Światła migotały jak szalone, będąc zagrożeniem dla potencjalnych epileptyków. Dźwięki wokół aż ciężko było określić muzyką, były głośne, powtarzalne i agresywne w swojej mechanicznej formie. Motłoch bawił się w dużej sali, a DJ niczym samiec alfa przewodził tej masie złożonej z ludzi, nadając i tempo muzyczne, i to, w jaki sposób mieli się kiwać. Klub nocny w całej swojej okazałości.
Obrzydliwie głośne, śmierdzące tytoniem, alkoholem i ludzkim potem miejsce z muzyką, której naprawdę nie chciało się słyszeć. Praca tajnego agenta była czasem okropnie męcząca.
„Daiki" siedział przy barze, sącząc drinka i obserwując otoczenie. Chyba po raz dziesiąty dzisiaj przejechał po swojej skroni, chcąc poprawić okulary, których nie miał, a także zagubione włosy, które przecież zostały wygolone. Okropne przyzwyczajenia. Ale dzięki drastycznej zmianie stylu przynajmniej był absolutnie pewien, że nikt nie zauważy w nim Sakaguchiego Ango. Dzisiaj, na potrzeby misji, był kimś zupełnie innym. Miał żonę, z której był kompletnie niezadowolony, a także córkę, która nie miała do niego za grosz szacunku. Miał też parę innych ustaleń co do swojej sztucznej tożsamości.
Łupanka, która go otaczała przeszła właśnie w jakiś inny utwór, który też składał się z agresywnych rytmicznych i powtarzanych w tle fraz, które wpadały jednym uchem i wylatywały innym. Jednak na zapleczu dostrzegł jakieś poruszenie, coś się działo. Zerknął na barmana, ten jednak zabiegany na szybko tworzył drinki i polewał sake niecierpliwym, momentami agresywnym klientom. Nie pilnował nawet tych drzwi, które wręcz przysłaniali inni klubowicze. Idealnie. Daiki wyjął telefon i ustawił dyktafon, po czym jak gdyby nic wstał, dopił drinka i pokierował się do drzwi gospodarczych. Nagrywanie włączył w chwili przejścia do korytarza. Muzyka momentalnie przycichła, a on wewnętrznie odetchnął z ulgą. Miał już dość techno na najbliższe kilka lat.
- … jakieś pięć tysięcy kafli dolarów, a opóźniacie to już drugi miesiąc! - krzyczał jeden męski głos.
- Nie moja wina, że macie pierdolone bojówki w porcie zamiast normalnej obsługi, którą można by wychujać! - darł się drugi męski głos o nieco dziwnym akcencie.
Agent przystanął tak, by nie widzieć tych ludzi i by nie być widzialnym, ale słyszał ich doskonale i wiedział, że na nagraniu będzie co trzeba. Teraz tylko uważać na ruch od strony sali tanecznej.
- Jebie mnie to, czy mafijka robi wam problemy, czy nie. Możecie dragi przewozić w cegłach jak wam tak wygodnie. Są setki sposobów, a ciągle słyszę jakieś wykręty! Nie mam jak zatrzymać ważnych klientów!
- Nie moja wina!
- A co, kurwa, moja!?
Szelest materiału wraz z ludzkim sykiem wściekłości wskazywał na to, że prawdopodobnie złapali się za fraki. Głuche uderzenie i zaraz po nim jęk cierpienia. Jeden z nich musiał oberwać, w kolejnej feerii dźwięków można było dosłyszeć jak któryś pada na kolana i chyba raz jeszcze obrywa. Ten głos z dziwnym akcentem stał się bardziej poważny, głęboki, zimny.
- W czwartek za dwa tygodnie spróbujemy znowu przemycić towar do Yokohamy, ale jak mafia będzie utrudniać, wycofamy się z transakcji. Życie moich ludzi jest ważniejsze, niż te grosze, które ty zaproponowałeś.
Daiki zapisał nagranie i umknął, zanim rozmawiający skierowali się w stronę sali. Jeśli w ogóle się skierowali. Miał już to, czego potrzebował, więc nie musiał tutaj dłużej przebywać. Ruszył od razu do wyjścia głównego, starając się możliwie jak najbezpieczniej wyminąć bawiących się ludzi i nie wpaść do samego centrum skaczącego tłumu. Wydostanie się z niego byłoby bardzo problematyczne.
Wreszcie trochę świeżego powietrza. Ango odetchnął aż głębiej, pozwalając sobie już zrzucić maskę sztucznej tożsamości, chociaż przywrócenie normalnego wyglądu zajmie mu kolejną dobę. Fakt, iż robił to grzecznościowo dla mafii był na swój sposób absurdalny, zaś zielonooki zastanawiał się, gdzie popełnił błąd w podejściu asertywnym. Jak tak przypominał sobie ich rozmowę, to Mori przecież dawał mu możliwość, by odmówić. A jednak agent zgodził się niemal bez wahania.
„Mam, co trzeba. Podrzucę nagranie jutro" - wyklepał smsa i wysłał, kierując się w ciemną alejkę.
Jakby nie patrzeć, pozwolił znowu Szakaloi wejść z butami do jego prywatnego życia. Co więcej, pozwolił nie tylko aby ten mężczyzna zdominował tylko jego wyobraźnię, ale aby między nimi fizycznie zaiskrzyło. A ponadto, choć prawie nie rozmawiali od czasu tego upojnego wieczoru, to dostał dowód na jego zainteresowanie swoją osobą. To, w jaki sposób wtedy Ougai dawał mu drobne czułości jawnie wskazywało na to, że w ich relacji coś się zmieniło.
„Przyjdź na Skwer Jedenastu." - odpowiedź dotarła zaskakująco szybko. Miejsce, które zostało mu wyznaczone było relatywnie niedaleko klubu, aż się okularnik zdziwił, że akurat takie zostało wybrane.
„Kiedy?"
Taktyczne pytanie, wszak pojęcie „jutro" jest dość szerokie. I o ile spodziewał się Lidera w biurze cały dzień, tak na skwerze będzie raczej tylko o określonej godzinie.
„Jak najszybciej. Zimno mi."
O mało nie zderzył się z najbliższą ścianą, kiedy otrzymał tę wiadomość. Już, teraz? Chciał się przebrać, ogarnąć, chociaż częściowo przywrócić swój normalny image. Nawet nie do końca widziało mu się pokazywać swoją fałszywą tożsamość Ougaiowi, mimo że miał ich wiele. Chciał zaprotestować, powiedzieć nie, postawić na jutro. Chciał, ale… Docierało do niego, że jego kochanek prawdopodobnie przyjechał tutaj specjalnie dla niego, specjalnie się pofatygował, nie mając nawet pojęcia, kiedy zielonooki skończy. Wystawienie teraz mafiosy byłoby nie tylko bezczelne, byłoby po prostu niemiłe dla niego.
Westchnął i zawrócił, idąc w kierunku wskazanego placu. Noc była wyjątkowo ciemna. Chmury nad miastem przykrywały niebo kompletnie, były ciężkie i groziły ulewą. W tym rejonie lampy rozstawione były rzadko, przez co w cieniach można było łatwo się ukryć. Neonów praktycznie nie było, a niewiele okien błyszczało światłami. Świat wyglądał niemalże monochromatycznie. Podejrzewał, że wokół chowało się mnóstwo przestępców, handlarzy narkotyków, może gdzieś ktoś prowadził nielegalny burdel. Ta dzielnica świetnie do takich przypadków pasowała.
Wreszcie ciemne alejki wychodziły na placyk, na którym w świetle stała jedna osoba, w cieniach zaś chowały się dwie. Samochodu nie widział, ale pewnie stał gdzieś za rogiem. Skwer ulokowany był na skarpie, skąd widać było dolną część miasta, teraz ładnie rozświetloną. Turystów i innych spacerowiczów od upadku dzieliła tylko dość wysoka barierka i właśnie o taką opierał się mężczyzna w długim płaszczu, paląc papierosa. Od razu zauważył osobę, która pojawiła się w świetle, ale przejechał tylko po nim leniwym wzrokiem i skierował spojrzenie gdzie indziej, jakby oczekiwał kogoś innego. Ango uśmiechnął się w duchu. Jego talent do przybierania fałszywych tożsamości wciąż był na wysokim poziomie. Do tego stopnia, że oszukał Szakala Mafijnego przynajmniej pierwszym wrażeniem. Podszedł bliżej, mafioso mimowolnie na niego spojrzał, unosząc wyżej brew jakby z zainteresowaniem, ale dość mocno neutralnym.
- Aż tak dobrze się maskuję, panie Mori? - zapytał agent, przystając przed kochankiem z rękami w kieszeniach. Poza nieco nonszalancka, wydął wargę przed siebie i czekał.
Wiedział, jak wygląda. Brak okularów, soczewki w oczach, delikatny makijaż zmieniający nieco rysy twarzy. Wygolone boki, a dłuższe włosy pozostawione jako pasmo przechodzące przez środek głowy były zafarbowane na czerwono i żelem postawione na ostry irokez. Zamiast eleganckiej koszuli bluza z kapturem, pod nią bluzka z paroma buntowniczymi hasłami. Przy spodniach miał łańcuch.
Ougai patrzył na niego przez chwilę, najpierw wyglądał jakby nie zrozumiał, dopiero z czasem, bardzo wyraźnie, jego twarz zaczęła się rozluźniać do szczerego zdziwienia, kiedy umysł mężczyzny wreszcie połączył obecny obrazek z osobą urzędnika. Zielonooki sam się uśmiechnął na to, a Mori parsknął szczerym śmiechem, wciąż nie wychodząc z podziwu dla odmiany, jaką miał okazję obserwować. Zaciągnął się i zaraz strzepnął popiół, który przez to oczekiwanie aż groził, że sam spadnie mu na koszulę.
- Ango? Naprawdę? - rzekł mafioso, lustrując z fascynacją całą jego osobę, wszystkie szczegóły stroju. Ruszył się nawet i obszedł go dookoła, oglądając z każdej strony. Strasznie to schlebiało agentowi. Uśmiechał się szeroko, teraz on podszedł do barierki i oparł się o nią ramionami.
- Daiki - przedstawił się tak, jak powinien w tym image'u. - Zwykły facet pracujący na magazynie, nic nadzwyczajnego. Skłócony z żoną, niezadowolony z powodu dziecka.
Mori wyraził już rozbawienie o wiele skromniej, jedynie krótkim dźwiękiem i pokręcił głową. Ango nie planował tej niespodzianki, ale wyszło lepiej, niż się spodziewał. Ougai oparł się obok, ugasiwszy wcześniej peta, włożył ręce do kieszeni i spojrzał w górę, w niebo.
- Współczuję żony. Mój partner pewnie śpi… gdzieś w bezpiecznym miejscu.
Zielonooki uśmiechnął się pogodnie na te słowa. Nie spałby jeszcze, to nie jego godzina, ale miło było słyszeć troskę w głosie kochanka. Poza tym to, w jaki sposób go nazwał też go nieco podbudowywało.
Wyjął telefon bez komendy od mafiosy i odszukał właściwe nagranie. Puścił, pozwalając, aby popłynęło na powietrzu. Widział, że Mori zwrócił na rozmowę więcej uwagi, a z czasem w jego oczach dało się zobaczyć ponownie ten błysk przebiegłości, drapieżnika, który często przez niego się przebijał. Słowa, jakie padały pomiędzy nieznanymi Sakaguchiemu ludźmi, były na tyle jasne i zrozumiałe, iż domyślał się najbliższych zamiarów Lidera. Ktoś zadarł nie z tą mafią, co trzeba. Ango co prawda wewnętrznie się krzywił na myśl o mordowaniu ludzi, ale chyba… nie miał tu nawet mocy przekonywania, by wtrącić cokolwiek.
- Wyślij mi to mailem, jak wrócisz do domu. - Mori wydał mu polecenie, na co agent kiwnął głową i schował urządzenie. Starszemu mężczyźnie wyraźnie poprawił się humor, a po jego twarzy można było dostrzec, że kalkulował już kolejne ruchy.
- Ougai? - rzucił Ango nieco ciszej, spoglądając na partnera. Ten zwrócił ku niemu w pełni swoje spojrzenie - Wiem, że w ciemności kryją się twoi agenci i nas obserwują, więc wolę dopytać. Mogę cię tutaj pocałować?
Szkarłatnooki uśmiechnął się szeroko, triumfalnie. Zmienił ułożenie, podszedł do niego, a serce dyplomaty aż zaczęło tłuc mocniej. Minęło parę dni, a oni w ogóle nie rozmawiali, nie mieli kontaktu ze sobą, był przez to głodny jego bliskości. Jego ukochany pochylił się nad nim, Sakaguchi zmrużył oczy, niemal czując, jak stanowcze wargi mężczyzny wpijając się w jego… i wówczas dostał jedynie dziecinnego buziaczka w czubek nosa.
- Będę się całował tylko z mężczyzną, który mi się spodobał - mruknął, jednak zalotnym tonem i wycofał się, ponownie opierając się o barierkę - Ciebie, Daiki, poznałem dzisiaj. To chyba za wcześnie na takie czułości, nie sądzisz?
Żartobliwy ton Ougaia nie był łatwy do wyczucia, Ango po chwili zrozumiał i pozwolił sobie na drobny uśmiech w odpowiedzi. Niech sobie pogrywa, jeśli chce. Na tak małą skalę mu pozwoli. Mężczyzna odsunął się i poprawił szal na swoim płaszczu, chyba chcąc odejść, jednak agent nie mógł na to pozwolić, jeszcze nie.
- Zapomnij na chwilę o Daikim - rzucił, zwracając wzrok na nocne światła miejskie - Nazwałeś mnie partnerem. Naprawdę… tego chcesz?
Mężczyzna zatrzymał się i spojrzał na partnera, który nie utrzymywał z nim chwilowo kontaktu wzrokowego. Wrócił o te dwa kroki, oparł się obok, tak jak poprzednio. Tym razem również na niego nie patrzył. Obaj byli na tyle niepewni tego tematu, że woleli nie patrzeć na siebie, mimo iż widok tego mężczyzny zwykle kojarzył się urzędnikowi albo z chwilą strachu, albo uwielbienia. To nie była żadna z tych chwil.
- Tak… - zaczął wreszcie Mori - Nie… nie wiem. Świadomość, że jestem kochany budzi we mnie emocje, których nie rozumiem. Póki co cieszę się chwilą.
Ango przymknął oczy i uśmiechnął się pod nosem. Rozumiał go w tym, bardziej niż pod jakimkolwiek innym względem.
- Boisz się obudzić z bajki - zauważył. Ponieważ sam to przeżył wiele razy, ponieważ sam zapędzał się w fikcję, chcąc zgubić drzwi, za którymi znajdowała się tylko szara rzeczywistość.
W jego bajce nigdy nie było takiej rozmowy. Nie było miejsca na to zwątpienie, na niepokój związany z przyszłością, zawsze była tylko idylliczna radość, szczęście związane z bliskością. Jaką bajkę chciał przeżywać Ougai, tego dyplomata jednakże nie wiedział.
Odpowiedź też nie nadeszła szybko, mężczyzna zastanawiał się dłuższą chwilę, nie wyrażając przy tym zbyt wiele. Nawet kiedy zielonooki na niego spojrzał, wzrok szkarłatnych oczu skupiony w jakimś punkcie na horyzoncie nie informował zbytnio o emocjach. Jakby to było podjęcie trudnej decyzji.
- Masz rację - przyznał finalnie i uśmiechnął się do niego lekko. - Jak zawsze. Chyba za dobrze mnie znasz.
Agent zdusił w sobie parsknięcie śmiechem, odwracając twarz od niego. Znał go? Dla niego to słowo na wyrost. Nie wiedział o nim nawet połowy tego, czego pragnął, nie był w stanie też przewidywać jego decyzji. Nie miał możliwości powiedzieć, że go „znał".
Mafioso bez słowa odwrócił się i odszedł w kierunku swoich ochroniarzy. Ango spojrzał za nim i westchnął cicho, po czym sam się zwrócił w swoją stronę. Niczego się nie dowiedział. Status ich relacji był dla niego tak niejasny, że czuł się z tym niezwykle niekomfortowo.
