Dzień dobry kochani! Chciałam Wam podziękować za tak wspaniały odzew na tą publikację, czytanie Waszych komentarzy to dla mnie czysta przyjemność. Za każdym razem, kiedy widzę nowy komentarz, nie mogę się nie uśmiechać, a czasami podczytuję sobie raz jeszcze te stare.
Jak widzicie, dotarliśmy do końca (nawet nie wiecie, jak się cieszę, że udało mi się zamknąć to wszystko w dwudziestu rozdziałach), ale jak pewnie już zauważyliście, zdecydowałam się na zakończenie otwarte. Pomyślałam, że może zabiorę się za kontynuację (praktycznie od początku chodzi za mną taki pomysł, że jeśli spodoba się Wam "Na rozstaju", to mogłabym zrobić z tego dwie części). Niczego nie obiecuję, ale dajcie mi znać, co o tym sądzicie. Decyzję zostawiam Wam ;)
No to co? Smacznego!
.
Epilog
Bezbarwni ludzie
.
Są rzeczy, zachowania i przyzwyczajenia, które Harry wyniósł z domu Dursleyów.
Na nic nie zasługujesz — syczał wuj, łypiąc na niego spod lśniącego dużymi kroplami potu czoła — nie spodziewasz się chyba, że ktoś się za tobą wstawi? Za kimś takim jak ty - wyrzutkiem, beztalenciem. Znowu nie umyłeś naczyń po obiedzie? Chyba nie sądzisz, ty leniwy chłopcze, że ktoś zrobi to za ciebie? Rusz się, weź się do roboty, posprzątaj to, pozmywaj, wytrzyj, wysusz, wypoleruj na połysk, wszystko ma lśnić, rozumiesz? Bezużyteczny. Boże, jesteś taki...
Potrafił radzić sobie sam, nie potrzebował niczyjej pomocy. Pomoc była zbędna - uwłaczająca. Przez te wszystkie lata spędzone u wujostwa pozwalał sobą pomiatać jak kawałkiem szmaty; zgadzał się na to tak długo, że nawet nie zauważył, kiedy się usamodzielnił.
Co to za śmieć? Papiery do twojego wariatkowa? Podpiszę to później, jak się będziesz zachowywał. Teraz podaj do stołu, a potem umyj podłogę w łazience. Ma lśnić, bachorze. Jeśli znajdę na niej choć jedną smugę, możez się pożegnać z moim podpisem na tych świstkach. Ciesz się, że to w ogóle rozważam. Na ogół nie podpisuję śmieci.
Harry nie ufał ludziom, nie ufał ich obietnicom, od małego nauczył się, że słowa są zwodnicze, a ludzie obłudni. Choć czasami pragnął uwierzyć w szczerość ludzkich intencji. Czasem miał nadzieję, że nie wszyscy są krętakami, że niektórzy - spoglądając na niego - wierzą, naprawdę wierzą, że zasłużył sobie na ich szacunek i uczciwość.
Śmiesz mi pyskować, ty karykaturo człowieka, ty głąbie, ty idioto? Śmiesz mi mówić, że nie mam racji? Zobaczymy, co powiesz po weekendzie. Właź do swojej komórki i nie śmiej pisnąć, chłopcze, bo inaczej się policzymy. Gówno mnie obchodzi, że nie jadłeś kolacji, siedź cicho i nie zawracaj nam głowy swoją obecnością. Oboje z ciotką mamy dość twoich dziwactw. Dziwoląg!
Harry wiedział, jak powinien myśleć normalny człowiek. Taki, który nie jest dziwakiem, odmieńcem, świrem. Przez połowę życia obserwował matki z dziećmi na placu zabaw, kołysząc się w tę i we w tę na skrzypiącej huśtawce, po wielokroć przetwarzając w myślach wszystko, co robią: ich uśmiechy, ich czułości, ich pomaganie sobie nawzajem, ich stawanie murem za bliskim człowiekiem, bez względu na sytuację.
W domu wujostwa okoliczności miały ogromne znaczenie - bo był dziwakiem i robił dziwne rzeczy. Dziwoląg! Dziwoląg! Dziwoląg!
Znowu stłukłeś filiżankę? Zaraz tak ci przetrzepię ten pusty łeb, że mnie popamiętasz! Myślisz, że po to tak ciężko haruję i zarabiam moje pieniądze? Żebyś niszczył rzeczy, które do ciebie nie należą?
Nie dyskutuj z silniejszym, nie tłumacz mu swojego punktu widzenia, nie wyjaśniaj, że wina nie leżała po twojej stronie, bo to marnowanie słów, niepotrzebnie strzępienie języka.
Severus Snape był taki sam. Nigdy nie prosił, nie zachęcał, nie chwalił i nie przepraszał. Był cyniczny. I oziębły. I na ogół zamknięty na problemy innych (radźcie sobie sami; ja sobie radziłem).
Zawsze tak mocno przytłoczony wieloma, złożonymi emocjami, rzadko kiedy pozwalał, by ujrzały one światło dzienne.
Chował wspomnienia pod maską chłodu i surowości.
Syriusz Black był taki sam. Nie dostrzegał prostych rzeczy, które widzieli wszyscy inni. Zawsze roztrzepany, zawsze chaotyczny, zawsze zagubiony pomiędzy przeszłością a teraźniejszością (opowiadałem ci już o tym, Harry, jak zatrzasnęliśmy Smarkerusa w schowku na miotły?). O szkolnych perturbacjach mówił w samych superlatywach. Żył młodzieńczymi dowcipami, żył dawnymi przygodami, żył życiem ludzi, którzy albo odeszli, albo dorośli, żył, jakby nie było jutra.
Zawsze mówił o samych radosnych chwilach, a Harry zawsze słyszał pogłos nieszczęścia, który czaił się na końcu każdej z tych historii.
Chował wspomnienia w butelce i zapomnieniu.
I Lord Voldemort też taki był, a choć Harry nigdy nie uczyniłby takiego głupstwa, by zacząć drążyć w jego przeszłości, czuł to. Ponieważ to się poznaje, to zostaje w człowieku, w jego wyborach, w jego słowach, w jego oczach. To ma się wyryte na umyśle - wspomnienia jak źle zagojone rany, po których pozostają blizny. A Lord Voldemort miał w sobie ten sam, znajomy, niezdrowy perfekcjonizm, ten sam, który przejawiał Severus Snape, ten sam, który przyspawał się do niego - do Harry'ego.
Był taki czas, kiedy Harry zastanawiał się, jak wyglądałby bogin Voldemorta. A wiedział, bardzo dobrze wiedział, że każdy ma swojego bogina. Przez długie miesiące nie potrafił nadać mu kształtu. Potem rozważał różne możliwości, szukał punktów zaczepienia, ale ześlizgiwał się, zanim zdołał uchwycić umysłem coś solidnego. Czego może się bać ktoś taki, jak on - najpotężniejszy czarnoksiężnik obecnej epoki, ktoś, komu kłaniają się czystokrwiści czarodzieje magicznego świata, ktoś, kto włada magią, przekraczającą ludzkie pojęcie, ktoś, kto potrafi niszczyć bez drgnięcia powieki i z podobną łatwością stworzyć coś z niczego?
Aż pewnego dnia zrozumiał. Spojrzał na jego trupi wygląd, na skórę naciągniętą na nagą czaszkę, na sieć bladych żył rozlewających się jak odgałęzienia rzeczne pod jeszcze bledszą skórą, na zapadnięte policzki, na czerwone jak rubiny oczy, na powieki, które nie mają rzęs. Przypomniał sobie dzień, w którym powrócił. W którym opowiadał mu historię swojego upadku. W którym udowodnił wszystkim, jak mocno i rozpaczliwie można uczepić się życia.
Bo bogin Voldemorta to on sam.
Lord Voldemort.
Martwy.
