Dobry wieczór.

Gustaw uniósł głowę znad sprawdzanych wypracowań.

— A, Blaise, wejdź — zdziwił się. — Jesteś za wcześnie, Seamus jeszcze nie przyszedł...

— Tak, wiem.

Chłopak wszedł do gabinetu, starannie zamykając za sobą drzwi. Zachęcony gestem nauczyciela, podszedł bliżej i usiadł w fotelu naprzeciw niego. Nerwowo zabębnił palcami o podłokietnik, jakby zmagał się sam ze sobą.

— Chciałem pana przeprosić — oświadczył wreszcie. — Nie powinienem mówić, że jest pan głupi... i tych wszystkich innych rzeczy. Wcale tak nie myślę. Byłem wściekły na Finnigana, to wszystko.

Zieleziński spokojnie skinął głową.

— Rozumiem — stwierdził. — Sprowokował cię, musiałeś się wyładować. Następnym razem postaraj się lepiej nad sobą panować.

— Oczywiście, panie profesorze.

Słowa Ślizgona brzmiały bardzo szczerze, ale w jego oczach krył się chłód i dystans. Gustaw ani przez chwilę nie wątpił, że całe te przeprosiny były jedynie starannie wykalkulowanym posunięciem, w dodatku najpewniej wymuszonym przez Dafne Greengrass. Blaise wcale nie chciał tego robić, wcale nie uważał, że powinien.

Przez chwilę miał ochotę machnąć na to ręką i udać, że się nabrał… Nie byłby jednak sobą, gdyby tak postąpił.

— Wcale nie żałujesz, prawda? — zapytał konwersacyjnym tonem.

Zabini zmarszczył brwi.

— Och, oczywiście żałujesz tego, że o mało nie wyleciałeś ze szkoły — dodał Gustaw szybko — i tego, co powiedziałeś, choć zapewne jest to dokładnie to, co myślisz. Ale na pewno nie tego, że zaatakowałeś Seamusa.

Przez moment Ślizgon wyglądał, jakby chciał zaprzeczyć i ciągnąć swoje przedstawienie, ale potem w jego oczach błysnęło zainteresowanie. Wzruszył ramionami.

— Należało mu się — przyznał, obserwując nauczyciela w oczekiwaniu na jego reakcję.

— Rozumiem.

— Och, oczywiście, że pan rozumie — prychnął z przekąsem.

— Finnigan w ogóle cię nie zna, ale ponieważ trafiłeś do Slytherinu, założył, że jesteś złym człowiekiem i uważa, że z tego powodu ma prawo pogardzać i pomiatać tobą... i twoimi przyjaciółmi. To cię bardziej drażni, prawda? To nie był pierwszy raz, kiedy Seamus nazwał was śmierciożercami. Każdy w końcu by się wkurzył.

Blaise skrzywił się.

— Nie prosiliśmy się o taki przydział, ani o porąbanych krewnych — warknął. — Co Greengrass miała zrobić w maju? Stanąć z różdżką przeciwko ojcu, matce, ciotkom? Zabrała Astorię i uciekła z nią z zamku — też źle? Niech pan powie, co pan by zrobił?

— Nie wiem — odparł Gustaw poważnie. — Nie mam pojęcia, jak bym się zachował i dlatego nie śmiem potępiać twojej przyjaciółki. To, co zrobiła, może było bardziej odważne niż pozostanie w zamku. Nie mnie to oceniać.

— A inni mogą? Finnigan może wyzywać ją od śmierciojadów i spluwać, gdy ją widzi? Już i tak wybraliśmy najmniej popularne przedmioty, żeby nie rzucać się w oczy... Starożytne runy, na cholerę to komu? Ale na zaawansowanej transmutacji albo eliksirach byłoby jeszcze gorzej.

Zieleziński był wyraźnie zaskoczony.

— Jeśli potrzebne wam owutemy z transmutacji albo eliksirów...

Blaise machnął ręką.

— Musimy tylko ukończyć szkołę. Miejsca na uczelni już mamy. Moja matka ma kontakty w Świętym Mungu i jakimś cudem załatwiła mnie i Dafne zajęcia. Jeśli tylko wytrzymamy atmosferę, to przeżyjemy wszystko...

Gustaw zmarszczył brwi.

— To nie w porządku — zauważył.

— Mnie pan to mówi?

— Profesor Slughorn z pewnością mógłby pomóc...

Blaise przewrócił oczami.

— Błagam. Wie pan, że rada nadzorcza w ogóle nie chciała, żeby Ślizgoni skończyli siódmy rok? Dodatkowe zajęcia miały zostać zorganizowane tylko dla uczniów z dobrych domów!

— Wiem — odparł spokojnie Gustaw. — Dyskutowaliśmy o tym na zebraniu kadry. Profesor Slughorn ostro sprzeciwił się temu pomysłowi. — Nie była to do końca prawda, ale Gustaw uznał, że nie zaszkodzi trochę podbudować autorytet opiekuna Slytherinu. — Również profesor Vector natychmiast zaprotestowała i zażądała, by przyjąć wszystkich. Mimo że jest opiekunką Gryffindoru.

— Naprawdę?

— Podobnie postąpiła większość nauczycieli.

— Szkoda że na co dzień raczej nie są zbyt wspierający. A już z pewnością nie byli w zeszłym roku. Może jednemu Snape'owi zależało, żebyśmy wyszli na ludzi, ale potem zrobił, co zrobił... Może to było bohaterskie i tak dalej, ale Ślizgonom się raczej nie przysłużył... — Chłopak najwyraźniej zorientował się, że trochę się rozgadał. Z zakłopotaniem podrapał się po karku. — A więc to prawda, co o panu mówią — zauważył z niejakim zdziwieniem.

— A co mówią?

— Że nie jest pan taki jak stary Filch.

Pan Filch, Blaise.

Zabini uśmiechnął się krzywo.

— No, w każdym razie przepraszam za wszystko, co wtedy powiedziałem — stwierdził i tym razem zabrzmiało to całkiem szczerze. — I dziękuję, że pan się za mną wstawił, nawet jeśli… — urwał, zakłopotany.

— Nawet jeśli nie zrobiłem tego tak zupełnie bezinteresownie? — westchnął Gustaw.

Zabini przepraszająco wzruszył ramionami.

— Profesor Vector wydaje się w porządku, chociaż to Gryfonka… — zauważył.

— Blaise... — powiedział Gustaw ostrzegawczo.

— Nic nie mówię.

Zieleziński schował dumę do kieszeni i zapytał:

— Skąd ci się to w ogóle wzięło?

Blaise wzruszył ramionami.

— A, chodzą takie plotki.

— Plotki? — powtórzył Gustaw ze zgrozą.

— Astoria i Dafne chodzą na numerologię i żartują sobie, że nigdy nie można złapać profesor Vector samej, bo ciągle się pan przy niej kręci. ...Więc to prawda? — zainteresował się Blaise.

Zieleziński spojrzał na niego surowo, zły sam na siebie za to, że tak się odsłonił.

— Myślę, że lepiej będzie, jeśli zaczniesz odpracowywać swój szlaban.

x

O, Seamus, jeszcze tu jesteś... — zdziwił się Gustaw, wchodząc do schowka na narzędzia i widząc w nim Finnigana. Przygarbiony chłopak siedział na jednej z odrapanych ławek i obracał w dłoniach coś, co kiedyś musiało być ramieniem mosiężnego świecznika, a teraz stanowiło jedynie pomięty kawałek metalu. — Wystarczy na dzisiaj. Blaise już poszedł.

— Wiem. Ja... chciałem pana przeprosić.

Gustaw z najwyższym wysiłkiem opanował zaskoczenie i skinięciem głowy zachęcił go, by mówił dalej.

— Ja nic nie mam do Zabiniego — stwierdził. — To głupek, ale krzywdy nikomu nie zrobił. A rodziny się nie wybiera, no nie...? Domu też — westchnął.

— Niestety — zgodził się Gustaw spokojnie, siadając naprzeciw niego.

Seamus zwiesił głowę.

— Tylko czasem... jestem taki wściekły... Byli bierni, nie przeciwstawili się, nie zaprotestowali... Żaden Ślizgon nie został wtedy w zamku. Żaden nie walczył po naszej stronie. Może gdyby walczyli... — Urwał, zaciskając zęby.

Gustaw westchnął cicho.

— Może wtedy niektórzy z twoich przyjaciół przeżyliby bitwę — dokończył za niego. Seamus spojrzał na niego ze zdziwieniem. — Może jacyś Ślizgoni zginęliby zamiast nich. A może nic by się nie zmieniło. To nie Zabini i jego koledzy są odpowiedzialni za śmierć twoich przyjaciół. Niektórzy uciekli, żeby nie stanąć do walki przeciwko własnej rodzinie. Niektórzy po prostu nie byli tacy odważni jak wy. Możesz nimi gardzić i ich nienawidzić, i trudno będzie cię za to potępiać. Ale na dłuższą metę te uczucia bardziej zaszkodzą tobie niż im.

Seamus skinął głową. Milczeli przez chwilę, nim odezwał się znowu:

— To zabrzmi dziwacznie, ale dzięki za ten szlaban. Sądziłem, że każe nam pan robić coś bezsensownego, jak zawsze, ale to... pomaga.

— Zamiast dusić w sobie gniew lepiej wykorzystać go, żeby zrobić coś dobrego. Brzmi jak kiczowata rada z jakiegoś poradnika, ale zwykle działa.

Gustaw uśmiechnął się i Seamus również odpowiedział tym samym.

— I nie powinienem stawiać pana w takiej sytuacji — wyrzucił z siebie jeszcze. — Nawet nie pomyślałem, że to będzie dla pana niezręczne. Chciałem tylko dokopać Zabiniemu; sam się tak głupio podłożył...

— Nie da się ukryć — przyznał Zieleziński spokojnie.

— I nie powiedziałem nic profesor Vector — dodał Seamus. — Pytała, ale jej nie powiedziałem...

— Świetnie — uciął Gustaw, podnosząc się energicznie. — Cieszę się, że to sobie wyjaśniliśmy, ale teraz chyba powinieneś już iść do domu. Do zobaczenia jutro.

x

Liza zasiedziała się w pokoju nauczycielskim, poprawiając wypracowania czwartorocznych, i było już dobrze po dziewiątej, kiedy w końcu wracała do swoich komnat. Świece pogasły i jedynie blask księżyca oświetlał puste korytarze.

Kiedy zaczęła wspinać się po schodach prowadzących na jej piętro, usłyszała za sobą kroki. Ktoś szedł raźno, nieco fałszywie nucąc pod nosem piosenkę Celestyny Warbeck. Liza uśmiechnęła się odruchowo. A potem zawahała lekko, niepewna, czy w ogóle ma ochotę na to spotkanie. Wbrew jego zapewnieniom, nic między nimi nie było w porządku. On nadal starał się jej unikać, a ona... Cóż, jeśli chciała być ze sobą szczera, to musiała przyznać, że czuła się z tym zaskakująco źle.

Miała świadomość, że to poniekąd jej wina. No, dobrze, głównie jej wina. Tamtego wieczoru zareagowała nieco przesadnie, niepotrzebnie wpadła w złość, ale Gustaw zaskoczył ją i wprawił w zakłopotanie, a to nigdy nie było dobre połączenie. Jedynym słusznym posunięciem wydawało jej się postawienie sprawy jasno, bez żadnych niedomówień, natychmiast, nim wszystko zrobi się jeszcze bardziej niezręczne. Oczywiście dało się to zrobić delikatniej, ale w tamtej chwili jakoś się tym nie przejmowała. Dopiero potem zaczęła żałować swojej porywczości. Gdyby rozegrała to inaczej, może mogliby wciąż pozostać przyjaciółmi i nie czułaby się teraz tak dziwacznie.

Pod wpływem impulsu machnęła różdżką, zapalając świece w kandelabrach, żeby dać znać o swojej obecności. Mężczyzna przystanął, zaskoczony, ale kiedy ją zauważył, uśmiechnął się i podszedł bliżej, przeskakując po dwa stopnie. Ubrany był po mugolsku, w ciemne dżinsy, kraciastą koszulę, kamizelkę i szary sweter. Liza już jakiś czas temu zauważyła, że w czasie wolnym rzadko kiedy nosił czarodziejskie szaty, w których najwyraźniej nie czuł się zbyt komfortowo. Poza tym chyba przywiózł ze sobą niewiele ciepłych ubrań i nie był zbyt dobrze przygotowany na szkocką zimę w starym, podniszczonym zamku.

— Cześć. Co tu robisz o tej porze? — zapytała Liza.

— Byłem w kuchni — odparł. — Wcześniej miałem szlaban z Zabinim i Finniganem i nie zdążyłem na kolację.

— I jak poszło? — zaciekawiła się. — Może wejdziesz na filiżankę herbaty i opowiesz? — dodała nieco niepewnie.

Gustaw zawahał się, niezdecydowany, i przez moment Liza była pewna, że odmówi, ale w końcu skinął głową. W milczeniu przeszli do jej komnat, gdzie wskazała mu fotel przy kominku, a sama przywołała z kuchni imbryk z herbatą i napełniła filiżanki. Nie opuszczało jej idiotyczne wrażenie, że wszystko jest nie tak jak być powinno. Zieleziński uśmiechał się, ale widziała wyraźnie, że nie czuje się swobodnie. Nie rozglądał się z zaciekawieniem, nie zagadywał, nie żartował, a kiedy odbierał od niej filiżankę, starannie uważał, by przypadkiem nie dotknąć jej dłoni.

— Więc co wymyśliłeś w ramach szlabanu? — zapytała, postanawiając udawać, że tego nie zauważyła.

— Pomagaliśmy robotnikom odgruzowywać lochy.

— Pomagaliście? — Uniosła lekko brwi, akcentując ostatnią sylabę.

Gustaw wzruszył ramionami.

— Przecież nie będę stał nad nimi i patrzył, jak sami pracują. Argus i Hagrid pomagają robotnikom już od paru tygodni...

— Ale jak, skro wy... — zaczęła Liza i urwała, krzywiąc się lekko. Nie chciała, by znowu pomyślał, że jest w jakiś sposób uprzedzona.

On jednak tylko się roześmiał.

— Normalnie — odparł. — Łopatą.

— Dlaczego? Czy nie byłoby łatwiej zrobić to za pomocą magii? — zapytała i zaraz sama sobie odpowiedziała: — Och, oczywiście, że nie! Tyle magii jest już w tych murach!

Magiczne budowle miały to do siebie, że naprawdę ciężko było je zburzyć, ale kiedy już się to udało, na szczątkach pozostawały resztki zaklęć ochronnych, przez co nie dało się tak po prostu ich zniszczyć, zmniejszyć, transmutować ani nawet uczynić lżejszymi. Gdyby robotnicy zaczęli jeszcze dokładać do nich jakieś bardziej skomplikowane zaklęcia, wszystko mogłoby się zwyczajnie zawalić.

Zieleziński pokiwał głową, jakby rozbawiony tym, że dopiero teraz na to wpadła, choć przecież jako numerolog lepiej od niego znała się na prawach rządzących magią.

— Dlatego trzeba to zrobić po mugolsku, łopata za łopatą — stwierdził. — Na szczęście taczki da się już lewitować.

— A skrzaty? — podsunęła Liza. — Ich magia jest zupełnie inna, nie powinna reagować z zaklęciami nałożonymi na zamek... — zastanawiała się na głos, patrząc na niego pytająco. Niestety nie miał zbyt wiele do powiedzenia na temat specyfiki skrzaciej magii. Mógł za to wyjaśnić, dlaczego nawet nie spróbowały:

— Rozmawiałaś ostatnio z jakimś skrzatem? Są wymęczone. Mają swoje codzienne obowiązki i ciągle starają się doprowadzić zamek do stanu używalności, i nie starcza im czasu na odgruzowywanie korytarzy. Ale nie martw się, wbrew pozorom idzie nam to całkiem sprawnie. Po świętach będzie można zacząć odnawiać sale.

„Nie musi robić nawet połowy tych rzeczy, które robi" — pomyślała Liza, dziwnie poruszona i zawstydzona jednocześnie, bo sama nie wpadła na pomysł, by pomagać w ten sposób. — „Choć nawet gdyby, to pewnie i tak nie okazałabym się ani trochę przydatna" — stwierdziła samokrytycznie.

Gustaw zmarszczył pytająco brwi, nie bardzo wiedząc, jak rozumieć jej milczenie.

— Dalej rozważasz kwestię skrzatów czy raczej obliczasz, ile czasu potrzebuje dwóch charłaków i półolbrzym, żeby uprzątnąć cały zamek? — zażartował.

— Zastanawiam się, ile szlabanów powinniśmy rozdać, żeby poszło to szybciej — odparła.

Roześmiał się.

— A Zabini i Finnigan? — zaciekawiła się. — Bardzo byli oburzeni?

— Nawet nie. I chyba dobrze im to zrobiło. Czasem dobrze jest porządnie się zmęczyć...

Liza dolała im obojgu herbaty, słuchając jak opowiada o uczniach — ze śmiechem o początkowej konsternacji Blaise'a i Seamusa, którzy chyba po raz pierwszy w życiu zostali zagonieni do fizycznej pracy i z autentycznym współczuciem o tym, jak przyszli do niego porozmawiać.

Na Merlina, musiała przyznać, że brakowało jej jego towarzystwa. W ciągu ostatnich tygodni przyzwyczaiła się do pogawędek przy śniadaniu, spacerów po korytarzach w trakcie przerw i wieczornych rozmów przy herbacie. Polubiła je i polubiła samego Gustawa z tym jego niegasnącym entuzjazmem i dystansem do samego siebie i reszty świata.

Patrzyła na jego twarz, oświetloną miękko odblaskiem ognia, i szerokie dłonie, zaplecione wokół filiżanki, i nagle przyłapała się na tym, że zamiast żałować, że wszystko zepsuł, zaczęła zastanawiać się, co by się stało, gdyby tamtego dnia to ona zareagowała inaczej. Gdyby na chwilę wyłączyła zdrowy rozsądek i pozwoliła się przekonać jego szalonej logice, zgodnie z którą nawet Pokój Życzeń sugerował, że są dla siebie tym, czego najbardziej potrzebują i pragną...

„Z pewnością skończyłoby się tak jak z Julesem" — szybko ucięła głupie pomysły. Po Shepardzie również na początku nie spodziewała się niczego wielkiego: ot, nic nieznaczący epizod, który miał ją pocieszyć po tamtym koszmarnym roku i podbudować jej nadwątloną pewność siebie i wiarę we własną atrakcyjność. Tymczasem nim się spostrzegła, Jules namącił jej w głowie i zaczęła wyobrażać sobie nie wiadomo co, jak ostatnia idiotka.

Poza tym Sheparda nie znała zbyt dobrze, więc nie obawiała się, że coś zmieni się w ich relacjach, jeśli zaczną się spotykać. I przede wszystkim nie pracowali razem. Kiedy się rozstali, mogła zająć się swoimi sprawami w Hogwarcie i próbować o nim zapomnieć. Gustaw był na miejscu, w zamku; czy tego chciała, czy nie, widywała go codziennie, spotykali się na posiłkach i w pokoju nauczycielskim. Prędzej czy później to stałoby się niezręczne.

„Tak jakby teraz nie było" — pomyślała ironicznie, posępniejąc nieco. Na szczęście Gustaw niczego nie zauważył.

— Wyjeżdżasz gdzieś na święta? — zapytał, zmieniając temat.

Zmusiła się do uśmiechu i potaknęła.

— Chcę odwiedzić Andromedę; poznałeś ją kilka tygodni temu, pamiętasz?

— I jej wnuka metamorfomaga, oczywiście, że pamiętam. To jacyś twoi krewni?

Pokręciła głową.

— Ja i Andromeda paręnaście lat temu pracowałyśmy razem w Ministerstwie i od tamtego czasu się przyjaźnimy. — Gustaw sprawiał wrażenie nieco zaskoczonego. Liza spojrzała na niego krzywo i odpowiedziała na niezadane pytanie: — Nie mam żadnych bliskich, których bym chciała odwiedzić. Zwykle spędzam święta w Hogwarcie, czasem jadę na wakacje. W tym roku zaprosiła mnie Meda. Będzie sama, przyda jej się towarzystwo…

Zieleziński nadal nic nie powiedział, ale Vector dostrzegła jego minę i wiedziała, o czym pomyślał. Na Merlina, wolałaby, żeby zapytał; drażniło ją, kiedy tak uważał na słowa, zupełnie jak nie on!

Wstała, sięgając po leżące na stole papierosy, otworzyła na oścież okno i ignorując przenikający ją chłód, zapaliła jednego.

— Cała jej rodzina zginęła podczas wojny — wyjaśniła. — Najpierw mąż, Ted. Był mugolakiem i ukrywał się, ale i tak śmierciożercy go dopadli... A potem, podczas bitwy, jej córka, Nimfadora, razem z mężem, Remusem...

— Przykro mi — powiedział Gustaw. — To straszne.

— Wiem — odparła bezbarwnie. — Ludzie nie powinni ginąć w pół roku po ślubie, osieracając niemowlaki… Och, powinnam wziąć się w garść, bo Andromeda nie będzie miała ze mnie żadnego pożytku! To będą jej pierwsze święta bez męża i córki… — Zadrżała mimowolnie.

Gustaw podszedł do niej, zabierając z oparcia fotela jej szal. Bez słowa zarzucił go jej na ramiona, a potem odsunął się o krok, wsuwając ręce do kieszeni i starając się przybrać w miarę swobodną pozę, choć był wyraźnie spięty i zakłopotany. Liza spojrzała na niego dziwnie, ale nie skomentowała jego gestu.

— Przepraszam — rzuciła tylko gorzko. — Pewnie już żałujesz, że tu przyszedłeś. Moje towarzystwo musi być nużące.

— To ja niepotrzebnie poruszyłem przykry temat — odparł Zieleziński. — A twoje towarzystwo zawsze jest mi miłe — dodał cicho.

Zmarszczyła z powątpiewaniem brwi, a potem zaciągnęła się po raz ostatni i zgasiła papierosa w stojącej na parapecie popielniczce. Gustaw poruszył się lekko i przez chwilę sądziła, że mógłby ją objąć, że gdyby to zrobił, nie zaprotestowałaby, nie odsunęła się. Potem byłoby, co by było, ale teraz...

Mężczyzna głębiej wcisnął dłonie w kieszenie i powiedział:

— Jest zimno, Lizzie. Mogę zamknąć okno?

Liza westchnęła, tłumiąc w sobie rozczarowanie, i skinęła głową.

x

Severus sądził, że z biegiem czasu będzie łatwiej, że po kilku dniach wytężonej pracy mięśnie się rozluźnią, a ciało samo wpadnie w dawny, dobrze znany rytm. Przecież, do cholery, przez całe życie nie robił nic innego, jak tylko kroił te przeklęte składniki i mieszał eliksiry, i gdyby trzeba, potrafiłby to robić z zamkniętymi oczami — choć oczywiście lepiej zachować oczy otwarte, jeśli jest się przyzwyczajonym do posiadania dziesięciu palców i brwi.

Przez pierwszych kilka dni Severus spędzał w pracowni większość doby, z przerwami na jedzenie i sen. Nawet brak jakichkolwiek postępów nie zrażał go aż tak bardzo — przynajmniej miał jakieś zajęcie, wymagające pełnego skupienia i uwagi, tak że nie starczało mu czasu na bezsensowne rozmyślania.

Kiedy jednak po tygodniu nie dało się zauważyć żadnej poprawy, ręce wciąż trzęsły mu się jak w febrze, a Cordice irytująco spokojnym głosem wytłumaczył mu, że spróbował już każdego znanego mu eliksiru i zaklęcia, i skoro żaden z nich nie pomógł, to nie można było zrobić nic więcej, tylko czekać, Severusa zaczął trafiać szlag.

Wściekły zgasił ogień pod kociołkiem z kolejnym nieudanym wywarem, osunął się na krzesło i ukrył twarz w dłoniach. Jaki był pożytek z Mistrza Eliksirów, który nie potrafił prosto posiekać składników czy przelać płynu z jednego naczynia do drugiego? Przy eliksirze na czyraki to oczywiście nie miało aż tak wielkiego znaczenia, ale większość poważnych mikstur wymagała ostrożności i precyzji. Nieraz najmniejszy wstrząs mógł pozbawić dobrze uwarzoną miksturę jej właściwości albo nawet spowodować wybuch, po którym z nieszczęsnego warzyciela nie byłoby czego zbierać.

Mimowolnie zaczął się zastanawiać, czym oprócz eliksirów mógłby się zająć. Oprócz dyplomu Mistrza Eliksirów, miał wprawdzie wiele praktycznych kwalifikacji i umiejętności, ale wątpił, czy zainteresowałyby one potencjalnego pracodawcę...

Było coś jeszcze: eliksiry dawały szansę na niezależność. Wreszcie nie miałby nad sobą żadnego przełożonego i sam by o sobie decydował. Pracowałby w domu i spotykał się z ludźmi tylko wtedy, gdy stałoby to absolutnie konieczne.

Może kiedy odzyska różdżkę, będzie łatwiej. Drżenie rąk nie mogło przecież wpływać na zdolność rzucania zaklęć. Większość składników dało się przygotować przy użyciu magii — oczywiście nie gwarantowało to takiej samej precyzji, ale przynajmniej coś w końcu by mu wyszło.

W takich chwilach Severus złościł się, że Cordice nie stara się bardziej. Był pewien, że sam w ciągu godziny zdobyłby namiary na jakiegoś handlarza, tymczasem Cordice nie potrafił zrobić tego od tygodnia. Malfoy stanowczo odmówił skorzystania z własnych rozległych kontaktów, twierdząc, że wciąż jest obserwowany przez aurorów, więc mogłoby mu to poważnie zaszkodzić, i nakazywał cierpliwie czekać.

Severus nie chciał dłużej czekać. Nie miał na to czasu. Im prędzej dostanie różdżkę, tym prędzej odzyska pełną samodzielność i wreszcie będzie mógł się stąd wyrwać. Z każdym dniem wzrastało prawdopodobieństwo, że coś się zmieni w sytuacji Malfoya, a co za tym idzie, w jego własnej. Z każdym dniem bezradność wydawała mu się coraz bardziej dobijająca, a wątpliwości, które na chwilę udało mu się przytłumić, wracały z jeszcze większą mocą.

Cały czas gdzieś w kącie umysłu niczym natrętna mucha trzepotała myśl, że mimo wszystko powinien spróbować wszystko naprawić. W zeszłym roku próbował przewidzieć reakcję Aurigi na to, co zrobił, i nie do końca mu się to udało. Może więc teraz także zachowałaby się zupełnie inaczej i zamiast od razu posłać go do diabła, zgodziłaby się go wysłuchać?

Przecież mógłby jej wszystko wyjaśnić. Powiedzieć, że nie miał wyboru, że wypełniał tylko polecenia Dumbledore'a i gdyby to od niego zależało, nic z tego nigdy by się nie wydarzyło, nigdy by jej tak nie potraktował. Oczywiście to byłoby niezręczne i trudne, musiałby podjąć ryzyko i odsłonić się bardziej, niż kiedykolwiek przed kimkolwiek…

Ale gdyby mu się udało i Auriga do niego wróciła, czyż nie uznałby, że było warto?

„No dobrze" — pomyślał ostrożnie, uczepiając się tej, pierwszej od bardzo dawna, optymistycznej myśli. — „Załóżmy, że jakimś cudem zgodziłaby się dać ci drugą szansę — i co dalej?".

Zawahał się. Nigdy nie myślał zbyt wiele o przyszłości. Dopóki Czarny Pan żył, był związany obietnicą złożoną Dumbledore'owi, a zastanawianie się, co będzie potem, wydawało się w jego sytuacji zupełnie absurdalne. To nie tak, że nie chciał przeżyć wojny — po prostu, biorąc pod uwagę jego sytuację, przeżycie jej wydawało mu się naprawdę bardzo mało prawdopodobne. Rzecz jasna Auriga nie chciała nawet słuchać o tym, że coś mogłoby mu się stać, jakby unikanie tematu czyniło zagrożenie mniej realnym. Dla świętego spokoju po prostu o tym nie wspominał, pozwalając jej wyobrażać sobie, że kiedyś wojna się skończy i wszystko się ułoży.

Severus zastanowił się przez chwilę i nagle myśl o tym, jak miałoby wyglądać jego życie z Aurigą, wydała mu się zarazem śmieszna i przerażająca.

Oczywiście przestaliby się ukrywać — Sinistra już dawno tego chciała, a teraz nie miałby żadnej wymówki, żeby przekonać ją, że to nie jest dobry pomysł — wskutek czego natychmiast staliby się źródłem niekończących się plotek i niewybrednych komentarzy. Tak jakby nie wystarczyło to, że dzięki cholernemu Potterowi i jeszcze bardziej cholernej Skeeter wszyscy poznali historię jego nieszczęśliwej miłości do Lily. Niewykluczone zresztą, że aurorzy uznaliby to za kolejny dowód przeciwko niemu. Skoro oszukał Pottera co do Lily, to mógł oszukiwać w innych kwestiach. Severus szczerze wątpił, by Wizengamot zechciał dostrzec subtelną różnicę między kłamstwem a przemilczeniem pewnych faktów i wyeksponowaniem innych w trosce o to, by mózg Pottera nie eksplodował z nadmiaru informacji.

Zresztą sam fakt, że Wizengamot mógłby wziąć to pod analizę sprawiał, że Snape zaczynał się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby dać się zamknąć w Azkabanie bez procesu.

Severus stanowczo odsunął od siebie myśli o Azkabanie i o własnej leżącej w gruzach reputacji. „Jeden problem na raz" — pomyślał.

Jednak nawet po wyeliminowaniu perspektywy więzienia sprawy nie przedstawiały się o wiele lepiej. Auriga z pewnością nie pozwoliłaby mu na zaszycie się na jakimś odludziu i ograniczenie kontaktów z ludźmi do minimum. Nie mógł wrócić do Hogwartu, ale znalazłaby inny sposób, by mieć go blisko siebie. Pewnie oczekiwałaby, że zamieszkają razem. Może nawet, że któregoś dnia się z nią ożeni… Kiedyś napomknęła o tym pół-serio — był prawie pewien, że tylko się z nim drażniła, ale na wszelki wypadek stanowczo zakończył dyskusję… Może nawet nieco zbyt stanowczo, bo Sinistra wydawała się dość urażona. On sam nie wiedział, czy jego reakcja spowodowana była tym, że już znał plany Dumbledore'a, czy raczej szokującą myślą, że Auridze naprawdę może przestać wystarczać to, co jest między nimi.

Problem w tym, że jemu wystarczało jak najbardziej. Ich układ był prosty i wygodny. Auriga nigdy nie wymagała od niego za wiele, bo po prostu cieszyła się, kiedy udało mu się przeżyć kolejne spotkanie z Voldemortem. Nikt o nich nie wiedział, a co za tym idzie, nikt nie wtrącał się w ich sprawy. Snape nie musiał poznawać jej rodziny ani udawać, że interesują go sprawy jej przyjaciół. Kiedy się spotykali, miał ją tylko dla siebie... a potem każde z nich wracało do własnych komnat, własnej pracy, własnego życia. Ich związek opierał się na dość rzadkich kontaktach i stałym poczuciu zagrożenia, więc nie mieli się kiedy sobą znudzić czy zmęczyć. Severus lubił towarzystwo Aurigi i musiał przyznać, że zwykle brakowało mu jej w te wieczory, kiedy jakaś gwiazda czy kometa okazywała się bardziej interesująca od niego, ale myśl, że miałaby być obok przez cały czas, wydawała mu się dość przerażająca.

Poza tym co, jeśli będzie spodziewała się, że on również się zmieni? Że skoro jego życie nie znajduje się dłużej w nieustającym niebezpieczeństwie, to zacznie zachowywać się inaczej? Zabierać ją na randki, okazywać uczucia, a w weekendy bez narzekania odwiedzać jej rodziców — Merlin wie, co jeszcze powinni robić zakochani mężczyźni. Z pewnością chciałaby normalnego życia — i do cholery, zasługiwała na nie — problem w tym, że Severus nie miał pojęcia, jak powinno ono wyglądać. Tak naprawdę nigdy nie był w żadnym poważniejszym związku. Z domu też nie wyniósł dobrych wzorców. Małżeństwo jego rodziców stanowiło książkowy przykład patologii i choć zdawał sobie sprawę, że to raczej wyjątek od reguły, to pozostawał sceptyczny do instytucji jako takiej...

Nagle w jego głowie pojawiło się jeszcze gorsze pytanie — co, jeśli i to by jej nie wystarczyło? Co prawda nigdy nie wspominała o tym, że chciałaby mieć dzieci, i zawsze zażywała odpowiedni eliksir, żeby do tego nie doszło, ale doskonale wiedział, jak dobrze radziła sobie z uczniami i jak bardzo uwielbiała swoich bratanków... Severus poczuł, że robi mu się gorąco. Natychmiast odsunął od siebie tę myśl — budziła zbyt wielką grozę.

Prawda była taka, że jakkolwiek by tego nie pragnął, ich związek nie mógł dłużej wyglądać tak jak wcześniej. Wszystko by się zmieniło, a on nie miałby już żadnych wymówek, by nie musieć robić rzeczy, na które nie miał ochoty… Przecież ledwie zdołał się uwolnić spod wpływów i manipulacji Albusa i Czarnego Pana. Znowu miał pakować się w kolejną relację wymagającą od niego pełnego zaangażowania i poświęcenia? Jak miał odzyskać kontrolę nad własnym życiem, skoro znów byłby kompletnie zależny od kogoś innego?

Nawet jeśli chodziło tylko o Aurigę, która przecież nigdy nie zrobiłaby niczego, co mogłoby mu zaszkodzić, i nigdy nie poprosiłaby o nic, co byłoby ponad jego siły… Ale gdyby dała mu szansę, to on sam robiłby wszystko, żeby tylko jakoś jej wynagrodzić te wszystkie kłamstwa i żeby przypadkiem nie odkryła, że zasługuje na kogoś o wiele lepszego niż zdrajca i śmierciożerca.

Najgorsze było to, że mimo wszystkiego, co gotów był zrobić, by ją odzyskać i zatrzymać przy sobie, ona wciąż mogłaby dostrzec, że to bez sensu. Prędzej czy później straciłaby złudzenia i zaczęła mieć dość bycia z kimś takim, jak on, dość ponoszenia konsekwencji jego złych wyborów. W efekcie znienawidziłaby go i odeszła albo — co wydawało się Severusowi jeszcze gorsze — z litości trwałaby przy nim, za wszelką cenę udając, że wcale nie jest nieszczęśliwa…

„Tak się nie stanie" — podsunął głos w jego głowie. — „Nawet nie zdążysz jej unieszczęśliwić, bo kiedy tylko aurorzy dowiedzą się, że żyjesz, trafisz do Azkabanu".

Severus ukrył twarz w dłoniach, rozważając tę wizję. Jak mógłby starać się odzyskać Aurigę, skoro jedyne, co go czekało, to więzienie? Gnicie w Azkabanie to jedno, ale gnicie w Azkabanie ze świadomością, że na zewnątrz ona na niego czeka, że nie może ruszyć dalej, związana resztkami sentymentu i poczuciem obowiązku...

„Nie, to już postanowione" — pomyślał. Nie było dla niego przyszłości w Anglii.

Ale Auriga nigdy nie zgodziłaby się z nim uciec. Nie zrozumiałaby jego pobudek i na pewno namawiałaby go do powrotu, wierząc, że wszystko jakoś się ułoży.

Zresztą jak w ogóle mógłby ją o to prosić? W przeciwieństwie do niego, nic by na tym nie zyskała, a straciłaby wszystko. Tutaj było całe jej życie. Miała tu rodzinę, przyjaciół, pracę. Jak miałaby poświęcić to wszystko, by spędzić resztę życia ukrywając się, z dala od bliskich, od wszystkiego, co kochała? I to dla kogo — dla wraka człowieka, który nie miał jej niczego do zaoferowania. Który nie będzie nawet w stanie jej utrzymać, niezdolny do wykonywania jedynej pracy, do której się nadawał… Nie, nigdy nie ośmieliłby się jej tego zaproponować.

Severus oparł głowę na dłoniach, starając się jakoś uporządkować ten chaotyczny potok myśli. Nie chciał się dłużej nad tym zastanawiać. Już raz pozwolił sobie uwierzyć, że może go spotkać coś dobrego — i oto jak na tym wyszedł. Wiedział, że najlepsze, co może zrobić, to wyjechać. Podjął już decyzję.

Był pewien, że prędzej czy później przywyknie do braku jej obecności. Jakoś przeżył ostatnie półtora roku. To nie tak, że potrzebował jej jak powietrza. Była raczej jak coś, czego trudno sobie odmówić, kiedy znajduje się w zasięgu ręki, ale bez czego można się obejść i o braku czego na co dzień prawie się nie rozmyśla. Wiedział, że tęsknota w końcu zblednie, a poczucie winy przestanie wydawać się aż tak przytłaczające. Już raz przez to przeszedł. Nauczył się żyć bez Lily, choć kiedyś wydawało mu się to niemożliwe. Teraz po prostu będzie musiał nauczyć się żyć bez Aurigi.

xxx

Auriga odłożyła pióro i ziewnęła szeroko. Była wykończona, a drobne pismo jednej z trzeciorocznych rozmywało się jej przed oczami. Ostatnie tygodnie były dość intensywne, ale dziś rano odesłała do redakcji ostateczną wersję artykułu, nad którym pracowała przez ostatni miesiąc i teraz pozostało jej nadgonić zaległości w sprawdzaniu prac domowych i uzupełnić dzienniki, zanim Minerwa zauważy braki. Potem czekała ją już tylko przerwa świąteczna, którą Sinistra zamierzała spędzić na słodkim lenistwie. W towarzystwie Severusa, rzecz jasna.

Auriga uśmiechnęła się odruchowo. Spotykali się od ośmiu miesięcy i mimo obaw, jakie miała na początku, między nimi wszystko układało się dobrze. Nie idealnie — Severus wciąż musiał szpiegować Voldemorta, przez co nigdy tak naprawdę nie mogła być o niego spokojna. Nie podobało jej się także, że wciąż trzymali swój związek w sekrecie. Rozumiała, dlaczego Severus tak się przy tym upiera, ale nie zmieniało to faktu, że stało to w sprzeczności z jej szczerą i otwartą naturą. Wciąż zdarzały im się spięcia, jak w każdym związku; Sev potrafił być naprawdę trudny i zachowywać się zupełnie nieznośnie, ale zawsze udawało im się dojść do porozumienia, i w jakiś sposób wiedziała, że naprawdę mu na niej zależy. Na razie nie potrzebowała niczego więcej.

Potarła zmęczone oczy i odwróciła się, by zerknąć na wiszący na ścianie zegar. Severus miał wpaść do niej wieczorem i spodziewała się go lada chwila...

A niech to — mruknęła, dostrzegając, która jest godzina. Było dużo później niż sądziła i jeśli do tej pory się nie zjawił, to pewnie już nie przyjdzie.

Na pewno zasiedział się nad kociołkami" — pomyślała z ponurym rozbawieniem. Nie żeby mogła mieć o to pretensje, kiedy sama straciła poczucie czasu przy pracy. Pewnie znowu zajmował się jakimś skomplikowanym eliksirem dla Poppy, o którym wspominał ostatnio. Jak zawsze zaoferowała mu pomoc, ale powiedział, że chce rozgryźć to sam, więc nie nalegała. W końcu to, że byli parą, nie oznaczało, że musieli spędzać ze sobą każdą chwilę. Uwielbiała być z Severusem, ale równie mocno ceniła sobie niezależność i czasem potrzebowała po prostu pobyć sama i porobić coś bez jego rozpraszającej obecności. Rozumiała, że on może czuć się tak samo. Poza tym było jej to nawet na rękę, bo sama mogła poświęcić więcej czasu na obserwacje nieba.

Zamknęła kałamarz i zaczęła porządkować rozrzucone na biurku papiery. Teraz, kiedy głowy nie zaprzątały jej zagadnienia astronomiczne, ogarnęła ją nagła tęsknota za Severusem. Przemknęło jej przez myśl, żeby odwiedzić go w lochach, ale wędrówka przez cały zamek była ostatnią rzeczą, na którą miała teraz ochotę. Marzyła już tylko o gorącym prysznicu i miękkim łóżku.

Trudno, zobaczymy się jutro" — stwierdziła rozsądnie, wsuwając do szuflady plik esejów.

Nagle jej wzrok przyciągnęła karteczka, zapisana pochyłym pismem Severusa, którą przysłał parę dni temu.

Dziś nie dam rady, nie przychodź, zobaczymy się jutro. S.

Auriga poczuła ukłucie niepokoju. Przesunęła dłonią po pergaminie, starając się zrozumieć, co je wywołało. Sev po prostu dał jej znać, że nie będzie miał dla niej czasu...

Kiedy ostatnio miał czas? Och, sama nie była lepsza i ostatnio kilkakrotnie odwołała ich spotkanie, bo pogoda akurat sprzyjała obserwacjom… Ale do tej pory, nawet kiedy oboje byli zajęci, to i tak udawało im się znaleźć choć pół godziny, żeby wypić razem herbatę i porozmawiać. Tymczasem — uświadomiła sobie Auriga — w ciągu ostatniego tygodnia Severus ani razu nie przyszedł na Wieżę, a ona nawet nie zajrzała do jego pracowni. Oczywiście widywali się w pokoju nauczycielskim i w Wielkiej Sali, ale to nie było to samo.

Sinistra poczuła ukłucie wyrzutów sumienia. Nie namyślając się wiele, narzuciła na ramiona szal, pogasiła światła i wyszła z gabinetu.

Nie znalazła Severusa w pracowni. W jego komnatach także było ciemno i cicho. Auriga zajrzała do sypialni i niejakim z zaskoczeniem stwierdziła, że po prostu śpi. Uśmiechnęła się lekko.

Rzucając zaklęcie wyciszające, by go nie obudzić, wzięła prysznic w jego łazience, umyła zęby i przebrała się w piżamę. W końcu wsunęła się do łóżka obok Severusa.

Auriga? — zapytał sennie, zaskoczony.

Spodziewałeś się kogoś innego? — odparła, przytulając się do niego.

Mruknął coś niezrozumiale i otoczył ją ramieniem.

Auriga zamknęła oczy, postanawiając sobie stanowczo, że jutro nadrobią te wszystkie spędzone osobno wieczory. Severus zaczynał zajęcia dopiero o dziesiątej, więc będą mieli dla siebie cały poranek. Nie puści go na śniadanie w Wielkiej Sali, zjedzą w łóżku, opowie mu o swoim artykule i w końcu dopyta o ten nowy eliksir...

Ale rano Auriga obudziła się sama. Mimo wczesnej pory, łóżko po stronie Severusa było puste i zimne, a jedyny ślad jego obecności stanowiły resztki niedopitej kawy w pozostawionej w zlewie filiżance.

xxx

Liza zmarszczyła brwi, czytając wyjątkowo słabe wypracowanie jednego z trzeciorocznych Puchonów. Niewiele myśląc postawiła m irytacją skreśliła krótki komentarz. Ledwie postawiła kropkę, dopadły ją wątpliwości — może nie powinna być aż tak ostra. Temat był trudny, a przecież widać, że dziecko się starało, tylko po prostu wszystko kompletnie pomieszało... Z westchnieniem dopisała jeszcze jedno zdanie, żeby złagodzić zjadliwy ton swojej wypowiedzi, i zanotowała w pamięci, żeby na następnej lekcji jeszcze raz wytłumaczyć to zagadnienie. Potem włożyła stos wypracowań z powrotem do teczki i odłożyła je na bok. To nie był dobry dzień na ocenianie prac uczniów, skoro nie potrafiła zachować obiektywizmu.

— Wszystko w porządku? — zapytała Auriga, siadając w swoim fotelu obok niej.

Vector wzruszyła ramionami. Sama w zasadzie nie potrafiła powiedzieć, co jest przyczyną paskudnego nastroju, który miała od rana. Nie spała dobrze, obudziła się zmęczona i wszystko ją denerwowało.

— To chyba ta pogoda — westchnęła, patrząc z wyrzutem na szarobure, deszczowe niebo za oknami. — Mógłby chociaż spaść śnieg.

Sinistra uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

— Jak dla mnie, mogłoby przestać padać w ogóle. Od tygodnia nie widziałam ani skrawka czystego nieba i już mam dość lekcji teoretycznych...

Liza wzruszyła ramionami. Jej zajęcia przynajmniej nie były zależne od pogody.

— Masz jakieś plany na czwartek? — zagadnęła Auriga. W czwartki Liza zaczynała lekcje dopiero późnym popołudniem, a ranki miała wolne.

— Raczej nie, a co?

— Zastanawiałam się, czy nie wybrałabyś się ze mną na Pokątną na przedświąteczne zakupy?

— Chętnie. Sama nie mam jeszcze wszystkich prezentów.

— Kto ci się trafił? — zainteresowała się Auriga.

Co roku na kilka tygodni przed świętami na jednym z zebrań kadry pedagogicznej urządzali losowanie — każdy dostawał jedną osobę, dla której miał przygotować prezent w imieniu wszystkich współpracowników. Była to tradycja zapoczątkowana przez Dumbledore'a jeszcze zanim Auriga i Liza zostały nauczycielkami.

— Irma, a tobie? — odparła Liza.

— Gustaw. Nie mam pojęcia, co mogłabym mu kupić.

— Och, to proste. — Vector machnęła niedbale ręką. — Ja bym mu kupiła sweter, zdaje się, że ma tylko te dwa, w których na okrągło chodzi. Taki porządny, wełniany. Albo rękawiczki. Wyobraź sobie, że przywiózł ze sobą tylko jedną parę i teraz chodzi bez, bo ten jego głupi hipogryf mu zeżarł... — urwała, zauważając, że przyjaciółka przygląda jej się z irytującym uśmiechem. — Och, błagam! — wykrzyknęła. — Wystarczy mu się przyjrzeć!

— Jasne, nic nie mówię. — Sinistra pojednawczo uniosła przed siebie dłonie. — Ale sweter to dość osobisty prezent, nie sądzisz?

Liza ze złością przewróciła oczami.

— Więc kup mu kubek, to chyba dostatecznie bezosobowe — prychnęła.

— Właściwie myślałam nad „Historią Hogwartu" — powiedziała Auriga, nie zwracając uwagi na jej dąsy. — To trochę naruszałoby zasady tajności, ale mogłabym spróbować zaczarować ją tak, żeby nikt poza nim nie widział treści. Miałby jakąś pamiątkę stąd, kiedy wróci do życia wśród mugoli…

— Daj spokój, przecież on nigdzie się nie wybiera.

Auriga spojrzała na nią zaskoczona.

— Jego umowa wygasa z końcem grudnia.

— Tak, wiem, ale Minerwa z pewnością już zaoferowała mu nową, pewnie nawet dostał podwyżkę...

— Nie zgodził się.

— Jak to?

— Sądziłam, że wiesz. Przykro mi, Lizzie — powiedziała Sinistra ze współczuciem.

Vector błyskawicznie opanowała zaskoczenie.

— Nie rozumiem dlaczego — oznajmiła zimno. — Niech jedzie, przeklęty egoista! Biedna Minerwa, gdzie ona w środku roku szkolnego znajdzie nowego nauczyciela mugoloznawstwa?!

x

Liza nie mogła spać. Nie dlatego, że się przejmowała — bo przecież się nie przejmowała. Po prostu była zła. I to wcale nie z powodu jego wyjazdu, ale dlatego, że znowu o niczym nie wiedziała. Naprawdę nie znosiła dowiadywać się ostatnia. I to w dodatku od Aurigi, bo on sam nie raczył jej powiedzieć! Spędzili wczoraj razem wieczór i nawet wypytywał ją o plany na święta — nie mógł wtedy wspomnieć, że sam po świętach zamierza wyjechać? Taki był miły i troskliwy... A dzisiaj znowu jakoś starał się trzymać od niej z daleka — ale to może dlatego, że ona sama przez całą kolację nie odezwała się do niego ani słowem i patrzyła na niego jak na zdechłego gumochłona...

Liza przewróciła się na drugi bok i zacisnęła powieki, ale sen nie przychodził. W końcu zrezygnowana wstała i narzuciła na ramiona koc.

Jeśli sądził, że będzie go prosić, żeby został, to miał problem, bo ona nie zamierzała robić niczego podobnego.

Przysiadała w wykuszu okiennym, uchyliła okno i zapaliła papierosa. Noc była ciemna i bezgwiezdna; Liza nie mogła zobaczyć błoni ani Zakazanego Lasu, ani nawet odróżnić ziemi od nieba, jakby ktoś zalał wszystko na zewnątrz gęstą smołą. W szybie widziała swoje odbicie i żarzącą się końcówkę papierosa.

Przymknęła oczy, opierając głowę o ścianę. Właściwie nie powinna się dziwić. Wiedziała, że Gustaw wyjedzie — w grudniu czy w czerwcu, żadna różnica. Był sympatyczny, ale kompletnie niepoważny i nieodpowiedzialny. Pewnie ani przez chwilę nie myślał o niej poważnie, chciał tylko umilić sobie pobyt w Hogwarcie. Na samej szkole też w ogóle mu nie zależało. Gdyby było inaczej, poczekałby przynajmniej, aż Minerwa znajdzie kogoś na jego miejsce. To przecież potrwa wieki! Mugoloznawstwo to nisza, czarodzieje nie mają o tym pojęcia i tak pozostanie, skoro kolejne pokolenie uczniów nie odbierze należytej edukacji w tej dziedzinie. I później się dziwić konfliktom i uprzedzeniom... Ale oczywiście co go to obchodziło? Najważniejsze, żeby się nie nudzić i nie ograniczać. Życie jest takie wygodne i łatwe, kiedy dba się tylko o siebie i za nic nie bierze odpowiedzialności...

Przede wszystkim to nie była jej wina! No dobrze, nie potraktowała go wtedy najlepiej, ale wydawało się, że ostatnio ich relacje układały się całkiem nieźle. Na Merlina, niemal zaczęła żałować tego, co wtedy powiedziała, i zastanawiać się, co by było gdyby... I może gdyby zaczekał, gdyby dał jej więcej czasu...

Liza zerwała się z miejsca, przerażona kierunkiem, w jakim biegły jej myśli. Ze złością wrzuciła niedopałek do kominka i wróciła do łóżka. Z szafki nocnej wyciągnęła fiolkę eliksiru nasennego. Nie powinna go zażywać — i tak już robiła to zbyt często, kiedy dręczyły ją koszmary związane z bitwą — ale wiedziała, że inaczej nie uda jej się zasnąć i spędzi większość nocy na roztrząsaniu bałaganu we własnej głowie. Nie miała na to siły, poza tym rano musiała poprowadzić lekcje.

Starannie odmierzyła sześć kropli.

„Świetnie się składa, że zniknie stąd już teraz" — pomyślała, wreszcie zasypiając. Co z oczu, to z serca. Gdyby został tu jeszcze pół roku, mogłaby ulec złudzeniom i zrobić coś głupiego. Na przykład przyznać przed samą sobą, jak bardzo nie chciała, żeby wyjeżdżał z Hogwartu.

x