.
Rozdział 20
Takie oziębłe życie
.
Kiedy usłyszał pierwszy trzask, dochodzący do niego poprzez połykający go zewsząd, wysoki pisk, jakby był zamknięty w bańce z podwyższonym ciśnieniem, kiedy ujrzał, jak kręgosłup jego ojca chrzestnego łamie się pod zaklęciem na pół niczym suchy, spróchniały badyl, poczuł, że dźwięk, który ścierał mu gardło, który wyrywał się z jego zmarnowanych płuc, rwie się jak stary materiał krawiecki. Ciało Syriusza wygięło się w akompaniamencie niezdrowego śmiechu uciekającego z kobiecych ust, trzaskając jak spadająca z drzewa gałąź i Harry przez sekundę widział jego puste, stojące w słup oczy i twarz, która - choć wciąż należała do jego chrzestnego ojca - była nieruchoma i sztywna niczym twarz obcego człowieka.
Dziwny, niemal nienaturalny, zdławiony lament wypełnił mu uszy i nie od razu zorientował się, że dobiega on z jego własnych ust.
Przytrzymujące go ramiona szarpnęły nim, odwracając tyłem do martwego ciała, które - kołatało się w głowie Harry'ego - wciąż musiało być ciepłe, prawie jak żywe, wciąż musiało być takie samo w dotyku. Coś zamajaczyło przed jego twarzą i Harry nie od razu rozpoznał te czarne jak gawronie skrzydła oczy, które zanurkowały w jego własnych z niepoprawną intensywnością.
— Pat... mnie, patrz na..., cokol... ...yszysz, patrz na mnie — powtarzał Snape, choć do Harry'ego ledwie docierały jego słowa; kiedy kolejny trzask wydrążył dziurę w jego piersi, omal nie upadł.
Omal - bo ramiona Snape'a wciąż tam były, tak samo jak te czarne oczy; na zesztywniałym karku czuł miękkie palce, które masowały powoli jego zaciśnięte mięśnie.
Kolejny trzask szarpnął jego mimiką i wydrążył ścieżki łzom, które - nie wiedzieć kiedy - obsiały jego policzki. Ścisk w żołądku był tak silny, że wcale by się nie zdziwił, gdyby wyrzucił jego zawartość na własne dłonie, na ramiona przytrzymującego go w solidnym uścisku Snape'a, na jego czarną jak noc szatę.
Przygotował się na odgłos kolejnej łamanej kości - ale ten nie nadszedł. Zamiast tego usłyszał świst zaklęcia, wściekły, kobiecy ryk i oddalające się w pośpiechu kroki - jakby znikała, jakby uciekała.
Kiedy łzy zamazały mu obraz, miał wrażenie, że wciąż widzi łamiący się kręgosłup Syriusza, wyginał się w jego umyśle raz po raz i znów, i znów, chociaż nie towarzyszyły już temu suche trzaski wybuchające mu w uszach jak fajerwerki.
Wplótł palce w szatę Snape'a, bojąc się, że ten lada moment go od siebie odepchnie - nie przetrwałby tego, nie teraz, nie w tej chwili; z jego gardła wciąż wydostawały się niepodobne do jakichkolwiek ludzkich odgłosów dźwięki, a łzy kleiły się do jego rzęs, do policzków, do szkieł okularów, otaczając go mleczną, niewyraźną mgiełką - jakby był we śnie, w koszmarze najgorszym z najgorszych.
Kiedy wróciła do niego zdolność wysławiania się, zdolność sklecania słów w zdanie, głosek w słowa, sam był zdziwiony tym, co wydostało się roztrzęsionym zlepkiem dźwięków z jego gardła:
— Prze-przepraszam.
Wzrok Snape'a przesunął się ponad jego ramieniem, a jego brwi zjechały się, jakby kogoś tam zauważył.
— Za co mnie przepraszasz? — mruknął, brzmiąc na nieco roztargnionego.
Harry nie był pewny, za co przeprasza, ale jego usta same formułowały słowa, które wypadały przez nie drżąco, jakby męczyła go febra.
— B-błagam cię.
Snape momentalnie zesztywniał, a jego oczy powróciły do spoglądania w mokre, szczypiące oczy Harry'ego.
— O co mnie błagasz?
Harrym wstrząsnął szloch i choć próbował, nie był w stanie odnaleźć słów, którymi chciałby mu powiedzieć, że postąpił idiotycznie, tak idiotycznie, że sam nie był w stanie zrozumieć własnych motywacji, że teraz za to płaci surową cenę, że Snape miał rację, że zawsze miał rację, kiedy tytułował go idiotą, bo nim jest, jest nim, że nie chciał dopuścić do tego, co tu się wydarzyło, że jest mu wstyd, tak bardzo, bardzo wstyd, że nie wiedział, jak zadziała kasztan, a i tak go użył jak głupiec, że się boi, że jest przerażony, że nie chce zostać sam, że serce mu pęka na coraz mniejsze i mniejsze, i mniejsze kawałki. I że wie, dobrze wie, że zapracował sobie na to, że zasłużył. Chciał mu to wszystko powiedzieć, ale wykrztusił tylko przez spękane wargi kolejne złamane: „przepraszam".
Ciałem Snape'a niespodziewanie szarpnęły konwulsje, jakby złapał go skurcz. Chwilę potem wokół rozbrzmiało od trzasków deportacji i otumaniony umysł Harry'ego nie od razu pojął, z czym to się wiąże.
Snape odetchnął ciężko.
— To już koniec — wyszeptał we włosy Harry'ego — już koniec.
I Harry nie rozumiał, dlaczego - skoro Snape twierdzi, że to już koniec - połykający go ból nie mija, nie topnieje, nie sypie się pod ich stopy jak pył.
Chłodne palce pochwyciły jego dłonie zaciśnięte z całych sił na czarnej szacie i oderwały je od niej siłą.
— Muszę iść — powiedział Snape, a Harry, łykając łzy, starał się nadążyć nad tym, co właściwie się dzieje. — Kiedy stąd zniknę, nie odwracaj się za siebie, rozumiesz? Nie odwracaj się.
Gorące łzy pociekły mu po policzkach, a umysł raz jeszcze odtworzył obraz wyginającego się jak kawałek plastikowej rurki kręgosłupa.
— Zrozumiałeś, Potter? — Snape rozejrzał się wokół, jakby kogoś szukał, a potem uniósł wyżej brodę i zawołał: — Lupin!
Harry ledwo kontaktował z rzeczywistością. Wiedział tyle, że w jednej chwili przyciskał policzek do gładkiego jak jedwab, czarnego materiału, a w następnej miał już pod nim jakąś przetartą szatę, bardziej szorstką, drapiącą jego skórę.
— Nie pozwól mu na to patrzyć — usłyszał gdzieś nad głową, czując się tak, jakby zapadał się w czerń; połykała go, obejmowała silniej od ramion, które zastąpiły Snape'a.
— Nie pozwolę — nieco zdławiony szept odbił mu się o czaszkę jak echo.
Powietrze rozdarł jeszcze jeden trzask deportacji; a potem była już tylko cisza.
-VVV-
— Co z nim? — zapyta dużo później Snape Lupina, wchodząc do Kwatery Głównej z głębokimi cieniami znaczącymi jego oczy, odnajdując pokój, w którym zaszył się Harry.
Siedzący przy drzwiach Lupin przeciągnie dłońmi po twarzy i spojrzy na Snape'a ze zmęczeniem graniczącym z wyczerpaniem.
— Od dwóch godzin siedzi pod biurkiem — odpowie drętwo, jakby nie czuł własnych warg — nie reaguje na próby nawiązania kontaktu i w kółko powtarza: „wybacz mi".
-VVV-
Grimmauld Place było ciche i jasne: zalane pomarańczem wschodzącego słońca. Harry, obserwując spod ciążących mu powiek płaty światła rozlewające się na starych, wysokich ścianach, od których odpadała tapeta, pomyślał, że nie pasują one do tego szarego, pustego domu, w którym nikt już na niego nie czekał.
-VVV-
— Coś jeszcze u niego zaobserwowałeś, Lupin?
— Na każdy, nieco głośniejszy dźwięk zatyka uszy i zaczyna krzyczeć. Choć może: „krzyczeć" to za dużo powiedziane. Bo głos mu ochrypł. Zdarł sobie gardło. Otwiera usta, jakby się darł wniebogłosy i nie wydostaje się spomiędzy nich żaden odgłos. Nic. Cisza. Chyba wolałem, kiedy krzyczał.
-VVV-
Severus, czując się tak, jakby funkcjonował na resztkach własnych sił, przeprosił pilnującego Pottera Lupina, wyglądającego tak, jakby przejechał po nim mugolski tir, a kiedy zostali sami, zablokował drzwi, wyciszył pomieszczenie i usiadł na nieco brudnawej podłodze w pewnym oddaleniu od kulącego się pod wysokim biurkiem Harry'ego.
Przesunął wzrokiem po bezwyrazowym, nijakim pomieszczeniu, które nie zasługiwało nawet na to, by nazwać go pokojem i zatrzymał spojrzenie na nieruchomej sylwetce skulonej w rogu biurka, nie chcąc się przyznać sam przed sobą, że na jej widok coś zimnego i zdecydowanie nieprzyjemnego zacisnęło się wokół jego gardła. Potter nie poruszył się, nie odezwał, zdawał się zupełnie nieświadomy czyjejkolwiek obecności. Zielone oczy, w których zawsze mógł dostrzec nagromadzenie emocji, a które teraz zdawały się nieprzytomne, nieobecne, martwe, wbił w pustkę, jakby nie dostrzegał otaczającego go świata.
Przez pewien czas jedynie siedział, przesuwając palcami po głębokich zarysowaniach na ciemnej podłodze, przyglądając się białej jak wosk twarzy, fioletowym cieniom na powiekach i sinym wargom. Potter wyglądał trochę jak porzucony w kącie manekin obrastający w kurz.
— Czarny Pan wpadł w szał. — Kiedy zdecydował się przerwać ciszę, mówił powoli, wyraźnie i sam był zaskoczony miękkością swojego głosu. — Lucjusz ich poprowadził, chociaż nie został do tego upoważniony. Crabbe pełnił tej nocy straż w ministerstwie i kiedy uaktywniły się sygnały alarmowe, zwołał twój komitet powitalny bez konsultacji z Czarnym Panem.
Zero odzewu. Severus powstrzymał ciężkie westchnienie rodzące się w jego piersi i oblizał suche wargi. Palce Pottera kurczowo zaciskały się na materiale własnej szaty; wyglądały, jakby należały do ciała spetryfikowanego człowieka.
Muszą go boleć — pomyślał niewyraźnie Severus, przesuwając wzrokiem po jego sinych jak od długotrwałego przebywania na mroźnym powietrzu opuszkach.
— Był dziś skory do częstowania klątwami. Lucjusz był bliski udławienia się własną krwią, nie wspominając już o... — urwał, podnosząc wzrok na nieruchomą twarz Pottera, zastanawiając się, jakby zareagował, gdyby wspomniał teraz imię oprawczyni jego chrzestnego.
Potter wciąż tkwił w jednej pozycji, wciąż się nie odezwał; tylko płytkie wdechy i wydechy świadczyły o życiu palącym się wątłym ognikiem w jego młodym ciele.
— Z drugiej strony medalu, nagrodził Josepha Hughesa — kontynuował, widząc pod powiekami znajomy rytuał, słysząc w czaszce wyryte w swoim umyśle i na własnej skórze zaklęcie, którego nie sposób cofnąć. — Awansował, można tak to nazwać, ten nasz drogi Joseph. Już nigdy nie zastraszę go rangą, wiesz? — westchnął, splatając palce na kolanach, obserwując nieruchomą jak gipsowy odlew pośmiertny twarz Pottera. — Chociaż, trzeba mu przyznać, że spisał się całkiem nieźle.
Severus mógł dostrzec ślady po łzach na jego policzkach, jakby sól wydrążyła korytarze w jego miękkiej skórze.
— Z tego, co udało mi się zaobserwować, Czarny Pan był mocno sfrustrowany, kiedy dowiedział się, że zniszczyłeś przepowiednię. Poza tym lekko skonfundowany. Chyba się nie spodziewał, że tak po prostu ją roztrzaskasz.
To - wreszcie - wywołało jakąś reakcję. Potter uniósł brodę i spojrzał na niego oczami, które wyglądały, jakby ktoś mu je podbił.
— Wybaczysz mi? — zapytał drżąco. Jego głos brzmiał jak u osoby, która bardzo, bardzo długo go nie używała i teraz nagle zaczęła z niego korzystać. Severus słyszał już gdzieś podobny ton. U ludzi, którzy po latach wychodzili na wolność z Azkabanu. U Lestrangów. U Blacka.
Nie istniało nic, co miałby mu wybaczać; jeśli którykolwiek z nich powinien prosić drugiego o przebaczenie, to on - Pottera. Jednak patrząc w te połyskujące zielenią za brudnych szkieł okularów oczy, widział, że Potter potrzebuje od niego tej łaski, że jak niczego innego potrzebuje, aby powiedzieć mu, że jego winy zostały mu odpuszczone.
Severus wyciągnął ku niemu rękę. Potter wyraźnie zawahał się i nie od razu zaczął gramolić się spod biurka. Zbliżał się do niego powoli, na czworakach, jak niepewne, przerażone zwierzę, które gotowe jest uciec przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Severus jedynie obserwował go i czekał, czekał, kiedy Potter przyglądał się uważnie jego dłoni, jakby upewniał się, że to nie jest wymierzona w niego broń bądź kunsztowna pułapka, jakby bił się z myślami, niepewny, jak powinien zareagować, jakby spodziewał się, że kiedy jej dotknie, Severus uczyni coś, co nim wstrząśnie, coś, co go skrzywdzi, coś całkowicie nieoczekiwanego.
Kiedy wreszcie włożył dłoń w wyczekującą w zapraszającym geście rękę Severusa, jego palce drżały.
— Oczywiście, dzieciaku, że ci wybaczę — wyszeptał Severus, zaciskając ostrożnie palce na chudej dłoni Pottera.
Dzieciak zaczął łykać powietrze tak gwałtownie, jakby się dusił.
-VVV-
Harry nałykał się kawy, żeby nie zasnąć - tak bardzo obawiał się koszmarów, które mogłyby go nawiedzić.
A potem i tak wszędzie widział jego twarz. W zacieku pod sufitem, w plamie z kawy na rękawie szaty, w fusach po herbacie, w obłokach kurzu pęczniejących pod łóżkiem.
W zagłębieniu szyi migotał jego własny puls, obijając się o skórę tak mocno, jakby gdzieś pod nią czaiło się stado ptaków, które bijąc skrzydłami, domagają się uwolnienia.
Kiedy wreszcie zasnął niespokojnym snem, przyśnił mu się niosący się echem po jego czaszce odgłos pękających kości.
I przez chwilę znów stał w sali pełnej przepowiedni w Ministerstwie Magii i spoglądał w bladą twarz Syriusza, w jego - te same, co zawsze - szare oczy i uśmiech błąkający się w kącikach ust. A potem, w towarzystwie głuchego trzasku, zanim Harry zdołał zamknąć oczy, jego kręgosłup chrupnął i wygiął się pod nienaturalnym kątem do tyłu.
Harry'ego obudził pełen trwogi wrzask, przeradzający się w głośne łkanie.
-VVV-
— On nagle zaczął krzyczeć — tłumaczył nerwowo Ron pochylającej się nad łóżkiem Harry'ego pielęgniarce, zerkając niespokojnie na zaciskającego bladą dłoń na krawędzi parapetu, stojącego przy oknie Mistrza Eliksirów. — Wiatr zwalił chyba jakieś... jakieś drzewo w Zakazanym Lesie. Przeglądałem jeszcze gazetę, kiedy za oknem... no, trzasnęło, dosyć głośno, przyznam, sam się wzdrygnąłem, ale Harry... on się ocknął i po prostu... po prostu zaczął krzyczeć.
Harry siedział na materacu łóżka i patrzył przed siebie, jakby był całkowicie nieświadomy czyjejkolwiek obecności w swoim dormitorium.
— Słyszysz mnie, Harry? — zapytała w drobnym, uspokajającym uśmiechem błąkającym się na ustach pani Pomfrey, pochylając się, aby jej twarz znalazła się w polu jego wzroku. — Kiwnij głową, jeśli mnie słyszysz.
Harry nie kiwnął głową. Wpatrywał się w pielęgniarkę szerokimi jak galeony oczami, jakby naprawdę to nie jej twarz zawisła przed jego własną.
Pani Pomfrey wyrzuciła z płuc ciężkie westchnienie.
— Myślę, że dobrze by było, gdybyś ze mną poszedł do ambulatorium, Harry — pokiwała głową z przymilnym uśmiechem, wymieniając szybkie spojrzenia ze stojącym przy oknie Snape'em. — Mam tam pewien eliksir, który pomoże ci zasnąć.
Harry nie zareagował.
-VVV-
— Czasami tak bywa, Harry — mówiła spokojnie pani Pomfrey, pochylając się nad jego łóżkiem w Skrzydle Szpitalnym — że po przeżyciu... przykrej sytuacji, nasz organizm zaczyna się przed nią bronić. To mija z czasem, Harry. Ponieważ każdy jest w stanie się z tym uporać. Twoje koszmary... one nie będą wiecznie aż tak realistyczne.
Harry'emu nie umknął fakt, że nie powiedziała mu wcale, że one z czasem przestaną mu dokuczać.
-VVV-
Milczał przez kolejne trzy dni. Nie odpowiadał na pytania pani Pomfrey, trzymał buzię zamkniętą, kiedy odwiedzali go Ron z Hermioną, wpatrywał się w ścianę, kiedy przychodził do niego Remus, ledwo rozróżniając twarz od twarzy i dzień od nocy.
Pierwsze słowa, które wypowiedział po trzech dniach milczenia, skierował do Snape'a, który to przychodził późnym wieczorem i siedział przy nim, póki nie zasnął, o nic nie pytając i o nic nie prosząc - milcząc razem z nim.
— Śnił mi się zeszłej nocy — powiedział cicho, a Snape oderwał wzrok od ciemności za oknem i spojrzał w jego twarz skierowaną ku sufitowi.
Harry oblizał suche wargi, oddychając głęboko i powoli.
— Tym razem nie umierał, a jego ciało nie wyginało się w najdziwniejszych konfiguracjach. Tym razem nie miał pustych oczu i wyschniętego, szarawego języka. Tym razem nie machał mi przed oczami swoimi złamanymi kośćmi i nie prychał na mnie, że to wszystko moja wina. — Harry odetchnął głęboko i zacisnął mocno powieki. — Tym razem się do mnie uśmiechnął, a jego twarz była taka jak kiedyś, zwyczajna, różowa, żywa. Zapytałem się go... — musiał zrobić pauzę i zaciągnąć się powietrzem, aby móc wypowiedzieć kolejne słowa — spytałem, czy jest na mnie zły. — Pod powiekami czuł lekkie szczypanie. Zacisnął mocno palce na brzegu białej kołdry. — A on... on nie przestał się uśmiechać — wyznał, dławiąc się słowami — i pokręcił głową, jakby zaprzeczał. — Spod jego zaciśniętych powiek wymsknęło się kilka gorących, parzących jego skórę łez, których smak chwile później poczuł w ustach. — Patrzył na mnie tak, jak zawsze — wydusił przez zaciśnięte gardło, czując tępe łupanie w czaszce; słowa pozostawiały po sobie gorzki posmak na języku — tak, jakby wciąż mnie... — udławił się słowami i zaciągnął gwałtownie powietrzem, mając wrażenie, że jego własny głos go przydusza.
— Może nareszcie stajesz na nogi? — powiedział cicho Snape, a jego słowa brzmiały w taki sposób, że Harry nie wiedział, czy to było pytanie, czy stwierdzenie oczywistego.
I tak na dobrą sprawę, nie nazwałby tego: „stawaniem na nogi". Raczej: „desperackim podciąganiem się".
-VVV-
— Boję się zasypiać, bo we śnie czuję się, jakbym spadał — wyznał Harry, stając przy oknie, spoglądając w stronę szerokiego jeziora, od którego odbijały się pomarańczowe promienie słońca. — Zna pan to uczucie? Jakby ktoś trącał palcami wszystkie zakończenia nerwowe w ciele na raz.
Spojrzał w odbijającą się w szybie sylwetkę Mistrza Eliksirów.
— Czasami pochylam się nad ciemną, bezdenną przepaścią i spoglądam w dół, nie mogąc nic dostrzec, bo pode mną jest tylko czerń, czerń i strach, który zionie na mnie z tej czarnej dziury, z tej przepaści, który owija mnie chłodem i wpija się we mnie tak mocno, że zaczynam odbierać go jako swój. I tkwię nad tą przepaścią, i boję się w nią zaglądać, ale coś się w niej czai, coś, co sprawia, że nie potrafię oderwać od niej wzroku, podnieść głowy znad tej pustej, głuchej studni, w której ginie nawet mój głos, nie wywołując echa.
Przełknął ciężko ślinę, przykładając palce do zaciśniętego żołądka.
— I myślę sobie: „co starasz się tam zobaczyć, Harry" i: „to tylko wielka pustka, to tylko dziura, z której bije chłodem" — oblizał wargi Harry. — Ale kiedy decyduję się od niej odejść, z tej studni, z tej pustki, z tej jałowości wystrzela dłoń, biała, biała i lodowata, choć widzę też przebłyski zieleni na końcówkach palców, czerń i rozkład wszędzie tam, gdzie powinny być paznokcie. Ta dłoń chwyta mnie za nadgarstek i przytrzymuje, kiedy chcę się odsunąć, trzyma mnie z całych sił, chociaż się wyrywam, chociaż się szarpię, chociaż panikuję i wyję do tej pustej studni, żeby mnie puściła, żeby mnie zostawiła. Boję się, tak bardzo się boję, że do niej wpadnę, że zniknę w tej czerni, w tej dziurze, w której nie ma nawet pobłysku światła — odetchnął płytko, zaciskając dłonie w pięści, aby powstrzymać drżenie palców. — I wtedy... — zadławił się Harry — z tej nicości, z tej martwej ciszy, dochodzi mnie stłumiony głos, przerażony głos, błagający. — Harry przycisnął knykcie do ust, kiedy paraliżujący chłód objął jak fala jego kości. — To woła mnie Syriusz. Głos mu się łamie i brzmi, jakby ktoś mu zaciskał dłonie na ustach, jakby przeciskał słowa przez palce, jakby się bał, jakby się tak strasznie bał, że go nie usłyszę — oblizał suche wargi Harry. — Wyje do mnie z tej dziury, skamle, a ja ledwie rozumiem jego słowa — głos mu się zaczął łamać. — Mówi: „Nie zostawiaj mnie tutaj, Harry, błagam cię, błagam cię, błagam, nie zostawiaj mnie tutaj samego". — Harry starał się mówić dalej, ale jego głos stał się nienaturalnie cienki, niemal piskliwy. — A ja — dusił się słowami, próbując powstrzymać łzy cisnące mu się do oczu — tak strasznie, strasznie się boję, że wyrywam mu się, wyrywam się i strącam go z powrotem w tą pustkę, w tą wielką, mętną czerń — zaczął płakać; serce mu się łamało. — I chwilę potem myślę sobie: „Merlinie, co ja zrobiłem, co ja zrobiłem, przecież to był Syriusz, to był Syriusz, a ja go odepchnąłem".
Snape podszedł do niego tak, jakby płynął przez przestrzeń i przyłożył wierzch dłoni do jego mokrego od łez, zaczerwienionego policzka. Harry, rzężąc urwanym oddechem, zwrócił ku niemu pełne paniki, wilgotne spojrzenie.
— Syriusz Black, Potter — powiedział mocnym, stanowczym głosem, wwiercając w niego intensywny wzrok tych swoich nieprzeniknionych oczu — nigdy, przenigdy nie pociągnąłby cię za sobą w nieszczęście.
Harry zacisnął powieki, czując się, jakby otrzymał cios wymierzony prosto w skronie.
-VVV-
— Dlaczego w zamku nie ma Hughesa? — zapytał Harry, rozmasowując skronie, które pulsowały tępym bólem. — Dlaczego nie wrócił?
Snape westchnął i przysiadł na brzegu łóżka w ambulatorium, spoglądając w jego twarz odbijającą się w szybie. Ich spojrzenia spotkały się w chłodnym szkle.
— To nie jest chyba odpowiednie miejsce, żeby o tym rozmawiać — powiedział powoli, oglądając się na zamknięte drzwi do gabinetu Pomfrey. — Zakładam, że nie był pewien, czy wciąż jest tu mile widziany.
Harry zmarszczył czoło.
— Dlaczego? — nie zrozumiał, odwracając się w stronę Snape'a. — Przecież starał się mnie ratować, przecież...
— Odpowiedział na wezwanie, Potter. — Słowa Mistrza Eliksirów były tak ciche, że Harry bardziej rozpoznał je po ruchu jego warg, niż usłyszał. — W tym rzecz. Zrobił to w pomieszczeniu pełnym członków Zakonu Feniksa. I nie może wiedzieć, kto patrzył i kto zrozumiał.
Harry opuścił wzrok na pedantycznie czystą posadzkę ambulatorium.
— Mówił, że złożył Wieczystą Przysięgę — przełknął ciężko ślinę. — Voldemortowi. — Wziął głęboki oddech, starając sam się przygotować na to, co zamierzał powiedzieć. — Mówił, że... że obiecał chronić moje życie, nawet gdyby miał to zrobić kosztem swojego. — Do jego twarzy kleiły się cienie, ciążyły mu, przytłaczały. Miał wrażenie, że ma piasek pod powiekami, a do skóry przyklejone są kilkugramowe odważniki.
Objął się ramionami, chcąc ochronić swoje ciało przed przenikającym zimnem, które go ogarniało, ale to nie pomogło. Mięśnie pod jego skórą drżały konwulsyjnie.
— To dlatego użyłem kasztana — przełknął ciężko ślinę; osiadła na dnie jego żołądka jak uderzający w dno jeziora kamień. Nie był w stanie powstrzymać tej uciążliwej, znienawidzonej nuty nasączonej poczuciem winy w swoim głosie. — Dlatego, że, Merlin mi świadkiem, nigdy nie prosiłem się o to, żeby ktokolwiek poświęcał się dla mnie z jakichkolwiek pobudek. — Coś głęboko w jego gardle piekło jak kwas; ten kwas przeżarł się przez jego struny głosowe i dotknął wyrzucanych przez nie słów, pozostawiając je urwane i nadszarpnięte jak zużyte kawałki puzzli. Zaciągnął się drżąco powietrzem. — Nie wiedziałem... sądziłem, że to Świstoklik... pan sam mi powiedział, że to jest przeklęty Świstoklik i nawet nie pomyślałem... nie pomyślałem... — przełykał łzy, starając się je zatopić głęboko w sobie, nie dopuścić do tego, by spłynęły jak rosa po szybie po jego policzkach. Oblizał nerwowo wargi. — Powiedział, że przysięgał, a ja poczułem się, jakbym tracił grunt pod nogami, rozumie pan? — przeciskał na siłę słowa przez gardło, przez zęby, przez wargi, nienawidząc się za to, że brzmi, jakby prosił o wybaczenie. — I jedyne, o czym byłem w stanie pomyśleć, to, że nie mogę, nie mogę tego słuchać — pociągnął nosem; łzy tętniły w jego czaszce jak migrena — że wszystko, czego kiedykolwiek chciałem, to żebym przestał znajdować się w centrum wszystkich zdarzeń, wszystkich kłopotów. Chciałem przestać być dla wszystkich kłopotem — zaczął dławić się słowami Harry — a on tam stał i twierdził, że złożył Wieczystą Przysięgę, i nie wiem, czy pan rozumie, o czym mówię, ale to było tak, jakby ktoś zacisnął mi pętlę na szyi i zaczął dusić i ja wiem, wiem, że postąpiłem impulsywnie i głupio, i nierozważnie, ale jedyne, o czym byłem w stanie myśleć — przycisnął palce do twarzy — to, że chcę się od tego uwolnić — przełknął głośno — jak zawsze: zwinąć żagle i wycofać się rakiem. Bo taki właśnie ze mnie Gryfon — wypluł to słowo, jakby przeklinał. — Struś kryjący się pod przykrywką lwa — skrzywił się i zacisnął palce na włosach; a potem usiadł na zimnej ziemi jak pies na komendę i schował twarz we własnych kolanach. — Miałem stamtąd uciec — przyznał urwanym głosem; jego ramionami wstrząsnęły drgawki. — Hughes powiedział, co powiedział, a ja spanikowałem, na Morganę, spanikowałem, a pieprzony kasztan miał być pieprzonym Świsto... — reszta zdania rozmyła się w zduszonym szlochu, który wbrew jego woli wyrwał się z głębi jego klatki piersiowej. Zaciągnął się drżąco powietrzem, czując, jak obija mu się o zęby jak niewypowiedziane słowa.
Usłyszał zgrzyt sprężyn materaca i szelest materiału towarzyszący miękkim, niespiesznym krokom. Ujrzał przed sobą rąbek czarnej szaty, muskający terakotową powierzchnię podłogi. Snape, nie spiesząc się, uklęknął tuż przed nim i poczekał, aż Harry uniesie na niego wilgotne oczy.
— Posłuchaj mnie teraz uważnie, dzieciaku, bo to, co mam ci do powiedzenia jest bardzo, ale to bardzo ważne — przeskoczył spojrzeniem pomiędzy jego źrenicami. — Śmierć — wypowiedział te słowa powoli i wyraźnie, mrużąc na niego oczy, jakby upewniał się, czy Harry dobrze go rozumie — Syriusza Blacka nie była twoją winą.
— Wezwałem go do siebie — nie zgodził się Harry.
— Popełniłeś wiele błędów — pokiwał głową Snape — i teraz za nie cierpisz. Na tym polega świat, wiesz? Popełniamy błędy, a przyłapując się na tym, robimy wszystko, aby je naprawić. Otwieramy Puszkę Pandory i wypuszczamy nieszczęścia, które się w niej kryją — Snape wyciągnął rękę i przycisnął wierzch palców do jego mokrego od łez policzka — ale to właśnie sprawia, że jesteśmy prawdziwi. — Przechylił głowę, przyglądając mu się; kilka oleiście czarnych włosów spadło na jego chude, blade policzki, muskając długie rzęsy. — Potter — powiedział gładko, zbierając na opuszkach palców jego łzy — każdy ma swoją Puszkę Pandory, którą pomógł otworzyć. Sztuczka polega na tym, żeby nie ugiąć się pod tym, co z niej wypłynie i spróbować... zaakceptować potwory, które się uwolniło.
-VVV-
— Czasami mylił mnie z moim ojcem — wyznał Harry, bawiąc się materiałem własnej szaty — zupełnie jakby gubił się w czasie.
Czując głuche dudnienie serca o klatkę piersiową, podniósł oczy na Snape'a, pozwalając mu dostrzec smutek znaczący jego twarz.
— Nazywał mnie Jamesem — przełknął ciężko ślinę, czując przy tym ból w gardle, zdając sobie sprawę z tego, że imię ojca zabrzmiało jak niesmak w jego ustach — a ja go nie poprawiałem — wzruszył ramionami, skubiąc paznokciami przetarcie przy kieszeni szaty — bo brzmiał tak rześko i zdrowo, jakby nigdy nie przesiedział lat w zimnej, więziennej celi.
Snape przyglądał mu się milcząco, marszcząc nieznacznie brwi.
— Nienawidziłem kiedy to robił — odetchnął Harry, odwracając wzrok — bo bałem się, że te wszystkie czułe uśmiechy, które mi posyła, nie są tak naprawdę przeznaczone dla mnie. Rozumie pan, co mam na myśli?
W gardle go piekło. Odchrząknął, starając się pozbyć nieprzyjemnego szczypania i kontemplującym wzrokiem zapatrzył się w swoje poobgryzane paznokcie.
— Czasami odnosiłem wrażenie, że nie pamięta, że nie ma już dwudziestu jeden lat — przyznał, uśmiechając się bez rozbawienia — a ja bałem się mu o tym przypominać, bo to by znaczyło, że wrócą do niego te wszystkie samotne noce w murach Azkabanu.
Zamknął oczy, zaciągając się głęboko chłodnawym powietrzem.
— Chciałbym wrócić na rozstaje dróg i pójść w inną stronę — westchnął, czując się bardziej zmęczonym, niż przez ostatnie piętnaście lat.
— Nauczysz się z tym żyć — powiedział mu Snape, a Harry mu uwierzył.
-VVV-
Przyśniło mu się, że przed czymś uciekał. Towarzyszyło mu trzech obcych ludzi, wspierało go, biegło za nim. Nie był pewien, kim są, nie był pewien, skąd się znają, nie był nawet pewien, jak wyglądają - ich twarze rozmazywały mu się na siatkówce, zbyt gwałtownie się poruszał, a wiatr wysuszał mu oczy, sprawiając, że piekły jak świeża rana.
Serce dudniło mu w piersi. Co rusz mylił własny, przyspieszony oddech z nieustannym wyciem wiatru. Wiedział, że goni za nim coś złego, że nie wolno mu się zatrzymać, że musi mu starczyć sił, choć nogi się pod nim uginały; cieszył się, że nie jest z tym sam.
I kiedy odwrócił się, aby sprawdzić, jak sobie radzą, ukłucie paniki było silne jak migrena - bo przed sobą zobaczył tylko mleczną mgłę i szumiące wierzby. Trzęsły mu się dłonie.
Nagle coś go tchnęło, każąc mu unieść głowę i spojrzeć wyżej.
Byli tam - cała trójka. Wisiała nad nim jak fatum. Ich puste białka świeciły na niego z szarych, zapadniętych twarzy, ich głowy były przechylone w stronę ramienia, jakby nie mieli siły ich utrzymywać prosto. I choć jego własny oddech zostawiał lekką smugę pary przed jego twarzą i osiadał na jego okularach jak rosa, ich klatki piersiowe się nie poruszały, a wokół ich ust nie było nawet najlżejszego śladu wydychanego powietrza.
Obudził się, dysząc, jakby rzeczywiście przebiegł pokaźny dystans w ucieczce przed czymś, czego nie widać.
-VVV-
Po przebudzeniu pamiętał tyle, że zazdrościł im, że nie muszą już dłużej uciekać i współczuł sobie, bo w przeciwieństwie do nich, dalej musiał się zmagać ze wszystkimi przeciwnościami losu.
-VVV-
Uciekając od uczty pożegnalnej, wyprosił Snape'a, aby zabrał go na Grimmauld Place. Spodziewał się spokoju i ciszy, i samotności - tak przede wszystkim; ale zastał Remusa i Nimfadorę krzyczących na siebie ponad blatem stołu w jadalni.
Ona zdzierała sobie gardło, pytając, czemu nie mogą być razem, skoro się kochają, on warczał, brzmiąc na rozdrażnionego, że ona nie może układać sobie życia z potworem. Ona twierdziła, że nie mogą spisywać się na straty, skoro nawet nie spróbowali, on, że będąc z nim, zniszczy sobie życie i zaprzepaści szansę na to, aby zbudować z kimś szczęśliwy, zdrowy związek. Ona, że próbowała żyć bez niego, ale to on jest mężczyzną jej życia, on, że nie jest żadnym mężczyzną, że jest bestią, ścierwem, kreaturą.
I chyba żadne z nich nie było przygotowane na zmierzenie się z własnymi pragnieniami.
Snape zrobił krok do tyłu, jakby zamierzał się wycofać, ale Harry westchnął ciężko i oparł się ramieniem o framugę drzwi wiodących do jadalni.
— Świat nie dzieli się na dobrych ludzi i na potwory, Remusie — powiedział cicho, czym zasłużył sobie na przerażony, zaskoczony wrzask Dory, która złapała się za serce i gwałtowne drgnięcie wytrąconego z pantałyku Remusa.
— Harry, co ty tu...?
— Liczą się nasze świadome wybory — pokiwał głową Harry, przechylając głowę, przyglądając się cieniom rozlewającym się pod oczami Lupina — a nie czyny determinowane przez klątwy, które zawiązują nam ręce.
Oczy Remusa błysnęły złotem.
— Nie wiesz, o czym mówisz. — Niewiele pozostało z łagodności w jego głosie. — Nie rozumiesz.
Harry uśmiechnął się bez rozbawienia i pokręcił głową.
— Nie, Remusie, to ty nie rozumiesz.
Remus zrobił krok w jego stronę; wyglądałby jak ucieleśnienie grozy, gdyby nie to, że ręce mu drżały.
— Jestem wilkołakiem — przypomniał i brzmiał, jakby go ostrzegał.
Harry przechylił głowę, mrużąc na niego oczy.
— Dlaczego więc od razu nie założysz sobie kagańca i nie pozwolisz się zamknąć w Azkabanie? — zapytał sucho i nie bez satysfakcji dostrzegł przebłysk zaskoczenia w jego płonących złotem oczach. Prychnął cicho. — Jesteś też człowiekiem Remusie. Chyba że uważasz to za mało istotny szczegół?
Remus przygryzł dolną wargę, wahając się wyraźnie - niepewność była wypisana jak czarne na białym na jego pokrytej zmarszczkami twarzy.
— Wiesz, dlaczego jesteś tak niezwykły? — zapytał Harry, wzdychając lekko. — Ponieważ w twoim ciele kłócą się ze sobą dwa silne wcielenia — spojrzał w duże, złote oczy. — Ponieważ mógłbyś dopuścić do siebie wilka, Remusie. Mógłbyś, prawda? Przestać go ujarzmiać i pozwolić mu wypłynąć na powierzchnię — pokiwał głową. — Jednak ty, Remusie, dajesz głos człowiekowi. Dokonujesz wyboru. Postanawiasz nie zgubić samego siebie — uśmiechnął się ciepło Harry — w umyśle wilka. — Przeniósł wzrok na Dorę i odkrył, że ma łzy na policzkach. Zdusił odruch krzyczący do niego, by podszedł do niej i starł je z tej kruchej twarzy, którą tak często smakowały jego usta. — Dlatego właśnie powinieneś zaryzykować i dać wam szansę — ocenił, wdychając głęboko zapach starości, którym napęczniała kuchnia Blacków, czując, że serce kraja mu się równo na pół; nie pozwolił, by uśmiech spełzł z jego twarzy. Spuścił wzrok. — Dlatego, że jesteś człowiekiem. Dlatego, że każdy człowiek jest tego wart. Nawet ty.
-VVV-
Kiedy Dora, kręcąc się niespokojnie, oznajmiła, że: „musi stąd wyjść", a Snape, rzucając Harry'emu krótkie spojrzenie, stwierdził, że Dumbledore wspominał coś ostatnio o boginie znajdującym się na strychu, więc idzie się z nim rozprawić, Harry i Remus zostali sami w cichej jadalni Blacków, obserwując kurz, którym przeciąg targał po półkach solidnych, starych regałów.
Harry, czując ucisk głęboko w piersi, wahając się jedynie ułamek sekundy, zbliżył się do stołu i zajął uprzednie miejsce Dory naprzeciwko Remusa.
— Zdaje się, że jestem ci winien przeprosiny — powiedział cicho, starając się oddychać w miarę spokojnie i nie szurać nerwowo butami pod stołem.
Remus uniósł na niego swoje ciepłe, spokojne oczy i wykrzywił lekko wargi w grymasie, który wyglądał tak, jakby bolały go mięśnie twarzy.
— Myślałeś, że nie wiem — bardziej stwierdził, niż zapytał Remus i wypuścił z płuc przeciągłe westchnienie. Przyłożył palce do czoła i przetarł ze zmęczeniem brwi. — To ja powinienem cię przeprosić, Harry, że od razu tego nie ukróciłem. — Żyła na jego skroni zapulsowała.
Harry nie od razu zorientował się, że wstrzymuje powietrze. Wypuścił je ze świstem i rozmasował bolącą, lewą stronę szyi, skacząc spojrzeniem po cieniach widocznych na twarzy Remusa.
— To był... plan — wyrzucił wraz z powietrzem Remus i pokiwał głową, wyglądając na starszego, niż był — Dumbledore'a — przełknął ciężko. — Strasznie cię za to przepraszam, Harry — zamknął oczy, jakby cierpiał. — On twierdził, że musi mieć cię na oku, więc... — urwał, jakby własne słowa sprawiały mu ból.
— Więc wysłał Dorę — pokiwał głową Harry, oblizując nagle suche usta; w jego uszach szumiało. — Wiem o tym — przyznał, opuszczając oczy na własne dłonie; powieki ciążyły mu jak dwa płaty kamieni — domyśliłem się jakiś czas temu.
Remus pokiwał głową, przyciskając palce do ust.
— Pewnie uznasz mnie za szaleńca — uśmiechnął się krzywo; po jego policzku spłynęła samotna łza, którą otarł tak pospiesznie, jakby się jej wstydził — że dałem na to milczące pozwolenie, że nie wyrzuciłem Dumbledore'owi, że to szaleństwo, że nie wybiłem mu tego z głowy.
Harry, oddychając ciężko, posłał mu długie, pełne zmęczenia spojrzenie.
— Przypominasz sobie wszystkie te rzeczy, które zdarzyły się, kiedy uczyłeś mnie rzucać Patronusa, Ramusie? — zapytał cicho, pochylając nieznacznie głowę nad blatem, aby uchwycić spojrzenie jego pełnych fioletowych cieni oczu. Remus wyglądał, jakby coś w nim pękało - miał to wypisane na twarzy, tę rysę, która przecinała jego emocje na pół. — Pamiętasz ten wieczór, kiedy po raz pierwszy usłyszałem mojego ojca, kiedy... — zebrał w sobie odwagę na wyrzucenie z siebie słów i zacisnął dłonie na krawędzi blatu — kiedy umierał?
Remus rozchylił wargi, ale nie wydostał się przez nie ani jeden dźwięk; jego złote oczy były kopalnią smutku.
— Pamiętasz... — zawahał się Harry, zaczerpnął tchu i zdecydował się mówić dalej: — zapytałem cię, czy jestem obłąkany, a ty uśmiechnąłeś się do mnie i powiedziałeś: „Nie, Harry" — wyszeptał, mimowolnie rozciągając kąciki ust, choć serce mu pękało — „jesteś po prostu bardzo smutny".
Remus zacisnął powieki. Jego twarz była barwy popiołu.
— Nie wiem, dlaczego to zrobił — wychrypiał; głos mu się trząsł — dlaczego w ogóle uznał, że możesz mieć zachwiane poglądy, dlaczego sądził, że potrzebujesz, by nastawiać cię przeciw ciemności. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uznałby, że właśnie ty możesz zwątpić w słuszność ideałów jasnej strony.
Harry wypuścił ciężko powietrze, wyciągnął rękę i zacisnął ją na dłoni Remusa.
— Każdy ma prawo zwątpić, Remusie — pokiwał głowę, przez krótką chwilę nie dbając o to, jak zostanie odebrany — nawet ja.
-VVV-
— On musiał mieć ważny powód.
— Mhm.
— On musiał go mieć, Harry.
Harry pokręcił ciążącą mu w tępym zmęczeniu głową.
— Tacy właśnie są przywódcy wojenni, wiesz, Remusie? — przetarł palcami brwi i poprawił zjeżdżające mu z nosa okulary. — Manipulują ludźmi...
— Nie, Harry, to nie...
— A Dumbledore...
Remus huknął pięścią w blat i przez chwilę Harry miał wrażenie, że spogląda w oczy wilka, który czai się pod tą przedwcześnie zestarzałą skórą. Jednak kiedy Remus otworzył usta, jego głos nie był pełen agresji, nie był przepełniony dzikością, nie był nawet rozwścieczony; dygotał jak rozbujany koń na biegunach.
— Harry — wyrzucił jego imię wraz z powietrzem i brzmiał, jakby go prosił — on musiał mieć powód.
Nie pokusił się, aby mu na to odpowiedzieć.
-VVV-
Owszem — pomyślał ponuro Harry, patrząc nie bez żmudnego wyczerpania w błyszczące oczy Remusa — Dumbledore miał powód. Ponieważ Dumbledore musiał pilnować porządku w swoich włościach, w swoim zamku, w swojej szkole. Ponieważ musiał wiedzieć o wszystkim, co tyczy się mojej skromnej osoby. Przecież nie mógł pozwolić sobie na to — nie powiedział — by z winy swojej nieobecności, utracić bezwzględną wiarę swego chłopca, który przeżył. Musiał mieć pewność, że jego pionek stoi na tym polu, na którym go pozostawił.
-VVV-
Przyśniło mu się, że ma sznurki doczepione do pleców. Jego kostki i nadgarstki uwiązane były do cienkich jak pajęcza nić żyłek, którymi poruszały czyjeś dłonie, których nie mógł dostrzec. Szarpały nim to w jedną stronę to drugą, szczypiąc skórę w miejscach, do których przytwierdzone były żyłki.
Starał się im wyrwać, przyciągał ręce do klatki piersiowej, wzbraniał się przed tym, starał się obrać kierunek, który sam sobie narzuci, ale nie potrafił.
Szarpały nim obce wiatry, którym nie potrafił się przeciwstawić.
-VVV-
— Czy Wieczysta Przysięga została anulowana? — zapytał Harry ostatniego wieczora przed dniem, gdy wrócił do pustego domu Syriusza, w którym pełno było jego nieobecności. — Czy teraz kiedy przynależność Hughesa do Śmierciożerców wyszła na jaw, nie musi on już dłużej spełniać warunków, jakie mu dyktowała?
Snape zerknął na niego kątem oka, mieszając dużą chochlą w miedzianym kociołku, w którym bulgotał jakiś płyn w odcieniu cyjanu.
— Nie została anulowana, Potter — prychnął, brzmiąc, jakby zwracał się do bezrozumnego dziecka — została zwyczajnie spełniona — wzruszył ramionami, przykręcił ogień i posłał mu zabarwione niejakim szyderstwem spojrzenie ponad wydzielającym kłębiaste opary płynem. — Wszystko ma swój kres, Potter, nawet przyrzeczenia.
— Więc teraz...? — upewnił się Harry, marszcząc mocno czoło.
— Więc teraz nie obowiązuje.
Uśmiech, który przyspawał się do ust Harry'ego, był krzywy i skwaśniały, i nie pachniał zadowoleniem. Opuścił oczy, skupiając wzrok na własnych dłoniach.
— Mogłoby się wydawać, że to takie proste — mruknął pod nosem, odgarniając włosy z czoła.
Snape strząsnął z chochli resztki eliksiru, odłożył ją na płaski blat i zgasił ogień pod kociołkiem; kiedy oparł się biodrem o krawędź stołu i przechylił głowę, przyglądając mu się nie bez wnikliwości, Harry'emu przemknęło przez myśl, że jeśli spojrzy mu w oczy, poczuje znajome łaskotanie na tyłach umysłu.
— To może być proste. — Za jego głębokim głosem stało absolutne przekonanie o własnej słuszności.
Harry posłał mu pełne wątpliwości spojrzenie, a w odpowiedzi otrzymał ciche prychnięcie.
— Magia nie zawsze jest tak skomplikowana, jak mogłoby się z pozoru wydawać, wiesz?
Prostota magii - to, jak na jego rozum, brzmiało nieco abstrakcyjnie.
— No nie wiem — mruknął Harry, odwracając wzrok. — Może zabijać.
— I tworzyć — przypomniał Snape.
Harry odetchnął głęboko i zamknął oczy. Istniała pewna kwestia, która cały ten czas nie dawała mu spokoju.
— Profesorze? — zapytał; niepewność musiała wybrzmieć w jego głosie jak werble; Harry skrzywił się nieznacznie, zniesmaczony samym sobą. — Co było w tej nieszczęsnej przepowiedni? — wyrzucił z siebie, decydując się, że jeśli nie zapyta o to teraz, może zamilknąć na wieki. — Dlaczego tak mocno naruszyła codzienność? Wiem, że mówiła o mnie. Wiem, że mówiła o Voldemorcie. Co pan usłyszał te kilkanaście lat temu, że Voldemort uwziął się wówczas na moje życie? — przełknął ślinę. — Nie chciałbym... nikomu robić wyrzutów. Ja tylko... — zastanawiał się, czy nie zabrzmi nazbyt arogancko i doszedł do wniosku, że - znając standardy Snape'a - będzie wzięty za aroganta bez względu na to, co teraz powie — po prostu chciałbym zrozumieć.
Snape oblizał wargi - Harry usłyszał ciche mlaśnięcie językiem i pełen niepokoju oddech.
— Potter... — Głos Snape'a przycichł i uderzył w nerwowe nuty. — Ta przepowiednia może przysporzyć więcej nieszczęścia, niż jesteś w stanie udźwignąć.
— Nie może pan jej przede mną zatajać — mruknął ponuro Harry, choć nie odważył się otworzyć oczu — tylko dlatego, że jej treść może mnie złamać.
Usłyszał szelest szaty, nieco zbyt pospieszny, nieco zbyt gwałtowny - jakby Mistrz Eliksirów cofnął się zapobiegawczo.
— Może powinieneś zapytać tego, kto pamięta ją najlepiej? — syknął Snape i brzmiał, jakby się bronił, jakby się osłaniał.
Kąciki ust Harry'ego same wygięły się w smutnym uśmiechu, jakby mięśniami jego twarzy nie sterowała wcale jego wola. Uniósł powieki, napotykając czarne jak nocne niebo oczy Snape'a; jeszcze nigdy nie widział tak spłoszonego grymasu na jego ziemistej twarzy. Wyprostował plecy.
— Właśnie to robię — wyszeptał, skacząc spojrzeniem pomiędzy czarnymi jak węgle oczami — nieprawdaż?
Zanim zdołał powiedzieć coś więcej, Snape pobladł, jakby upuszczono całą krew z jego twarzy. Zacisnął sine usta w wąską, ciasną linię; nie odpowiedział.
-VVV-
Nie odpowiedział, więc Harry - chcąc nie chcąc - zrobił to, co mu poradzono: zapytał u źródła.
-VVV-
„Opowiem ci historię" — wyszeptał mężczyzna w jego snach, a Harry oddychał urwanie, bo już wiedział, co od niego usłyszy. I mimo że wydawało mu się, że jest na to przygotowany, że czeka na to już tak długo, że chce wreszcie spojrzeć w oczy prawdzie i dojść na kres tych wszystkich sekretów, czuł, że wciąż nie jest na to gotowy. Jednak przez chwilę czuł się niemy i jedyne, co potrafił zrobić, to słuchać i pozwolić mu mówić. — „Historię o chłopcu, który przeżył, choć inni umierali".
Harry mógł się wyrwać, mógł go zagłuszyć, mógł zamknąć się na słowa, ale tego nie zrobił.
„Pewna kobieta" — szeptał cichy głos, powoli kołysząc go w jego snach miękkością swojego głosu — „uratowała go, gdy był małym dzieckiem. Miała dwadzieścia jeden lat i nie namyślała się długo".
Harry zamknął oczy i zdziwił się, gdy wciąż widział to samo. Mleczną mgłę i przemykające przez nią pasma aksamitnej czerni.
„Zdecydowała się schować go za własnym ciałem. I schowała".
Gdzieś spośród ciemności migotały na niego czerwone ślepia.
„Więc przyjęła na siebie zaklęcie, które nie było dla niej. Bo wierzyła, że miłość jest potężniejsza od śmierci".
Harry oddychał głęboko, jednocześnie pragnąc uciekać i podejść bliżej do centrum tego cichego głosu.
„Powiedz mi teraz, do czego dążę, Harry" — zamruczał głos; jego umysł zdawał się pulsować, jakby pragnął się wyrwać i zarazem utrzymać tę obcą magię, która w nim buzowała, jak najdłużej. — „Powiedz mi, do czego zmierzam".
— Przypominasz mi — westchnął, choć wcale nie zamierzał się odzywać; czasami wciąż nie rozumiał magii, która w nim płonęła — że nic nie dzieje się bez przyczyny. Wiem o tym. Pamiętam.
— A no właśnie — przytaknął miękko cichy głos, a niebezpiecznie znajoma magia zawirowała w jego umyśle jak lej powietrzny — istniał punkt wyjścia. Pewien bodziec do działania. I co to było, Harry?
— Przepowiednia — wyszeptał; brzmiał, jakby zasychało mu w ustach, co było niemożliwe we śnie. Prawda?
— Ach, ta przepowiednia — odetchnął cichy głos i brzmiał, jakby nienawidził przedmiotu ich rozmowy w równym stopniu co Harry. — I o czym mówiła?
— Nie wiem — przyznał zgodnie z prawdą Harry, mając wrażenie, że wszystko w nim drży jak wieża z kart, że cały jego umysł trzęsie się, jak niestabilna konstrukcja, której lada chwila przyjdzie runąć. — Nikt mi nie zdradził, o czym mówiła.
— Skup się, Harry — ponaglał go intensywny głos, roznosząc się cichym echem po jego czaszce — przecież jesteś taki mądry. O czym mówiła przepowiednia?
— Nie wiem — powtórzył Harry, sam będąc zaskoczonym przerażeniem stojącym za własną wypowiedzią jak mur.
Słowa Severusa Snape'a migotały mu w głowie jak lampa ostrzegawcza.
Głos zacmokał, a mroczna obecność przesunęła się leniwie gdzieś po jego podświadomości, wprawiając całą jego psychikę w rozdygotanie.
— Wiesz, Harry. Zastanów się — wyszeptał głos. — Dlaczego mogłem ruszyć bez najmniejszego przygotowania, by targnąć się na twoje życie? Dlaczego, ze wszystkich ludzi na ziemi, to byłeś właśnie ty?
— Nie wiem — wychrypiał Harry. Brzmiał, jakby prosił.
Voldemort się uśmiechnął - Harry poczuł to w swoim umyśle bardzo wyraźnie.
-VVV-
„Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana".
Harry poczuł się tak, jakby przydzwoniono mu solidnie w splot słoneczny. Jego umysł na chwilę zatrzymał swoje obroty, zanim ponownie zaskoczył, przetwarzając słowa, które właśnie usłyszał, otwierając przed nim wachlarz znaczeń i interpretacji.
— Co za bzdura — wychrypiał.
Śmiech Voldmorta, który obił mu się o czaszkę, był niedorzeczny w swoim rozbawieniu.
„Och, Harry" — westchnął, a Harry poczuł się tak, jakby jechał w dół bardzo szybką windą, bo Czarny Pan obecnej dekady brzmiał niemalże pieszczotliwie — „to dopiero początek".
Jego głos rozwiał się w umyśle Harry'ego jak sen.
