.

Rozdział 19

Świat wypadający z rąk

.

Nie tego chciał - chciał zniknąć, tylko o to chodziło: aby nie generować większego zamieszania w sytuacji, z której istniało łatwiejsze wyjście. Nie zamierzał nikogo narażać, wiedział, że potrafi poradzić sobie sam: zawsze potrafił. Gdyby kasztan naprawdę był Świstoklikiem, osiągnąłby dokładnie to, co zamierzał osiągnąć: uciekłby w te pędy niczym rasowy struś. Zamiast tego przyglądał się nie bez lekkiego osłupienia, jak gładka powierzchnia kasztana mieni się niebieskawym połyskiem; połykająca mały owoc kasztanowca aureola zapulsowała, zamigotała i zgasła, jakby ten jasny, nieoczekiwany blask wsiąkał w jego powierzchnię jak wilgoć.

A potem trwający przed nim niczym posąg z marmuru Hughes obejrzał się przez ramię, jakby kasztan ściskany w jego chudej dłoni był pułapką dla niebieskich oczu i chłodnych spojrzeń.

— Co robisz? — zapytał, a jego głos zabrzmiał ostrzej niż zazwyczaj; błękit jego oczu wydawał się Harry'emu głębszy i bardziej intensywny - nabrał barwy czystego oceanu.

Harry widział już gdzieś ten kolor - na pocztówce z Lazurowego Wybrzeża, którą ciotka Marge przysłała kiedyś wujowi. Miał wtedy siedem lat i pomyślał, że nigdy wcześniej nie widział tak pięknego miejsca - choćby i na błyskowym papierze.

— Niemożliwy... — syknął nie bez frustracji Hughes i zdzielił go po dłoni, w której trzymał kasztana, i Harry przez krótki moment poczuł się tak, jakby znów miał osiem lat i złamał jedną z niepiśmiennych zasad obowiązujących w domu pod numerem czwartym przy Privet Drive. Wyłapał bulgoczącą irytację w spojrzeniu Hughesa, poznał ją znajomych błyskach, które widział kiedyś w innych oczach. Tamte, które zapamiętał, były małe, nieco zapadnięte i miały nieco ciemniejszy odcień, jakby zabarwione od źrenic; ale też były niebieskie. I potrafiły patrzeć z podobną frustracją.

Lucjusz Malfoy, zdaje się, również zorientował się w sytuacji, bo zrobił kilka kroków w stronę zastępującego mu drogę Hughesa, który odwrócił ku niemu głowę, zaciskając zęby i wyciągnął w geście krzyczącym żądaniem rękę, jakby spodziewał się, że Hughes włoży mu w dłoń jakieś insygnia królewskie.

— Czarny Pan chce dostać przepowiednię — wysyczał, w jego głosie nie było miejsca na uprzednią, nieco arogancką, pewność siebie — a my chcielibyśmy mu ją dostarczyć. Chyba nie mamy tutaj konfliktu interesów, nieprawdaż?

Harry wcisnął szklaną kulkę głęboko do kieszeni, zaciskając mocno rękę na różdżce.

— To również moja przepowiednia — warknął, brzmiąc na mniej przerażonego rozwojem wydarzeń, niż był w rzeczywistości. — Ja również mam do niej prawo.

Miał do niej prawo. Nie oszukiwał się. Nie tym razem. Zwykł naginać prawdę, kiedy mówił o komórce pod schodami w domu wujostwa jako o: „swojej", naginał prawdę, twierdząc, że pokój po kuzynie, do którego się przeniósł w wieku jedenastu lat, mógł nazwać: „własnym pokojem". W tamtym domu nic nie należało do niego, w tamtym domu był piątym kołem u wozu, wiecznym wyrzutkiem, zbędnym balastem. Jednak znał swoje przywileje i na własne oczy mógł zobaczyć, że na tabliczce pod przepowiednią widniało jego nazwisko. Miał do niej prawo, czego nie mógł powiedzieć o Lucjuszu Malfoyu.

Zaczął się wycofywać, kręcąc powoli głową.

— Ty mały... — Lucjusz uniósł różdżkę ponad ramieniem Hughesa.

— Poczekaj! — Głos Hughesa był lodowaty jak strumień wysokogórski. — On jest istotny.

— Wybacz, ale nic mnie nie obchodzą twoje przysięgi, przyjacielu. Confringo!

Protego! Deprimo!

Harry, którego serce biło, zdaje się, w okolicach gardła, odwrócił się na pięcie i przyciskając jedną dłoń do wypukłej kieszeni, w której kryła się przepowiednia, zrobił to, czego nauczył się już od najmłodszych lat: skręcając w pierwszy lepszy korytarz między półkami, rzucił się do ucieczki.


-VVV-


Kiedy do Sali Przepowiedni wpadł Zakon Feniksa, Harry w pierwszej chwili doznał takiego szoku, że potknął się o własne nogi i poleciał na jedną z półek, wytrącając kilka szklanych kul z miejsc ich przechowywania. Depcząc po rozbitym szkle, spojrzał na białe smugi magii wpadające z werwą do pomieszczenia i nurkujące w stronę Śmierciożerców jak polujące ptaki drapieżne.

Wytrzeszczając oczy, przyciskając dłoń do ust, pomyślał, że właśnie wywołał burzę, która rozniesie sale Departamentu Tajemnic w proch i dym. Niewielki kasztan wyślizgnął się z jego wilgotnej dłoni i tocząc się szybko po podłodze, wpadł pod wysokie, wiekowe regały.

Nie rozumiał, dlaczego zareagował tak, jak zareagował, nie pojmował, co go motywowało, ale zamiast wystrzelić w górę iskry sygnalizujące jego położenie, uskoczył w sąsiedni korytarz; zatapiając się w labiryncie regałów, zaczął biec przed siebie, sam nie będąc pewnym, dokąd tak naprawdę zmierza.


-VVV-


A więc dlatego się bał — myślał Harry, biegnąc pomiędzy półkami, widząc paletę barw migającą po obu stronach jego głowy. — Nie obawiał się o odwet Voldemorta, gdyby nie udało mu się spełnić jego życzeń. Bał się o własne życie. Bał się magii, której złożył je w ofierze.

Harry czasami marzył o tym, aby zabić w sobie tą uciążliwą cząstkę sumienia, która kazała mu przejmować się innymi ludźmi.

To nie tak miało być! — krzyczało całe jego poczucie sprawiedliwości, chwytając za gardło, ryjąc ostrymi pazurami od wewnątrz. — Nikt nigdy nie miał zaprzysięgać gotowości do poświęcenia się dla mnie!

Nie rozumiał, dlaczego Hughes miałby chcieć podejmować się czegoś podobnego. Z pewnością nie dla niego. Musiało chodzić o coś innego, o coś bardziej istotnego, niż on i jego nędzne życie.

Słyszał huk zaklęć rozbijających się o ściany, słyszał chrzęst drżących regałów i roztrzaskujące się proroctwa czyichś żyć, proroctwa, które być może kiedyś się spełnią, które być może mówią o czymś błahym, o czymś przyziemnym. Będziesz bogaty. Będziesz miał dużo dzieci. Będziesz szczęśliwy i spotkasz miłość swojego życia. Ot, pospolite kwestie, które mogłyby dotyczyć każdego. Harry zagryzał wargę i wyobrażał sobie, że przepowiednia, której ciężar czuł w kieszeni, mówi o tym, że dożyje późnej starości i zamieszka w małym domku gdzieś w pobliżu jakiejś tropikalnej plaży, że codziennie będzie go budzić krzyk mew i szum pieniącego się morza.

Oddałby wszystko za normalne życie, bez przepowiedni, bez goniących go po starych salach Ministerstwa Magii Śmierciożerców, bez ludzi składających swoją głowę na kamieniu jego życia.

Ciemna smuga dymu przesiąknęła przez półki niczym kurz; Harry, czując chłodny podmuch powietrza uderzający go w twarz, zatrzymał się gwałtownie, kręcąc rozpaczliwie głową, wytrzeszczając oczy na formującą się przed nim sylwetkę.

Parker Crabbe - ojciec Vincenta. Gdzieś w magicznej zawierusze zgubił swoją srebrną maskę; Harry rozpoznał go jedynie po uderzającym podobieństwie między nim a jego synem. Równie pulchne, płonące różem policzki. Równie blisko osadzone oczy, wąskie jak dwie szparki, jak dziurki od guzików. Lekko odstające uszy i wyraźny dołek w pulchnej jak ciasto nakarmione drożdżami brodzie.

Serce Harry'ego zacisnęło się pod mostkiem - wszędzie rozpoznałby ten znajomy, stary sygnał ostrzegawczy, który jego nerwy wysyłały do mózgu. Cofnął się chwiejnie, pospiesznie, wpadając boleśnie na zakurzone półki, strącając z nich kilka szklanych kul. Jedynie niezawodny, wyćwiczony refleks pozwolił mu niezdarnym, niedokładnym ruchem różdżki zablokować pędzące już w jego stronę zaklęcie. Potem jeszcze jedna blokada i rozdygotany unik. Trzask rozsypującego się za jego plecami szkła i włoski stające dęba na jego karku.

Kiedy przy suficie dostrzegł jeszcze jeden snop magii czarnej jak węgiel, która spadała na ziemię jak asteroida, miał ochotę załkać.

Czując, jak drżą mu wargi, zablokował jeszcze jedno i jeszcze kolejne zaklęcie mrużącego na niego małe oczy Crabbe'a, zaciskającego pulchne, prawie dziecięce palce na ciemnej jak wiśnia różdżce, na której strukturze rozlewały się owalne sęki.

Zbliżający się snop dymu opadł zręcznie tuż obok Crabbe'a i zaczął się rozwiewać, ujawniając kryjącą się w nim osobę.

Świst powietrza, mignięcie ciemnego materiału szaty, nasycony rozdrażnieniem warkot rodzący się gdzieś głęboko w gardle.

Harry zadrżał, słysząc chrzęst roztrzaskiwanego nosa, gdy blada, chuda pięść, wciąż jeszcze otulona kocem z Czarnej Magii, z rozpędem trafiła w sam środek twarzy pulchnego czarodzieja.

Crabbe, wydając z siebie skowyt zarzynanej świni, zatoczył się do tyłu, przyciskając napuchnięte jak od zmiany ciśnienia palce do nosa, z którego buchnęła fala czerwieni. Harry - wykorzystując sytuację - wycelował różdżką i pchnął go, robiąc krótki zamach zza ramienia, zaklęciem Depulso.

Ciałem ojca Vincenta rzuciło do tyłu, jakby otrzymał cios metalową rurą w brzuch. Zgięty w pół jak szmaciana kukła, wpadł w głośnym rumorem na jedną z wysokich półek, wywołując przy tym falę szklanych kul, które, sypiąc się kruszonym szkłem, spadły wprost na jego głowę; blednąc jak wosk, osunął się bez świadomości na ziemię.

Harry, nie mogąc zapanować nad drżeniem warg, podniósł wzrok na majaczącą przed nim sylwetkę.

Czarna plama na czarnym tle. Spoglądająca w jego pobladłą twarz czarnymi jak heban oczami.


-VVV-


— Wszyscy jesteście popieprzeni! — nie wytrzymał Harry; czując pulsowanie w czaszce, zatoczył się w stronę Snape'a, niebezpiecznie balansując na granicy upadku.

Dopiero teraz zaatakował ból - w dłoniach, w ramionach, promieniujący do kości - po uprzednim upadku, jakby do tej pory jego zdający się pracować na wyższych obrotach umysł blokował jego odczuwanie. Był cały poobijany; zastanawiał się, jak to możliwe, że przez ostatnie minuty nie był tego świadomy. Teraz kiedy patrzył w czarne, niebezpiecznie znajome oczy, to wszystko zaczęło wylewać się z niego jak z przewróconej na stołowym blacie szklanki z wodą.

— Wszyscy jesteście zakłamani i fałszywi! — Słowa mieszały się na jego języku, wypluwał je z siebie - jedne za drugimi, z prędkością karabinu maszynowego - wypluwał wszystko to, co leżało mu na sercu. — Wy! Wy, a nie ja! Czy nie zasłużyłem sobie, do diabła, na uczciwość? Czy nie jestem dostatecznie ważny, żeby mi powiedzieć, zwyczajnie, po ludzku powiedzeieć mi, co takiego wyśpiewała ta popieprzona wariatka Trelawney, że wszyscy gonią za tą przepowiednią jak zdziczali? Jedni ją chronią, drudzy chcą ukraść, jakby wokół tej głupiej, szklanej kuli świat się obracał! Nagle wszyscy sceptycy uwierzyli we wróżenie z fusów!

— To cię zniszczy — powiedział przyciszonym głosem Severus Snape i Harry bardziej zrozumiał jego słowa, prześledziwszy ruchy jego warg, niż je usłyszał pośród panującej wokoło zawieruchy — ta wiedza.

Przepowiednia ciążyła w jego kieszeni jak głaz. A może to tylko jego serce, które opadło na wysokość żołądka?

Kiedy Snape się poruszył, Harry automatycznie zaczął się przed nim wycofywać, przyciskając palce do kieszeni, przez której materiał przenikał chłód szklanej kuli.

— Potter — wysyczał Snape, gromiąc go wzrokiem — jeśli istnieją słowa, które mogą cię roztrzaskać, lepiej jest ich nie poznać, nie uważasz?

Zanim otworzył usta, aby odpowiedzieć, Snape zbliżył się do niego jak za jednym mrugnięciem; chude ramię owinęło się wokół jego pasa i pociągnęło gwałtownie w bok; Harry zachłysnął się powietrzem, kiedy wycelowane w jego plecy zaklęcie przemknęło ze świstem koło jego ucha.

Snape obnażył zęby, zaciskając palce na jego żebrach tak mocno, że ostry ból przeszył jego ciało jak igła i ponad jego ramieniem potraktował kogoś, kogo Harry nie dostrzegał, nawet gdy wykręcał komicznie głowę, lodowatym jak zamarznięty ocean spojrzeniem.

— Znikaj stąd, Bella — powiedział nisko i brzmiał, jakby mruczał. — On nie zostanie twoją zabawką.

Harry usłyszał kobiecy śmiech; głośny, mocny, fanatyczny.

— Spróbuj mnie powstrzymać! — zawołała Bellatrix poprzez wstrząsający nią rechot. — Spróbuj go przede mną obronić, Severusie! — wyszczerzyła zęby, jakby powiedziała właśnie coś niezwykle zabawnego; Harry, mrużąc oczy, miał ochotę zetrzeć jej ten uśmieszek z twarzy.

Snape mocniej owinął ramię wokół jego pasa - jakby wiedział, jakby go rozumiał; Harry, czując rosnące skokowo zbulwersowanie, miał ochotę wbić mu w tą rękę własną różdżkę. A potem skoczyć zaśmiewającej się otwarcie kobiecie do gardła, jakby racjonalność nie istniała.

I pomimo wszelakim przesłankom, że zachowałby się nieracjonalnie, że samemu strzeliłby sobie w kolano, że nie przechytrzy członkini Wewnętrznego Kręgu Voldemorta, że zapewne niebezpodstawnie jest ona nazywana najwierniejszą wśród Śmierciożerców i że byłaby gotowa na wszystko, miał ochotę pochwycić ją za gardło i zacisnąć na nim palce, aż zobaczy oczy wychodzące z orbit i siniejącą skórę.

Próżne fantazje. Ta kobieta władała zaklęciami, o których Harry nigdy nawet nie słyszał. Miał okazję się o tym przekonać bardzo szybko.

Klątwę, którą posłała w ich stronę Bellatrix, Snape rozwiał gestem różdżki z takim wyrazem twarzy, jakby robił to od niechcenia.

— Może powinnaś zapytać Czarnego Pana, czy masz prawo go tknąć, Bella? — zapytał niemal konwersacyjnie Snape, mrużąc na kobietę czarne jak heban oczy.

— Nie próbuj mnie zwodzić, Severusie — zawołała, szczerząc się jak niewydarzona kopia cyrkowego klowna, który ma ostre jak brzytwa, żółtawe kły zamiast zębów. — Czarny Pan wyniesie mnie ponad piedestały, kiedy rozszarpię gardło Złotego Chłopca! — Jej oczy zabłysły jak stal.

Snape uśmiechnął się, a jego twarz zdawała się złagodnieć i wygładzić, i Harry'emu przemknęło przez myśl, że już kiedyś widział ten niecodzienny wyraz w jego oczach - przyszpilał wówczas zastygłego w bezruchu jak posąg Josepha Hughesa do bibliotecznego biurka.

— Czarny Pan, Bella — odezwał się miękko, spoglądając na nią spokojnie spod rzęs — rzuci cię dementorom na pożarcie, jeśli tkniesz Harry'ego Pottera choćby i małym palcem.

Mimo że jego głos złagodniał, palce wbiły się w ciało Harry'ego jak szpony jakiejś niebezpiecznej bestii, jakby obawiał się, że Harry prześlizgnie się przez jego dłoń jak cień, że przeleje się przez ramię, zanim zdoła go pochwycić, jakby bał się - ten pewny siebie, szyderczy człowiek - że Harry jak bezcielesny duch rozmyje się pod jego palcami.

Bellatrix odchyliła głowę do tyłu i wybuchnęła gardłowym, mocnym śmiechem, jakby nic bardziej absurdalnego nie przyszło jej w życiu usłyszeć. Uniosła różdżkę, a jej roześmianą twarz przeszył ostry grymas zachłanności.

Cru...!

Zanim dokończyła inkantować klątwę, biały snop dymu opadł pomiędzy nią a Harry'ego i Snape'a, długie włosy w mysim kolorze zapłonęły pomarańczem, a zaklęcie tnące śmignęło przez korytarz, przemykając pod wyciągniętą różdżką Bellatrix i raniąc ją w ramię.

Nimfadora skoczyła na Bellatrix, jakby jej świat rozpoczynał się i domykał jedynie na tej wykrzywionej szyderczo twarzy o płonących szaleństwem oczach.


-VVV-


— Ludzie zawsze zawodzą nasze oczekiwania, prawda, Potter? — wycedził przez zęby Snape; jego chuda dłoń zaciskała się na jego nadgarstku tak mocno, że piekła go skóra. Ciągnął go pomiędzy ciemnymi, zalanymi cieniami półkami, osłaniany przez Moody'ego i Tonks, którzy - co Harry zarejestrował jedynie ułamkiem świadomości - trzymali się kilka kroków za nimi.

Krytyczny głos Snape'a oplótł się wokół jego szyi i chyba pozostawił głębokie cienie pod jego oczami - Harry czuł się tak, jakby oberwał pięścią w kości policzkowe.

— Nie rozumiesz! — wydusił z siebie, czując, że oczy go pieką (tak, jakby miał za chwilę wybuchnąć płaczem, ale nie był w stanie, chociaż czuł, że cicha, niema rozpacz lada moment roztrzaska jego czaszkę - to bolało, to tak bardzo bolało). — Snape, ja nie mam rodziców, pamiętasz? — przecisnął przez gardło, choć głos mu się rwał. — Nie mam rodziców, a klucz do poznania przyczyny ich śmierci leży właśnie w mojej kieszeni!

Chude palce jeszcze mocniej zacisnęły się na jego nadgarstku. Kiedy Harry zaczął się opierać, zapierać się nogami, napinać mięśnie, obrócił ku niemu stężałą twarz. W jego oczach tętniło coś niecodziennie burzliwego, coś niemalże zdziczałego.

— Potter — syknął na niego, zgrzytając głośno zębami — to nie jest czas ani miejsce na...

— A kiedy będzie na to odpowiedni czas? — nie wytrzymał Harry, szarpiąc się jeszcze mocniej. — Kiedy będzie odpowiedni czas na powiedzenie mi całej prawdy?

Snape aż stęknął z frustracji.

— Przestań wreszcie wtykać nos w cudzą przeszłość, Potter!

— Ta cudza przeszłość determinuje moją przyszłość, profesorze! — Harry drżał na całym ciele; podejrzewał, że gdyby nie ściskające go mocno dłonie Snape'a, upadłby na kolana. — Twierdzi pan, że zawiodłem pańskie oczekiwania? — uderzył najsilniejszą bronią, w jaką był uzbrojony. — Cóż, pan zawiódł moje zaufanie.

W jednej sekundzie wszelkie granice zostały zatarte. Snape puścił jego ramię, jakby się oparzył.


-VVV-


Potem będzie płakał; płakał i krzyczał, i szarpał palcami włosy. I zastanawiał się, jak potoczyłby się bieg wydarzeń, gdyby przygryzł język i pozwolił Snape'owi, by wyprowadził go z Departamentu Tajemnic.

Na razie biegł ciemnym korytarzem, który oświetlały fajerwerki zaklęć. I patrząc na walczących wokół niego ludzi, miał ochotę wzmocnić swój głos zaklęciem i wrzasnąć: „przestańcie!".

W jego kieszeni ciążyła obecność przepowiedni, którą ani myślał powierzać w czyjekolwiek ręce.


-VVV-


Mam do niej prawo — myślał, machinalnie odbijając lecące ku niemu zaklęcia, owijając się jak kokonem zaklęciem tarczy. Napięciowy ból głowy pochwycił go w swoje szpony i nie chciał puścić. — Z was wszystkich to właśnie ja mam do niej największe prawo!

Postępował głupio i nieracjonalnie - wiedział o tym. Jednak nie potrafił zahamować czynów, kiedy wszystko w nim samym ściskało się, jakby zapadał się sam w sobie, jakby znikał, rozmywał jak chmura po burzy.

I z całych sił starał się odeprzeć od siebie świadomość, że własne słowa, wykrzyczane w twarz Snape'a, sprawiły, że jego serce rozerwało się jak źle zaszyta rana.


-VVV-


Dużo później nadejdzie dzień, a za nim kolejna noc, noc, podczas której Harry, z sercem pourywanym, uszkodzonym i rozszarpanym, będzie go za to przepraszał.

I dużo później Snape wzruszy ramionami i powie mu: „miałeś rację, kiedy twierdziłeś, że nie obronię cię przed tobą".

Wtedy pęknie.


-VVV-


Na razie trzymał się prosto, chociaż kark ciążył, a nogi pulsowały tępym bólem. Robił uniki; półprzysiady i obroty, a jego różdżka lawirowała w powietrzu jak batuta dyrygenta.

I ani myślał uciekać, kiedy inni walczyli - za niego.


-VVV-


Wnętrze dłoni mu krwawiło. Przez przetarcia od różdżki, co jego zdaniem pachniało groteską.


-VVV-


Szukał srebrnych oczu. Rozglądał się za falą gładkich, ciemnych włosów i trzepoczącym ruchem eleganckiej, nieco wymiętej szaty.

Jeśli miał stąd uciec, to tylko z nim.


-VVV-


Kiedyś siedzieli z Syriuszem na wilgotnej od mżawki trawie i patrzyli na Hogwart. Kiedy Syriusz wyciągnął wychudzoną, kościstą dłoń i zamknął ją na jego własnej, przez chwilę czuł się tak, jakby znał tego zaniedbanego, brudnego, podupadłego na zdrowiu człowieka od bardzo dawna. Myślał wtedy, że cela w Azkabanie nie mogła aż tak znacząco różnić się od komórki pod schodami.

I kiedy błyszczące srebrem zza poszarzałej twarzy oczy zerknęły na niego nie bez speszenia, kiedy dostrzegł lękliwą niepewność na pooranym zmarszczkami czole i policzkach, kiedy popękane usta rozciągnęły się w szczerym, zatroskanym uśmiechu, Harry zacisnął dłoń na jego nieco zbyt kościstej dłoni, otworzył szeroko własne serce i po prostu pozwolił mu do niego wejść.

Jego serce biło już dla Syriusza Blacka, zanim jeszcze jego umysł zdołał to sobie przyswoić.


-VVV-


— Nic nie dzieje się bez przyczyny — powiedział mu raz Voldemort; to było jeszcze zanim jego świat przestał się kręcić.


-VVV-


Chociaż Syriusza Blacka poznawał stopniowo, powoli, małymi kroczkami, miał wrażenie, że kochał go już dużo, dużo wcześniej. Kochał go jeszcze zanim dopatrzył się w nim nieodpowiedzialności i zbyt wielkiej frywolności. Kochał go jeszcze zanim zobaczył, jak pokrzykuje na domowego skrzata, uważając się za kogoś bardziej wartościowego od tego wynędzniałego stworzenia, choć Harry podejrzewał, że ich przeżycia są w równym stopniu naznaczone bliznami. Kochał go, kiedy pierwszy raz zobaczył go z policzkiem przyciśniętym do niedokończonej butelki ginu, której krawędź odcisnęła się na jego pokrytej drobnym zarostem skórze. Kochał go, kiedy pierwszy raz dostrzegł w jego oczach mętne, zamroczone alkoholowym oparem spojrzenie i przytłumione emocje.

W tym spojrzeniu Harry widział lęk i pragnienie ucieczki przed światem. Widział w nim niestabilne emocje i ciężar przeszłości.

Pamiętał, jak zrozumiał, że wszystko musi mieć jakieś korzenie, że to jest najpewniej skutkiem czegoś, czego nie potrafił zlokalizować, że problem z alkoholem to tylko narzuta, że prawdziwa zadra musi tkwić gdzieś głębiej.

Nie próbował się do niej dokopywać, bo bał się tego bardziej, niż przebłysków obłędu w srebrnych jak pajęczyna oczach.

Czasami rozglądał się po ludziach przewijających się przez dom jego chrzestnego ojca, spoglądał w ich zmęczone twarze i zmarszczki wokół oczu i zastanawiał się, dlaczego żaden z nich nie próbuje podejść do Syriusza i wyciągnąć do niego ręki.

Syriuszowi ten fakt nie doskwierał. Kiedy trafił do Azkabanu, też nikt nie starał się go słuchać. Chociaż jeszcze wtedy próbował o wszystkim krzyczeć. Próbował krzyczeć bardzo głośno.


-VVV-


Dlaczego tylko ja go słyszałem? — zastanawiał się Harry. — Ja, który nie miałem żadnego pola do popisu.


-VVV-


— Potter proszę! — krzyknął do niego Joseph Hughes, chociaż Harry nie wiedział, w którym momencie znalazł się tuż obok. — Musisz stąd znikać, błagam!

Walka wokół niego toczyła się tak zażarcie, jakby wszyscy wszystkim zamierzali wejść na głowy. Chwilę wcześniej Harry rozbroił Rabastana Lestrange'a; a potem patrzył, jak Snape rozrywa mu czaszkę.

Pod powiekami wciąż widział chluszczącą wokoło krew, ściekającą na podłogę jak farba i fragmenty mózgu klejące się do otaczających ich szklanych kul.

Zadbał o to, aby zniknąć Snape'owi z oczu, zanim zaczął wypluwać własny żołądek.

Teraz majaczyły przed nim niebieskie oczy, choć Harry ledwo zdołał skoncentrować na nich rozbiegany wzrok.

— Chodź! — spróbował go do siebie przyciągnąć Hughes, ale Harry odskoczył i chwiejąc się na nogach, wyciągnął przed siebie różdżkę. Sala przepowiedni wirowała mu przed oczami jak obraz w kalejdoskopie.

Pomiędzy półkami mignął mu Syriusz. On i Bellatrix Lestrange. Skakali wokół siebie jak dzieci, jak szczenięta.

Z ich walki Harry zapamiętał tyle, że Syriusz się śmiał.


-VVV-


Joseph Hughes oscylował wokół niego, jakby tańczył, ale Harry był zbyt rozkojarzony, aby to docenić. Odbijał słane ku niemu zaklęcia, otaczał go solidną tarczą, spychał go ze ścieżki kolizji z trzeszczącymi im nad głową zaklęciami.


-VVV-


Kiedy Lucjusz Malfoy, spoglądając na Harry'ego płonącymi jak stal oczami, jednym, celnym Cruciatusem zamienił Hughesa w garstkę trzęsącego się, krzyczącego wniebogłosy nieszczęścia, przed Harrym na powrót jak spod ziemi wyrósł Snape - jakby cały ten czas nie spuszczał go z oczu.

Accio przepowiednia! — syknął Lucjusz Malfoy, błyskając na nich nieskazitelnie białymi zębami.

I zanim Harry zdołał zareagować, szklana kula już mknęła poprzez dzielącą ich przestrzeń do rąk uśmiechającego się triumfalnie pana Malfoya.

Chłodna wściekłość rozpaliła się w Harrym jak za pstryknięciem dwupoziomowego przełącznika. Bez zastanowienia wycelował różdżką w szklaną kulę i warknął:

Bombarda!

Kiedy na wpół wściekły na wpół przerażony wrzask uciekający z ust Lucjusza Malfoya zmieszał się z trzaskiem pękającego szkła, Harry nie potrafił powstrzymać pełnego chłodnego triumfu uśmiechu cisnącego mu się na usta.


-VVV-


To Joseph Hughes, pozbierawszy się z chłodnej ziemi, zastąpił Lucjuszowi drogę, kiedy ten, z wściekłym rykiem i grymasem wykrzywiającym jego przystoją twarz w nadzwyczajnych konfiguracjach, rzucił się z różdżką na Harry'ego.

I to Severus Snape schował go w silnych ramionach, otaczając tak potężnym zaklęciem tarczy, że powietrze wokół nich zgęstniało.


-VVV-


Cała krew odpłynęła mu z twarzy, kiedy zaklęcie jednego z zamaskowanych Śmierciożerców, którego Harry nie poznawał, rzuciło Nimfadorą o ścianę niczym szmacianą lalką.

Usłyszał wysoki świst powietrza i potrwało chwilę, zanim zorientował się, że to on wciągnął je gwałtownie do płuc, że ten rzężący dźwięk uciekł z jego własnych ust.

Snape zaklął siarczyście gdzieś nad jego głową i zaczął siłą ciągnąć go w stronę wyjścia.

— No chodź! — syczał mu do ucha Snape; Harry wyraźnie czuł jego ciepły oddech przesuwający mu się po karku, muskający drobne włoski z tyłu głowy. — Chodź już ty popieprzony dzieciaku!

Do bezwładnego ciała Nimfadory doskoczył Alastor Moody. Przez chwilę ciskał klątwami, jakby odganiał się od hien czających się na padlinę, a potem rzucił kilka sondujących zaklęć, przeplatanych z leczniczymi na leżącą pod ścianą Nimfadorę. Harry ujrzał biel bandaży i wyłapał szybkie spojrzenia, jakie Moody podzielił z walczącym kilka kroków dalej Remusem. Spostrzegł jego skinienie głową i zrozumiał, że Nimfadora wciąż żyje.

Nie wiedział tylko, dlaczego nie poczuł napływu takiej ulgi, jakiej się po sobie spodziewał.


-VVV-


— Chyba coś jest ze mną nie tak — powiedział na wydechu, chociaż miał wrażenie, że jego odrętwiałe usta poruszyły się same, formułując poszczególne słowa bez udziału jego woli. — Chyba nie mam serca.

Z gardła Snape'a wyrwał się zduszony odgłos; czarne kosmyki jego przetłuszczonych włosów zaczęły łaskotać Harry'ego w kark, kiedy Snape oparł czoło o jego niespokojną, pełną mętliku głowę.

— Idioto — wysyczał i brzmiał, jakby go ganił — pod tym dachem nie ma człowieka, który potrafiłby kochać mocniej od ciebie.


-VVV-


Dziwnie się tego słuchało - Severusa Snape'a mówiącego mu o miłości.


-VVV-


— Zgubiłem kasztana — przyznał się Snape'owi, wiedząc, że brzmi idiotycznie, nielogicznie, słabo.

Snape, który z nieco większą skutecznością spychał go teraz w stronę wyjścia, pochwycił dłonią jego brodę i bez ceregieli zwrócił ku sobie jego twarz. Harry'ego uderzyła bliskość jego czarnych, głębokich oczu; gdyby Snape jeszcze mocniej przekrzywił jego głowę, Harry był pewien, że stuknęliby się nosami.

— Mógłbyś zgubić nawet własne zmysły i skończyć na oddziale psychicznym w Mungu, Potter — fuknął na niego, brzmiąc tak, jakby był absolutnie pewien własnej racji — a nie przestałbyś być najważniejszą osobą pod słońcem dla Syriusza Blacka.

Harry'emu zmiękły kolana.


-VVV-


Nazywał ją Bellą, tyle Harry zapamiętał z tych krótkich chwil, które nastąpiły później, a chociaż trwały sekundy, Harry będzie śnił o nich przez lata. Nazywał ją Bellą, a jego srebrne oczy połyskiwały szczęściem. To wszystko, co zadziało się z ich udziałem, wyglądało bardziej na taniec, na zabawę w kotka i myszkę, na beztroskie przepychanki, niż na walkę na śmierć i życie.

Przez kolejne godziny kilkakrotnie przemknie mu przez głowę myśl, że nie jest w stanie określić, które z nich śmiało się głośniej.

Ona nazywała go kochanym kuzynem i odwzajemniała jego szeroki uśmiech, szczerząc żółtawe zęby. I oboje byli tak bardzo zaabsorbowani sobą, jakby nic poza nimi nie miało prawa bytu, jakby byli odrębnymi jednostkami na palecie czasu.

Kiedy czerwony rozbłysk przemknął pod wyciągniętym, wychudzonym ramieniem, które tak często otaczało jego własne ramiona, jego ojciec chrzestny wciąż miał śmiech na ustach i psotne ogniki płonące w oczach. Kiedy te ogniki przygasły, Harry miał wrażenie, że wraz z nimi gaśnie coś głęboko, głęboko wewnątrz niego. Patrzył, jak przystojna twarz jego ojca chrzestnego staje się blada jak kalka, niemal przezroczysta. Triumfalny okrzyk Bellatrix zadzwonił mu w głowie, jakby wszystko wokół nagle zamilkło, przepuszczając do niego jedynie te fale dźwiękowe, na których oscylował jej szaleńczy śmiech, jakby jego uszy nie były przyswojone do odbierania żadnych innych dźwięków ponad ten zimny, nieludzki rechot toczący się głośnym echem wokół, zapętlony w jego umyśle jak niekończąca się taśma filmu.

Czuł, jak oplatające go ramiona wzbierają na sile, przytrzymują go, przyciągają do czegoś ciepłego i miękkiego, z czym zderzył się całą powierzchnią pleców, czuł palce wbijane we własne żebra i usta poruszające się na jego karku w jakichś słowach, których w kłującej, napierającej na niego zewsząd panice nie potrafił zrozumieć.

Myślał, że krzyczał, ale nie był pewny.