Kronika pisana pazurem część 2

Z początku Houlong postanowił usłuchać polecenia ojca. Z pasującym do siebie zaangażowaniem próbował dostrzec rolę smoków w życiu zwykłych mieszkańców Chin. Poświęcił temu wiele lat, choć prawda ciągle ukrywała się przed nim, nieuchwytna niczym nocna zjawa. Smok wreszcie stracił cierpliwość i powrócił do obserwowania życia na lądzie, ponieważ wierzył, że odpowiedź znajdzie jedynie tam. Przecież niczego się nie dowie, włócząc się z kąta w kąt w podmorskim pałacu. Denerwowali go współtowarzysze, którzy całe dnie spędzali na jałowych dysputach. On chciał działać.

Tym razem był w swych eskapadach znacznie ostrożniejszy, ponieważ obawiał się swojego ojca. Nikt nie chciałby mieć takiego przeciwnika, tym bardziej młody smok, którego moc jeszcze w pełni się nie rozwinęła. Nie pokazywał się więc zwierzętom, zamiast tego, tak jak niegdyś inne smoki, ukrywał się, korzystając z osłony rzek, wodospadów, chmur czy nawet kropli deszczu.

Smok wymykał się z pałacu przez długie lata. Obserwował życie w miastach, wioskach, lasach i na polach, jednak nigdy nie natknął się na jakąkolwiek interwencję smoków. A przecież tyle było do naprawy! Zwykli mieszkańcy cierpieli biedę, niebezpieczni watażkowie nie otrzymywali należnej kary, a powodzie, susze, klęski nieurodzaju, sztormy na morzu, zabójcze śnieżyce w górach siały spustoszenie. Smoki, wykorzystując swoją moc, mogłyby wszystkiemu zaradzić.

Wreszcie Houlong uznał, że nie ma sensu dłużej się wszystkiemu przyglądać. Pierwszy raz zaniósł pomoc w miejsce, które od kilku lat nękała susza. Ukazał się prostaczkom w pełnej krasie na tle słońca. Jego ciemne łuski były czarniejsze niż noc, oczy świeciły błękitnym blaskiem jaśniejszym od nieba. Jego wężowaty cień otulił domostwa poniżej.

Smok na początku wzbudził strach. Mieszkańcy, głównie świnie i zające, pochowali się w swoich marnych domach, jednak z czasem ich ciekawość zwyciężyła. Coraz więcej par oczu przyglądało się bestii płynącej w powietrzu, rysującej magiczne figury na niebie, które spowijało coraz więcej chmur. Wreszcie deszcz zmoczył spękaną ziemię. Padał długo i obficie. Zwierzęta wyszły spod osłon dachów, by poczuć na twarzach życiodajne krople. Ktoś wykrzyczał podziękowania, zaraz potem powtarzali je już wszyscy. Houlong zakończył podniebny taniec. Poczuł rozpierającą dumę. Pierwszy raz zrobił coś, co tak bardzo zasługiwało na pochwałę.

A jednak wiedział, że jej nie otrzyma. Serce wypełniła mu gorycz. Przecież nawet teraz ojciec nie mógł się o niczym dowiedzieć. Na pewno uznałby jego dar dla mieszkańców za szczeniacki wybryk, godny pożałowania. Zapałał jeszcze większym gniewem do władcy wschodniego morza.

Żaden ze smoków nie domyślił się, że Houlong ponownie złamał zakaz kontaktów ze zwierzętami z lądu. Smok w swej przebiegłości kazał nazywać się losem, dzięki czemu po kraju rozniosła się wiadomość, że to los sprowadzał deszcz na wysuszone krainy. Houlong niósł pomoc przez wiele lat. Gdy tylko gdzieś nie padał deszcz dłużej niż powinien, przylatywał tam i rozpoczynał swój taniec. Chronił bezbronnych, zaprowadzał sprawiedliwość, w wielu miejscach zaczęto wznosić mu pomniki, a figury smoków na nowo wypełniły pałace możnych.

Jednak im dłużej smok niósł pomoc, tym mniej rzeczy szło po jego myśli. Zdarzało się, że ci, których wcześniej bronił, mścili się na napastnikach z jeszcze większą okrutnością. Zwierzęta w wielu miastach uznały, że nie potrzebują swoich władców, ponieważ to smok sprawował sądy. Najgorzej jednak było z deszczem. Za każdym razem Houlongowi coraz trudniej było go przywołać. Pewnego dnia smokowi nie udało się sprowadzić nawet jednej chmury. I to był początek katastrofy.

Susza zataczała coraz szersze kręgi, osiągając rozmiary nieznane nawet najstarszym żółwiom. Houlong podejmował kolejne próby przywołania deszczu, lecz spełzały one na niczym. Mieszkańcy zaczęli przeklinać smoka, odwrócili się od niego wszyscy, od możnych do prostaczków. Houlong patrzył bezsilny, jak rośliny umierały, jak mieszkańcy miast opuszczali swe domostwa, uciekając z niegdyś zielonej krainy. Wysychały jeziora, statki leżały przewrócone w piaszczystych zaspach.

Smok zapłakał, ponieważ zrozumiał, że to on się do wszystkiego przyczynił. Nie wiedział tylko gdzie popełnił błąd. Przecież pomoc nie mogła być czymś złym. Może gdyby spróbował działać w inny sposób, może wtedy nie doszłoby do tragedii?

Pozostałe smoki wspólnymi siłami powstrzymały rozprzestrzeniającą się pustynię, jednak nie potrafiły albo nie chciały cofnąć zniszczeń. Houlong pełen poczucia winy ukrył się. Dopiero po kilku latach zdobył się na odwagę, by stawić się przed ojcem. Tym razem stary smok nie zamierzał poprzestać tylko na upomnieniu. Zabronił Houlongowi opuszczać pustynię, dopóki nie spadnie na niej deszcz.

Smoki słynął z cierpliwości. Houlong czekał wiele lat, jednak deszcz nie zamierzał zrosić pustyni. Nawet gdy pojedyncza chmura zapuszczała się nad wyschnięte tereny, szybko znikała. Z czasem niektóre smoki zaczęły uważać, że kara jest zbyt surowa, lecz władca wschodniego morza pozostał nieugięty. Naprawdę wierzył, że w ten sposób uda mu się czegoś nauczyć nieposłusznego syna.

Może i tak by się stało, gdyby tylko Houlong sumiennie odbył karę.