Tygrysica biegła przed siebie, szybka niczym tajfun. Małpa z trudem dotrzymywał jej kroku, nie tylko gdy biegła przez polany, ale też gdy skakała po czubkach koron drzew. Żuraw co rusz wznosił się w powietrze i wracał, by meldować, co znajdowało się przed nimi. Nie robili zbędnych postojów, wioski omijali z daleka. W niczym nie przypominało to wędrówki do Jinzhou

z przed kilku dni – wtedy Po, mimo szczerych chęci, spowalniał tempo marszu, teraz kotka dawała z siebie wszystko, trochę dlatego, by sprawdzić, czy ciągle jest w formie, i bardziej, by nie wdawać się w niepotrzebne rozmowy z podróżnymi czy Małpą i Żurawiem.

Żuraw dostrzegł zabudowania Chungdam, gdy słońce było wysoko na niebie. Małpa w radości podniósł ręce do góry i zmęczony oparł się o najbliższy pień.

– Jesteś pewny że to na pewno to miasto? Proszę, powiedz, że jesteś tego pewny – rzucił Małpa, z trudem łapiąc oddech.

– Tak myślę, wygląd zgadza się z tym, co mówił mistrz Shifu – oznajmił Żuraw. – Tylko czy znajdziemy tam Gao? Z nas trojga tylko ty, Tygrysico, wiesz jak on wygląda.

– I to wystarczy – odparła chłodno.

– Emm, może będziemy ci mówić o każdym sokole, jakiego zobaczymy – odrzekł nieco speszony ptak. – Nie powinno być ich tu dużo.

– Jak chcecie. Najpierw udamy się do klasztoru. Przy okazji – nie wspominamy tam o Shandianie.

– A może od razu udajmy się do tego szczurka? – zaproponował Małpa.

– Do tego, który wykradł nam miecz i potraktował mnie prądem? – zapytał z przekąsem Żuraw.

– Jeżeli będzie się chciał z nami spotkać, to na pewno nas znajdzie. – Tygrysica odwróciła się w stronę potężnej, strzelistej sosny, która wyrastała ponad pozostałe drzewa. Idealnie nadawała się na punkt obserwacyjny. – Zaraz wrócę.

Potarła dłonie i wyskoczyła ku górze. Złapała jedną gałąź, potem następną i następną, cały czas pnąc się coraz wyżej. Wreszcie znalazła się niemal na samym czubku, skąd mogła zobaczyć całe miasto.

Było mniejsze niż Jinzhou, mur jednak wyglądał na solidny, a na każdym z czterech rogów wyrastały strzeliste wieże z dziesiątkami stanowisk strzelniczych. Gdzieniegdzie Tygryska wypatrzyła jaśniejsze – co znaczyło, że nowsze – głazy w umocnieniu. Pewnie w przeszłości atakującym udało się zrobić tam wyrwy. Może kamienie w tych miejscach są bardziej chropowate i łatwiej się po nich wspinać? Gdyby Tygrysica wraz zresztą mieli nagle opuścić miasto, to mogłaby być ich droga ucieczki. Po pobycie w Jinzhou kotka wolała być przygotowana na każdą ewentualność.

Z łatwością wypatrzyła klasztor, o którym kiedyś wspominał Shandian – wysoka wieża wystrzeliwała ponad zabudowania i z jakiegoś powodu wydawała się dziwnie znajoma. Czy rzeczywiście dowie się tam czegoś o Gao?

Tak naprawdę nie chciała go znaleźć, o czym oczywiście nie powiedziała Shifu. Nigdy nie sprzeciwiłaby się mistrzowi, mimo to liczyła, że sokół może udał się w zupełnie inne strony, gdzie spróbuje zacząć nowe, uczciwe życie, bez oszukujących rodziców i fałszywych przyjaciół. Gdzie nie będą mieli szansy, by go odnaleźć.

Musieli się jednak upewnić, czy nie zrobi czegoś głupiego w tych okolicach. Kto wie co sokół wypatrzył wewnątrz góry demonów? Jeżeli czegoś tu szukał, w klasztorze powinni o tym wiedzieć, a już na pewno wiedziałby o tym Shandian. Tylko że Tygryska wcale nie kwapiła się do tego, by prosić go o pomoc. Nadal nie mogła się do niego przekonać, nie chciała do końca puszczać w niepamięć tego co zrobił. Przynajmniej nie tak szybko. Nadal był niebezpieczny i jeżeli z jakiegoś powodu znalezienie Gao będzie mu nie na rękę, może się z przyjaciela zmienić w przeciwnika.

Gdy zeszła na dół, Małpa i Żuraw przerwali rozmowę. Wyglądali, jakby przyłapała ich na czymś ich wstydliwym. Na pewno rozmawiali o niej i o Po, ale Tygryska nie miała zamiaru przejmować się tym bardziej niż powinna. W tej chwili najważniejsze było zadanie.

– Idziemy.

– Nie minęło nawet pięć minut – oburzył się Małpa. – A jeżeli będziemy tam walczyć? Powinniśmy choć trochę odpocząć.

– Ja nie jestem zmęczona.

– Tygrysko, każdy z nas jest zmęczony, ty też. Usiądź sobie, obiecuję, że nie będziemy pytać o ciebie i Po.

Kocica zacisnęła usta w złości, ale przystała na prośbę Małpy. Pozwoliła sobie na odpoczynek i dopiero wtedy poczuła, że bieg naprawdę ją zmęczył. Zdała sobie sprawę, że w jedną z łap wbiła się drzazga, która musiała tam być od dłuższego czasu. Wyciągnęła ją bez wahania.

– Wiecie, że jeżeli wzleci się wystarczająco wysoko, to można zobaczyć stąd mur? – zagadał Żuraw.

– Powinniśmy się tam kiedyś udać – odparł Małpa. – Może gdyby się udało szybko odnaleźć tego sokoła, poszlibyśmy tam, co? Tygrysko?

– Może.

Sama także chciałaby sprawdzić czy owe owiane złą sławą północne krainy zasługują na swoją opinię. Coś jej podpowiadało, że znalazłaby tam coś innego, niż uczono dzieci w całym kraju. Czy kraina za murem wydałaby się jej znajoma tak samo, jak to miasto?

Zamknęła oczy. Może na moment. Może na godzinę.


Shandian i Yun Yun czekali przy biurku w niewielkim, zakurzonym gabinecie. Znajdował się on w jednej z niedawno opuszczonych kamienic niedaleko klasztoru pięciu żywiołów. Wnętrze było już wielokrotnie okradane, zostały tu tylko meble, i to tylko zbyt ciężkie, by wynieść je w pojedynkę.

Miasto potrzebowało pieniędzy na utrzymanie oddziałów wojskowych i próbowało uzyskać je od najbogatszych, niekiedy zmuszając ich do porzucenia swoich lokum i szukania szczęścia w bardziej przyjaznych miastach. Na razie podobnych budynków było w mieście kilkanaście, ale jeżeli władze się w porę nie opamiętają, najbardziej reprezentatywne dzielnice najpewniej wkrótce zmienią się siedliska biedy i kryminalistów.

Yun Yun z braku zajęcia polerowała swoją błyskawicę na końcu ogona. Shandian zauważył, że ostatnio nie śmiała się zbyt często, a niegdyś bystre oczy, straciły blask. Te kilka tygodni, gdy była zdana tylko na pomysłowość swojego męża, musiały odcisnąć na niej piętno.

– Dlaczego akurat tutaj na niego czekamy? – zapytała Yun Yun. – Masz jakiś plan?

– Czy wszystko co robię musi mieć jakieś drugie dno? Może wybrałem to miejsce, bo mi się podobało? – odrzekł zadziornie.

– Nie wierzę, ty zawsze masz plan – powiedziała z uśmiechem i cmoknęła go w policzek. – Coś nie widać naszego kotka.

– Dajmy mu czas – rzucił Shandian – Może jest po prostu dokładny. Bez dobrego rozpoznania złapali by go już przy pierwszej kradzieży. Chyba możesz jeszcze poczekać, zanim powrócisz do klasztoru? – ironizował.

Yun Yun wzięła jednak jego słowa na poważnie.

– Mogę, choć tak naprawdę dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak bardzo tego nie chcę. Bo wiesz, teraz wydaje mi się on kompletnie obcym miejscem. Niby nie minęło wiele czasu, ale gdy się już wie, że nikt tam nie kiwnie nawet palcem, gdybym potrzebowała pomocy... nie będę kończyć, nie chcę się nad sobą rozczulać.

– Dla mnie też to nie będzie łatwe, myszko – pocieszył ją Shandian.

– Wiem. Wiem też, że nie będziemy tam długo. Po prostu muszę sobie to jakoś ułożyć w głowie. Byłoby łatwiej, gdybym się ciebie słuchała wcześniej. Z jakiegoś powodu myślałam, że powinniśmy im ufać. Ale to ty miałeś rację, zawsze byliśmy dla nich tymi obcymi.

– Jeśli cię to pocieszy, to mnie wykopali stamtąd, mimo że obcy nie byłem– Shongshu odezwał się z największej szafy.

– Cicho! Nikt nie może wiedzieć, że tu jesteś.

– Dlaczego każesz mu siedzieć w szafie? – zapytała Yun Yun.

– Na wszelki wypadek.

– Ty chyba nie mówisz nam wszystkiego?

– Tak będzie lepiej.

Nie spodobała się jej ta odpowiedź, co oznajmiła wzniosłym burknięciem. Czekali jeszcze chwilę, w milczeniu, aż w pustej framudze stanął Tian Zei. Zielonymi oczami otaksował dwójkę, jednak obawiał się przestąpić przez próg.

– Proszę, usiądź. – Yun Yun wskazała kotu wolne krzesło. Poprzedni smutek zniknął w jednej chwili. Tian Zei ukłonił się grzecznie i przycupnął na rogu. Chodził bez butów, stawiając łapki, nie wydawał nawet najmniejszego dźwięku.

– Przepraszam, że tyle to zajęło, jednak chciałem dowiedzieć się jak najwięcej. Wszyscy adepci i nauczyciele w klasztorze zbiorą się za pół godziny w jadalni. Na obiad będzie ryż z rybą oraz zupa grzybowa, ale zanim zaczną jeść, Gian Jing Wei jak zwykle wygłosi przemówienie. Nadal nie wiedzą o waszym przybyciu.

Tian Zei nie potrafił nawiązać kontaktu wzrokowego. Rozglądał się po gabinecie, wibrysy delikatnie mu drżały za każdym razem, gdy ktoś się poruszył. Chyba trochę za ostro go potraktowałem – pomyślał Shandian. Po czasie spędzonym w Jinzhou straciłem wyczucie w tych sprawach. A może chodziło o coś innego?

– Ehh, te jego przemówienia – westchnął Shandian. – Czasem obiad potrafił nam wystygnąć, zanim ten stary pryk skończył gadać. Oczywiście nikt nie odważył mu się przerywać. Jeżeli mamy złożyć mu wizytę, to przed przemówieniem. Dziękuję za informacje. Jest coś jeszcze?

Tian Zei poprawił się na krześle, odchrząkując.

– Nie wydaje mi się. Czy jestem w takim razie do czegoś potrzebny?

– Możesz wrócić do siebie. Bardzo dziękujemy za to co dla nas zrobiłeś – odrzekła Yun Yun.

Kot uśmiechnął się, ale nie było w tym grama szczerości. Shandian nie zdziwił się, w końcu nie dali mu innego wyboru, podziękowania w takim wypadku nie znaczyły wiele. Tian Zei pożegnał się i wyszedł z gabinetu. Yun Yun wstała i upewniła się, że został, by podsłuchiwać.

– Ostrzegł Jing Weia – powiedziała. – Jestem tego pewna.

– Skąd wiesz?

– Nie widziałeś tego? Nawet nie chciał zapłaty. Poza tym zdawał się bardziej zainteresowany tym gabinetem, niż nami.

– Jeżeli to prawda, to przynajmniej stary pryk miałby dla nas przemyślaną propozycję – rzucił Shandian. – Shonsgshu, możesz wyjść z szafy.

Przygruby jeżozwierz otworzył drzwi. Nastroszył przez chwilę kolce i otrzepał luźne, bawełniane spodenki.

– To co, Tian Zei jednak okazał się sprytniejszy niż wyglądał? Wygadał się?– zapytał z błyskiem w oku.

– Nasza wiarygodność na tle całego klasztoru jest raczej nikła. Poza tym, jakby nie patrzeć okradłem go, a potem nie miałem czasu pilnować, by nie spoufalił się z magami. Tak, mógłby to zrobić.

– Ty tego się nie spodziewałeś – zauważyła Yun Yun. W jej spojrzeniu nie było nagany, a raczej niedowierzanie. Przywykła do tego, że Shandian był zawsze o krok przed wszystkimi. A on był po prostu zmęczony. Z jednej strony chciał to zrobić w trudniejszy sposób, ale za to bardziej bezpieczny, jednak z drugiej przez kilka dni nie wpadł na pomysł, jak mieliby uzyskać dostęp do zwojów Gian Jin Weia, nawet gdyby dostali się do klasztoru. Teraz, gdy był niemal pewny, jak wszystko dalej się potoczy, musiał wprowadzić w życie bardziej ryzykowny pomysł.

Podniósł się ciężko z krzesła i odsunął dywan leżący na środku gabinetu. Pod nim znajdowało się wejście do podziemnego przejścia. Z tego co wiedział, tunel kazał wykopać jeszcze właściciel kamienicy, by mógł po kryjomu opuszczać dom. Nie przewidział jednak, że w drugą stronę mogą włamać się złodzieje. Ostatecznie rabunek i groźba kar za zwłokę z zapłatą podatku zmusiły właściciela do opuszczenia miasta, a kamienica stanęła otworem nawet dla najmniej pomysłowych szabrowników.

– Po części się tego spodziewałem. Niestety, nie spodoba się wam to co teraz powiem.

Zdradził im plan. Yun Yun oczywiście zaprotestowała, ale Shongshu ją uspokoił. Rozumiał, że pomysł Shandiana to teraz najlepsze wyjście. Rozległo się pukanie. Ludzie Gian Jing Weia zawsze słynęli z dobrego wychowania. Poza tym mimo wszystko lepiej rozwiązać sprawę polubownie, gdy wiesz, że w środku siedzi dwóch magów umiejących ciskać błyskawicami.

Shandian poszedł otworzyć drzwi.