Zastrzeżenie: Nie jest to moja praca, tylko tłumaczenie angielskiego oryginału należącego do Crystalzap. Prawa do mangi, bohaterów należą do Masashi'ego Kishimoto.
Od tłumaczki (aktualizacja 24.07.2017): Pierwsza historia z 50 fav! Dziękuję, jesteście wielcy! :)
Anonimek – nie, niczego nie przestałam, po prostu wszystkie historie tłumaczę w określonej kolejności, dodajmy do tego studia, sesję i po prostu tak się zbiera… ale już nadrabiam :)
Nieoczekiwany Początek
Rozdział 21: Wkracza Jiraiya!
Myśli: „bla bla"
Dialogi: „bla bla"
Kyuubi: „bla bla"/„bla bla"
Kiedy Minato i Naruto zorientowali się, kto wskoczył przez okno, obydwaj się zrelaksowali. Młody Hokage zrobił mentalną notkę, by, z pieczęciami wyciszającymi czy bez, pamiętać o zamykaniu okna, ponieważ wcześniej czy później jego sensei przyprawi go w ten sposób o zawał serca. Tak, osobą, która właśnie do nich dołączyła – wydawałoby się, że bez namysłu, a tak naprawdę najpierw sprawdził, kogo w środku zastanie – był właśnie Jiraiya.
- Yo! – przywitał ich. W odpowiedzi Uzumaki wydostał się z objęć ojca, wykrzykując:
- Jiraiya-oji! – na co Ropuszy Mędrzec złapał go, serdecznie się uśmiechając. Chłopiec był mu bardzo bliski. Na widok tej sceny i na twarzy Namikaze pojawił się uśmiech, po chwili jednak odchrząknął, by skupić na sobie ich uwagę.
- Miło wiedzieć, że jesteś w wiosce, sensei, ale powinieneś był zapukać – rzekł, próbując wyglądać na rozzłoszczonego, jednak jego mentor znał go zbyt dobrze, by się na to nabrać. Udał zatem, że nie usłyszał ostatniej części zdania, na co Naruto przewrócił oczami.
- A tak, owszem, ale nie wpadłem tu ze zwykłą wizytą – wytłumaczył sannin, całkowicie nieświadom, że wszystkiemu przysłuchuje się młodszy blondyn. Mężczyzna założył, że dzieciak jest jeszcze zbyt mały, by to rozumieć. – Coś dzieje się z ropuchami. Po Górze krążą pewne pogłoski. Większość z nich jest nielogiczna bądź po prostu szalona – Jiraiya nie dostrzegł, jak jinchuuriki usiłuje walczyć z uśmiechem. – Prawie wszyscy mówią o „drugiej szansie". Nie mam zielonego pojęcia, co się dzieje. Przywołałem Gamabuntę i wyglądało na to, że on coś wie, ale ODMÓWIŁ mi wyjaśnień, mamrocząc tylko, że „to nie jego historia do opowiedzenia". Jako że powstrzymywała go jego lojalność, a szef może to tylko zrobić dla innej podpisanej na zwoju osoby… pozostajesz więc tylko ty… co się, u licha, tutaj wyrabia? – skończył z pozorowanym spokojem. Jeszcze nie zauważył, że w trakcie jego wywodu twarz jinchuuriki'ego stawała się coraz bardziej blada, zwrócił za to uwagę, że jego uczeń zaczął się czuć coraz bardziej niekomfortowo. Minato coś ukrywał.
Czwarty usiłował coś wymyślić, coś, co mógłby w tym momencie powiedzieć. Na całe szczęście uratowało ich pukanie do drzwi. Kage szybko rzucił:
- Proszę wejść! – by w ten sposób uprzedzić swojego senseia. W odpowiedzi sannin zmierzył go tylko wzrokiem. Po chwili zostało to zastąpione jednak uśmiechem, gdy nowoprzybyłą osobą okazał się zmieniający w ekspresowym tempie kolory chuunin. Ciekaw, co takiego mu się wydarzyło, zaczął pilnie wsłuchiwać się w wymianę zdań.
Gdy zdał sobie sprawę z tego, że to nie Iruka, Żółty Błysk uniósł brew, po czym spojrzał na Naruto, który w podejrzliwy sposób patrzył się wszędzie, tylko nie na niego i na swoją ofiarę. Chuunin odezwał się po tym, jak przestał mierzyć dzieciaka wzrokiem:
- Hokage-sama, próbowaliśmy usunąć znajdujące się w klasie pieczęcie w nadziei, że pozwoli to na powrót pomieszczenia i Iruki-san do normalności. Zamiast tego technika zadziałała na wszystkich tam obecnych, a także przyspieszyła swoje działanie. Potrzebujemy albo Naruto – na to Jiraiya spojrzał z zaskoczeniem na znajdującego się na jego rękach chłopca – albo kogoś doświadczonego w pieczęciach, aby to zdjąć – wytłumaczył. Młody Hokage westchnął, przeczesując włosy dłonią.
- Zastawiłeś pułapkę, w razie gdyby ktoś usiłował zdjąć pieczęcie będące bazą twojego żartu… Naruto? – zapytał retorycznie Minato, spoglądając na syna. Kiedy chłopiec wskazał na siebie w stylu „kto, ja?", wyglądając całkowicie niewinnie, Jiraiya wybuchnął śmiechem. Blond kage ponownie westchnął, będąc jednocześnie wdzięczny za te małe odwrócenie jego uwagi, zaś chuunin był nadal wściekły. Nic dziwnego.
- W porządku. Zerknę na to. Chodź, Naruto, ty też idziesz – ostatnią rzeczą, którą chciał, było stanie się kolejną ofiarą dowcipu. Na twarzy Uzumaki'ego z kolei pojawił się grymas – bardzo chciał zobaczyć zmieniającego kolory Hokage. Sannin zmrużył oczy – to, że ta pieczęć wyglądała na interesującą, nie oznaczało, że jego uczeń wymiga się z wcześniejszej sytuacji.
- Ja też przyjdę – rzekł, obdarowując Namikaze znaczącym spojrzeniem. – Chcę zobaczyć, co takiego nawyrabiał przyszły Mistrz Pieczęci – skończył, z dumą rzucając okiem na swojego chrześniaka. Podróżnik w czasie wyszczerzył się do niego, w głębi duszy marząc, by białowłosy przypomniał sobie, jak się tego wszystkiego nauczył, przypomniał, że to wszystko dzięki niemu.
Wszyscy podążyli dachami budynków aż pod samą akademię, po czym weszli do klasy, która zmieniała kolory niczym telewizja kanały. Przyprawiło to niektórych shinobi o mdłości, więc większość z nich wyszła na zewnątrz. Czwarty podszedł pospiesznie do jednej ze znajdujących się na ścianach pieczęci, które jako jedyne się nie mieniły. Nawet pozostawione przez uczniów plecaki nie uniknęły wpływowi techniki.
Jiraiya rozejrzał się dookoła, zastanawiając się, kiedy żarty jego chrześniaka stały się aż tak wyszukane. Widząc, co robi Minato, postawił chłopca na ziemi, po czym podszedł do innego znaku, by przekonać się, jak został stworzony. Przyjrzał się dokładnie, śledząc każdą narysowaną linię. Jinchuuriki stał tuż za nim, nerwowo to wszystko obserwując. Szczęka sannina omal nie opadła do ziemi, gdy zdał sobie sprawę, że baza pieczęci nie przypominała niczego, co kiedykolwiek widział w życiu. Była oryginalnym dziełem, nie żadną kopią czy przeróbką. Chłopiec, jego siedmioletni chrześniak stworzył oryginalną pieczęć.
Ropuszy Mędrzec obrócił się, by dostrzec wlepiającego w niego wzrok małego blondyna, tak jakby liczył na… pochwałę? Ale dlaczego? Czy nie powinien zwracać się w tym celu do swojego ojca? Jiraiya potrząsnął głową, spychając te myśli na bok, po czym uśmiechnął się do w dalszym ciągu czekającego chłopca.
- Wiesz, Naruto, to imponujący kawał dobrej roboty. Od kogo się nauczyłeś? – zapytał stary sage, klęcząc przed chłopcem. Naruto w mgnieniu oka zaczął wyglądać na zmartwionego. Nie odpowiedział od razu, więc sannin zainterweniował. – Nie martw się, nie powiem twojemu tacie – wyszeptał, usiłując wyciągnąć z niego sekret, sądząc, że to przed Minato jego syn coś ukrywał.
Na twarzy Uzumaki'ego pojawił się grymas. Nie mógł niczego ukryć przed Jiraiyą… nigdy nie potrafił… więc, mimo że kopał sobie tym jeszcze większy dołek, powiedział prawdę… to znaczy częściową prawdę, jako że nie mógł wyjawić mężczyźnie, że to on sam nauczył go sztuki pieczętowania, poza tym i tak tą konkretną pieczęć zrobił sam.
- To ja zrobiłem te pieczęcie, Jiraiya-oji – rzekł, oddalając od siebie wcześniej zadane pytanie, przy okazji próbując wyglądać na tyle niewinnie, na ile mógł wyglądać pospolity siedmiolatek. Sannin uniósł brew.
- Naprawdę? To znaczy rozumiem, że zrobiłeś te pieczęcie na ścianie, ale kto cię nauczył? – zapytał ponownie, przyglądając się mniejszemu blondynowi. Podróżnik w czasie tym razem zaczął panikować. Jeżeli wkrótce czegoś nie wymyśli, sage domyśli się, że coś ukrywa i wtedy nigdy nie przestanie zadawać pytań. I nawet jeżeli zmusiłby się, by okłamać swojego senseia prosto w twarz, on i tak to wykryje…
- Hej, Naruto, chodź tutaj i pomóż mi zdjąć te pieczęcie! – zawołał Minato, ratując swojego syna z opresji. Naruto wypuścił z płuc powietrze, o którego istnieniu nawet nie wiedział, po czym uśmiechnął się, myśląc: uratowany.
- Lecę! – odparł, podbiegając do ojca, szepcząc: - Dzięki, było naprawdę blisko…
Białowłosy shinobi zmarszczył czoło. Jeszcze kilka sekund, a z pewnością by go miał. Po chwili jednak podszedł do pozostałych, by obserwować proces usuwania techniki.
Na twarzy Żółtego Błysku pojawił się uśmieszek.
- Wyglądałeś, jakbyś potrzebował pomocy – odparł synowi szeptem, po czym, czując za nimi obecność Jiraiyi, kontynuował normalnym tonem: - Myślę, że to zejdzie, kiedy zdejmę tę część jako pierwszą. Wtedy reszta nie będzie już stawiać oporu. Dobrze myślę? – zapytał swoją młodszą kopię, podczas gdy Ropuszy Mędrzec spojrzał na część znaku, o którym właśnie wspomniał. Naruto zamrugał.
- Wow, masz rację. Szybko to rozgryzłeś! – wykrzyknął z dozą podziwu. Owszem, wiedział, że jego tata był Mistrzem Pieczęci – w końcu dowód tego widniał na jego brzuchu – ale Jiraiyi z przyszłości zajęło to znacznie dłużej. Za pierwszym razem, kiedy jego Ero-sennin próbował dezaktywować jedną z jego prac, zajęło mu to dwa dni, a była to pieczęć o identycznym poziomie trudności jak ta.
Po tym, jak Uzumaki zapewnił go o prawidłowości jego myślenia, Namikaze przeszedł do działania. Sage wszystko obserwował, z dumą uśmiechając się na widok zdolności jego ucznia. W dalszym ciągu jednak zamierzał przesłuchać go na temat ropuch.
Wszystkie pieczęcie zostały zdjęte w przeciągu kolejnych kilku minut. Naruto jednak nie przyłączył się do pomocy, mamrocząc coś na temat „nie bycia w stanie zniszczyć swojej pracy". Minato i Jiraiya dalej jednak mieli przeczucie, że coś jest nie tak. Po chwili Iruka wszedł do klasy, potwierdzając ich myśli:
- Okej, klasa i wszyscy w niej obecni przestali mienić się kolorami, ale dlaczego one w dalszym ciągu nie zniknęły? – zapytał znudzonym głosem wyglądający niczym malowana lalka chuunin. Mistrzowie Pieczęci zbledli, myśląc „jak, u licha, mogliśmy to przeoczyć?", zaś jinchuuriki wybuchnął śmiechem. Po minucie kage westchnął, zwieszając głowę. Musiał przyznać swojemu dziecku, że wszystko to było bardzo dobrze przemyślane.
- W porządku, Naruto. Jak pozbyć się tych kolorów? – zapytał, zdając sobie sprawę, że w pierwszej kolejności powinien to po prostu zrobić. Śmiech chłopaka zmalał do chichotu, by po chwili był w stanie odpowiedzieć:
- Więc… sprawa wygląda tak, że… musicie to po prostu z siebie zmyć – rzekł, drapiąc się dłonią w tył głowy, usiłując znów się nie roześmiać na widok reakcji Jiraiyi, który mu zawtórował. Starszy blondyn także pomyślał, że to zabawne zakończenie żartu, ale powstrzymał się przed śmiechem przed chuuninem – w końcu był liderem wioski i musiał dawać dobry przykład. Zwrócił się więc do Iruki.
- Okej, słyszałeś go. Powiedz pozostałym, że muszą to zmyć – rozkazał mu. Co prawda nie wiedział, że Naruto użył swojej „specjalnej" farby, którą stworzył przed rokiem w pieczęciach… zanim całkowicie się jej pozbędą, zdrapywanie zajmie im trochę czasu… to znaczy jeżeli w ogóle im się to uda…
- Hai, Hokage-sama – odparł Iruka, po czym wyszedł.
Minato nie poprowadził swojego senseia z powrotem do biura, zamiast tego skierowali kroki do Rezydencji Namikaze. Stwierdził, że łatwiej im będzie tam porozmawiać. Naruto jechał na plecach sannina.
Na miejscu znaleźli się w przeciągu kilku minut. Jako że byłi głodni, po drodze schwycili w Ichiraku ramen na wynos. Usiedli przy stole. Młodszy blondyn pochłaniał dwie miski na minutę, zaś Czwarty nie okazał się o wiele gorszy. Kiedy Jiraiya skończył i zorientował się, że reszta również, odchrząknął, by ściągnąć na sobie ich uwagę i obdarował swojego ucznia znaczącym spojrzeniem.
Kage westchnął, po czym spojrzał na Uzumaki'ego, który patrzył z grymasem gdzieś na bok. Nie za bardzo wiedział, co powiedzieć swojemu senseiowi. Musiał najpierw porozmawiać z synem.
- Okej, sensei, ale najpierw zabiorę Naruto na górę. Zaraz wracamy! – zawołał, ciągnąc ze sobą chłopaka, zanim sage zdążył zapytać, co się tutaj wyrabia. Kiedy tylko zawędrowali na piętro, do pokoju Naruto, Żółty Błysk zamknął za nimi drzwi.
- Okej, Naruto. Musimy mu coś powiedzieć, jednak nie mam pojęcia, co tak naprawdę i jak wiele. Ufam Jiraiyi, ale nie wiem zbyt wiele na temat twojej przyszłości. Czy mu ufasz? – zapytał swojego syna mając nadzieję, że miał dobre relacje ze swoim mentorem. Podróżnik w czasie z uśmiechem spojrzał swojemu tacie prosto w oczy. Łatwe pytanie.
- Tak, ufam Jiraiyi-oji. Zawierzyłbym mu przyszłość i własne życie – rzekł bez żadnego wahania w głosie. Była to jedna z niewielu rzeczy, które z pewnością mógłby szczerze komukolwiek wyjawić. Na twarzy Minato pojawił się uśmiech pełnego szczęścia. Cieszył się, że jego dziecko miało solidne zaufanie do chociaż jednej osoby w swoim życiu i że okazał się nią jego własny sensei.
- W takim razie powiemy mu. Razem – zdecydował, dalej czując szczęście, że i jego syn polegał na osobie, której i on sam ufał najbardziej na świecie. Ale jinchuuriki Kuramy potrząsnął głową. Dalej emanowała od niego jednak radość.
- Mam pomysł. Może nie będziemy musieli tyle wyjaśniać – rzekł, mając ten wyraz twarzy, który mówił każdemu, kto go wystarczająco znał, że będzie „kreatywny". Namikaze zwiesił głowę, jako że już mógł stwierdzić, że nie wybije mu tego z głowy.
Razem zeszli na parter. Minato czuł zarazem ciekawość i złość na młodszego z nich, jako że ten nie miał najmniejszego zamiaru powiedzieć mu, co planuje. Naruto dosięgnął ostatnich dwóch schodków, a resztę drogi pokonał w podskokach, wydając się kompletnie wyluzowany. Czuł szczęście, ponieważ jeżeli to zadziała w sposób, o jakim marzył, odzyska z powrotem „swojego Jiraiyę" – tego, który będzie pamiętał ich przyszłość.
- Hej, Jiraiya-oji! Musimy coś ci powiedzieć, ale najpierw muszę sprawdzić, czy będę w stanie ci to pokazać – blondyn wyszczebiotał tak, jakby mówił właśnie, jaka jest pogoda za oknem. Sannin uniósł brew. Namikaze miał wziąć dzieciaka na górę, by z nim pogadać, a teraz to.
Wygląda na to, że mój uczeń próbuje kupić sobie trochę czasu. Ach, nieważne. Naruto wygląda tak, jakby miał mi coś ciekawego do pokazania. Tak czy inaczej Minato będzie musiał mi to wszystko sprostować.
Szczęka Jiraiyi opadła jednak, gdy zobaczył, jak chłopiec przegryza swój kciuk, a następnie wykonuje serię znajomych ręcznych pieczęci niezbędnych do przywoływania.
Uzumaki pospiesznie użył swojej krwi, a następnie wykonał pieczęcie tak, by dorośli nie zdążyli go powstrzymać. Utrzymując w umyśle obraz ropuchy, którą miał zamiar przywołać, przywalił dłoń w ziemię, wykrzykując:
- Kuchiyose no Jutsu!
W pomieszczeniu słyszalne było pyknięcie dymu, a kiedy powietrze się oczyściło, ich oczom ukazał się niewielki summon.
Fukasaku uniósł głowę, by dostrzec szczerzącą się do niego twarz Naruto. Schował głowę w łapie. Dzieciak definitywnie coś zaraz zrobi. Niedaleko przebiegłego blondyna dostrzegł również Minato. I wtedy obrócił się. Zastygł w miejscu.
- Jiraiya-chan? – ropucha doskonale pamiętała moment, w którym ostatni raz go widziała. Był to dzień, w którym mężczyzna został zabity przez Sześć Ścieżek Paina stworzonych przez jego ucznia Nagato. Gdyby Jiraiya nie czuł do tej pory zaskoczenia, z pewnością stałoby się to teraz na widok tej konkretnie ropuchy.
- Uch, hej, Fuka-san, wszystko w porządku? – zapytał jinchuuriki Dziewięcioogoniastego z troską w głosie. Ropucha po prostu gapiła się na jego senseia, a jego sensei dalej nie mógł uwierzyć w to, co właśnie widzi. Słowa te jednak były wystarczające, by przywrócić summona do rzeczywistości.
- Uch, tak, Naruto. Po prostu się zamyśliłem. Dlaczego mnie przywołałeś? – zapytał Fukasaku, próbując zepchnąć na boczny tor niepokojące myśli. Oczy młodego Namikaze na moment straciły swój blask. Domyślił się, co chodziło po głowie jego rozmówcy. Widział już to spojrzenie. Sam je miał, gdy myślał o przeszłości. Kiedy potrząsnął głową, blondyn znów się uśmiechnął. Już miał odpowiedzieć starszej ropusze, ale wyprzedził go otrząśnięty z szoku sage:
- Czekajcie! Minuta, co się, u licha, tutaj wyrabia?! Dlaczego Naruto potrafi cię przywołać? Nigdy nie podpisał kontraktu – wybuchnął białowłosy, przenosząc wzrok z dzieciaka na ropuchę i z powrotem. Wszyscy po prostu się na niego gapili. Jiraiya przewrócił oczami, po czym ściągnął z pleców Zwój Przywoływania. Pospiesznie go rozwijając, znalazł miejsce, w którym znajdowały się najświeższe wpisy, skinął głową, a następnie odwrócił się, by to pokazać. – Patrzcie – rzekł, wskazując na swoją sygnaturę – to tutaj się podpisałem, a tu znajduje się Minato. Nie ma Naruto – skończył, z oczekiwaniem się w nich wpatrując. Fukasaku po prostu mrugnął, by po chwili sceptycznie rzucić okiem na siedmiolatka.
- Nie powiedziałeś mu, prawda? – stara ropucha bardziej stwierdziła, niż się spytała, nie spuszczając wzroku z najmłodszego, ale za to najbardziej interesującego przywoływacza. Uzumaki z zawstydzeniem podrapał się w tył głowy, nerwowo się śmiejąc. W tym czasie sannin zmrużył oczy, nie zapominając o zwinięciu i odłożeniu na miejsce kontraktu.
- Okej, koniec z tym, dzieciaku. Mów – rzekł Jiraiya nie pozostawiając miejsca na sprzeciw. Znajdujący się na tyłach Minato po prostu siedział i oglądał przedstawienie. Na twarzy Naruto pojawił się uśmieszek. Uklęknął, szepcząc coś do ropuchy. Po chwili jej oczy szeroko się otworzyły. Wyglądało na to, że się nad czymś zastanawia. Po tym, jak blondyn przestał się odzywać, przytaknęła.
- Myślę, że to może zadziałać, jednak szanse będą większe, gdy to ty to zrobisz. Przekieruję przez ciebie strumień mojej chakry tak, byś był w stanie go przywołać – rzekł ostrożnie Fukasaku. Jinchuuriki skinął głową, zaś Namikaze i jego sensei wyglądali na skonfundowanych. Jiraiya miał już definitywnie dosyć.
- Przywołać kogo? O czym wy mówicie! – wrzasnął, nareszcie zmęczony tymi wszystkimi sekretami. Obydwaj spiskowcy odwrócili się do niego z przebiegłym uśmiechem. Na ich widok sage poczuł, jak przez jego kręgosłup przechodzi zimny dreszcz. Fukasaku wskoczył na głowę Naruto, przygryzł kciuk, miksując własną krew z krwią już znajdującą się na dłoni podróżnika w czasie. Wtedy zaczął wysyłać chakrę.
Jinchuuriki skupił się, w podobny sposób łącząc ich energie, po czym zaczął wykonywać coraz to kolejne ręczne pieczęcie.
