryfoński sąd... Może darujmy sobie te cyrki, co? Niech nas pan wywali, całą trójkę, Astorii niech pan da szlaban na cały rok, a i oczywiście niech pan zabierze wszystkie punkty...
— Słucham? — zdumiał się Zieleziński.
— Proszę nie udawać głupiego! Cokolwiek nie powiemy i tak wyjdzie na wasze: że Ślizgoni są be, a Gryfoni cacy...
— Poślemy także po profesora Slughorna... Liso, gdybyś mogła...
— Pan naprawdę jest głupi — stwierdził Zabini z niejakim zaskoczeniem.
— Proszę cię, Blaise... — jęknęła Dafne.
— A może nie? — wykrzyknął wzburzony chłopak, odwracając się do niej. — Już wylecieliśmy, Dafne! Nikt się za nami nie wstawi! Stary Slughorn nie powie ani słowa, bo to przecież bohaterski Finnigan, a nie my, brał udział w bitwie! Gryfonka, wiadomo, uwali nas dla samej przyjemności, a on… — lekceważąco machnął ręką w stronę Gustawa — na Merlina, sama powiedziałaś, że na nią leci! Na pewno poprze ich, żeby się podlizać, czego innego można się spodziewać po parszywym charłaku?
Dafne wciągnęła głośno powietrze i zakryła dłońmi usta. Seamus parsknął cichym, nerwowym śmiechem. Zabini spojrzał na Gustawa. Przez moment wyglądał na zakłopotanego i wystraszonego, kiedy uświadomił sobie, co właśnie powiedział, ale zaraz znów przybrał hardą i bezczelną minę.
Zieleziński odetchnął głęboko, by opanować wściekłość.
— Do dyrektorki — warknął. — Natychmiast.
x
Heloiza wkroczyła do dyrektorskiego gabinetu jak burza.
— O co chodzi? — zapytała, nawet nie próbując ukryć irytacji. — Panna Greengrass właśnie przerwała mi wyjątkowo paskudną i skomplikowaną lekcję z wyjątkowo niepojętnym trzecim rokiem, więc mam nadzieję, że to coś ważnego.
Gustaw nie bardzo rozumiał, dlaczego mówiąc to czarownica spojrzała akurat na niego, zupełnie jakby to on, a nie uczniowie, coś przeskrobał.
— Proszę usiąść, profesor Vector — poprosiła Minerwa. — Profesor Slughorn powinien zaraz przyjść, poczekamy na niego.
Vector skinęła głową i bez słowa usiadła w fotelu obok Gustawa. Astoria Greengrass, która nieśmiało wsunęła się za nią, podeszła do siedzących po przeciwnej stronie pomieszczenia uczniów.
— Co się stało? — szepnęła Liza. — Astoria mówiła coś o bójce, była bardzo zdenerwowana i ciągle prosiła, żebyśmy nie wyrzucali Zabiniego... Dlaczego? Zrobił komuś krzywdę?
W jej głosie zabrzmiał niepokój. Gustaw szybko pokręcił głową, ale nie zdążył wyjaśnić, bo drzwi do gabinetu otworzyły się i stanął w nich zdyszany Horacy i wystraszona Lisa Turpin.
— Proszę, profesorze — ponagliła go do wejścia Minerwa i wskazała mu fotel, który natychmiast zajął z westchnieniem ulgi.
Gustaw nerwowo zacisnął dłonie. Nie zrobił niczego złego, a jednak czuł się, jakby to on właśnie wylądował na dywaniku u dyrektorki i miał zostać ukarany.
Sam nie wiedział, dlaczego słowa Zabiniego aż tak go rozwścieczyły. Słyszał już gorsze rzeczy pod swoim adresem, ale czy to uwaga na temat Lizy — do cholery, czy nawet dla uczniów było to oczywiste?! — czy bezczelny, pełen niezmierzonej pogardy ton chłopaka, sprawiły, że krew uderzyła mu do głowy. Na początku zamierzał stanowczo zażądać od McGonagall wydalenia Zabiniego ze szkoły, ale ledwie opuścili tamten korytarz, jego gniew nieco opadł i uświadomił sobie, że po pierwsze wcale mu na tym nie zależy, a po drugie, dyrektorka nigdy tak po prostu nie wyrzuciłaby ucznia bez dokładnego rozpoznania sytuacji. Oznaczało to, że i tak będzie musiała wezwać opiekunów domów i nie było żadnej szansy, by uniknął konieczności opowiadania o tym, co zaszło, choć w duchu aż skręcał się z zażenowania na samą myśl, że miałby komukolwiek powtórzyć ostatnie słowa Zabiniego. Krótko mówiąc, rozegrał to w najgorszy możliwy sposób.
Na prośbę dyrektorki Gustaw streścił całe zajście, starannie pomijając szczegóły uwag Zabiniego pod swoim adresem i jednocześnie doskonale zdając sobie sprawę z tego, że Seamus w każdej chwili mógł je przypomnieć, aby jeszcze bardziej pogrążyć Ślizgona. W miarę jak mówił, Liza bladła ze złości.
— To nie do pomyślenia! — wykrzyknęła gniewnie, gdy skończył. — Spodziewałabym się po panach większego rozsądku — zwróciła się zarówno do Seamusa, jak i Zabiniego. — Wyzwiska i bójki! Tak jakbyśmy przez ostatnie miesiące nie próbowali kłaść wam do głów, jak ważne jest teraz, by skończyć z głupimi stereotypami i zacząć współpracować! Nie do ciebie, Finnigan, należy osądzanie, kto powinien uczyć się w tej szkole, a kto trafić do Azkabanu. A pan, panie Zabini, powinien wiedzieć, że agresja nie jest odpowiednim rozwiązaniem żadnego konfliktu.
— W zupełności zgadzam się z profesor Vector — udało się wtrącić Minerwie, kiedy Liza urwała, żeby złapać oddech. Potem spokojnym, ale ostrym i nieprzyjemnym tonem, dodała jeszcze kilka słów reprymendy, nie oszczędzając żadnego z chłopaków. — Tym razem was nie wyrzucę — zakończyła — ale oczywiście zostaniecie ukarani szlabanem. Mam nadzieję, że profesor Vector i profesor Slughorn zgodzą się, by tę kwestię pozostawić profesorowi Gustawowi. — Spojrzała na nich uważnie, a wobec braku sprzeciwu przeniosła spojrzenie na Zielezińskiego, który tylko krótko skinął głową.
Na tym chciała zakończyć spotkanie, ale wtedy Seamus, niezadowolony z bury, jaka mu się dostała, i tego, że Zabiniemu obrażanie nauczycieli miało ujść na sucho, w końcu się odezwał:
— I to ma być wszystko? Dlaczego nie powtórzy im pan tego, co Zabini mówił później, profesorze? Czy taki kompletny brak szacunku do nauczyciela nie powinien zostać ukarany?
— To znaczy? — zapytała Liza, z irytacją marszcząc brwi.
— Niech powtórzy, co wygadywał — zaproponował złośliwie Seamus. — Chyba że się boi, w końcu ma czego...
— O co chodzi, panie Zabini? — zapytała McGonagall. Ślizgon wbił wzrok w podłogę. — Raczy pan wyjaśnić, Finnigan.
Gustaw poczuł, że żołądek zwija mu się w supeł. Sprawiedliwość sprawiedliwością, ale dlaczego jemu miało się dostać, skoro przecież nic złego nie zrobił? Poczuł na sobie błagalne spojrzenie Dafne. Popatrzył na Seamusa, który uśmiechał się wrednie, otwierając usta...
— Nie sądzę, by było konieczne powtarzanie rzucanych w złości nieprzyjemnych uwag — odezwał się Zieleziński. Blaise gwałtownie uniósł głowę i spojrzał na niego z zaskoczeniem. — Pan Zabini wygłaszał różne komentarze pod adresem szkoły i oczywiście dopilnuję, by odpracował na szlabanie każde słowo. Nie potrzeba jednak, by Seamus nam je przytaczał... Swoją drogą, kopanie kogoś, kto i tak już ma mocno przechlapane, nie jest zachowaniem godnym Gryfona, nie uważa pan, panie Finnigan?
Chłopak zmieszał się lekko. Minerwa spojrzała uważnie najpierw na niego, a potem na Gustawa. Zmarszczyła lekko brwi i przez chwilę nauczyciel myślał, że nic z tego — że jednak każe Seamusowi to wyjaśnić... Ale potem dyrektorka krótko skinęła głową.
— W porządku — powiedziała. — Ufam, że wyciągnie pan odpowiednie konsekwencje, profesorze. A panowie powinni zapamiętać sobie wszystko, co zostało tu powiedziane. Jeśli jeszcze raz zdarzy się coś takiego, będę zmuszona wyrzucić was ze szkoły. Teraz wracajcie na zajęcia.
x
— Gustawie... Możemy porozmawiać?
Zieleziński prawie podskoczył, zauważając obecność Lizy w swoim gabinecie. Pewnie przez muzykę nie usłyszał, jak weszła. Zresztą był tak zamyślony, że nawet w zupełnej ciszy mógłby jej nie dostrzec, dopóki się nie odezwała. Odłożył szkicownik rysunkiem do dołu, by nie mogła go zobaczyć, a potem pochylił się, by wyłączyć radio.
— Drzwi były otwarte — wyjaśniła przepraszającym tonem. — Pukałam, ale chyba nie słyszałeś.
— W porządku — wymamrotał w odpowiedzi, wciąż starając się opanować zaskoczenie. Prawdę mówiąc była ostatnią osobą, której wizyty się spodziewał. — Wejdź, proszę — zreflektował się w końcu, wstając. — Napijesz się herbaty?
Gestem przywołał ją bliżej, wskazując fotel, jednak ona wciąż stała w drzwiach, niepewnie zaplatając przed sobą dłonie.
— Nie, dzięki — odparła szybko. — Ja tylko na chwilę, zaraz idę do Hogsmeade, jestem umówiona. Z Rosmertą — dodała, nie wiedzieć czemu.
— Aha. Więc... właściwie co cię tu sprowadza? — zapytał niezręcznie.
— Zastanawiałam się, co takiego mówił Blaise. Seamus nie chciał mi powiedzieć. To nie były tylko uwagi odnośnie szkoły, prawda?
— To nieistotne, naprawdę nie ma potrzeby tego wałkować.
— Dlaczego tak ci zależało, by go wyciągnąć z kłopotów?
Gustaw poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku.
— Myślisz, że nie zasługiwał na pomoc? Czy to dlatego, że jest Ślizgonem?
Liza zdawała się urażona takim podejrzeniem i nagłym chłodem w jego głosie.
— Nie — odpowiedziała zimno. — Sądziłam, że masz o mnie lepsze zdanie.
— Przepraszam. — Zawstydzony Zieleziński spuścił z tonu. — Blaise to jeszcze dzieciak — wyjaśnił. — Był wściekły, więc powiedział, co wiedział. Następnym razem poważnie się zastanowi, zanim zrobi coś podobnego, jestem pewien.
— Czy to, co powiedział, dotyczyło ciebie?
— Między innymi — przyznał.
— Czy on... — Zawahała się. — Nazwał cię... charłakiem?
„Oczywiście, że o to chodzi" — pomyślał gorzko. Zawsze o to chodziło.
— Ja jestem charłakiem, Lizo. To żadna obelga.
Ta odpowiedź wyraźnie ją zakłopotała, a to z kolei sprawiło, że Zieleziński poczuł się nagle bardzo, ale to bardzo zmęczony i zniechęcony.
Czy to było aż tak ważne? Dlaczego ze wszystkich rzeczy, jakie dało się o nim powiedzieć, na pierwszy plan zawsze wysuwała się ta? Przez całe życie robił wszystko, by udowodnić, że to nic nie znaczy. Na Merlina, od miesięcy mieszkał w Hogwarcie i radził sobie nie gorzej, niż gdyby sam władał magią — dlaczego więc, do diabła, jego charłactwo wciąż wydawało się wszystkim tak istotne?!
Nawet Liza... Oczywiście nie była pierwszą, która traktowała brak magii jak jakiś rodzaj wstydliwego kalectwa, kładący się cieniem na całym życiu. Gustaw znał wielu takich ludzi. Wśród niektórych czarodziejów panowało idiotyczne przekonanie, że nawet związek z mugolem byłby lepszy od związku z charłakiem, zupełnie jakby charłactwo było jakimś straszliwym przekleństwem, okropną i nieuleczalną chorobą, o której lepiej nie mówić ani nawet nie myśleć. Jeden dłuższy związek, po którym Zieleziński spodziewał się czegoś więcej, rozpadł się właśnie z powodu nacisków rodziców, którzy nie chcieli, by córka marnowała sobie życie z charłakiem. Był wtedy bardzo młody i takie traktowanie strasznie go ubodło — choć mocniej zabolał go brak zdecydowania wybranki, która choć deklarowała wielkie uczucie, to jednocześnie zdawała się okropnie go wstydzić i bardziej niż rozstaniem przejmowała się opinią krewnych i znajomych.
Gustaw sądził, że Liza jest inna. Że nie zwracała na to uwagi, a nawet, że w jakiś sposób zaimponował jej tym, jak radził sobie ze swoim problemem. Niestety, wyglądało na to, że niczym nie różniła się od tamtych ludzi. Może dlatego zareagowała z taką złością i przerażeniem na jego wyznanie? Mogła przyjaźnić się z charłakiem — w końcu była nowoczesną, otwartą czarownicą — ale myśl, że miałaby zacząć się z nim spotykać, budziła w niej automatyczną niechęć i zakłopotanie.
„Jesteś dla niej niesprawiedliwy" — przywołał się do porządku. — „Nie dorabiaj ideologii do prostego faktu, że nie jest tobą zainteresowana". Mimo to nie mógł pozbyć się wrażenia, że gdyby był czarodziejem, na starcie zyskałby większe szanse na jej przychylność.
„Nawet jeśli, to co w tym dziwnego?" — pomyślał z rezygnacją, ale po chwili ogarnęła go złość. Na Merlina, w czym niby taki Shepard był od niego lepszy? Magia jakoś nie pomogła mu dochować jej wierności. Gustaw dobrze wiedział, że Liza nie pożałowałaby, gdyby dała mu szansę. Gdyby tylko nie była tak zaślepiona i uparta...
— Przepraszam, Gustawie. Oczywiście, że nie. Nie miałam nic złego na myśli — odezwała się czarownica cicho, jakby doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co dzieje się w jego głowie. — Przepraszam też za to, jak zareagowałam w poniedziałek — westchnęła z cieniem irytacji w głosie. — Zaskoczyłeś mnie. Sądziłam, że jesteśmy przyjaciółmi. Nigdy nie przypuszczałam, że ty… I naprawdę mi przykro, jeśli nieświadomie dawałam ci jakąś nadzieję. Bardzo cię lubię, ale... to by nam nie wyszło, sam pomyśl... Powinnam wyjaśnić ci to delikatniej…
— Nie ma o czym mówić, Lizo — przerwał jej szybko, nie mogąc tego znieść. Na Merlina, nic tu nie było jej winą, to on powinien pomyśleć dwa razy, zanim zaczął się jej narzucać i postawił ich oboje w tak niezręcznej sytuacji.
— Więc między nami wszystko w porządku? — spytała i uśmiechnęła się blado, kiedy skinął głową. — Powinnam już iść. Do zobaczenia.
Wyszła, a Gustaw osunął się na fotel i ukrył twarz w dłoniach.
xxx
Severus zerknął na zegarek. Do jego spotkania z Aurigą pozostał kwadrans, więc zapalił ogień pod kociołkiem i machnięciem różdżki przelewitował na stół ingrediencje potrzebne do przyrządzenia skomplikowanego eliksiru leczniczego. Zdawał sobie sprawę z tego, że zachowuje się absolutnie idiotycznie, ale okoliczności nie pozostawiały mu innego wyjścia.
Był początek grudnia, a między nim i Aurigą wszystko układało się lepiej niż dobrze. Severus przyłapał się na tym, że zamiast starać się ją do siebie zrazić, sam zaczął cieszyć się tym nieoczekiwanym spokojem i stabilizacją. A przecież w każdej chwili wszystko mogło się zmienić. Draco mógł wpaść na jakiś idiotyczny pomysł, zmuszając go do wykonania planu Dumbledore'a. Severus nie chciał nawet wyobrażać sobie, jak źle Auriga by to zniosła. Wbrew wszelkiej logice, ona także wydawała się całkiem szczęśliwa z tym, co teraz mieli. Myśl, że będzie musiał zburzyć to wszystko, przepełniała go złością i żalem, ale wiedział, że to najlepsze, co mógł zrobić — i dla niej, i dla siebie.
Oczywiście gdyby po prostu z nią zerwał, natychmiast nabrałaby podejrzeń i próbowała dociec prawdziwych przyczyn. Nie mówiąc już o tym, że poczułaby się zwyczajnie zraniona, a tego najbardziej w świecie chciał uniknąć.
Postanowił więc podejść do całej sprawy spokojnie i metodycznie. Stwierdził, że najlepiej będzie rozłożyć to wszystko w czasie i stopniowo ją do siebie zniechęcić. Oczywiście szybko okazało się, że jego plan miał pewne niedociągnięcia: jak na przykład to, że Auriga dobrze go znała i jeśli dotąd nie zraził jej jego okropny charakter, to możliwe, że nic już nie mogło. Ciężko było się z nią kłócić. Tak naprawdę, bo zwyczajne sprzeczki i wzajemne docinki — czułostki, jak je nazywała — były u nich na porządku dziennym. Powodów do poważnej awantury jakoś brakowało, a kiedy szło o głupstwa, Auriga zwykle zachowywała się irytująco dojrzale i zamiast wściekać się i urządzać sceny, przedstawiała mu racjonalne argumenty albo najzwyczajniej w świecie odpuszczała. Doskonale wiedziała, kiedy dać sobie spokój. Co gorsza, wiedziała też, co zrobić, żeby w końcu i tak postawić na swoim.
Na przykład tydzień temu nakrył ją na pisaniu listu do Lupina i nie omieszkał poinformować jej, co o tym sądzi. Wydawałoby się, że nic nie może pójść źle: ten temat od lat stanowił niewyczerpane źródło konfliktów między nimi i Severus nie musiał się nawet specjalnie wysilać, by doprowadzić Sinistrę do białej gorączki. Posunął się nawet do tego, że odegrał małą scenę zazdrości — w pełni zaplanowaną, oczywiście, bo tak naprawdę przecież wcale nie był zazdrosny o jakiegoś zapchlonego wilkołaka, nawet jeśli Auriga darzyła go zupełnie niezrozumiałą sympatią — ale wtedy Sinistra spojrzała na niego w taki sposób, że natychmiast poczuł się jak kompletny dureń, a potem, zupełnie nieoczekiwanie, zaczęła się śmiać. Usiłował się obrazić, ale na to też miała swoje sposoby, wobec których niestety pozostawał zupełnie bezradny. Wytłumaczyła mu także dlaczego nie ma powodów do obaw — gdyby chciał być szczery, musiałby przyznać, że sam już dawno zauważył, co się dzieje z Tonks, ale nie wyciągnął żadnych wniosków — i do tej pory miała czelność się z niego naigrawać.
Jako że w bezpośredniej konfrontacji najwyraźniej nie miał z Aurigą żadnych szans, Severus postanowił przejść do planu B i powoli rozluźnić ich kontakty. Zaczął odwoływać spotkania i rzadziej pojawiać się w pokoju nauczycielskim kiedy wiedział, że ona na pewno tam będzie. W grudniu wszyscy nauczyciele mieli więcej pracy, więc miał nadzieję, że Auriga nie dostrzeże w tym niczego podejrzanego, zanim będzie za późno.
W sąsiednim pomieszczeniu zabrzmiały kroki. Severus podkręcił ogień pod kociołkiem i w skupieniu zaczął dodawać kolejne składniki. Szczęknęły otwierane drzwi. Uniósł głowę i spojrzał z udawanym zaskoczeniem na zupełnie szczerze zaskoczoną Aurigę, która stanęła w progu.
— Mieliśmy zjeść razem kolację. Zapomniałeś — bardziej stwierdziła niż zapytała. Nie wydawała się zirytowana tym faktem, raczej rozbawiona. — Ile czasu potrzebujesz?
Wzruszył ramionami.
— Dopiero zacząłem. Obawiam się, że to może potrwać parę godzin...
Westchnęła ciężko i spojrzała krytycznie na swoją sukienkę i buty na obcasach.
— Pójdę się przebrać — stwierdziła, sięgając do włosów, żeby zebrać jej w luźny węzeł na karku.
— Nie — zatrzymał ją. Nawet nie musiał udawać zakłopotania, bo czuł się absolutnie idiotycznie. — Nie musisz mi pomagać. To skomplikowany eliksir. Horacy nie ma czasu, obiecałem Pomfrey, że się tym zajmę...
Zatrzymała się w pół ruchu i powoli opuściła ręce, pozwalając lokom swobodnie opaść na ramiona.
— Och... No dobrze.
Nieco go to zaskoczyło.
— No dobrze? — powtórzył.
Auriga wzruszyła ramionami i posłała mu uspokajający uśmiech.
— Jasne. Przełożymy to na inny wieczór. Wrócę na górę i też trochę popracuję.
Podeszła do niego i korzystając z tego, że właśnie dorzucił do eliksiru ostatnie składniki i odsunął od kociołka, wsunęła się między niego a stół i objęła go w pasie.
Skonfundowany Snape odruchowo otoczył ją ramionami.
— Nie jesteś zła?
— O to, że jesteś Mistrzem Eliksirów i mimo że nie nauczasz już eliksirów, to ciągle bierzesz zlecenia od Poppy, bo po prostu lubisz czasem posiedzieć w samotności nad kociołkiem? — uśmiechnęła się. — Nie, raczej nie. — Pocałowała go długo i mocno, i kiedy skończyli, nie mógł powstrzymać westchnienia zawodu.
— Nieznośna wiedźma — mruknął, ale zabrzmiało to jakoś zbyt czule, więc szybko dodał ostrzejszym tonem: — Zaraz wykipi mi eliksir! — Odsunął ją od siebie stanowczo, choć tak naprawdę miał ochotę zrobić coś zupełnie przeciwnego.
W odpowiedzi uśmiechnęła się figlarnie.
— Baw się dobrze, Sev.
Pomachała mu lekko i zniknęła za drzwiami. Czekając aż ucichnie stukot jej obcasów, Severus z nagłą niechęcią zerknął na bulgoczący na palniku eliksir.
„Tak musi być, kiedyś musisz to zrobić" — powiedział sobie stanowczo, ale nawet w jego głowie nie brzmiało to zbyt przekonująco.
Z westchnieniem irytacji postawił na ogniu czajnik z wodą i z roztargnieniem machnął różdżką, żeby przywołać naczynia. A potem zaklął głośno, spostrzegłszy, że na stole razem z imbrykiem pojawiły się dwie filiżanki, zamiast jednej.
xxx
— Rowan, schowaj podręcznik do zielarstwa. Tak, wiem, za dwie godziny macie sprawdzian u profesor Sprout. Prawdę mówiąc zupełnie mnie to nie obchodzi.
Gustaw odwrócił się do tablicy, starając się powściągnąć irytację. To był ciężki tydzień i ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę, było użeranie się z przemądrzałymi Krukonkami. Na szczęście Rowan uznała, że nie warto przeciągać struny i bez słowa wykonała polecenie.
Zieleziński zmazał notatki z poprzednich zajęć i zapisał nowy temat, a potem przeszedł po klasie, żeby zebrać prace domowe. Zatrzymał się przy ławce Augustusa i popatrzył na chłopaka pytająco. Ten odpowiedział chmurnym spojrzeniem.
— Twoja praca domowa?
— Nie przygotowałem jej.
— Dlaczego? Agnes? Nancy? — odwrócił się do siedzących w rzędzie pod oknem Krukonek.
Nancy wyciągnęła rękę z rolką pergaminu.
— To nasza praca.
— Nie rozumiem — przyznał Gustaw. — Czy Augustus pracował z wami?
— Nie — odpowiedzieli Nancy i Augustus jednocześnie.
Zieleziński stłumił chęć przewrócenia oczami.
— W takim razie obawiam się, że nie mogę wam tego zaliczyć — powiedział. — To było zadanie grupowe i mieliście pracować nad nim wspólnie...
— To nie moja wina, że one nie chciały — zaprotestował Augustus z rozdrażnieniem. — Zgłaszałem to panu! Obiecał pan, że z nimi porozmawia, ale oczywiście pan tego nie zrobił.
Gustaw zawahał się. Niejasno przypominał sobie tamtą rozmowę, przerwaną wizytą Lizy. Cóż, teraz przynajmniej wiedział, dlaczego kompletnie wywietrzało mu to z głowy.
— Masz rację, kompletnie o tym zapomniałem — zgodził się spokojnie. Niektórzy uczniowie uśmiechali się ironicznie, więc również przywołał na twarz uśmiech, jakby sam widział w tym coś zabawnego. — Przepraszam. Nie zmienia to jednak faktu, że jesteście już dorośli i powinniście być w stanie samodzielnie załatwiać takie sprawy. To nie było trudne i niestety będę zmuszony postawić wam najniższą ocenę. Oczywiście możecie ją poprawić, macie czas do końca przyszłego tygodnia.
Augustus skrzywił się lekko, a Agnes, która przez cały czas z zawstydzeniem wbijała wzrok w ławkę, skinęła ponuro głową.
— To nie fair, ja odrobiłam pracę domową! — wykrzyknęła Nancy.
— Praca domowa była w tym w przypadku najmniej ważna. Chciałem nauczyć was współpracy.
— Nie będę współpracować z żadnym durnym śmierciojadem...
— Nancy, jeśli jeszcze raz usłyszę to słowo z twoich ust, dostaniesz szlaban. A na razie w ramach kary zgłosisz się do opiekuna swojego domu. Może profesorowi Flitwickowi uda się wytłumaczyć ci, dlaczego nie powinnaś tak mówić, skoro ja najwyraźniej nie potrafię.
Gustaw nie czuł się dobrze z tym, że angażuje w tę sprawę Filiusa, ale nie miał innego wyjścia. Wiedział, że Nancy bardzo przykładała się do zaklęć i profesor Flitwick był ostatnią osobą, której chciałaby podpaść. W jego obecności z pewnością nie odważyłaby się na podobne zachowanie.
— Ale profesorze... — zaprotestowała, zaskoczona i zaniepokojona, ale przerwał jej, unosząc dłoń.
— To wszystko w tym temacie, Nancy — uciął. — Za pół roku skończycie szkołę i będziecie musieli radzić sobie sami — zwrócił się do całej klasy. — Będziecie musieli samodzielnie myśleć i rozwiązywać konflikty. Naprawdę sądzicie, że kiedy opuścicie Hogwart wasza przynależność domowa będzie miała jakiekolwiek znaczenie? Jasne, społeczność czarodziejów nie jest duża. Ale jestem pewien, że spotkacie wielu ludzi, starszych, młodszych od was, których nie będziecie kojarzyć ze szkoły. Niektórzy z nich w ogóle nie będą z Hogwartu, tylko z innych szkół. I być może to, czego dowiedzieliście się na moich zajęciach, tak naprawdę nie będzie miało znaczenia, bo nigdy nie spotkacie żadnego mugola. — Spojrzał na Rowan, uśmiechając się niewesoło. — To, co jednak powinniście zapamiętać, to to, że ludzi nie należy oceniać po pozorach. Że trzeba być otwartym na inność, niezależnie od tego, czy tym innym jest mugol, czy kolega z innego domu. Wszyscy chcielibyśmy, żeby to było prostsze. Żeby ludzie dzielili się na tych dobrych i złych, i żeby na pierwszy rzut oka dało się rozpoznać, którzy są którzy, żeby tych złych móc z czystym sumieniem potępić. Ale tak nie jest. I dlatego każdego człowieka powinniście traktować z szacunkiem. Przykro mi, że dorośli, którzy powinni wam to uświadomić, nawalili. Przepraszam, że ja nawaliłem i przez te cztery miesiące nie zdołałem was niczego nauczyć.
Gustaw rozejrzał się po klasie. Nie miał większych złudzeń, że jego przemowa da im cokolwiek do myślenia. Zapewne — tak jak wszystko, co mówił do tej pory — szybko wywietrzeje z ich głów. Zniechęcony, wrócił za biurko i zamknął leżący przed nim dziennik.
— To wszystko na dziś — powiedział. — Możecie iść i pouczyć się do testu z zielarstwa.
x
W sobotę rano Gustaw otrzymał liścik od dyrektor McGonagall z prośbą, by jeśli nie ma żadnych pilnych planów, po śniadaniu stawił się w jej gabinecie. Przez cały posiłek zastanawiał się, o co może chodzić. Nie miał nic na sumieniu, ale mimo to czuł się nieco niekomfortowo — w końcu dyrektor nie miała w zwyczaju zapraszać go na pogawędki przy herbatce. Czyżby jednak czymś podpadł? Któryś z uczniów się na coś poskarżył? Albo zamierzała złajać go za nieuzupełnione od połowy listopada dzienniki lekcyjne? Może ona także dostrzegła, kto jest powodem jego roztargnienia w ostatnim czasie? Skoro nawet uczniowie to zauważyli...
McGonagall powitała go uprzejmym uśmiechem i wskazała mu fotel naprzeciw biurka.
— Proszę usiąść. Herbaty?
Gustaw pokręcił głową, siadając.
— Jest pan zdenerwowany — zauważyła Minerwa. — Czy wszystko w porządku?
— To się okaże, prawda? — zdobył się na żart.
Dyrektorka spojrzała na niego z lekką przyganą.
— Zaprosiłam tu pana, żeby porozmawiać o pańskiej przyszłości w tej szkole — powiedziała spokojnie, od razu przechodząc do rzeczy. — Pańska umowa wygasa z końcem grudnia, ale z przyjemnością przedłużę ją do końca roku szkolnego. Nie ukrywam, że miałam pewne wątpliwości zatrudniając pana, ale myliłam się. Jest pan dobrym pedagogiem i świetnie radzi pan sobie z uczniami. Przygotowałam dla pana nową umowę. — Przesunęła w jego stronę arkusz papieru, ale musiała dostrzec jego wahanie, bo dodała: — Oczywiście jeżeli potrzebuje pan dzień lub dwa do namysłu, proszę powiedzieć, a zaczekam.
— Nie — odparł zdumiony Gustaw. — Nie potrzebuję czasu, bo... ja nie mogę przyjąć tej propozycji.
Minerwie nawet nie drgnęła powieka.
— Mogę zaproponować panu podwyżkę...
Zieleziński pokręcił głową i przerwał jej:
— Przykro mi, ale podjąłem już decyzję. Przepraszam.
Dyrektorka ze zdziwieniem uniosła brwi. Przez chwilę wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, może zapytać o powody takiej a nie innej odpowiedzi, ale w końcu zrezygnowała. Najwyraźniej nie miała zamiaru mieszać się w osobiste sprawy swoich podwładnych, za co Gustaw był jej szczerze wdzięczny.
— Cóż — odezwała się — nie ukrywam, że pańskie odejście nie jest mi na rękę. W środku roku szkolnego ciężko będzie znaleźć nowego nauczyciela mugoloznawstwa.
— Jestem pewien, że nie będzie z tym problemu. To naprawdę świetna praca i pozostałe osoby, które ubiegały się o nią w sierpniu, z pewnością nadal będą zainteresowane.
Minerwa zmierzyła go spokojnym spojrzeniem.
— Był pan jedynym kandydatem na to stanowisko — sprostowała.
Gustaw popatrzył na nią z zaskoczeniem, a potem zmieszał się i posmutniał jeszcze bardziej.
— Proszę to jednak przemyśleć — poprosiła McGonagall, chowając umowę do szuflady biurka. — Moja propozycja z pewnością pozostanie aktualna jeszcze przez kilka tygodni, więc gdyby zmienił pan zdanie, proszę do mnie przyjść.
— Nie ma mi pani za złe tego wszystkiego? — mruknął Zieleziński.
— Zamieszania, które pan tu wprowadził? — Uśmiechnęła się. — Cóż, każdemu czasem przyda się pewna odmiana, a nie ma nic gorszego niż uparte trzymanie się przeszłości. Aczkolwiek mam nadzieję, że końca semestru zdoła pan uzupełnić wszystkie braki w dziennikach. Niektórych zasad po prostu nie należy naruszać.
x
Kochani,
wybaczcie mi to milczenie w ostatnim czasie. Tyle się tu działo! Tym razem jednak będziecie musieli się obejść bez moich barwnych opowieści i anegdot ze szkolnego życia — nie mam głowy do tego, by to spisywać. Zresztą mam nadzieję wkrótce opowiedzieć Wam o wszystkim osobiście.
Tak, nie przywidziało Wam się — wracam. Moja umowa wygasa za parę tygodni i nie zamierzam jej przedłużać. Nie, nie wyrzucają mnie stąd. Wręcz przeciwnie, zaproponowano mi, żebym został, jednak ja z różnych względów postanowiłem inaczej. Polubiłem bycie nauczycielem i myślę, że będzie mi tego trochę brakować, ale w gruncie rzeczy chyba nie za bardzo się do tego nadaję. Sam Hogwart jest absolutnie niezwykły, podobnie jak ludzie, których tu poznałem... Ale teraz czas na mnie.
Napiszę Wam jeszcze, kiedy możecie się mnie spodziewać. Nie mogę się doczekać, kiedy się zobaczymy.
Gustaw
