Po siadł do stołu, z przyniesionym dzbankiem herbaty i obiadem. Najpierw nalał napoju Shifu, a potem sobie, ale gdy go spróbował, skrzywił się z niesmakiem. W ustach poza ledwie tlącym się smakiem herbaty, czuł muł i zatęchłą piwnicę. Poza tym musiał wyciągnąć włos z kubka, najprawdopodobniej pochodzący z sierści karczmarza – wielkiego, ponurego niedźwiedzia w brudnym fartuchu, który za ladą czyścił kufle, bełkocąc jakieś uszczypliwości. Shifu ze stoickim spokojem odsunął swój napój na bok.
Za to pierożki były wyśmienite. Już po pierwszym kęsie panda wiedział, że nie obędzie się bez dokładki. Odkąd został Smoczym Wojownikiem, odwiedził naprawdę wiele miejsc, jednak i tak knajpa, w której się teraz zatrzymali zrobiła na nim wrażenie. Postawiono ją na wyspie, połączonej z brzegami jeziora parą mostów – niewielu wiedziało, ale można było nimi mocno skrócić drogę do stolicy. Lokal stał na podwyższeniu z bali osadzonych na kilku skałach, ponieważ w tych rejonach monsunowe deszcze potrafiły znacząco podwyższyć poziom wody. Zagięte rogi dachu przypominały kły, a nad nimi unosiły się dwie smugi dymu z kuchennych pieców.
To że nie zapuszczały się tu cesarskie patrole widać było po klienteli. W zatęchłym rogu siedziały wilki z byłej armii Shena, oświetleni jedynie promieniami przechodzącymi przez dziury w przegniłych dechach. Złorzeczyli na wszystkich władców od muru do morza, nie oszczędzając nawet cesarza. Przy każdym toaście życzyli sobie, by Lord Shen wrócił zza grobu i wypijali po kolejce trunków, które wylane na blat pewnie by się przez niego przeżarły. Gdzie indziej, przy jednym z niewielu nowych stołów, kilku goryli i wołów dysputowało na temat stawek najemników, zaś przy ladzie lamparty patrzyły pożądliwe na wejście do zaplecza, gdzie zestresowane zające z obsługi zanosiły zarobione pieniądze.
Każdy z oprychów zdołał już przynajmniej raz posłać taksujące spojrzenie w stronę Po. Większość zrobiła to kilkakrotnie. Panda był pewien, że z niektórymi walczył kilka lat temu, najpewniej gdyby tylko się dowiedzieli kim jest, zaraz by się na niego rzucili. Jednak duży kapelusz i bura płachta narzucona na białe hanfu na razie skutecznie ukrywały jego tożsamość.
Oczywiście nie obawiał się potyczki z kilkoma osiłkami, Shifu jednak polecił mu się nie ujawniać, szczególnie teraz, gdy byli tak blisko stolicy. Wcześniej mistrz chciał po prostu oszczędzić postojów wśród wiwatującej ludności wsi, przez które przechodzili. Teraz jednak, bliżej stolicy, musieli uważać na cesarskich szpiegów i informatorów. Shifu przed wizytą u cesarza pragnął kogoś odwiedzić, byłoby to jednak ogromnym nietaktem, gdyby Syn Niebios się tym dowiedział. Nie każe się czekać swojemu władcy, nieważne jak pilne sprawy ma się do załatwienia.
– Mistrzu, czy to tylko mi się tak wydaje, czy wszyscy nam się przyglądają – szepnął Po.
– Nie wydaje ci się. – odparł Shifu. – Zaraz stąd wyjdziemy, ale bez pośpiechu, możesz dokończyć pierożki. I nie mów do mnie mistrzu, przynajmniej nie tutaj.
– Dobrze, mistrzu. To znaczy Shifu. To znaczy tak.
Panda zjadł pierożka, by ukryć swoje zakłopotanie. Shifu westchnął ciężko i poprowadził palcami po wąsach, taksując oprychów. Potem zniżonym tonem zaczął:
– Chciałem to powiedzieć później, ale może nie być lepszej okazji. W stolicy mam nadzieję odwiedzić pewną młodą kocicę, znajomą Żurawia. Mniemam że słyszałeś o niej.
Po już miał krzyknąć w ekscytacji, jednak w porę się opanował i odrzekł poważnie.
– Tak, słyszałem.
Oczywiście że słyszał o Mei Ling, najlepszej absolwentce cesarskiej szkoły kung-fu w ostatnich latach, dowódcy jednego z oddziałów ochrony Zakazanego Pałacu i nauczycielki sztuk walki. No i siostry Mei Dao, którą nie tak dawno miał okazję poznać.
– Będę chciał zaproponować ją do pewnego miejsca, o którym rozmawialiśmy, w Jinzhou. Jest młoda, ale powinna sobie poradzić, zwłaszcza, że stamtąd pochodzi i najpewniej pomoże jej siostra.
– Chyba nie spodoba się to tym co nie lubili… – Po zastanowił się chwilę, by jak zastąpić imię pani Han – pewnej starej kocicy. W końcu to jej rodzina.
– Ale tylko głupcy by to wypominali. Nigdy za sobą nie przepadały, swego czasu pewna stara kocica wyklęła pewną młodą kocicę, jeszcze gdy była dzieckiem. Bo lubiła kung-fu.
– Nie ma to jak rodzinka z problemami.
– W każdym razie najpierw należałoby najpierw ją zapytać. Gdyby z jakiś powodów nie mogła nam pomóc, tylko niepotrzebnie zawracałbym głowę kogoś naprawdę ważnego. Niestety nie mogłem też wysłać naszego starego druha gąsiora. Mimo wszystkich swoich zalet ma problemy z dyskrecją… – Po poprawił kapelusz, a także narzutę, spod której wystawał kawałek hanfu podarowanego przez Shifu. – Ale chyba nie tylko on.
– Ja na szczęście nie mam – rzucił panda i wepchnął do ust ostatnie cztery pierożki z talerza. Spojrzał mimowolnie w bok i wtedy zauważył, że ktoś wskazuje go wilkom. Te podniosły się, po chwili wstali niemal wszyscy, a w szeptach przewijały się dwa słowa: „Smoczy Wojownik". Banda wołów, goryli, wilków, krokodyli i lampartów stanęła tuż przy nim.
Mistrzowie nawet nie podnieśli wzroku. Przez krótką chwilę w knajpie słychać było tylko przeżuwanie pierożków przez pandę.
– To on. To zdecydowanie on – powiedział krokodyl, którego Po nigdy nie widział na oczy. Przytaknął mu jeden z wilków, który już wydawał się dziwnie znajomy.
Naprzód wyszedł największy wół, o wielkich rogach i łapach grubszych niż bale podbierające lokal. Podłoga skrzypiała pod jego buciorami. Słychać było jak zbiera się w sobie, jak przez nozdrza coraz z większą siłą przeciska się powietrze.
– Widzę, że jesteś smakoszem. Może posmakujesz mojej pięści! – Łupnął z całych sił w stół.
Po nie wystraszył się, spodziewając się, że oprych zrobi coś takiego. W końcu już raz to przeżył. We śnie. Dobrze wiedział co odpowiedzieć, jednak najpierw przeżuł i przełknął do końca pierożki. Zanim przeciwnik wyprowadził uderzenie, rzucił:
– Dość już padło słów, czas walczyć.
Zanim ktokolwiek, łącznie z Shifu, zdążył zareagować, wół padł od ciosu. Razem z nim spadła z Po narzuta, a biel hanfu w świetle promieni spomiędzy dziurawych dech zdawała się emanować własnym blaskiem. Kolejne ciosy runęły niczym gromy, meble trzaskały, kości szczękały, a w tłoku oprychy nie mogły wyprowadzić choćby jednego celnego uderzenia. Karczmarz, który szykował się na bójkę od dłuższego czasu, wziął młot stojący za ladą i już miał ruszyć w grupę bandytów, gdy powstrzymał go Shifu.
– Zaraz będzie po wszystkim. W tym czasie zrób proszę herbatę, która nie pachnie lochami Chorh-gom.
– Ale ich jest przecież co najmniej dwudziestu.
W tym momencie jeden z lampartów przeleciał tuż nad jego głową.
– Ale walczą ze Smoczym Wojownikiem – odpowiedział Shifu.
Niedźwiedź otworzył usta w szoku.
– Tym Smoczym Wojownikiem?
– Herbata się sama nie zrobi – ponaglił go mistrz. Karczmarz w pośpiechu udał się na zaplecze, gdy wrócił, było już po wszystkim. Na ziemi leżeli poobijani przeciwnicy, większość klientów knajpy uratowało się ucieczką. Karczmarz widząc zniszczenia pociągnął smutno nosem i dał Shifu napój.
W knajpie zostali tylko klienci nie biorący udział w bójce. Shifu podszedł do czwórki siedzącej przy jednym, próbując pierwszego łyku herbaty. Przyglądał się chwilę ich napiętym twarzom, a potem powiedział z uśmiechem.
– Witam najserdeczniej przedstawicieli najwyższego Syna Niebios.
Czwórka dostojników spojrzała po sobie. Dopiero teraz Po zauważył, że różnili się od klienteli, która przebywała w knajpie. Ich ubiór, choć pasował do najemników, był zbyt gładki i wymuskany jak na zwyczajnych wędrowców. Nawet sposób w jaki siedzieli zdradzał, że częściej bywali na dworskich pałacach aniżeli w podobnych miejscach.
Koziorożec zdjął kapelusz i wstał. Był tak wysoki, że rogami niemal sięgał sufitu.
– Widzę, że nic nie ukryje się przed czujnym okiem mistrza Shifu. Nazywam się Chang Jiao. W imieniu cesarza, władcy Państwa Środka i Syna Niebios, witam cię, mistrzu Shifu, a także ciebie, Smoczy Wojowniku. Przykro mi tylko, że robię to w takich okolicznościach. Mimo to niewątpliwie miło było zobaczyć najpotężniejszego wojownika naszego kraju w akcji.
– Drobiazg – odpowiedział Po.
– To niebywały zbieg okoliczności, że się tutaj spotykamy – zauważył mistrz. – Czego tak znamienity przedstawiciel cesarza i jeden z jego pięciu najważniejszych dyplomatów, sam Chang Jiao, szukał w tym miejscu? – Zaśmiał się i odwrócił w stronę Po, ale w jego oczach nie było wesołości. Nie odwiedzą Mei Ling przed pójściem do cesarza, więc mistrz nie będzie mógł zaproponować jej kandydatury – w końcu nie można zawracać głowy cesarza propozycjami, które wymagają czegoś więcej, niż skinięcie głową.
Jednak Po miał wrażenie, że właśnie działo się coś jeszcze, czego nie był do końca świadomy.
– Was szukaliśmy, drodzy mistrzowie – odparł jowialnie Chang. – Jako że zostaliśmy uprzedzeni o waszym przybyciu, chcieliśmy wyjść wam naprzeciw. Nie było to łatwe, zważywszy, że podróżujecie w przebraniu, co jest oczywiście całkowicie zrozumiałe. Przyjmowanie owacji i głosów uwielbienia mogłoby być męczące przez całą podróż i wydłużyłoby drogę, a przecież sprawa, w której wy i Lord Sun chcecie przedstawić cesarzowi, nie zniesie długiej zwłoki. Ślepy traf chciał, że znaleźliśmy was tutaj.
– Niebywałe – przyznał Shifu.
– Skoro więc to sobie wyjaśniliśmy, przejdę do sedna. Pragniemy was odeskortować, oczywiście jako osobistych gości cesarza, do stolicy. Nie przejmujcie się też dokonanymi tu zniszczeniami, skarbiec pokryje zniszczenia, które z tego co widzę nie są wiele większe, niż cena porządnych butów.
Karczmarz wyraźnie odetchnął. Shifu uśmiechnął się i odrzekł.
– Dziękujemy. Cesarz zawsze słynął ze swojej hojności.
Wyszli na zewnątrz, gdzie Po aż zatrzymał się z wrażenia. Na dwóch mostach czekał na nich oddział stu cesarskich zbrojnych, a wszystkich uciekinierów z knajpy zakuto już w kajdany. Żołnierze nie wyglądali na zwykłych piechurów – ich zbroje mieniły się złotem i ornamentami. Na podorędziu mieli broń, o której Po tylko słyszał z opowieści – hwacha. Był to wózek z pionowo ustawionym drewnianym panelem, w który wsadzono kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset kijów przypominających fajerwerki. Podobno faktycznie nimi były choć miały znacznie większą moc. Najpewniej wystarczyłoby kilka, by całą knajpę puścić z dymem.
– Łał, cesarzowi chyba naprawdę zależy byśmy bezpiecznie dotarli do stolicy.
– Tak – odparł Shifu i upewnił się, że nikt go nie słucha. – W końcu jesteśmy teraz jego osobistymi więźniami.
