Cześć wszystkim, przed wami kolejny, jeszcze ciepły rozdzialik. Mam nadzieję, że tempo jednego rozdziału na miesiąc uda mi się zachować. Miłego czytania!


Czarny kot, Tian Zei, spoglądał z dachu Klasztoru Pięciu Żywiołów na rozpościerające się poniżej Chungdam. Noc już dawno przysłoniła niebo grafitowym płaszczem, który teraz zdawał się wspierać jedynie na czterech smukłych basztach wybudowanych na rogach miasta. Poniżej jaśniała sieć wąskich uliczek, rozświetlona czerwonym i złotym światłem. Handel kwitł w najlepsze, place były pełne przechodniów, a w wielu miejscach występowali grajkowie czy cyrkowe grupki.

Tian Zei był złodziejem już wystarczająco długo, by wiedzieć, że to dla niego najlepszy czas. Najlepiej kraść, gdy sprzedawcy zamiast spać przy swych kosztownościach, zajmują się oszukiwaniem klientów w sklepikach na dole. Kocur za cel zawsze obierał tych najbardziej nieuczciwych handlarzy, którzy sprzedawali wadliwe towary, nie wypłacali pensji, czy znęcali się na pracownikami. Jeżeli urzędnicy i stróże prawa nie potrafili dać im nauczki, musiał to zrobić ktoś inny.

Kocur nie obawiał się straży miejskiej. Leniwym małpom, niedźwiedziom i nosorożcom zazwyczaj nie chciało się go gonić, zresztą wieczorne godziny patrole wolały przeczekać w bardziej zacisznych rewirach. Jeżeli kogoś należało się obawiać, to magów pięciu żywiołów – kilkudziesięciu świrów, których lojalność i oddanie najwyższemu kapłanowi o imieniu Guang Jing Wei, były znane nawet u cesarza.

Tian Zei przez ostatnie tygodnie rozeznał się w zwyczajach panujących w świątyni. Znacznie większą uwagę niż w szkołach kung-fu przywiązywano tu do dyscypliny. Adepci magicznych sztuk niemal nie posiadali czasu wolnego, każda chwila ich życia należała do najwyższego kapłana, którego traktowano niemal jak boga. Najmniejsze odstępstwa w wykonywanych treningach kończyły się chłostą, czas między ćwiczeniami wypełniano medytacjami i filozoficznymi rozważaniami. Mimo to niewielu osiągało wyższy stopień wtajemniczenia, po którego zdobyciu można było cieszyć pewnymi przywilejami i znacznie większą swobodą. Może dlatego nauki Guang Jing Weia nie cieszyły się większą popularnością w innych miastach?

W samym Chungdam magowie stanowili wielką siłę, z którą musiał się liczyć nawet władca miasta. Dlatego też kocur przed każdą akcją odwiedzał Klasztor Pięciu Żywiołów. Ostrożnie zbliżył się do jednego z dziesiątków okien i wyjrzał przez wyciętą w papierze dziurkę. Była pora ostatniej medytacji przed snem, więc wszyscy magowie zebrali się w jednym pomieszczeniu na szczycie świątyni. Kocur doliczył się trzydziestu zwierząt. To znaczyło, że nikt, poza miejskimi strażnikami, nie patrolował w mieście ulic. Ostatnio magowie coraz rzadziej wychodzili z klasztoru, więcej czasu spędzali na rozmowach z władcą miasta, doskonaleniu swych talentów czy ochronie wiosek w okolicach miasta. Na sprawy, które kiedyś były ich głównym zajęciem, zaczęło brakować miejsca.

Wszystko zmieniło się, gdy ten pomarańczowy szczur, Shandian, wraz ze swoją żoną opuścili miasto. Tamtej dwójce rzeczywiście zależało na bezpieczeństwie w mieście. Nie było ich od kilku tygodni, kocur nie wiedział dokąd się udali, ale gdyby nadal przebywali w Chungdam, nie ośmieliłby się ukraść nawet wykałaczek z restauracji, w której kiedyś pracował. Para magów burzy, jak ich nazywano w mieście, była uparta i rzadko kiedy potrafiła odpuścić poszukiwania, jeśli już kimś się zainteresowała.

Ale gdy szczurów nie ma, koty harcują, cisnęło się na pyszczek Tian Zeia.

Bezszelestnie zbliżył się do krawędzi dachu. Wiatr zawiał, próbując zepchnąć go ku przepaści. Kot nie wystraszył się. Od dziecka spędzał czas na miejskich dachach, klasztor był tylko odrobinę wyższy od zwykłych zabudowań. Wypatrzył swój cel – sklep najbogatszego jubilera w mieście. Do tej pory omijał go, ponieważ wszyscy, oczywiście poza miejskimi władzami, wiedzieli, że właściciel współpracował z miejscowymi gangami. Jednakże kocur nie miał już wielkiego wyboru – dwóch biedniejszych już okradł, a pozostali wydawali się wystarczająco uczciwi. Jeśli chciał zdobyć szybko dużą ilość pieniędzy, musiał zaryzykować.

Zeskoczył w dół, chwytając się krawędzi dachów, które okalały każdą z pięciu kondygnacji. Pierwszy, drugi, trzeci, salto i wylądował na ziemi, oczywiście na czterech łapach. Ogród wokół klasztoru był niewielki, poza kilkoma drzewami i skałami, nic więcej się tu nie zmieściło. Kocur kilkoma susami dobiegł do najbliższego pnia, wspiął się na gałąź, która nosiła ślady jego pazurów. Z niej przeskoczył na kolejną, z której mógł już uciec za płot ogradzający ogród.

Wspiął się w górę po ścianie piekarni, wciskając pazury w szczeliny między deskami. Chungdam było rajem dla kogoś tak sprawnego jak on. Zabudowania stały bardzo blisko siebie, tak że kocur mógł poruszać się jedynie po dachach. Miasto dusiło się w starych murach, jednak nikt nie miał odwagi stawiać domy poza nimi. Wielki Mur znajdował się pół dnia drogi stąd, klany wilków i lampartów nieraz omijały straże, by nocami rabować okolice, czasami zapuszczając się pod samo Chungdam. Magowie z klasztoru nie byli w stanie powstrzymać wszystkich.

Gdyby tylko do miasta przybył Smoczy Wojownik, pomyślał Tian Zei. Wtedy skończyłyby się ataki i ciągła niepewność, czy tej nocy uda się bandziorom wedrzeć za mury. Z drugiej strony kocur w takim wypadku nie mógłby zajmować się kradzieżami i nadal musiałby harować w restauracji. Może lepiej niech zostanie jak jest, pomyślał, gdy był tuż obok upatrzonego wcześniej jubilera.

Wszedł na dach wyłożony najdroższymi ceramicznymi dachówkami. Przemknął obok trzech figurek mitycznych stworzeń na podniesionym rogu dachu, które miały sprawować pieczę nad całym budynkiem.

– Nic nie widzieliście – szepnął kot.

Znalazł otwarte okno i wślizgnął się do środka. Trafił do sypialni, której wystrój przypominał bardziej cesarski pałac aniżeli sypialnie zwyczajnego jubilera. Tian Zei poczuł się wręcz onieśmielony, ponieważ mieszkał w domach, które miały mniejszą powierzchnię niż ten pokój. Stało tu łóżko z baldachimem, a także eleganckie meble z kunsztownymi malunkami na drzwiczkach czy nawet bocznych ściankach. Ściany uginały się grawerowań i malunków, właściwie każdy element pomieszczenia podkreślał zamożność właściciela.

Tian Zei nie szukał długo skrzyni z kosztownościami – znalazł ją pod łóżkiem po kilkunastu uderzeniach serca. Zamek nie wyglądał na specjalnie skomplikowany. Kocur wyciągnął dwie pałeczki z kieszeni tuż pod paskiem. Kilka tygodni temu, podczas pierwszej kradzieży, złamał jedną parę i zapomniał jej zabrać. Spodziewał się, że to będzie koniec jego przestępczej kariery, jednak śledztwo w jego sprawie prowadził jakiś nieudacznik ze straży miejskiej, który chyba nie był przyzwyczajony do sytuacji, gdzie najpierw musiał znaleźć złodzieja, a dopiero potem stłuc go na kwaśne jabłko. W każdym razie Tian Zei od tamtej pory bardziej się pilnował, by nie zostawiać śladów. Poza tym otwierał zamki już tak sprawnie, że właściwie nie łamał swoich przyrządów.

Kocur przyłożył pałeczki do dziurki i… zdał sobie sprawę, że ktoś go obserwuje.

– Kici, kici, złodziejaszku – rzucił nieznajomy z rozbawieniem w głosie.

Stał w cieniu, był dość krępy i niewiele wyższy od kocura. Tian Zei nie ryzykował starcia, nie był przecież wojownikiem. Skoczył w stronę okna, pazury niemal musnęły parapet, gdy zatrzymała go nieokreślona siła. Poczuł ją na całym ciele, jakby sam wiatr postanowił go uchwycić. Z przerażeniem zdał sobie sprawę, że wisi w powietrzu. Wyciągnął łapę, by chwycić baldachim, ale mag, bo któżby inny, przeciągnął kocura na środek sypialni.

Jakim cudem znalazł się tu tak szybko, pomyślał złodziej. Musiał czatować w okolicy, bo przecież nikt, poza ptakami, nie był na tyle szybki, by go dogonić, gdy biegł po dachach. A może jubilera stać było na wynajęcie własnego ochroniarza?

– Muszę przyznać, że zaskoczyłeś mnie – zaczął mag, a jego głos wydawał się dziwnie znajomy. – Większość zbójów w mieście to tępe osiłki, których strażnicy zgarniają jeszcze tego samego dnia, w którym ośmielili się kogoś napaść. Ty jednak musisz być od nich sporo sprytniejszy, skoro do tej pory nie dałeś się złapać.

Jego błękitne oczy delikatnie lśniły w ciemności. Tian Zei przełknął ślinę przez zaciśnięte gardło.

– Czego chcesz? Możemy się dogadać.

– Naprawdę? A co takiego miałbyś do zaoferowania?

– Pieniądze, to chyba oczywiste. W tej skrzyni musi być ich mnóstwo. Umiem ją otworzyć, podzielimy się.

– W tej skrzyni? – dopytał nieznajomy irytującym tonem. Najwyraźniej dobrze się bawił.

Kocur został obrócony w powietrzu, tak by widzieć łózko, spod którego wysunęła się skrzynia. Mag wykonał skomplikowane gesty jedną z dłoni i rozległ się szczęk zamka. Wieko podniosło się samo. W środku znajdowały się dziesiątki, nie, setki złotych monet. Więcej, niż kocur zdobył podczas wszystkich poprzednich kradzieży.

– Jak widzisz mógłbym sobie wziąć te pieniądze i bez twojej pomocy. Wiesz dlaczego tego nie zrobię? – Nieznajomy zrobił krok do przodu.– Ponieważ ktoś musi zaprowadzić sprawiedliwość w tym mieście.

Światło z okna padło na jego pucołowatą, uśmiechniętą twarz pokrytą krótkim, karmelowym futrem. Tian Zei rozpoznał ją i poczuł dreszcz na plecach.

To był Shandian.

– Masz coś do powiedzenia, zanim oddam cię gildii złotników?

– Dlaczego gi-gildii? – zapytał przestraszony kot. Magowie z klasztoru nigdy nie dogadywali się ze sprzedawcami, każdego, kogo złapali oddawali do dyspozycji władcy Chungdam. – Zapłacili ci, żebyś mnie złapał?

– Może tak, może nie. W każdym razie nie chcą, by nasz czcigodny władca zawracał sobie tobą głowę. Naprawdę musiałeś zaleźć im za skórę. Gdyby dziś ci się powiodło, pewnie zamiast mnie wynajęliby mordercę. Słyszałem, że siostry Wu wróciły do biznesu.

Kocur próbował wyrwać się z objęć zaklęcia, jednak zdołał tylko bezradnie machnąć łapami w powietrzu.

– Jeżeli mnie im oddasz, to i tak mnie zabiją.

– Daj spokój, nie zrobią tego. Każą ci oddać pieniądze i wygnają z miasta. Może pozbawią cię paru kłaczków, byś lepiej zapamiętał tę lekcję, ale nikt nikogo nie będzie zabijać. Chyba że już wydałeś to co ukradłeś. Wtedy wolałbym nie być na twoim miejscu.

Kot poczuł napływające do oczu łzy.

– Ja nie mam tych pieniędzy – odpowiedział. Zobaczył, jak Shandianowi drgnął kącik ust. A co jeśli tylko udawał, że się nim nie przejmuje? Przecież gdyby był pewien co z nim zrobić, nawet by z nim nie rozmawiał. Ta myśl była ostatnią nadzieją Tian Zeia. – Wiesz kim oni wszyscy są? Kim jest właściciel? Połowa jego biżuterii pochodzi z kradzieży, zastraszył swoich pracowników, by o tym nikomu nie powiedzieli. Za zarobione pieniądze kupuje gangom broń, miecze, łuki, halabardy. Wszyscy o tym wiedzą, tylko nie wy. Ja nie okradam uczciwych zwierząt.

– Jakże miło z twojej strony. Tylko kto dał ci prawo oceniania, kto jest uczciwy, a kto nie.

– A kto je dał tobie? Ty nigdy nie wiedziałeś jak to jest nie mieć co włożyć do woka. Od zawsze miałeś tę swoją moc, a w klasztorze nigdy nie brakuje jedzenia. Nie wiesz, co muszą przeżyć tacy jak my.

– Złodziej chce mi udzielić lekcji pokory, to miasto naprawdę zeszło na psy – westchnął Shandian. Wykonał ruch palcami i opuścił kota na ziemię. Wyglądał na znużonego. Tian Zei nie próbował ucieczki. Nawet gdyby mu się udało, szczur i tak pewnie by go znalazł.

– Oczywiście nic nie mam do psów, to całkiem w porządku kolesie – dopowiedział mag.

– Miałem znajomego psa. Nawet się kolegowaliśmy, choć teraz wysłali go na Wielki Mur. – Kocur musiał sprawić, by w oczach Shandiana nie był tylko bezimiennym złodziejem, a osobą z krwi i kości. Nie jest łatwo z czystym sumieniem być bezwzględnym wobec kogoś takiego. – Nazywam się Tian Zei.

Wyciągnął łapę, ale Shandian tylko uśmiechnął się i pokiwał palcem.

– Naprawdę jesteś sprytniejszy od większości bandziorów w mieście. Wydaje mi się, że będę miał dla ciebie propozycję, bo rzeczywiście okradałeś niezłe szumowiny. Oddasz trzy czwarte tego, co zostało ci z łupów i od teraz pracujesz dla mnie. Oczywiście za odpowiednie wynagrodzenie.

– Czy…

– Żadnych negocjacji – uciął. Zdawał się nie przejmować tym, że za zamkniętymi drzwiami sypialni toczyło się zwyczajne życie. Ktoś przebiegał po schodach, starsza kobieta klęła na głośnych klientów. – Albo to, albo gildia. Poza tym koniec ze złodziejstwem. Uwierz mi, jeżeli złamiesz postanowienia naszej umowy, znajdę cię.

Kot skinął głową. I tak nie miał innego wyjścia, wszystko było lepsze od spotkania z przedstawicielami gildii złotników, szczególnie z tymi, których okradł.

– Co ze złotem? – dopytał. Nawet jedna czwarta zawartości skrzyni była ogromną sumą.

– Nie podoba mi się twój sposób myślenia – rzucił Shandian. – Złoto zostaje.

Skrzynia zamknęła się, zamek szczęknął, jakby ktoś przekręcił w nim niewidzialny klucz. Skarb wsunął się ponownie pod łóżko. Kocur poczuł niemal namacalny ból w piersi. Tak raniła stracona szansa. Tak też kuł strach przed nieznaną przyszłością.

– Jest jedna sprawa – powiedział, zmuszając się do zachowania spokoju. – Ja naprawdę nie mam większości pieniędzy. Oddałem je na przytułek przy wschodnim murze, mam tak kilku przyjaciół. Możesz popytać, jeśli mi nie wierzysz.

Shandian uśmiechnął się zawstydzony.

– Nie złożyłbym ci tej propozycji, gdybym o tym nie wiedział.


Następnego dnia, o poranku Shandian szedł przez las, który wyrastał kawałek drogi od Chungdam. Nie korzystał z błyskawicy, ponieważ nie chciał zostać zauważony, poza tym uznał, że spacer po miękkiej, pokrytej igłami ściółce dobrze mu zrobi.

Bór w niczym nie przypominał mrocznej gęstwiny pod Górą Demonów. Przede wszystkim był jasny. Strzeliste sosny i modrzewie przepuszczały wiele światła, szum gałęzi i bzyczenie owadów nie dawały pożywki strachowi. Jeżeli istniały lasy dobre i złe, ten zdawał się należeć do tych pierwszych. Dawał schronienie i nie krył swych skarbów, takich jak borówki czy jagody. Przede wszystkim jednak był przewidywalny, niemal nudny. Na tyle, by dało się zapomnieć, że czasem można tu spotkać klany zza muru. Las był azylem dla wszystkich, nie sprawdzał przy wejściu, skąd ktoś pochodzi, ani co zrobił.

Shandian usłyszał kojący dźwięk strumyka. Napił się i przeleciał nad wodą na swojej błyskawicy. Torba z prowiantem powoli zaczynała mu ciążyć, ale wiedział, że był już blisko. Wreszcie rozpoznał gęstwinę liściastych krzewów, która nie pasowała do reszty lasu. Myszoskoczek, by przez ni a przejść, zaczął nucić piosenkę. Na dźwięk jego głosu gałęzie uchylały się w odpowiednich miejscach, odsłaniając kolejne przejścia. Wydawało mu się, że podobne zabezpieczenie mogło nie wystarczyć, ale Shongshu – przyjaciel, który zaopiekował się jego żoną – nie chciał o tym słyszeć. Zresztą pewnie miał rację, ponieważ nikt nie odkrył chatki, w której Yun Yun dochodziła do siebie.

Shandian wreszcie dotarł do niewielkiej polany, na której stał ich domek. Wybudował go wiele lat temu, ponieważ spodziewał się, że jego relacja z najwyższym kapłanem nie zawsze będzie tak wzorowa, jakby tego chciał. Bele na końcach były czarne od przycinania błyskawicami, jednak poza tym całość wyglądała na całkiem przytulne schronienie.

Przed wejściem stała Yun Yun, która właśnie uderzyła błyskawicą w stojącego przed nią pniaka. Właściwie była już w pełni zdrowia, nabrała już trochę wagi, choć nadal była wychudzona. Jej ciało najpewniej nie wytrzymałoby bez duszy, gdyby nie Shongshu, który potrafił wyhodować niemal dowolne, lecznicze zioła, które podtrzymywały ją przy życiu.

Gdy zobaczyła Shandiana, rzuciła mu się w ramiona i pocałowała w policzek.

– I jak? – zapytała.

– Jak zwykle konkretna. Może najpierw powiedz gdzie jest Shongshu? Wolałbym nie powtarzać dwa razy tego samego.

– Jak zwykle leniwy – odparła z filuternym uśmieszkiem. – Siedzi w domu, uparł się, że chce ze mną walczyć.

– Ale jest cały?

– Pewnie. Po prostu wściekł się, że przegrał. Ale przejdzie mu. Zawsze mu przechodzi.

Udali się do domku, który składał się z czterech pomieszczeń – korytarza, dwóch pokoi i kuchni. Shongshu siedział na krześle oparty nogami o stół. Był sporym jeżozwierzem o czarno-białych kolcach, które pokrywały całe jego plecy. Gdy był wściekły, stroszył je, co niekiedy wyglądało przerażająco, jednak częściej po prostu zabawnie.

– No wreszcie przyszedłeś. I jak? Zostanę wreszcie uwolniony od towarzystwa twojej wrednej żonki? – zapytał. Ktoś kto by go nie znał, mógłby nie wyczuć żartu.

– Poszło całkiem dobrze – odpowiedział Shandian. Usiadł na krześle i rzucił torbę na stolik. Yun Yun siadła obok niego i pokazała Shongshu język. – Tian Zei będzie obserwować naszych dawnych kolegów.

– Na samą myśl o nich mam ochotę trochę nastroszyć kolce.

– Ty na myśl o wszystkich chcesz je stroszyć – zarzuciła mu Yun Yun. Jeżozwierz wzruszył ramionami.

– I co z tego? Powiedz więc Shandian, co robimy dalej? Jak widzisz twoja żonka jest już właściwie zdrowa, a mi nie widzi się siedzenie dłużej na tym odludziu.

– Zastanawiałem się nad tym. Uznałem, że powinniśmy złożyć osobistą wizytę u naszego mistrza.

Jego słowa wywołały spore poruszenie. Yun Yun nie protestowała, nigdy nie kłóciła się z nim przy innych. Jednak Shongshu nie miał podobnych oporów.

– No nie wierzę. Nie najadłeś się czasem po drodze jakichś grzybków? Mieliśmy się przecież zaciągnąć u zarządcy Chungdam albo założyć własną szkołę. Guang Jing Wei prędzej zrobi salto w tył z tą swoją laseczką, niż z powrotem przyjmie nas do klasztoru. Zresztą, po tym co zrobił, nie mam ochoty tam wracać. Dziwię się, że w ogóle to rozważamy.

Shongshu jako jedyny zbuntował się, gdy mistrz klasztoru zabronił Shandianowi udać się do Jinzhou, by ratować swoją żonę. Był ostatnim magiem z dawnego Kręgu, który przeżył starcie z demonem. Gdy dowiedział się, że Smoczy Wojownik pokonał potwora, pierwszy raz od bardzo dawna zapłakał. Nigdy nie wybaczył Gian Jing Weiowi tego, że pozwolił umrzeć jego przyjaciołom. Sam przeżył tylko dzięki Shandianowi, który pochwycił demona w szablę. Myszoskoczek czasem zastanawiał się, czy przyjaciel pomagał mu bardziej z wdzięczności, czy chęci zemsty na najwyższym kapłanie.

– Przez ostatni miesiąc wiele się zmieniło w klasztorze – odpowiedział Shandian. – Z tego co powiedział Tian Zei, udało im się skompletować trzy Kręgi. Najpewniej to zupełne żółtodzioby, ale chyba rozumiesz, co to znaczy.

Jeżozwierz zaklął szpetnie i wyprostował się na krześle. Był znacznie starszy od Shandiana, sam należał kiedyś do Kręgu. Nazywano tak pięcioosobowe zespoły magów, z których każdy umiał posługiwać się innym żywiołem. Konkretny członek zawsze miał w grupie kogoś, kto mógł go bez problemu pokonać – kimś takim w przypadku Shongshu był mag metalu, który za to zupełnie sobie nie radził z magiem ognia. Pomagało to w utrzymaniu dyscypliny, by przywołać podwładnego do porządku, dowódca zawsze miał kogoś, kim mógł się posłużyć. Z drugiej strony Kręgi były też znacznie potężniejsze niż inne grupy, ponieważ niektóre żywioły mogły się wspierać – na przykład mag drewna potrafił znacząco pomóc magowi ognia. Minęło trochę czasu, zanim Shandian zrozumiał wszystkie zawiłości związane z relacjami między żywiołami. Sam nigdy nie należał do kręgu. Według Gian Jing Weia nie istniał żywioł burzy.

– Co w takim razie zrobimy? – zapytała Yun Yun. – We trójkę nie będziemy przeciwwagą dla trzech Kręgów z klasztoru. Nowy władca teraz może nas zatrudnić do ochrony, ale prędzej czy później znajdzie kogoś, kto pozwoli mu zachować równowagę w mieście, a nas się pozbędzie.

– Też tak myślę. Dlatego musimy wrócić do klasztoru.

– I myślisz, że wielki kapłan przyjmie nas z powrotem z otwartymi ramionami? – kpił Shongshu.

– Nie chcę, żebyś ty tam wracał, ciebie na pewno nie będzie chciał z powrotem przyjmować. Przez jakichś czas myślałem, że z nami będzie tak samo, ale wtedy doszło do mnie, że gdyby Gian Jing Wei nie miał co do mnie i Yun Yun jakichś planów, nie trzymałby nas w klasztorze przez te wszystkie lata i jednocześnie nie uczył na zaklęć magii żywiołów.

– Stary chce się nauczyć tego, co umiemy – zauważyła Yun Yun. – Gdyby się mu udało, byłby pierwszym wielkim kapłanem od niepamiętnych czasów, który dodałby coś nowego do starych nauk.

– Dlatego myślę, że nas przyjmie. Nie od razu i nie na naszych warunkach, by zachować twarz, szczególnie przed swoim synem, ale prędzej czy później to zrobi.

– No dobra – powiedział Shongshu. – Tylko po co chcesz się tam pchać?

– Chcę znaleźć księgi. Wtedy będziemy mogli założyć szkołę i wyszkolić adeptów, by stworzyć własne Kręgi.

– Chcesz okraść starucha? – zapytał Jeżozwierz z niedowierzaniem – Myślisz, że nikt nie próbował tego przed tobą? Przez te lata nawet nie udało się potwierdzić, czy księgi istnieją. Stary Gian Jing Wei najprawdopodobniej trzyma wszystko w głowie i powie synowi wszystko dopiero, gdy będzie się żegnał z tym światem.

– Jestem pewny, że księgi istnieją, jednak nie muszą znajdować się w klasztorze. Ojciec Gian Jing Weia zmarł w walce, a jednak wiedza nie zniknęła. Poza tym widziałem coś podczas mojej wizyty na południu.

– To znaczy? – Kolce na plecach jeżozwierza zadrżały z ciekawości.

– Gdy razem ze Smoczym Wojownikiem i Tygrysicą wszedłem do sali, w której więziony był Houlong, zobaczyłem płaskorzeźby. Szczególnie jedna przykuła moją uwagę. Był na niej smok, który trzymał w ręku zwój z symbolami pięciu żywiołów. Z drugiej strony stali kupcy. Jeden z nich miał w dłoni czaszkę.

Shongshu prychnął w połowie przekonany, w połowie rozdrażniony.

– No dobra, słyszałem już większe brednie, które okazywały się prawdą. Czyli idziecie do jaskini lwa, jaka będzie moja rola?

– Pilnuj nas – powiedział poważnie Shandian. – Tian Zei będzie obserwował klasztor, ale nie pomoże za dużo w walce. Gdy uznasz, że zrobi się zbyt gorąco, pomożesz nam uciec z klasztoru. A do tego czasu może zacznij się rozglądać za uczniami do naszej szkoły. Tylko proszę, nie szukaj jedynie magów drewna i wody.

– Mam wrażenie, że wiecznie będę spłacał długi wobec ciebie. To kiedy odwiedzacie jaskinię lwa? Muszę zobaczyć minę tego kretyna, gdy dowie się, że udało ci się uratować małżonkę. – Spojrzał porozumiewawczo w stronę Yun Yun.

– Dzisiaj wieczorem.


Po i Shifu byli gotowi do podróży z samego rana, gdy słońce jeszcze muskało wierzchołki pagórków. Panda nie będzie widział piątki przez co najmniej tydzień, więc uznał, że dobrze będzie się pożegnać. Tygrysica ledwie poznawała go w nowym stroju. Wydawał się dojrzalszy, do swojego plecaka zabrał znacznie mniej szpargałów niż miał w zwyczaju.

A jednak miała pewność, że to ciągle ten sam Po.

– Trzymaj się, Tygrysko – powiedział do niej i chwycił za dłoń.

– Ty także, Po. Gdyby coś się wydarzyło, będę niedaleko.

– Ja także – odrzekł z ciepłym uśmiechem i poszedł żegnać się z innymi.

Było prawie tak jak dawniej. Kocica przez moment chciała go przeprosić, za to jak ostatnio postąpiła, ale nie odważyła się robić tego przy wszystkich. Najpierw musiała rozwiązać parę spraw, z jakiegoś powodu czuła, że tam, na północy, może odnaleźć kilka odpowiedzi.

Zdziwiła się, gdy Shifu do niej podszedł i odprowadził ją na pewną odległość od pozostałych.

– Tygrysico, chcę, żebyś mi coś obiecała. Może już ciebie o to kiedyś prosiłem, nie wiem. Chcę tylko usłyszeć, że nie ważne co się stanie miedzy tobą i Po, będziesz się nim opiekowała.

– Mogę to obiecać. Tylko dlaczego mistrz prosi mnie o to akurat teraz?

– Nieważne – powiedział z ciepłym uśmiechem i pogładził jej przedramię. Wydawał się teraz znacznie starszy. – Po prostu chciałem się upewnić.

Te słowa towarzyszyły jej jeszcze długo po tym, jak mistrz i Po zeszli ze schodów. Wreszcie sama przygotowała się do podróży i po chwili pędziła przed siebie razem z Żurawiem i Małpą.

Nikomu nie przyznała się, że tej nocy śniła jej się góra demonów. I nie był to dobry sen.