Ougai z westchnieniem ulgi położył się we własnym łóżku i przejechał dłonią po twarzy. Czuł się, jakby ktoś kazał mu połknąć wybitnie gorzką pigułkę, jednocześnie bardzo go zmęczył i później wystawił na mróz. Nic takiego przecież nie miało miejsca, a jednak w jego osobie utrzymywał się dyskomfort. Ciężko mu było się rozluźnić, trzymała go nerwowość, której źródła nie był w stanie zlokalizować. Swoje emocje odbierał jako nielogiczne, a to jemu nie zdarzało się często. Nie cierpiał tego.

Złotowłosa dziewczynka wślizgnęła się po cichu do jego sypialni, wywołując przy tym mimowolny uśmiech na obliczu mężczyzny, kiedy próbowała bardzo cicho się zachowywać i skradać przy ścianie. Udał, że nic nie widział, pozwolił jej zbliżyć się niebezpiecznie blisko, stanąć tuż przy ramie łóżka, a kiedy rzuciła się na niego nagle złapał ją w powietrzu i spojrzał wprost w jej zaskoczoną twarzyczkę. Położył miękko swoją piękność obok siebie i nakrył ją też kołdrą, pozwalając jej się od razu przytulić do niego. Była cieplutka i miała taką delikatną, miękką skórę, że obejmowanie jej sprawiało mu mnóstwo przyjemności. Uważał, że nie było na świecie bardziej idealnej dziewczynki. Najpiękniejszą ze wszystkich była Elise.

Ta sama Elise, która właśnie pacnęła go dość silnie w tors i naburmuszyła się.

- Jestem zazdrosna, Rintarou.

- Dlaczego?

Ougai nie rozumiał jej złości, jej napuszonych policzków, nieco wyostrzonego spojrzenia. Nie uczynił nic, co miałoby ubliżyć złotowłosej, co więcej, kazał dzisiaj swoim podwładnym spełniać wszystkie jej zachcianki, które nie wymagały zbyt dużych kosztów. Miał nadzieję, że dziewczynka miała przyjemny, relaksujący dzień.

- Lubię być dla ciebie najważniejsza!

- Przecież jesteś…

Zaczął ją głaskać po łebku, jednak widział, że ona mu nie wierzyła. Jej spojrzenie było znaczące, nieufne, jakby znowu obiecywał jej wizytę w cukierni tylko po to, aby zapomnieć o tym po pięciu minutach. Patrzyła na niego tak, że aż poczuł się nieco zbity z tropu, przytulił ją więc do siebie, co by nie widzieć jej spojrzenia. Wiedział, o co jej chodzi. A raczej: o kogo jej chodzi. Ale to przecież było głupie…

- Nie masz o co być zazdrosna, Elise - rzekł półszeptem i przymknął oczy. Na myśl od razu nasunął mu się Ango, spoglądający na niego z zaciekawieniem, uśmiechem i zaufaniem, którego chyba tak naprawdę nigdy nie widział w jego oczach. Przytulił dziewczynkę do siebie. - Nie masz o co…

Nie było powodu do zazdrości. Nie było powodu, by twierdzić, że ktoś jeszcze poza Elise jest przy nim, że ktoś jeszcze go kocha i Ougai jest w stanie to odwzajemnić. Nie było. Nic między nimi nie było. To tylko bajka, tylko cholerna iluzja stworzona z paru odczuć, z dziwnej sytuacji bycia kochanym, bycia upragnionym. Nigdy od nikogo nie doświadczył czegoś takiego, że ktoś za nim tęsknił, myślał o nim, zbierał się latami, by o tym mu powiedzieć. Że widział w nim człowieka i pragnął go nie za funkcję i nie tylko na chwilę, a na dłużej. Ale…

Czy mogli stanowić szczęśliwą parę? Czy po każdym stresującym dniu mógłby wrócić do swojego pokoju, gdzie czekałaby na niego zarówno roześmiana wychowanka, co pogodny ukochany? Który sam podszedłby do niego, złożył na jego policzku delikatny pocałunek i pozwoliłby mu zapomnieć o wszystkich troskach, problemach? Nie pytałby, przecież nigdy nie pytał o to, o co nie powinien. Zająłby go jakąś błahostką, niezbyt ważną kwestią, odciągając uwagę mężczyzny od całego dnia.

Czy gdyby Mori nigdy nie rzuciłby się na przejęcie władzy w mafii, pozostałby lekarzem, miałby większą szansę stworzyć z tym mężczyzną związek? Nie miałby wówczas tylu popleczników, niewiele osób zwracałoby na niego uwagę. Wykonywałby swoją pracę i zbierał informacje, wówczas w pewien sposób byłby nawet podobny do Ango. Wiedziałby wiele i wykorzystywał to do własnych celów. Mogliby razem żartować z własnej sytuacji, wymieniać się ciekawostkami, wspólnie planować. Budować nie jego, a ich wspólne małe królestwo. Pomagać sobie, ratować się wzajemnie…

Poczuł w środku potworny, palący ból. Chciał coś powiedzieć swojej złotowłosej, ale głos uwiązł mu w gardle i jęknął jedynie, zaciskając oczy. Czuł dreszcze, ale były niczym wobec okropnego uczucia rozrywania duszy na kawałki i kwaśnego żaru palącego w gardziel, a także wobec obrzydzenia, które napełniło go równie niespodziewanie, obrzydzenia do siebie samego.

- Rintarou..? - Elise położyła mu dłonie na policzkach. - Ty… płaczesz?

Złapał nagle haust powietrza, kiedy zdał sobie sprawę, że bardzo go potrzebował, ale kolejny spazm wycisnął je z jego własnych płuc. Chciał go jakoś powstrzymać, schować w sobie, ale nie potrafił, uderzenie po uderzeniu, prawie jak fizyczne ciosy od własnej psychiki wyrywały z jego gardła kolejne sapnięcia, wyciskały kolejne łzy i wygrzebywały na wierzch wszystko to, co podświadomie w sobie dusił i nie był nawet do końca świadom, że tam było. Złość, frustracja, cierpienie, tęsknota, wszystko to zdawało się oblewać go kwasem i cieszyć się na jego skwierczące serce, którego egzystencji wcześniej nawet nie zakładał.

- Tak, Elise - sapnął wreszcie bardzo niestabilnym, rwącym głosem - Płaczę, bo jestem głupi. Tak cholernie, kurewsko głupi…

Podświadomie wtulił twarz w brzuch dziewczynki i odetchnął, kiedy ponownie ledwo starczało mu powietrza do egzystencji, a zaraz wszystkie wylewające się z niego emocje ponownie ścisnęły go pętami, z których nie był w stanie się uwolnić. Miał tylko nadzieję, że złotowłosa wybaczy mu to. Starał się nigdy nie okazywać słabości, starał się zawsze być silnym, zdecydowanym opiekunem, nawet jeśli to właśnie ona znała go najlepiej. Ale teraz upadł i nie był w stanie wstać, a co dopiero emanować pewnością siebie.

- Oni go zamordują - jęknął sam z siebie, czując jak ogarnia go panika. - Jeśli ktoś tylko zauważy, że Ango jest przy mafii, znajdzie go i będzie się mścił. Będą go ścigać, śledzić. Być może upokarzać. W końcu ktoś w rządzie się zorientuje, on straci pracę, przyjaciół…

- Rintarou…

Dziewczynka nawoływała go, jednak on nie słuchał, opętany wizjami, które jedna za drugą goniły przez jego umysł. Widział jak grupa zwykłych mafijnych mięśniaków tłucze samotnego urzędnika, sześciu rosłych chłopa na jedną jego wychudzoną osobę. Jak byli członkowie oddziału Dazaia rozrywają jego ubranie i wyrzucają niemal nagiego na zimną noc, jak inna grupa łowców podtapia go pod strumieniem wody. Mógł wydać rozkaz, by pod żadnym pozorem nie atakować Sakaguchiego, ale nie wszyscy by posłuchali. Nagle stanął mu przed oczyma Akutagawa rozrywający Ango przy pomocy swojej zdolności, przed którą sam okularnik nie był w stanie się obronić. Obraz mężczyzny, którego członki w krwawym rozbryzgu rozlatują się na wszystkie strony był tak silny, że Mori z wrażenia puścił Elise i usiadł, oddychając szybko, głęboko, aż do zawrotów głowy.

Szok spowodowany wszystkim wokół odepchnął nieco wir emocji i pozwolił mu na chwilę złapać ciszę, chociaż była to cisza bardzo pozorna i niestabilna. Spojrzał na swoje ręce. Widział je niewyraźnie, miał wciąż mokre oczy, co chwilę nadal płynęły z nich łzy. Jego dłonie też drżały, zdawały się nagle ciężkie, a on czuł się zbyt słaby, by je podnieść.

- Elise… co się ze mną stało?

Spojrzał na dziewczynkę zagubiony. Złotowłosa odetchnęła cicho i sama usiadła, po czym objęła rękoma jedną jego dłoń. Ougai nie protestował, dał się dotknąć, drżącym gestem potarł jedną jej rączkę swoim kciukiem.

- Rintarou. Obiecaj mi, że on nigdy nie będzie przede mną.

Mężczyzna zrobił duże oczy, patrząc ze szczerym zdziwieniem na Elise. Choćby nie wiadomo co się wydarzyło… nigdy, przenigdy, nikt nie będzie mu bliższy od tej małej piękności. Skąd w ogóle taka myśl?

- Obiecuję, kochanie. Dawno ci to przecież obiecałem.

Uśmiech dziecka był czymś, co na chwilę położyło ciepłą, przyjemną kołdrę na jego poraniony umysł. Jej urocza buźka była tak słodka, kiedy uśmiechała się w ten sposób, a jej oczy nieco błyszczały. Zadowolenie. Tak zapewne można by określić tę ekspresję: satysfakcja.

- Więc myśl - rzuciła nagle i popchnęła go lekko, chociaż nie dała rady go przewrócić. - Ty, Rintarou, zawsze dostawałeś to, czego chciałeś. Możesz też dostać człowieka.

- Ale…

Miała rację, zamiast się mazać zwykle szukał sposobu, aby rozwiązać problem. Zawsze dążył do realizacji planu, spełnienia zachcianki. Ta jedna wydawała mu się chwilowo niemożliwa do spełnienia, ale ile już takich niemożliwych zachcianek realizował, najczęściej z sukcesem?

Położył się na powrót, patrząc w ciemny sufit, złotowłosa spoczęła na jego torsie. Plan… potrzebował planu. Potrzebował też swojego okularnika zobaczyć, uściskać, pocałować, ale chwilowo musiał zadowolić się tylko myślą. Wyjął telefon, odnajdując numer do Ango, wybrał wiadomość tekstową. Ekran świecił wyczekująco. Powinien? Nie powinien? Ougai wklepał w treść wiadomości krótkie „kocham cię". Zaraz jednak skasował i wyłączył telefon. Jeszcze nie, jeszcze… nie wiedział, czy to wszystko się uda. Ale tak strasznie chciał spróbować.