Sun przyleciał do pałacu w obstawie sześciu sokołów. Na sobie miał czerwony strój o powłóczystych rękawach, wykonany z najdelikatniejszego jedwabiu dostępnego w okolicy. Jego towarzysze nosili lekkie hełmy, spod których łypały poważne spojrzenia ptasich oczu, ostre niczym nóż.
Do skrzydeł mieli przymocowane wysuwane, pojedyncze ostrza. Nie zaproponowali, że je ściągną, ale przyzwoitość nakazała im przynajmniej pokazać ukryty oręż. Ptaki nie używały zwyczajnych mieczy, ponieważ miały problem z ich chwytaniem, a poza tym przeszkadzały podczas długich lotów.
Po oficjalnym powitaniu i złożeniu kondolencji z powodu śmierci króla, goście zostali wprowadzeni do pałacu. Sun z drwiącym uśmiechem taksował wnętrze auli bohaterów, lecz zatrzymał się przy paru eksponatach. Szczególnie zaciekawiła go szabla Shandiana.
– Mogę? – zapytał mistrza Shifu. Ten skinął głową.
Ptak chwycił broń w obydwa skrzydła. Sprawdził chwyt rękojeści, obejrzał dokładnie ostrze i przyjrzał się swojemu odbiciu na płazie. Po czuł lekki niepokój. Uspokajała go jedynie myśl, że Sun wydawał się zbyt dumny, by kraść. Przynajmniej osobiście.
Ptak bez słowa odłożył szablę na miejsce. Gdy weszli do sali Jadalnej, otaksował zastawy, gobeliny i nagie ściany z zielonego kamienia. Uśmiechnął się krzywo. Zanim usiadł, ostentacyjnie wytarł przydzielone mu krzesło.
Po nawet nie próbował się wsłuchiwać w krótkie, suche rozmowy o pogodzie czy drodze do pałacu. Właściwie to najchętniej przeszedłby od razu do celu wizyty i zakończył spotkanie. Jednak nie mógł tego zrobić, Shifu uprzedził, że nie powinni przechodzić do konkretów, dopóki goście nie skończą przynajmniej pierwszego posiłku – inaczej można by to odebrać za jawną zniewagę.
Panda skończył już trzecie danie. Jak zwykle jadł więcej niż powinien, gdy miał problem. Za nic nie drwiące spojrzenia ptaków. Zerknął na puste miejsce przy stole, gdzie powinna siedzieć Tygrysica. Nagle znowu poczuł się głodny.
Shifu ledwie udało się zachować spokój, gdy Po powiedział mu, że kotka nie przyjdzie. Najstarsza uczennica jeszcze nigdy nie zaniedbała swoich obowiązków, mistrz na początku myślał, że to żart. Dopiero potem uwierzył. Panda wziął Tygrysicę w obronę, nawet przy sokołach powiedział, że nie ma jej z jego powodu.
Właściwie nie było to kłamstwem.
Jeszcze kilka chwil temu zupełnie się nie spodziewał takiego przebiegu wydarzeń. Po kilkuminutowej walce, udało mu się założyć strój od Shifu. Obejrzał swoje odbicie na tacy z brązu. Wyglądał po prostu mocarnie. Beżowy szlafrok z czarnym oblamowaniem, czarnym pasem i kozackim kapeluszem. Dostojnie, ale bez przesady, elegancko, a jednocześnie mógł być ciągle w pełni gotowy do walki. Panda zapomniał dlaczego wcześniej w ogóle wzbraniał się przed jego założeniem.
Pobiegł przez korytarz i wyskoczył na dziedziniec, krzycząc głośne „TADAM!". Stał chwilę nieruchomo w bojowej pozycji, oczekując jakiejkolwiek reakcji. Piątka patrzyła na niego dziwnie skonsternowana. To pewnie z szoku – wytłumaczył sobie panda.
– I jak? – zapytał wreszcie, rozluźniając się. – Zaskoczyłem was, co? Dobrze leży? Shifu mi go kupił, a ja pomyślałem, oczywiście nie od razu, że powinienem wreszcie wyglądać jak wielki mistrz. Tak jak wy. Co uważacie? Tygrysko? Małpo? Żmijo? Co się z wami stało?
Zdał sobie sprawę, że coś musiało się wydarzyć, gdy się przebierał. Tygrysica trzymała założone ręce z zaciętą miną, pozostali z piątki wyglądali, jakby chcieli zapaść się pod ziemię.
– Wyglądasz jak wielki mistrz – stwierdziła nieśmiało Żmija, uśmiechając się półgębkiem, choć wyglądało to, jakby rozbolał ją ząb.
– Naprawdę wielki – dodał Modliszka. – Tylko że… – urwał i opuścił z westchnięciem przednie odnóża.
– No? – ponaglił go panda. – Skąd takie grobowe nastroje? Coś się rozpruło? Wiedziałem, że może być trochę za ciasny. Dlaczego nikt nie pomyśli, że niektórzy noszą trochę większe rozmiary, niż…
– Dowiedzieli się – przerwała mu Tygryska.
Po znieruchomiał na moment. Powstrzymał wzruszenie ramion i cisnące się na usta "To chyba dobrze?". Widząc minę kotki, miał wrażenie, że to byłoby najgorsze, co mógłby teraz zrobić.
– Aha – zaczął. – Wyjaśniłaś im coś, cokolwiek?
– Co miałabym niby wyjaśniać?
– No tak… – bąknął niepewnie i zwrócił się do piątki. – Nie powiedzieliśmy wam, bo… – krótkie spojrzenie na Tygryskę, która ledwie zauważalnie pokręciła głową – …bo nie. Zresztą wszystko wydarzyło się dzisiejszej nocy i… naprawdę nie wiem co powiedzieć. To chyba nic złego, co nie? Tygrysko? Przynajmniej nie musimy się już ukrywać. Będziemy mogli trzymać się za ręce i robić inne takie… Po prostu zachowywać się zwyczajnie, jak para… – Z jakiegoś powodu następne słowo nie chciało mu przejść przez usta. Szanował Tygryskę, ale nie lubił, gdy była taka zimna, nawet dla swoich przyjaciół. Zmusił się by po prostu dokończyć zdanie. – ... jak para zakochanych.
Teraz rozumiał, gdzie popełnił błąd. Mógł powiedzieć cokolwiek innego, mógł milczeć, a wybrał najgorszą możliwość. Gdzieś między wierszami dał do zrozumienia, że ukrywanie uczuć przez Tygryskę uważa za nienormalne.
Oczywiście kotka doszła do tego szybciej. Przełknęła ślinę.
– To chyba nie wyjdzie, Po.
– Dobrze, w takim razie możemy odpuścić sobie trzymanie się za ręce.
– Nie o to mi chodzi. Lepiej żeby było jak wcześniej. Ja… ja muszę się przejść. Chyba nie będzie mnie na spotkaniu z sokołami. Wytłumaczę się Shifu. Później.
Twarda niczym skała. Cokolwiek czuła, nie dała tego po sobie poznać.
– Za pozwoleniem – powiedział i odwróciła się. Zeszła schodami na plac walk, pewnie stąpając po stopniach. Jakby nic się nie stało. Po zdał sobie sprawę, że chyba właśnie dostał kosza.
Pobiegł za nią. Żuraw zagrodził mu drogę skrzydłem, ale nie zatrzymało go to. Dobiegł do kocicy już na arenie. Zwolniła, gdy usłyszała jego kroki. Położył łapę na jej ramieniu. Mięśnie pod palcami napięły się. Jednym płynnym ruchem kocica wykręciła rękę za plecami Po. Zaskoczony panda wykonał przewrót w przód i wyswobodził się.
– Dlaczego? – zapytał. – Dlaczego nie chcesz sprawdzić, co będzie dalej?
– Nie teraz, Po.
– A kiedy? – niemal krzyknął. – Kiedyś wreszcie będziesz musiała się z tym zmierzyć.
Tygryska doskoczyła do niego. Była szybka, nadal szybsza od niego. Pierwszy cios panda ominął, drugi sparował. Nie mam zamiaru cię uderzyć – chciał powiedzieć, gdy podcięła go okrężnym kopniakiem. Po runął na ziemię, a stopa Tygryski uciskała go pod podbródkiem. Niezbyt boleśnie, ale pewnie.
– Nowy strój, pamiętaj – sapnął Po.
– Z czym muszę zmierzyć? – zapytała ostro.
Popatrzył na nią. Gniew nie przysłonił smutku w jej oczach. Po wiedział od Shifu, że Tygrysica, gdy była dzieckiem, została porzucona w sierocińcu. Spędziła tam kilka lat, zostawiona sama ze swoim gniewem i strachem. Panda miał wrażenie, że patrzy właśnie na tę małą Tygrysicę.
– Z samą sobą – powiedział poważnie.
Tygrysica zdjęła stopę. Cofnęła się.
– Z tym, przed czym cały czas uciekasz – dodał.
– Co ty o tym możesz wiedzieć?
– Dobrze wiesz, że coś tam wiem.
Spojrzenie kocicy złagodniało, jakby zrozumiała, że powiedziała o kilka słów za dużo.
– Przepraszam, nie powinnam.
– Tygrysko, jeżeli teraz się poddasz, nic się nie zmieni. Małpa i reszta dowiedzieli się, i co z tego? Przecież nie będą stać nad nami i notować, co robimy. – Zawstydzony Żuraw za plecami Po schował notatnik z powrotem pod kapelusz. – To także twoi przyjaciele, znasz ich nawet dłużej niż mnie. Nie zranią cię. Ja też się postaram.
Wetchnęła ciężko. A potem jej twarz znów zastygła, niczym niewzruszona rzeźba. Wtedy po wiedział, że przegrał tę bitwę.
– Nie. Masz rację. Muszę zmierzyć się ze swoimi demonami. Nie będę obarczać nimi ciebie.
Gdy odchodziła, obserwował ja w milczeniu. Nie było sensu jej zatrzymywać. Musi pójść. Przeszła przez ciężkie, zbrojone wrota. Wróci, to pewne. Ale nie będzie już jak dawniej.
– No to się ze sobą nachodzili – powiedział Małpa. Żmija pacnęła go ogonem w policzek.
Zdecydowane szturchnięcie w ramię wyrwało go z zamyślenia. Znów był myślami w jadalni i Shifu wyraźnie czegoś od niego oczekiwał. Panda zwrócił uwagę na talerz Suna, który były już opróżniony.
Mogli wreszcie przejść do sedna.
– Lordzie Sun, czy możemy porozmawiać o sprawie, z którą do nas przyszedłeś? – zaproponował Po.
– Owszem. Ale nie chciałbym tego robić tutaj. Chciałbym pomówić na osobności z tobą, Smoczy Wojowniku, oraz z twoim mistrzem.
Przeszli do jednego z pokoi Shifu, który znajdował się obok sypialni. Ten pełnił funkcję gabinetu, w ciężkich regałach przechowywane były wiadomości z pieczęciami rodów i urzędów z całych Chin. Do środka przez papierowe okna wpadało trochę nocnego światła, ale Po i tak wziął ze sobą zapalony kawałek. Zamknął drzwi i usiadł razem z pozostałymi przy ciężkim masywnym biurku, który teraz pełnił rolę prowizorycznego, okrągłego stołu.
Po postawił zapalony kaganek na blacie. Ciepłe światło padało na twarze rozmówców, ale też pogłębiło czerń cieni za nimi. W obecności sokoła gabinet wydał się pokojem przesłuchań, pomimo, że to ptak był gościem.
– A mówią, że to królewskie lochy są straszne i zimne – zaczął sokół. Czyżby on także czuł się niepewnie? – Może najpierw wyjaśnijmy do kogo powinienem się zwracać, bo wydaje mi się, że Jadeitowym Pałacu nie rządzą obydwie pandy naraz. Doprawdy, wspaniale się dobraliście. Panda mała i panda wielka. Ktoś już zwrócił wam na to uwagę.
– Nie – mruknął Shifu. – Rozmawiasz ze Smoczym Wojownikiem, choć nie ukrywam, że dorzucę kilka juanów do tej rozmowy, gdy uznam to za stosowne.
– Wspaniale – powiedział obojętnie sokół i spojrzał wprost w oczy Po. – Wydaje mi się, że nie jesteś tu na tyle długo, by tego doświadczyć, Smoczy Wojowniku, ale Jinzhou i Jadeitowy Pałac nigdy za sobą nie przepadali. W najlepszym wypadku wy udawaliście że nie istniejemy, zaś my odwzajemnialiśmy się tym samym. Ostatnie tygodnie jednak skruszyły ten impas, i mam nadzieję, dzisiejsze spotkanie będzie pierwszym krokiem, które przełamie narosły między nami lodowiec.
– Też mam taką nadzieję – przyznał Po, mimowolnie się uśmiechając. W końcu na coś podobnego liczył.
– Dobrze. Niestety, jak już wiecie od mojego syna, król Jinzhou nie żyje od kilku dni. Dłużej nie będziemy mogli tego ukrywać przez mieszkańcami, będziemy musieli odprawić huczny pogrzeb, a także złapać mordercę. A właściwie morderczynię Jesteśmy niemal pewni, że dokonała tego Su Wu. Do tej pory przeszukujemy miasto i okolice, jednak obawiam się, że mogła nam się wymknąć, razem ze swoimi siostrami.
– Skąd wiadomo, że to ona? – zapytał Po.
– Przemawiają za tym dowody. Król miał jedyne klucze do cel pozostałych sióstr. Teraz są puste. Poza tym nasza lamparcica mogła żywić delikatną urazę do monarchy za lata spędzone w celi. Jaka szkoda, że nie udało wam się jej zatrzymać w arenie pani Han, gdy mieliście ku temu okazję. Oczywiście nikt nie obarcza waszej dwójki winą za śmierć króla, ale…
Nieprzyjemny dreszcz przeszedł po plecach Po.
– Nie mogliśmy za nią gonić.
– Tak jak mówiłem. Nie musisz się tłumaczyć. Nie ma co płakać nad zbitym jajkiem. Teraz głównym problemem jest to, że król zmarł bez spadkobiercy. Wydaje mi się, że znalazłem jednak odpowiednie rozwiązanie tej sytuacji. Pomysł ten popiera większość rodów w mieście, które cokolwiek coś znaczą. W ogromnym skrócie: chcemy, by nad miastem objęła władzę rada mistrzów, na wzór rozwiązania z Gongmen. Oczekujemy też, że będzie nią przewodził ty, Smoczy Wojowniku.
Uśmiechnął się, delektując się zaskoczeniem, jakie wywołał. To nie miało sensu – pomyślał Po.
– Ja? Dlaczego nie ty? – zdziwił się Po.
– To chyba oczywiste. Gdybym teraz stanął na czele rady albo jeszcze lepiej, ogłosił się monarchą, jak myślicie, na kogo spadłyby niesprawiedliwe podejrzenia za śmierć króla? Poza tym nie bardzo znam się na kung-fu, nie pasowałbym na przewodniczącego rady. Zawsze jednak mogę służyć jako doradca w sprawach, których wojownicy nie zawsze są tak biegli, jak w obijaniu mord złoczyńców. Przepraszam – powiedział po chwili. – Ta uwaga była niepotrzebna.
– Miejsce Smoczego Wojownika jest w pałacu – powiedział twardo Shifu, nie czekając na to co powie Po. Panda dawno nie widział mistrza tak wściekłego. Skinął głową.
– Doskonale to rozumiem. Jednak zauważ jakie mogłoby to przynieść korzyści, i nam, i wam.
– Widzę tu tylko pole do popisu dla ciebie, Sun. W najgorszym wypadku stoisz za zamordowaniem swojego króla. W najlepszym, chcesz to wykorzystać dla siebie. Mam nadzieję, że masz inną propozycję, inaczej niepotrzebnie tu przyleciałeś.
– Stary, dobry Shifu – rzucił sokół. – Takiego sobie ciebie wyobrażałem, choć do tej pory nie było nam dane się spotkać. Zawsze miałeś praktyczniejsze podejście do życia, niż Oogway.
– Spróbuj obrazić jego pamięć, a będziesz mógł uważać tę rozmowę za zakończoną.
– Może właśnie tak powinienem zrobić? Może unieść się honorem i wyjść? Nie, Shifu. Źle mnie oceniasz. Oczywiście mam drugą propozycję. Niechętnie możemy też przystać na radę złożoną z mistrzów zaproponowanych przez was, oczywiście oczekujemy gwarancji Jadeitowego Pałacu, że będą oni dbać o rozwój miasta i nie wykorzystają miejskiej kasy do prowadzenia własnych interesów. Dobrze przecież wiemy jak wiele jest warte wasze słowo.
– Na to chyba możemy przystać? – rzucił nieśmiało Po.
Shifu przeszył sokoła spojrzeniem.
– Chyba możemy – oznajmił po dłuższej chwili.
– Doskonale. Jednak by wszystko przebiegło legalnie, będziemy potrzebowali błogosławieństwa cesarza. Najlepiej jeżeli osobiście przedstawimy naszą propozycję. Nie chcemy przecież, by spadł na nas gniew samego Syna Niebios.
– Chcę tylko przypomnieć, że Jadeitowy Pałac jest niezależny od cesarza. Ale oczywiście w dobrym tonie będzie poinformowanie go.
– Dobrze, że się rozumiemy. Uprzedźcie mnie, gdy i czy w ogóle będziecie wyruszać. Niestety, nie będę wam towarzyszyć, ponieważ byłoby to marnotrawstwem czasu. Dolecę do stolicy znacznie szybciej niż wy dojdziecie. Teraz więc, gdy tak szybko doszliśmy do porozumienia, mogę przejść do drugiej sprawy, równie ważnej, przynajmniej dla mnie. Chodzi o mojego syna, Gao. Jak mniemam, już się poznaliście?
– Tak – przyznał Po. – Choć nie będę tego mile wspominał.
– Zaskakujące. Mój syn tak bardzo chciał wam w czymś pomóc, że musiałem go zamknąć na noc w pokoju zadumy, by nie wyfrunął z rodzinnego gniazdka. Na pewno zrobiłoby mu się przykro, gdyby usłyszał twoje słowa.
– Chciał nam pomóc? To dlatego wtedy nie przyleciał. Zamknąłeś go!
– Chroniłem go. Czasem ciężko rozróżnić te dwie rzeczy. W każdym razie późno w nocy, gdy w mieście zrobiło się bezpieczniej, pozwoliłem mu iść. Od tego czasu jednak nie mam z nim kontaktu. Wiem, że tamtej nocy udał się za wami do Góry Demonów. Chwilę przed tym, gdy zniknęła. Bardzo, ale to bardzo prosiłbym o pomoc w jego odnalezieniu.
Nie wyglądał na zmartwionego, a raczej zniecierpliwionego, jakby zaginięcie syna było przejściowym problemem, znaczącym tyle, co przeciekający dach czy niedomykające się okno.
– Współczujemy zaginięcia syna – rzucił Shifu. – Jednak nie rozumiem dlaczego to my mielibyśmy go szukać? Wierzę, że dysponując dziesiątkami sokołów, odnalazłbyś go znacznie szybciej.
– To prawda, jednakże teraz nie mogę wysłać nawet jednego mojego podwładnego. Mieszkańcy Jinzhou są zaniepokojeni, w każdej chwili może wybuchnąć bunt, szczególnie gdy potwierdzimy plotki o śmierci króla. Nagle może się okazać, że w mieście będziemy mieli kilkunastu pretendentów do tronu. By utrzymać spokój, potrzebuję każdego mojego zbrojnego.
– Właściwie dlaczego chcesz go znaleźć, Sun? – zapytał Po. – Bo mam wrażenie, że nie chodzi o ojcowską miłość. A przynajmniej nie tylko o to.
– No proszę, może nie wszystkie plotki o tobie, Smoczy Wojowniku, są prawdziwe – odrzekł. – Przejrzałeś mnie. By wyjaśnić moje motywy, muszę powiedzieć najpierw o tajemnicy, w której wszedłem posiadanie, jeszcze za panowania króla Wanga. Jak może wiecie, wysłał on demona z okolic gór na północ. Zostawił go niemal pod samym klasztorem naszego wspólnego znajomego – Shandiana. Niewiele osób jednak wie, że król miał konkretny powód, by wysłać go właśnie tam. Demon szukał potężnego artefaktu, który należał do kogoś uwięzionego w Górze Demonów, a który prawdopodobnie został ukryty w tamtych okolicach. Nie znam szczegółów, ponieważ przysłuchiwałem się wszystkiemu przez zamknięte drzwi.
W każdym razie demon znalazł to, czego szukał. Z jakiegoś powodu nie rozwiązywało to jednak sprawy. Król Wang chciał wysłać wojenną wyprawę w tamte strony, jednakże jego przedwczesna śmierć zniweczyła te plany.
– Do czego zmierzasz? – zapytał Shifu.
– Mistrzu – zaczął Po. – Ja chyba wiem. W górze uwięziony był smok, ale mogły się też tam znajdować się jakieś zapiski o tym artefakcie. Gao mógł się o nim dowiedzieć i zacząć go szukać.
– Dokładnie – przyznał Sun. – Mój syn ciągle jest odrobinę nierozgarnięty. Nie chcę wiedzieć co mogłoby mu strzelić do głowy, gdyby dostał w ręce jakikolwiek magiczny przedmiot. Wydaje mi się, że wam także może na tym zależeć.
Tygryska weszła na sam szczyt góry. Pod nią znajdowała się skalna półka, na której znalazł ją dzisiaj Po. Chmury rozwiały się, pozostawiając czyste niebo. Na dole, w miasteczku, dogasały ostatnie plamy światła. Wreszcie pozostała tylko jedna – Jadeitowy Pałac. Najwyraźniej sokoły ciągle jeszcze były w środku.
Kotka złapała kamień i cisnęła nim daleko przed siebie, pchając rzut ogarniającą ją złość. Na Po, na resztę piątki, na siebie. Powinna zostać na spotkaniu, nawet gdyby miała tylko tam milczeć. A jednak bała się zostać dłużej z Po. Mogłaby powiedzieć, coś, czego bardzo by żałowała. Na samą myśl, że będzie musiała wrócić do pałacu i zacząć udawać, że wszystko jest w porządku, zrobiło się jej niedobrze.
Na nowo odtworzyła w głowie słowa pandy. Wiedział, co ją dręczyło, możliwe, że miał tego świadomość od bardzo dawna. Dziś pierwszy raz powiedział to na głos. Ale czy aby na pewno rozumiał?
Teraz była pewna, że nie do końca. Początki ich historii może i były podobne, jednak tylko pozornie.
Odetchnęła głęboko i spróbowała się rozluźnić. Cofnęła się myślami daleko wstecz. Z lękiem zaciskającym kleszcze na gardle postarała przypomnieć sobie rodziców.
