Zastrzeżenie: Nie jest to moja praca, tylko tłumaczenie angielskiego oryginału należącego do Crystalzap. Prawa do mangi, bohaterów należą do Masashi'ego Kishimoto.
Od tłumaczki: Jesteście cudowni, dzięki za cierpliwość!
Nieprzewidywalna - tym bardziej się cieszę, że się ujawniłaś! Doceniam każdą opinię od każdej czytającej moje prace osoby, niesamowicie mi miło, jak znajdziecie tych kilka sekund czasu, by dodać coś od siebie :) Pozdrawiam!
Nieoczekiwany Początek
Rozdział 24: Konohamaru!
Myśli: „bla bla"
Dialogi: „bla bla"
Kyuubi: „bla bla"/„bla bla"
Naruto stał przed biurkiem swojego ojca w wieży Hokage, czekając na odpowiedź. Jiraiya opierał się o pobliską ścianę, powoli denerwując na swojego ucznia, że trzyma ich w niepewności. Wiedział, że Minato robi to celowo. Uzumaki jednak czuł spokój – nie istniał żaden powód, dla którego kage by ich nie puścił. Gdyby był pewien, że Namikaze nie odróżni klona od oryginału, zapewne by go za sobą zostawił. Z drugiej strony nie chciał martwić swojego taty. Musiał go zapytać.
- A co z akademią? – zagadnął Yondaime. Zdawał sobie sprawę, że jego syn był równie bezpieczny z sanninem, co w wiosce, ale naprawdę nie chciał go puścić. Naruto przez krótką chwilę się zamyślił.
- Zostawię jednego z moich nowych klonów. Jako że nie będzie go to kosztowało zbyt wiele wysiłku, powinien spokojnie wytrzymać tydzień. Akurat zdążymy wrócić – odparł, mając nadzieję, że odnalezienie Tsunade nie zajmie im zbyt wiele czasu, albo że Jiraiya będzie wiedział, gdzie dokładnie ją w tym okresie zlokalizować. Na wspomnienie o nowym Kage Bunshinie źrenice Ropuszego Mędrca zwęziły się. Nie skomentował. Starszy blondyn westchnął.
- W porządku, możecie iść. Ale, Jiraiya… zajmij się nim. I szybko sprowadź z powrotem – rzekł swojemu senseiowi, z powagą się w niego wpatrując. Naruto przewrócił oczami. Potrafił się sobą zająć… jednak jeżeli obietnica miałaby sprawić, że jego tata poczuje się lepiej, nie miał nic przeciwko.
Sage przytaknął z lekkim uśmiechem na twarzy.
- Oczywiście. Nie musisz martwić się o Gaki'ego – odparł, szczerząc się. – Okej, wyruszamy za godzinę. Idź po swoje rzeczy, Naruto – zwrócił się do mniejszego blondyna, który znalazł się za drzwiami szybciej, niż ktokolwiek zdołałby wypowiedzieć słowo „ramen" – co, swoją drogą, było właśnie tym, co zamierzał zrobić ostatni raz przed podróżą. Jiraiya oraz Minato pozostali ze sobą sam na sam.
- Więc… też powinienem spakować manatki. Do zobaczenia później, Minato – mężczyzna powiedział swojemu uczniowi, już kierując się w stronę okna. Czwarty na niego spojrzał. Choć całkowicie mu ufał, i tak musiał zaznaczyć:
- Nie żartuję, Jiraiya. Chcę go w jednym kawałku.
Sannin dobrze wiedział, czego potrzebował. Znał Hokage od dziecka. Odwrócił się do niego z uśmieszkiem na twarzy.
- Wiem, nie martw się. Obiecuję, że wróci – z tym lekko skinął głową. – Poza tym istnieje jedna rzecz, na którą zawsze możesz liczyć – nieważne, w jak bardzo szalone czy niemożliwe akcje wpakuje się ten dzieciak, zawsze znajdzie sposób, by z nich wyjść – z tym białowłosy już miał opuścić pomieszczenie, jednak uprzedził go głos Namikaze:
- Znałeś go z innego czasu… świata… nieważne… opowiesz mi o nim, kiedy wrócicie? Powiedział mi o paru sprawach, ale… czasami mam wrażenie, że coś przede mną ukrywa – blondyn spojrzał z nadzieją na swojego mentora. Jiraiya zamyślił się. Znał część zdarzeń, o których Naruto prawdopodobnie nie chciał mówić.
- Powiem ci, ale wiedz, że - o ile się nie mylę w kwestii spraw, których nie chce poruszać - nie robi tego z braku zaufania do ciebie… prawdopodobnie nie chce cię nimi obciążać – z tym sage odszedł, a Minato nagle nie był już taki pewien, czy chce wiedzieć… z drugiej strony jednak musiał.
*Z Naruto*
W połowie drogi do Ichiraku Naruto przypomniał sobie, że ma godzinę na spakowanie się, więc wysłał klona, by odwalił za niego brudną robotę. Zyskał czas, by się najeść i przed podróżą sprawdzić, co u pozostałych. W ciągu pół godziny wchłonął dziesięć misek swojego ulubionego dania. W międzyczasie postanowił, że odwiedzi Konohamaru.
Chłopiec w tym czasie miał tylko cztery lata i jeszcze go nie znał, co nie powstrzymywało blondyna, by od czasu do czasu do niego wpaść i sprawdzić, jak się miewa. Odnalazł go na placu zabaw, pod okiem znajdującego się nieopodal dziadka – Sandaime. Chłopiec właśnie usiłował wspinać się na drabinki. Ledwo był w stanie sięgnąć do pierwszego szczebla. Choć przez moment wyglądał na przestraszonego, chwilę później przesunął się o krok dalej.
Uzumaki widział, jak czterolatek dumnie się uśmiecha. Już miał odejść, ale kątem oka zauważył, że dziecko dalej próbuje. Jego palce ledwo dotknęły szczebelka i ześliznęły się… oczywiście nie mógł upaść bezpiecznie. Leciał głową w dół, a Trzeci, jak na złość, zniknął gdzieś z pola widzenia.
Cholera! – zaklął jinchuuriki. By zbyt wiele nie zmieniać, próbowałem nie spotkać go jeszcze przez parę ładnych lat, ale… jeżeli wyląduje na głowie, może nieźle się potłuc, stracić pamięć, jasny gwint, nawet zapaść w śpiączkę czy umrzeć! – blondyn zaczął już nieświadomie działać. Wpompował chakrę do nóg, by przyspieszyć bieg, ale… był za daleko. Nie zdąży! Muszę zdążyć!
Czas jakby zwolnił. Wszystko się zatrzymało. Młody Namikaze nie miał pojęcia, ile to potrwa. Jeżeli miał uratować przyjaciela, musiał zacząć myśleć. Znajdował się za daleko, by podbiec. Mógłby wyskoczyć, ale będzie zmuszony wykonać to perfekcyjnie – tak, by dostać się pod chłopca i zamortyzować upadek. W porządku. Już wiem, co robić. Trzeba działać.
Spróbował iść według planu. Posyłając w nogi tyle chakry, ile tylko mógł, wskoczył pod znajdującego się zaledwie kilkanaście centymetrów od ziemi nieszczęśnika. Obracając się w locie, złapał go, przytrzymując jak najbliżej własnego ciała, by w ten sposób go ochronić.
Konohamaru wylądował na Uzumakim. Wszystko działo się tak szybko, że chłopiec nie miał pojęcia, co się stało. W jednej chwili zaczął spadać, w drugiej zaś znalazł się tutaj. Nie poczuł bólu, ale coś się pod nim znalazło… coś oddychało! Brązowowłose dziecko podniosło się i dostrzegło trochę starszego, ciężko oddychającego blondyna. Sturlało się z niego.
- Hej, wszystko w porządku? – zapytał czterolatek. Naruto przez chwilę zaczął myśleć, że ma zawał serca – jedyne, co zrobił, to szybki bieg i skok, a poczuł się kompletnie wykończony, tak jakby przez cały dzień trenował z tysiącem klonów czy coś w tym stylu. Tak czy inaczej przytaknął. Weszło mu to już w nawyk.
- Taa, pewnie – odparł, usiłując zwolnić oddech. – A ty?
Młodszy z nich skinął głową.
- To dobrze. Było blisko – odezwał się nowy głos, a podróżnik w czasie od razu go rozpoznał. Głos z dzieciństwa. Głównie „pierwszego", ale i tym razem od czasu do czasu widywał w biurze Staruszka Hokage. Wiedział, że Sandaime wszystko widział. Szeroko się do niego uśmiechnął. Konohamaru spojrzał na swojego dziadka, który zaoferował mu dłoń, by pomóc mu wstać. Po tym Trzeci podniósł także blondyna.
- Ojiji! Ten chłopiec mnie uratował! Spadałem, a on się nagle pojawił – rzekł z ekscytacją Konohamaru, po czym zwrócił się do swojego bohatera. – Dziękuję za ratunek, jestem Konohamaru Sarutobi – z tym lekko się ukłonił. Na twarzy Uzumaki'ego wykwitł uśmiech.
- Jestem Naruto Namikaze – odparł, po czym przeniósł wzrok na Sandaime. Staruszek od razu go rozpoznał. Wyglądał kropla w kroplę jak jego ojciec.
- Dziękuję Naruto za pomoc. Bez ciebie Konohamaru nieźle by się potłukł.
- Nie ma problemu. Dobrze, że akurat tu przechodziłem. Muszę już iść! – odparł na odchodnym syn Czwartego. – Może kiedyś się spotkamy, Konohamaru – zawołał, po czym pobiegł sprawdzić, co u reszty jego przyjaciół. Czterolatek zdziwił się, że ktoś użył jego imienia. Jako że był wnukiem poprzedniego Hokage, zazwyczaj wołali go „per panicz" czy coś w tym stylu. Usłyszenie swojego imienia… to sprawiło mu radość. Uśmiechnął się i zaczął machać na „do widzenia".
*W akademii*
Kolejnym przystankiem była akademia, w której wiedział, że znajdowała się reszta jego przyjaciół. Właśnie powinna trwać lekcja, więc Naruto podszedł po cichu do okna. W ten sposób będzie miał na wszystkich oko. Sasuke najwyraźniej był niezadowolony, ponieważ Sakura walczyła z Ino o znajdujące się tuż obok, zazwyczaj zajmowane przez blondyna miejsce.
Biedny Sasuke – pomyślał podróżnik w czasie z uśmieszkiem.
Shikamaru leniwie wpatrywał się przed siebie. Gdyby co kilka sekund nie mrugał, Uzumaki przyrzekłby, że właśnie smacznie drzemał. Chouji siedział obok, chrupiąc najwyraźniej niekończące mu się chipsy ziemniaczane.
Ale serio… gdzie on je chowa?
Shino, który zajmował ławkę z tyłu, właśnie się na niego spojrzał.
Prawdopodobnie jeden z jego robaków powiedział mu, że tu jestem – zdecydował jinchuuriki. I wtedy z myśli wyciągnął go Kiba, który właśnie posłał mu uśmieszek. A on mnie wywęszył… albo Akamaru – z tym odpowiedział pięknym za nadobne. I przeniósł wzrok na ostatnią osobę z Dziewiątki.
Hinata zastanawiała się, na co patrzy Inuzuka, po czym odwróciła się, by dostrzec za oknem obiekt swoich westchnień. Zarumieniła się i uśmiechnęła. Zaczęła go lubić od momentu, w którym zobaczyła go na swoim przyjęciu urodzinowym.
*Wspomnienia*
On był taki uroczy. A kiedy na nią spojrzał… nie wiedziała, jak to opisać, ale czuła się tak, jakby była najważniejszą osobą na świecie. Kimś cennym.
Była wtedy naprawdę mała, ale pamiętała, że po prostu chciała się z nim zaprzyjaźnić. Pamiętała też, co się wydarzyło tamtej nocy. Ninja Kumo usiłował ją porwać, ale to Naruto ją uratował, prosząc, by nikomu o tym nie mówiła. I tak zrobiła. Chciała go jednak o to zapytać, lecz za każdym razem, kiedy próbowała, on nagle znikał, zmieniał temat czy po prostu coś się działo. Po pewnym czasie wyleciało jej już to z głowy. Nigdy nie dowiedziała się, dlaczego czy w jaki sposób to zrobił.
Kiedy pierwszy raz zobaczyła go w akademii, wspomnienia znów odżyły. Chciała go bardziej poznać. Jako że za bardzo się wstydziła o cokolwiek pytać, po prostu chodziła za nim po szkole. Akurat kilka uliczek dalej zdołał zgubić swoją straż. Gdyby nie aktywowała swojego Byakugana, z pewnością by jej uciekł.
W końcu zatrzymał się na polu treningowym. Choć ona ledwo łapała powietrze, on nawet nie wyglądał, by cokolwiek robił. Wiedziała, że był silny. To, co zobaczyła później, tylko to potwierdziło. Chłopiec, który wcale nie był od niej większy, złożył dłonie w pieczęć i wykrzyknął „Kage Bunshin no Jutsu!". Całą polanę wypełniły setki perfekcyjnych kopii blondyna.
Hinata ponownie aktywowała Byakugana. Dostrzegła, że klony nie tylko odwzorowywały każdy detal, ale posiadały też chakrę. Nie były iluzjami… były prawdziwe. I wtedy zaczęły trening. Koncentrując się, wyciągnęły kunaie. Dzięki swojemu kekkei genkai dziewczynka dokładnie widziała wirującą wokół broni niebieską energię. Około połowa z nich sięgnęła wyznaczonego w drzewie celu.
Po paru godzinach znajdujący się w centrum chłopiec ciężko oddychał. Większość klonów się rozproszyła. Hyuuga, która przez cały dzień go obserwowała, pomyślała, że pewnie pójdzie teraz do domu. Ale wtedy blondyn wstał, wcale nie mając zamiaru skończyć. Stworzył jeszcze więcej klonów i wznowił trening. Hinata osłupiała. Wyraźnie był wykończony, nawet jego pokłady chakry były niskie, ale… po prostu kontynuował. Nie poddawał się. Nie odszedł, dopóki nie znalazł go jego tata. I wtedy zrozumiała. Owszem, Naruto był silny, ale nie dlatego, że był geniuszem. Sam ciężko na wszystko zapracował.
A ona zawsze się poddawała. Jej ojciec mówił, że jest słaba. Chłopiec jednak pracował tak ciężko… nigdy się nie poddawał, nigdy niczemu nie ulegał. Zapragnęła być taka, jak on. Podziwiała go.
*Koniec wspomnień*
Podziw zmienił się w sympatię. Bardzo go lubiła. I wtedy jej blondwłosy promyk Słońca jej pomachał, a następnie zniknął. W ciągu paru sekund Iruka-sensei wrócił do klasy i poprosił, by wszyscy wrócili na swoje miejsca, mimo że tak naprawdę tylko Ino i Sakura dalej gdzieś stały.
*Przy bramach*
Jiraiya stał tuż obok klona, w międzyczasie marudząc coś o opieszałych, wdających się w swojego senseia gówniarzach. Nagle tuż obok przemknął blondwłosy cień. Naruto szybko się obrócił, po czym, w prawdziwym stylu à la Kakashi zawołał:
- Yo! – sannin zrobił minę, podczas gdy prawdziwy Uzumaki odebrał od swojej kopii spakowany plecak. Klon rozproszył się.
- Spóźniłeś się! – wrzasnął białowłosy, przypominając chłopakowi o swoich własnych interakcjach z pewnym jouninem. Mentalnie wzruszył ramionami. Skoro już zaczęli, równie dobrze może to doprowadzić do końca.
- Sorki, zabłądziłem na drodze życia – odparł bez cienia kłamstwa na twarzy. Jiraiya zasłonił twarz z zażenowania, kiedy usłyszał, jak siedzący na warcie strażnicy bez sukcesu usiłują powstrzymać się od śmiechu.
- Za dużo włóczyłeś się z Kakashim – po drugiej stronie Konohy pewien srebrnowłosy, czytający książkę młody mężczyzna trzy razy kichnął. – Chodźmy – rzekł Ropuszy Mędrzec.
- Tak jest! – wyszczebiotał radośnie syn Czwartego, tworząc jednego ze swoich Lisich Cienistych Klonów. – Wiesz, co robić – poinstruował kopię, po czym pobiegł za swoim mentorem, który właśnie obrócił się, by przyjrzeć się rezultatowi jego nowej techniki. W pierwszej chwili nie dostrzegł w niej oczywistych różnic, ale kiedy się skupił, wyczuł domieszkę chakry Kyuubi'ego – jednak na tyle małą, by nikt się nie zorientował.
Wkrótce obydwaj znaleźli się poza zasięgiem wzroku.
*Dwa dni później*
Hokage samotnie siedział w swoim biurze, z zawrotną prędkością wykonując swoją pracę. Już prawie koniec, jeszcze tylko parę! – pomyślał, zbliżając się do końca znajdującej się na biurku sterty papierów. A kiedy już miał przybić ostatnią pieczątkę, po pomieszczeniu rozległo się pukanie do drzwi. Chwilę później dołączyła do niego walcząca z ogromnym stosem asystentka.
NIEEEEE! – Minato mentalnie wrzasnął.
Na zewnątrz pozwolił sobie tylko na zrobienie grobowej miny, tak jakby właśnie miał się rozpłakać. Przywalił głową w biurko.
Sandaime NIE kłamał, ta robota JEST przeklęta – w końcu przyznał się do porażki. Przyzwyczajona do jego dramatów asystentka schowała twarz za dłonią, po czym westchnęła.
- Przyniosę herbatę, Hokage-sama – rzekła, tak jakby odpowiadając na jego przedstawienie. Namikaze tylko westchnął, zbyt zawiedziony, by w jakikolwiek sposób zareagować. Podziękuje jej, gdy wróci z powrotem. Kiedy tylko wyszła, blondyn nie mógł nic poradzić, tylko po raz tysięczny od ich wyruszenia na misję wrócić myślami do swojego syna. Owszem, klon dotrzymywał mu towarzystwa, ale to nie było to samo. Minęło ile…?
Tylko dwa dni? Kami, naprawdę za nim tęsknię… Naruto, pospieszcie się – pomyślał młody Hokage, spoglądając na znajdujące się za oknem niebo.
*Z Naruto i Jiraiyą*
Jak na nich, nie poruszali się zbyt prędko. Kilka godzin temu dotarli do pustyni i za niedługo znajdą się w Sunie. Jiraiya, odkąd wróciły mu wspomnienia, bardzo chciał się o coś zapytać. Musiał to jednak odpowiednio sformułować.
- Hej, Gaki, co powiedziałeś o mnie swojemu tacie? – wypsnęło mu się równie bezceremonialnie, jak biegnącemu tuż obok dzieciakowi. Naprawdę byli do siebie podobni. Naruto spojrzał na niego z głupim wyrazem twarzy, po czym przechylił głowę na bok, tak jakby o czymś myślał.
- Uch, niezbyt wiele. Powiedziałem mu, że ci ufałem… no i że mnie trenowałeś – blondynek odparł uczciwie. W ciągu sekundy jednak zorientował się, o co ten stary zboczeniec tak naprawdę pytał. „Czy powiedziałeś mu o czymkolwiek, co zrobiłem nie tak?". I wtedy palnął to, co jako pierwsze przyszło mu na myśl: - Nie powiedziałem mu, że zrzuciłeś mnie z klifu po tym, jak wykorzystałem całą chakrę. O ile o to ci chodzi – w oczach zabłysła mu psotna iskierka.
Usta Jiraiyi szeroko się otworzyły. Minato wku… się, gdyby to wyszło na jaw. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że blondwłosy Hokage wydawał się jeszcze bardziej opiekuńczy, niż niegdyś go o to posądzał, myśląc sobie „co by było, gdyby…".
- N-Nie zrobiłbyś tego, prawda? – zapytał sannin z lekkim strachem. Na widok jego wyrazu twarzy Uzumaki głośno się zaśmiał. Naprawdę chciał się z nim odrobinę dłużej pobawić, ale współczucie ostatecznie zwyciężyło.
- Och, nie martw się. Nie zamierzam na ciebie kapować czy coś w tym stylu – odparł, przewracając oczami. Białowłosy wypuścił powietrze. Przynajmniej dzieciak był lojalny. Ale istniało coś, o czym, po ich powrocie, będzie musiał powiedzieć Minato. Obiecał mu, że wyjawi część tajemnic Naruto, ale oznaczało to, że będzie musiał się przyznać do odejścia. Do zostawienia jego syna całkowicie samego.
