Zastrzeżenie: Nie jest to moja praca, tylko tłumaczenie angielskiego oryginału należącego do Crystalzap. Prawa do mangi, bohaterów należą do Masashi'ego Kishimoto.


Od tłumaczki: Dziękuję wszystkim za komentarze i zapraszam na kontynuację :)


Nieoczekiwany Początek

Rozdział 22: Niespodzianki!


Myśli: „bla bla"

Dialogi: „bla bla"

Kyuubi: „bla bla"/„bla bla"


Naruto przywalił dłońmi w ziemię tak jak kilka minut temu, by przywołać Fukasaku. Tym razem jednak pojawił się znacznie większy obłok dymu. Jiraiya jednak nie zdołał go zobaczyć, ponieważ to on zniknął. Kiedy po ponownym zmaterializowaniu się sannin znów otworzył oczy, zauważył, że w dalszym ciągu znajdował się w Rezydencji Namikaze, w tym samym pokoju, ale spoglądał za to w innym kierunku niż poprzednio.

Białowłosy obrócił się, by dostrzec dzieciaka wraz Fukasaku śmiejących się z jego oszołomionego wyrazu twarzy. Wyraźnie zaintrygowany, ale nie za specjalnie zdziwiony Minato stał nieopodal. Tak jakby tego typu dziwne rzeczy były tu na porządku dziennym. I wtedy uderzyło go to jak z grom jasnego nieba. Wspomnienia z innego życia. Życia do pewnego czasu podobnego, ale za to kompletnie odmiennego później. Jiraiya stał tam przez kilka minut, usiłując przekopać się i uszeregować tę lawinę obrazów.

Teraz pamiętał już wszystko. Pamiętał, jak zostawił małego Naruto, by po śmierci Yondaime kontynuować zbieranie informacji na temat wrogów. Pamiętał nauczanie blondyna, kiedy został shinobi, nigdy nie wyjawiając prawdy o byciu jego ojcem chrzestnym. Przypomniał sobie Tsunade obiecującą mu randkę po tym, jak tylko wróci ze swojej misji… ale tak się nie stało. Przypomniał sobie własną śmierć.

Jinchuuriki stał tam, bardziej cierpliwie niż zazwyczaj. Jego zwykle wszechobecny uśmiech z każdą sekundą wygasał, ustępując zmartwieniu. Po czasie, który wydał mu się wiecznością, mimo że tak naprawdę nie mogło to być więcej niż kilka minut, Uzumaki ostrożnie podszedł do swojego mentora i zarazem przyjaciela, by go nie wystraszyć. Sięgnął dłonią, by dotknąć jego ręki. Sannin powoli przeniósł wzrok na blondynka, który stał się o wiele mniejszy od chwili, w której ostatnio go widział.

- Pamiętasz… Ero-sennin? – chłopiec zapytał z wahaniem, nigdy nie tracąc kontaktu wzrokowego, usiłując sprawdzić, czy to był jego „Jiraiya-oji" z tej rzeczywistości, czy też „Ero-sennin" – ten, który od samego początku znał prawdziwego Naruto. Jiraiya zadrżał na ksywkę, którą tak dobrze pamiętał. Przekopując się przez wspomnienia tego świata mógł jednak przywołać tylko kilka sytuacji, w których był bardziej zboczony niż zazwyczaj i w rzeczy samej na nią zasługiwał. Przytaknął, nie odwracając wzroku od małego rozmówcy.

- Tak… pamiętam, Gaki – odparł z niewielkim uśmiechem, z w dalszym ciągu lekko wytrąconym z równowagi głosem. Jak tylko słowo „gaki' opuściło jego usta, blondyn podskoczył i oplótł ramionami jego szyję, zamykając w niedźwiedzim uścisku. Jiraiya tych czasów nigdy nie nazywał go w ten sposób i mimo że niegdyś określenie to go denerwowało, potem na swój sposób za nim tęsknił… nie że kiedykolwiek się do tego przyzna.

Ropuszy Mędrzec nie miał jednak czasu na reakcję. Uzumaki był tak szybki, że… więc… rzucił nimi prosto w kuchenną ścianę, najwyraźniej nawet tego nie zauważając. Gdy w końcu się oderwał, powiedział:

- Dobrze mieć cię znowu z powrotem, Ero-sennin! – po czym się zaśmiał, na co i na twarzy jego senseia pojawił się uśmieszek. I wtedy dobiegł do nich zmartwiony głos.

- Naruto! Wszystko w porządku? – zapytał Minato, z troską przyglądając się swojemu siedmioletniemu synowi. Naruto zaśmiał się, w końcu zauważając szkody. Podrapał się z zawstydzeniem w tył głowy i, dalej siedząc na sage, zwrócił do swojego ojca.

- Taa, jest okej, tato. Przepraszam za ścianę – odparł ze zmieszaniem. I wtedy przeniósł wzrok na Jiraiyę, zauważając, że gapi się na Namikaze. Żółty Błysk przechylił głowę, skonfundowany zachowaniem swojego senseia. Jeżeli Uzumaki choćby przez chwilę o tym pomyślał, z pewnością wiedziałby, o co chodzi… ale tak się nie stało. – Hej, Ero-sennin? – zapytał chłopak, tym razem ze zmartwieniem. Dla mężczyzny było to jednak zbyt wiele. Przypomnienie sobie swojej własnej śmierci i dowiedzenie się o pobycie w alternatywnej rzeczywistości wraz ze swoim zmniejszonym uczniem to jedno, ale widok zmartwychwstałego Minato… Jiraiya, jeden z legendarnych sanninów… zwyczajnie zemdlał.

Fukasaku przeskoczył przez nowoutworzoną dziurę w ścianie, skupiając na sobie uwagę jinchuuriki'ego Kyuubi'ego. Westchnął. Mógł dostrzec skonfundowanie na twarzach ojca i syna.

- Naruto, pamiętasz pierwszą rzecz, którą zrobiłeś po cofnięciu się w czasie? – spytała ropucha zmęczonym głosem.

- Uch, tak. Uratowałem tatę – odparł blondyn, dalej tego nie łapiąc, w przeciwieństwie do Yondaime, który pacnął się dłonią w czoło. Naruto uniósł na niego brew, ale twarz jego ojca w dalszym ciągu była schowana za ręką, więc z powrotem zwrócił się do ropuchy. Ta tylko przewróciła oczami. I wtedy siedmiolatek zamarł. – Och, uuups – spojrzał na nieprzytomną postać swojego mentora. – Zgaduję, że poczuł się tak, jakby właśnie zobaczył ducha, hehe – zachichotał nerwowo. – Ale my przecież nie zemdleliśmy na jego widok?

- Tak, Naruto, ale mieliśmy zdecydowanie więcej czasu na przyzwyczajenie się do tego pomysłu, no i… ty mogłeś zareagować na milion różnych sposobów – skończył Pa, posyłając mu uśmieszek. Młodszy Namikaze przez cały ten czas kiwał mu głową, ale w końcu nie potrafił stwierdzić, czy był to komplement, czy też obraza. Zdecydował się więc zrobić grymas, na co jego rozmówca tylko zaczął się śmiać.

- Więc on tylko zemdlał… nic mu nie będzie? – zapytał, ignorując ropuchę. Minato uśmiechnął się, decydując wtrącić do konwersacji.

- Tak, Naruto, wszystko będzie z nim w porządku. Musi tylko przez jakiś czas wypocząć. Chodź, pomóż mi przenieść go na kanapę – rzekł synowi, pociągając swojego mentora do siedzącej pozycji. Przenieśli go tak ostrożnie, jak tylko potrafili, mimo faktu, że był on od nich dwa razy większy.

- Okej, jeżeli już mnie nie potrzebujecie, to wracam do siebie. Ma powinna już przygotować obiad. Zabije mnie, jeśli się spóźnię – powiedział blondynom Fukasaku. Odwrócili się do niego z uśmiechem, a jinchuuriki Dziewięcioogoniastego mu przytaknął. Wkrótce ropucha zniknęła w kłębie dymu.


*W mięczyczasie na jednym z pól treningowych*

Sasuke obserwował swojego starszego brata z również aktywnym Sharinganem. Itachi stał pośrodku polany, koncentrując się. Z zamkniętymi oczami i masą kunai w każdej ręce wyskoczył w powietrze, otworzył oczy i wyrzucił większość broni, a kilka sekund później resztę. Wszystkie trafiły w same środki postawionych wokół celów. Starszy Uchiha użył ostatnich trzech ostrzy, by zmienić trajektorię wyrzuconych już trzech innych, by w ten sposób dotrzeć do punktów zlokalizowanych w martwej strefie – jednego za głazem, zaś dwóch za drzewami.

Młodszy brunet widział już kiedyś ten ruch, ale bez kekkei genkai. Wtedy spróbował go skopiować i skończył ze skręconą kostką. Teraz jednak zobaczył wszystko i chciał jeszcze raz go wykonać.

Itachi przeniósł wzrok na młodszego brata, który uważnie go obserwował. Siedmiolatek uśmiechnął się, widząc rezultaty ataku. Itachi odwzajemnił się ich słynnym klanowym uśmieszkiem.

- Okej, braciszku. Może ty teraz spróbujesz? – rzekł, podnosząc ostatni kunai. Chłopiec szeroko się uśmiechnął, dezaktywował Sharingana i do niego podbiegł.

- Tak! – odparł, spoglądając na swojego idola, kiedy ten wręczył mu własne ostrza. Nie miał ze sobą swojego zestawu, ponieważ zabierał go tylko i wyłącznie na ćwiczenia w akademii. Itachi złapał go za ramiona, po czym powoli obrócił w tym samym kierunku, w który sam spoglądał kilka minut temu.

- A teraz, Sasuke, po prostu przypomnij sobie, co robiłem. Nie spiesz się i skup – po tym odskoczył od dziecka, by nie stać mu na drodze i zaczął z boku ostrożną obserwację.

Sasuke wziął głęboki wdech, czując na sobie wzrok brata. Zamknął oczy i oczyścił umysł, skupiając się na otoczeniu. I wtedy onyksowe tęczówki znów ujrzały światło dzienne, ujawniając wirujący Sharingan. W ułamku sekundy zdołał dostrzec wszystkie cele – poza tymi znajdującymi się w martwej strefie. Wyrzucił kunaie w tych samych kierunkach, co wcześniej Itachi, zostawiając tylko niezbędne trzy potrzebne do zmiany trajektorii lotu.

I wtedy ich użył. Z dziesięciu celów nie trafił w trzy, ale za to tylko jeden z ukrytych pozostał nietknięty. Pozostałe dwa to najdalej położony punkt i ten znajdujący się tuż obok drugiego bruneta. Miejsce w martwej strefie chybione było o około trzydzieści centymetrów, najdalej położone zaledwie o kilka, zaś najbliżej Itachi'ego o ponad dwa metry. Poza tym bilans to pięć samych środków tarcz i dwa w drugim okręgu.

Sasuke zgarbił się. Był pewien, że tym razem mu się uda. Widział perfekcyjne wykonanie tego ćwiczenia, ale jego dłonie nie potrafiły dokładnie tego skopiować. Poza tym bał się, że przez przypadek trafi w swojego brata, co sprawiło, że całkowicie chybił w tarczę, która była dla niego jednym z łatwiejszych celów. Starszy Uchiha dostrzegł zawód u siedmiolatka. Uśmiechnął się pod nosem, potrząsając głową. Pierwsza próba chłopca wyszła lepiej niż niegdyś jego własna.

- Dobrze ci poszło, Sasuke – rzekł spokojnie. Zaskoczone dziecko spojrzało na niego w górę. Po sekundzie jednak siedmiolatek uciekł wzrokiem na bok i westchnął.

- Mówisz tak, bym po prostu poczuł się lepiej. Chybiłem w trzy cele – odparł, po czym poszedł zebrać kunaie. Itachi podbiegł do niego tak szybko, że nawet nie zauważył jego ruchu, prawie się z nim zderzając.

- Nie, mój mały, głupi braciszku – powiedział, po czym uklęknął przed bratem i stuknął go dwoma palcami w czoło. – Może i czasami mogę cię okłamać, byś poczuł się lepiej, ale tym razem obiecuję, że twoja pierwsza próba poszła ci lepiej niż moja – skończył, podczas gdy na twarzy Sasuke pojawił się grymas. I wtedy zamrugał, gdy dotarły do niego jego słowa.

- Naprawdę? Jak ci poszło? – zapytał, teraz ciekaw, jak w ogóle mógł równać się ze swoim idolem. Itachi powstrzymał ochotę, by przewrócić oczami na tę szybką zmianę nastroju chłopca.

- Za pierwszym razem chybiłem w dwa ukryte cele, a także ten najdalej położony – młodszy użytkownik Sharingana zamyślił się, po czym spojrzał na niego z pełnym satysfakcji uśmiechem. Starszy z nich odwzajemnił sentyment i potargał mu włosy.

- Teraz idź pozbierać resztę kunaiów. Możesz spróbować jeszcze kilka razy przed obiadem – rzekł, a Sasuke puścił się biegiem, pełny ochoty, by popraktykować swój nowy ruch z ukochanym bratem.


*Z Gaarą i Szczeniakiem w Sunie*

Nie wierzę, że pozwoliłem się na to namówić – pomyślał Gaara, gdy wraz z Naruto/Szczeniakiem czekał na idealny moment, by uaktywnić pułapkę. Będący w ludzkiej postaci lisi klon Naruto uśmiechał się od ucha do ucha, monitorując swój nowy zestaw celów w postaci rady Wioski Piasku.

Wszystko zaczęło się kilka godzin temu, kiedy jego przyjaciel opowiedział mu o ostatniej zaplanowanej przez radę próbie zabójstwa. Smutny był fakt, że odpowiedzialny za to był również jego ojciec, obecny Kazekage. Rzecz jasna ich plan spalił na panewce – na całe szczęście dla niedoszłego zabójcy Gaara stopniowo czuł się coraz lepiej, więc tym razem użył swojego piasku niczym przedłużenia ręki i rzucił napastnikiem przez pół wioski… zatem raczej go nie zabił.

Tak czy inaczej jinchuuriki Shukaku w dalszym ciągu był przez to smutny, więc Naruto pomyślał, co zazwyczaj robił on sam, gdy jego własna wioska go dołowała… poprawiał sobie humor denerwowaniem jej mieszkańców. Zaledwie kilka minut później blondyn uczył przyjaciela zabronionego przez dwóch Hokage jutsu, a także kunsztownej sztuki robienia dowcipów.

Teraz znajdowali się dokładnie pod komnatą zebrań rady, w której trwała narada na temat niepomyślnej próby zabójstwa Gaary. Głównie to starzy głupcy mamrotali coś o ponownym niepowodzeniu w pozbyciu się małego dziecka. Uzumaki całkowicie ukrył swoją sygnaturę chakry, by nikt nie wiedział, gdzie się znajduje i w ten sposób zażegnać groźbę złapania. Jeżeli ktokolwiek zdałby sobie sprawę z tego, że syn Hokage znajdował się tak blisko poufnego spotkania, na sto procent znalazłby się w wielkich tarapatach. Po tym, jak tylko odwali swoją robotę, od razu przyjmie postać lisa.

Jinchuuriki Jednoogoniastego powoli zaczął wpuszczać w powstałe w drewnianym podłożu dziury odrobiny piasku, zaś Naruto robił to samo ze swoją chakrą. Obydwaj mieli zamknięte oczy, a jedna z ich dłoni tworzyła połowiczny znak Barana, więc do czasu, w którym ktokolwiek zda sobie sprawę z tego, co się dzieje, będzie już po ptakach.

Kiedy tylko Namikaze zebrał w sali wystarczającą ilość chakry, otworzył oczy, by spojrzeć na towarzysza. Kilka sekund później czerwonowłosy chłopiec zrobił to samo, sygnalizując własną gotowość do działania. Na twarzy blondyna pojawił się uśmieszek. Niech rozpocznie się gra.


*W trakcie spotkania rady*

- Ten demon musi zostać unicestwiony – wypluł jeden z członków starszyzny. Przytaknęła mu jakaś kobieta.

- Tak, jest zbyt niebezpieczny i niestabilny. Lepiej będzie znaleźć nowy pojemnik.

Kolejna osoba zdawała się być zamyślona. W końcu zabrała głos:

- Coś jednak nie daje mi spokoju. Zabójca. Gaara go nie zabił. Zazwyczaj znajdowaliśmy mnóstwo krwi i zmiażdżone ciało. Tym razem sześć złamanych kości i siedem pękniętych, a także wstrząs mózgu. Ale przeżył. Żadnej trwałej szkody – mężczyzna dokończył, wracając do swoich przemyśleń.

- Demon prawdopodobnie myślał, że już nie żyje. Albo może miał dobry humor. To żadna różnica, dalej jest zbyt niebezpieczny – wyszczekał starszy. Kazekage pozostał w ciszy przez całą tę wymianę zdań, podczas gdy reszta obecnych tu osób zdawała się zgadzać z mówcą. I wtedy zdarzyło się coś bardzo dziwnego.

Nagle pomieszczenie wypełniło się dymem i piaskiem. Ta część rady, która była shinobi, przyjęła pozycje obronne, zaś dwóch cywili obróciło się, by zorientować, co się dzieje. Zanim dym się rozpłynął, słyszalne było kolejne pyknięcie, a piach znów zaczął się poruszać. Tym razem wszystko zniknęło. Kiedy tak się stało, szczęki wszystkich tu obecnych prawie zrównały się z ziemią. Nawet Kazekage, choć jego twarz skryta była za przesłoną.

Przed radą Suny stało pięć blondwłosych, niebieskookich nastolatek. Na każdym policzku miały trzy wąsy, a włosy związały w kucyki. Tuż obok znajdowało się kolejnych pięć dziewczyn. Miały błyszczące, zielone oczy wyglądające tak, jakby zostały pomalowane kunsztownym eyelinerem, a długie, ogniste włosy zostały luźno opuszczone na plecy. Jednak nie to zwróciło wszystkich uwagę. O nie. Dziewczyny te były całkowicie nagie, pomijając lekki dym wokół blondynek i smugi piasku wokół rudych, które prawie że nie kryły kluczowych części ich ciał. Wszyscy stali tam z szeroko otwartymi oczami, a zaledwie trzy sekundy później połowa mężczyzn dostała krwotoku z nosa i zemdlała.

Wtedy blondynki podeszły do tych znajdujących się po lewej stronie, uwodzicielsko szeptając do ucha:

- No co, nie lubicie tego, co widzicie? – wszystkie Naruko zapytały swoje ofiary na tyle cicho, by reszta ich nie usłyszała. To było to. Pozostali mężczyźni dołączyli do leżących już na podłodze. Blondynki zachichotały, rzucając okiem na rude, które na to tylko przewróciły oczami. W dalszym ciągu pozostała im żeńska część rady składająca się tylko z dwóch osób. Jedna była całkowicie zawstydzona, zaś druga nie mogła się zdecydować, czy mierzyć wzrokiem klony, czy też leżących na ziemi idiotów. Nawet Kazekage odpadł.

- Kim jesteście? – zawarczała rozzłoszczona kobieta, definitywnie będąca kunoichi na emeryturze. Żeńska kopia Gaary zawadiacko się uśmiechnęła, zaś Naruko nie wytrzymała i po prostu wybuchła śmiechem. Wszystko szło dobrze, żaden z nich nie został rozpoznany. Naruko zwróciła się do rozmówczyni:

- Och, nie przejmuj się nami, skarbeńku. Po prostu przyszłyśmy się odpłacić – zaświergotała radośnie i, zanim kunoichi zdołała zamrugać, wyciągnęła aparat i cyknęła wszystkim kilka zdjęć. Przez moment flesz wszystkie oślepił, przez co ze strachu była shinobi zajęła defensywną pozycję, lecz chwilę później do jej uszu doszły zbiorowe pyknięcia dymu. Kiedy kobiety były w stanie znów dobrze widzieć, po atrakcyjnych dziewczynach nie było już śladu. Zostały jedynymi przytomnymi osobami pośrodku bandy nieprzytomnych, zaślinionych mężczyzn z krwotokiem z nosa. Spojrzały na siebie nawzajem, wzdychając i w tym samym czasie wymawiając słowo, które idealnie podsumowało zaistniałą sytuację:

- Faceci…


*Pod komnatą zebrań*

Naruto zaczął się śmiać tak cicho, jak to tylko możliwe, kiedy dostał wspomnienia swoich „seksownych" kopii. Aktywował znajdującą się na ziemi niewielką pieczęć, by klon mógł oddać mu aparat i, po lekkiej zmianie aranżacji tworu, podesłać idealny materiał do szantażu. Po tym blondyn zmienił się w swoją lisią postać, Szczeniaka.

Teraz mógł usłyszeć porządną awanturę. Jako że już zaczęły się przeszukiwania wieży, pewnie wkrótce tu przyjdą. Szczeniak zwrócił się do Gaary, który na świadomość tego lekkiego odegrania się na radzie z ukontentowaniem się uśmiechał.

- Musimy iść – rzekł Lis, odwzajemniając sentyment. Jinchuuriki Shukaku przytaknął. Wyskoczyli przez okno i zaczęli niepostrzeżenie biec w cieniu, dopóki nie trafili na sekretny, prowadzący za Sunę korytarz. Chłopcy, to znaczy lis i chłopiec, w końcu usiedli, z trudnością łapiąc powietrze. „Naruto" wziął się za boki. – Haha, widziałeś ich miny? Bezcenne! – Gaara prawdziwie się uśmiechnął. Tak jak małe dziecko, które zakradło się i ukradło ze słoika ulubione ciastko. – I nawet mamy ZDJĘCIA! – wrzasnął klon naszego najbardziej nieprzewidywalnego ninja, znów wybuchając śmiechem. Zrobienie tego dowcipu i słyszenie śmiechu jego przyjaciela było tak zabawne, że czerwonowłosy nie sądził, że mógłby być jeszcze bardziej szczęśliwy. Sam zaczął się cicho śmiać. Nie przeszkadzało to jednak Naruto czy też Szczeniakowi, który w każdej formie miał wyostrzony słuch. Dla niego to wystarczało.

Nie pamiętał, by kiedykolwiek słyszał śmiech Gaary. W żadnej rzeczywistości. Diabelskie rechotanie w czasie transformacji w Shukaku rzecz jasna się nie liczyło. Naprawdę zmienił swojego przyjaciela i sprawił, że stał się szczęśliwszy. Już budował lepszą przyszłość.