Potężna brama do Chungdam była otwarta na oścież, a każde z jej spiżowych, czarnych jak smoła skrzydeł szpeciły dziesiątki rys i wgnieceń. Do miasta ciągnęły tłumy zwierząt, zwożąc wózkami żywność, ubrania, zioła i inne towary, które dało się sprzedać na tutejszym targu. Nad bezpieczeństwem czuwały uzbrojone po zęby woły oraz trójka mniejszych zwierząt – bóbr, lis i panda mała.
Chodź niżsi strażnicy nie mieli nawet broni, coś Tygrysce podpowiadało, że to oni byli najważniejsi pośród strzegących bramy zwierząt.
Kotka niewiele wiedziała o Chungdam, mimo że było to jedno z największych miast na północy. Zawsze znajdowało się na uboczu wszelkich waśni ogarniających Chiny, a wróg za murem zdawał się nie interesować ani cesarza, ani innych mieszkańców kraju. Nie było tu szkoły kunf-fu, a magowie pięciu żywiołów nie lubili przesadnego rozgłosu. Tygryska znała ich jedynie z opowieści Shandiana i trudno było jej sobie wyobrazić walkę za pomocą magii drewna czy metalu. Z jednej strony czuła respekt przed sztuką walki uprawianą w tym mieście, z drugiej nie mogła się oprzeć wrażeniu, że była ona niewiele warta, skoro do tej pory nie powstały szkoły, które uczyłyby jej poza Chungdam.
Gdy razem z Małpą i Żurawiem chciała przejść przez bramę, panda mała zatrzymał ich, a na jego pyszczek wstąpił szeroki uśmiech. Chodź należał do tego samego gatunku co Shifu, w ogóle go nie przypominał. Futro miał rudo-czarne oraz był nieco pulchny, a zamiast zwykłego ubrania nosił powłóczyste, szafranowe szaty, podobnie jak bóbr i lis obok niego.
– Witamy mistrzów Jadeitowego Pałacu – powiedział oficjalnym tonem i ukłonił się grzecznie.
Miła odmiana po Jinzhou – pomyślała Tygrysica i razem z dwójką mistrzów odwzajemniła ukłon.
– Nazywam się Hei Hua i jestem strażnikiem Chungdam wyznaczonym przez wielkiego mistrza magii pięciu żywiołów Gian Jing Weia. Żałuję, że nie zostaliśmy uprzedzeni o przybyciu tak znamienitych osobistości. Nie chciałbym marnować waszego czasu, ale jeśli chcecie odwiedzić naszego mistrza, w tej chwili nie będzie on dostępny, ponieważ zajmują go pilne sprawy w mieście. Zawsze jednak mogę zaprowadzić was do zarządcy, który…
– Nie przyszliśmy tu z oficjalną wizytą, ani do mistrza, ani do zarządcy miasta – powiedziała Tygrysica.
– Ale jak to? – zdziwił się Hei Hua. Po chwili spojrzał na mistrzów podejrzliwie. – W takim razie po co tu przybyliście?
– Skąd w ogóle wiesz, że jesteśmy z Jadeitowego Pałacu? – zmienił temat Żuraw.
Panda mała wrócił do poprzedniego uśmiechu.
– Och wszyscy strażnicy w Chungdam znają na pamięć podobiznę Tygrysicy wykonaną przez jednego z naszych wspaniałych rysowników, by w wypadku niespodziewanej wizyty wiedzieć, że mamy do czynienia ze sławną i waleczną wojowniczką kung-fu, a nie jednym z tych tygrysów, które napadają okoliczne wioski. Szczególnie teraz widuje się je niezwykle często.
– Chyba czuję się trochę zazdrosny. A nasze podobizny macie? – zapytał z wyrzutem Żuraw.
– Przepraszam, ale nie. Nie mamy podobizn pozostałych mistrzów, ponieważ nie atakują nas ani małpy, ani żurawie, modliszki, żmije czy pandy. Nie znaczy to, że nie darzymy pozostałych członków potężnej piątki oraz smoczego wojownika takim samym szacunkiem.
Wydawało się, że Żurawiowi ta odpowiedź wystarczyła. Tygryskę jednak zaciekawiło co innego.
– Tygrysy napadają tutejsze wioski?
– Wielmożna pani, czasem nawet i do miasta potrafią się zakraść. Wielki mur chroni nas przed większymi armiami, ale mniejsze grupki zawsze się przemkną. Nasze miasto wiele razy prosiło cesarza, by zorganizował wyprawę wojskową i zrobił porządek z tymi barbarzyńcami. Może za namową tak sławetnych wojowników jak wy, przychylniej rozpatrzyłby nasze prośby?
Tygryska nie potrafiła sobie przypomnieć, by cesarz kiedykolwiek wysłuchał prośby Shifu czy nawet Oogwaya, dlatego nie odpowiedziała. Nie wiedziała, że za murem mieszkają tygrysy, z jakiegoś powodu nikt w sierocińcu i Jadeitowym Pałacu jej o tym nie powiedział.
– Nie chcę przerywać rozmowy, ale wracając do wcześniejszego pytania to jesteśmy tu w konkretnym celu – powiedział po chwili ciszy Małpa. – Szukamy pewnego sokoła, o imieniu Gao. Możliwe, że ukrył się w tym mieście. Może go widzieliście? Nie wiem czy ma jakieś znaki szczególne, może Tygrysko ty byś coś o nim powiedziała?
Kotka przewróciła oczami, Hei Hua za to uśmiechnął się nieśmiało, a nawet nerwowo zaczął bawić się medalionem przy szyi, na którym wygrawerowany był znak wody.
– Ty go widziałeś, prawda? – zapytała.
– Nie, nie, skądże, lecz to oczywiście nic nie musi znaczyć. Ptaki rzadko kiedy korzystają z bram, szczególnie jeśli przylatują w nocy. Nie mogę wam jednak tak po prostu pozwolić wam go szukać.
– Dlaczego?
Tygrysica pochyliła się nad pandą, gniewnie ściągając brwi. Strażnik poprawił kołnierz przy szyi, który nagle musiał się okazać zbyt ciasny.
– Musicie najpierw odwiedzić generała. Nie tytułuje się królem, ani nic z tych rzeczy, ponieważ nie należy do żadnego ze znamienitych rodów i został wyznaczony tymczasowo przez cesarza jakieś dziesięć lat temu.
– Dość długa ta tymczasowość – zauważył małpa.
– Proszę o tym nie wspominać, gdy się z nim zobaczycie. Zaprowadzę was do niego, skoro najwyraźniej czas was nagli.
Szepnął kilka słów do stojącego obok lisa, który zaraz pobiegł w głąb miasta. Tygrysica nic nie zrozumiała, ale wrodzona nieufność kazała się jej pilnować od teraz nieco bardziej.
Panda mała prowadził ich głównym traktem przecinającym miasto w osi północ-południe. Chungdam daleko było to bogactwa Jinzhou, nawet przy reprezentacyjnej ulicy było widać opuszczone i zaniedbanie kamienice oraz domostwa. Więcej za to było tu zbrojnych, jednak nie byli to strażnicy miejscy, a wojacy i najemnicy, w każdej chwili gotowi do wymarszu. Hei Hua mówił, że ich zadaniem jest robienie wypadów na zewnątrz murów i walka z większymi oddziałami, a także zdobywanie łupów, z których się utrzymywali. Miasto jednak nie miało pieniędzy, by wysyłać ich do obrony miejscowej ludności, dlatego generał-zarządca potrzebował magów do utrzymywania pokoju w mieście.
Zwierzęta, które mijali, patrzyły na nich z zaciekawieniem, ale też i obawą. Mistrzowie kung-fu odwiedzali inne miasta zazwyczaj w sprawach związanych z Jadeitowym Pałacem, które rzadko kiedy były bezpieczne i przyjemne. Tylko dzieci się ich nie obawiały, niektóre nawet podchodziły do Tygryski, Żurawia i Małpy z pergaminem i piórem, by dali im autografy.
Zamek zarządcy stał, jak w większości miast, w centralnym punkcie. Nie był jednak najwyższym budynkiem w mieście, pobliska świątynia przewyższała go niemal dwukrotnie. Hei Hua zagadał do strażnika, który natychmiast ukłonił się mistrzom z Jadeitowego Pałacu i otworzył wrota do zamku. Środek był surowy, bez zbędnych gobelinów i innych zdobień. Panda mała zaprowadził ich na górę, aż do szerokiego korytarza, który kończył się dużym oknem. Było tu znacznie przytulniej, drewniane ściany pomalowano na kolor bordowy, zaś drzwi po bokach były czerwone, a każde z nich miało wygrawerowany znak odpowiadający urzędnikowi, który z nimi miał swój gabinet. Dywan miękko uginał się pod butami, choć było widać na nim już uszczerbek czasu.
– Przepraszam na chwilę, ale muszę was zaanonsować – powiedział Hei Hua i zapukał do drzwi gabinetu generała-zarządcy. Nie czekając na odpowiedź wszedł, zamykając za sobą wejście.
– Nie wiem jak wam, ale mi się to średnio podoba – powiedział Żuraw.
– No nie wiem, zamek niczego sobie. Paru strażników, gabinety, spiżarnia…
– … cele – dopowiedziała Tygrysica, po czym stanęła przy oknie. Miała stąd widok na dachy większości domów, bez problemu mogłaby teraz na nie zeskoczyć. Miała ochotę to zrobić, nie podobała jej się wizja kolejnej pogadanki z wysokim oficjelem. Nie ważne jaki był generał, władcy miast zawsze chcieli podkreślić swoją władzę. Tygrysce żadna rozmowa nie była potrzebna, ponieważ miała już miejsce, które chciała sprawdzić – świątynię.
Wyjrzała na zewnątrz i spojrzała na białą jak śnieg wieżę. Wtedy jakiś ptak wyleciał przez okno z najwyższego piętra. Nie potrzebowała nawet sekundy, by wiedzieć kto to był. Stanęła na krawędzi okna.
– Co robisz? – zapytał Małpa.
– Nie mam czasu na głupie pogadanki. Zostań tu. Żuraw, lecisz ze mną.
– Zaraz, o co chodzi? – zdziwił się Małpa, mało nie upuszczając swego kija. – Co mam im powiedzieć?
– Coś wymyślisz. My łapiemy Gao. – Wskazała palcem na lecącego sokoła.
Tygryska pędziła przed siebie, skacząc z jednego dachu na drugi, czasem nawet przeskakując przy tym przez drogę. Sokół zawisł wysoko nad miastem.
– Porozmawiaj z nim! – powiedziała Tygryska do Żurawia.
– Jak? ja go nie znam. Nawet zapomniałem jak ma na imię. Sama z nim gadaj.
Tygryska wykonała kolejny skok, złapała rogu dachu jedną łapą i wykonując obrót przeleciała na drugą stronę ulicy.
– Ja nie umiem latać! – powiedziała mimo to i zatrzymała się. – No dalej, nie będę powtarzać!
Żuraw posłuchał się. Kotka przyglądała się z dachu jak był już bardzo blisko, gdy Gao zaczął nagle nurkować. Latający mistrz kung-fu nie miał szans go dogonić, w przestworzach nie było szybszych stworzeń niż sokoły.
Tygrysica widziała dokąd zmierza Gao, ruszyła więc w tamtą stronę. Przebiegła po dachu, potem zeskoczyła na dół, mijając stragany i oddział pijących żołnierzy. Jeden z nich – niski nosorożec – gwizdnął zalotnie w stronę kocicy. Ta biegła dalej, gdy sokół schował się już poniżej linii dachów.
Żuraw dołączył do niej, gdy ponownie wskoczyła na dach.
– Poleciał do magów. Jest ich chyba dwudziestu.
– Czyli to oni go ukrywali.
– Jest coś jeszcze. Wiem jak to brzmi, ale oni uwięzili kogoś w chodzących pnączach, jednak nie wiem kogo.
– A miała to być spokojna misja – mruknęła kocica.
Małpa czekał przed wejściem do gabinetu zarządcy miasta. Niecierpliwie spoglądał na drzwi. Znów go wszystko omijało, nawet nie miał kiedy zaprotestować, że także chciałby udać się w pościg. Miał już zapukać do drzwi, gdy te otworzył Hen Hua z zapraszającym uśmiechem.
– Generał może was przyjąć. – Nagle mina mu zrzedła. – A gdzie postali?
Mistrz kung-fu podrapał się z tyłu głowy. Na szczęście potrafił improwizować, w końcu zanim trafił do Jadeitowego Pałacu był komikiem, a właściwie, jak nazwała go Tygryska, mistrzem komikiem.
– Długo podróżowaliśmy i po drodze tygrysica zjadła jagody, które okazały się niezbyt… zjadliwe. Źle się poczuła, a Żuraw jej towarzyszy.
– Och, to okropne – powiedział Hen Hua. – W takim razie poczekamy na nich już w gabinecie.
Małpę powitał generał – niewysoki szakal, który starał się być choć trochę wyższy, nosząc buty na wysokiej podeszwie. Wypiął pierś w żołnierskiej postawie, a jego chwyt był pewny jakby należał co najmniej do nosorożca. Ubrany był w galową zbroję, z szerokimi naramiennikami, a sierść na czubku głowy miał związaną w żołnierski kok.
– Witam szanownego mistrza, tuszę, że Tygrysica i Żuraw także zaraz się pojawią. Przepraszam także, że przyjmuję waszą trójkę w pełnym rynsztunku, ale nigdy nie wiadomo kiedy trzeba będzie wyruszyć na bitwę.
– Pojawią albo się nie pojawią. Wie generał jak to bywa z leśnymi owocami. – Małpa uśmiechnął się sztucznie.
– Nie, nie wiem. – Szakal spojrzał na niego nieco zbity z tropu, ale zaraz przeszedł do oficjalnego tonu. – Liczyłem, że skoro już tu jesteście, opowiedzielibyście o swoich potyczkach. Zawsze doceniałem kunszt sztuk walki, niestety Chungdam jeszcze nie dane było posiadać szkoły kung-fu. Proszę, może zanim przyjdą twoi przyjaciele, powiedz jak wygraliście wielką bitwę z Kajem? Słyszałem, że pod względem taktycznym była to jedna z najciekawiej przeprowadzonych obron górskiej osady w historii.
– Och, ja także chętnie tego wysłucham – przyznał Hei Hua i usiadł na stoliku obok zarządcy.
Kąciki ust Małpy zaczęły go boleć od sztucznego uśmiechu.
– Tak szczerze to do końca nie wiem. Przez całą walkę byłem zaklęty w kamieniu, więc mogę powiedzieć o tej bitwie mniej więcej tyle co przeciętny głaz.
Generał wymienił spojrzenie z pandą małą, nawet odrobinę się nie uśmiechając.
– To może powiesz coś o innej potyczce? Chociażby z Tai Lungiem.
Małpa o tym także nie mógł za wiele opowiedzieć. Z Tai Lungiem przegrał razem z całą piątką, a Po walczył bez większej publiczności. Małpa nawet kilka dni po bitwie uważał, że panda wszystko wymyślił. Uwierzył dopiero, gdy Tai Lunga nikt już nie widział, a Shifu potwierdził początek starcia.
Wolał więc o tym nie opowiadać, ponieważ tylko zepsułby i tak niezbyt zdrową atmosferę. Bardzo chciał nawiązać nić porozumienia z rozmówcami, wzbudzić choć cień uśmiechu.
– Może lepiej będzie jak opowiem żart – rzucił. Nie czekał na odpowiedź. – Pewnego razu żył sobie sprzedawca bananów, którego małżonka bardzo chciała mieć piękną, żółtą suknię. Sprzedawca niestety nie zarabiał zbyt wiele na swoich bananach, więc nie było go stać na taki prezent. Jednak któregoś dnia przyszedł do niego bogacz i powiedział: zapłacę ci dziesięć razy więcej jeśli dasz mi największego banana. Sprzedawca przeszukał wszystkie skrzynie aż wreszcie znalazł takowego. Dał go bogaczowi i zgodnie z umową otrzymał dziesięć razy więcej niż powinien. Historia powtarzała się kilka razy, aż wreszcie uradowany sprzedawca zarobił tyle pieniędzy, by kupić żonie żółtą suknię. Kobieta tak ucieszyła się z prezentu, że cały następny dzień chodziła w nowej nabytku, a nawet odwiedziła tak ubrana stragan męża. I wtedy przyszedł bogacz, ten sam, który wcześniej płacił tak dużo za jeden owoc, po czym wskazując na małżonkę powiedział: poproszę tego banana. A sprzedawca na to: to wcale nie jest banan, to moja małżonka.
Małpa zaśmiał się, klepiąc się po udzie. Gdy przestał, w gabinecie zarządcy chyba jeszcze nigdy nie było tak cicho.
– To było słabe – przyznał wreszcie zarządca.
– Niestety, muszę się zgodzić – dodał Hen Hua. – I w dodatku nie tak słabe, że aż dobre. Raczej tak słabe, że naprawdę słabe.
– Emm, rozumiem. To może powiem jak kiedyś wszedłem do baru…
Tygryska i Żuraw przyglądali się magom z dachu pobliskiego sklepiku z ceramiką. Słyszęli, jak Gao mówił o włamaniu w świątyni, stary borsuk, który najwyraźniej był tu najważniejszy, wściekł się i zaczął krzyczeć na więźnia trzymanego w klatce z korzeni, chodzącej na dwóch pokracznych nogach. Przez otwory widać było głowę o karmelowej sierści, tygryska domyślała się kogo magowie złapali.
– Najpierw bijemy czy rozmawiamy? – zapytał Żuraw.
– Rozmawiamy. Nie będę nadstawiać karku ani honoru Jadeitowego Pałacu za tego smarkacza, ani za sokoli ród. Nie wiemy co magowie potrafią, poza tym nie możemy tak po prostu chodzić po miastach i bić mieszkańców.
– Nigdy o tym nie myślałem w ten sposób.
Po tym jak zeszli na dół, w wąskiej uliczce dołączył do nich małpa.
– A ty co tu robisz? – zapytał Tygrysica.
– Zarządca i mag nie chcieli już e mną rozmawiać. Domyślili się, gdzie się udaliście, oraz powiedzieli, że Gian Jin Wei ma zaplanowaną raczej nieprzyjemną pogadankę ze swoim byłym uczniem, dlatego nie przyjąłby nas w świątyni.
– Łał – odparł zaskoczony Żuraw. – To wygląda na dość poufną informację. Jak sprawiłeś, że ci o tym powiedzieli?
– Dokończyłem żart o tym jak wszedłem do baru.
Tygryska i Żuraw wzdrygnęli się.
– Powinni cię za to zamknąć w Chorh-Gom – rzuciła kotka.
Do magów podeszli szeroką ulicą, tak by byli dobrze widoczni. Gian Jin Wei nagle ucichł, a na posiwiały pysk wstąpił nerwowy uśmieszek. Strażnik, którego tygryska widziała wcześniej przy bramie, przybiegł do starego borsuka i szepnął mu coś na ucho.
– Przecież ich widzę – burknął cicho starzec.
Tygryska widziała, jak zakłopotany Gao spuszcza wzrok na jej widok. Wyglądał jak zbite zwierzę, choć kotka widziała tylko aktorską grę kogoś, kto obiecał, że się zmieni i tej obietnicy nie dotrzymał. Czasem chciałaby w takich chwilach mieć tyle samo wiary w innych co Po.
– Potężna piątka! – niemal krzyknął stary borsuk w ich kierunku. Potem skłonił się nisko. – Mimo że nie zaszczyciliście nas w pełnym składzie, to i tak witam was ciepło. Ja jestem Gian Jin Wei, ci wszyscy wokół mnie to moi uczniowie magii pięciu żywiołów, zaś z tym niegodziwcem po mojej prawej już się pewnie poznaliście.
Roślinny stwór z Shandianem postanowił usiąść na ziemi. Mag błyskawic pomachał przez dziurę pomiędzy korzeniami.
– Cześć wam – powiedział. – Mogliście uprzedzić, że przyjdziecie, postarałbym się o jakąś herbatę albo mocniejsze baijiu.
– Zamilcz, jeśli łaska – rzucił starzec, po czym zwrócił się do mistrzów przyjaźniejszym tonem. – Czemu zawdzięczam waszą wizytę?
Tygryska dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że to ona powinna teraz przejąć inicjatywę. Zazwyczaj podobne rozmowy przeprowadzała w towarzystwie Shifu, który przemawiał przed nią z racji wieku i wyższego stopnia w hierarchii, oraz Po, który zawsze wyrywał się zanim zdołała cos powiedzieć.
– Przyszliśmy tu po Gao. Lord Sun, starszy sokolego rodu, chciałby widzieć go z powrotem w Jinzhou.
I sokół, i borsuk przyjęli jej wiadomość nad wyraz spokojnie.
– Od kiedy potężna piątka stała się chłopcami na posyłki? – zdziwił się Gian Jin Wei z szelmowskim uśmieszkiem. – Muszę przyznać, że co innego o was słyszałem.
– Nie zawsze możemy robić rzeczy, na które mamy ochotę – odparła Tygryska. – Gao, idziesz z nami.
– Nie – powiedział ptak.
– Co? – Kotka nie spodziewała się takiej odpowiedzi i tak naprawdę nie wiedziała, co powinna teraz zrobić. Nie mogła po prostu związać Gao i zabrać go ze sobą – lord Sun nie miał żadnej władzy w tych rejonach, w razie czego piątka nie mogła się tłumaczyć, że senior sokolego rodu kazał im siłą zabrać syna.
– Myślę, że wszyscy dobrze usłyszeliśmy słowa Gao – powiedział Gian Jin Wei. – Jeśli uspokoi to twoje sumienie, mistrzyni Tygrysico, jeszcze dziś wyślę wiadomość do lorda Suna z informacją, że jego syn przybywa u nas. Myślę, że to rozwiąże problem także między nami.
Gao chciał zaprotestować, jednak zamilkł, gdy stary borsuk spojrzał na niego z naganą.
– To jak? – zapytał Gian Jin Wei, pokazując pożółkłe zęby w uśmiechu.
Tygryska zacisnęła usta. Nie chciała popełnić błędu. Co na jej miejscu zrobiłby Shifu? Nie mogła poradzić się ani Małpy, ani Żurawia, ponieważ pokazało by to jej słabość.
– Dobrze, możemy się na to zgodzić – odrzekła, po czym wskazała podbródkiem Shandiana. – A co z nim?
– Nie kłopocz się mną, Tygrysico – odpowiedział karmelowy myszoskoczek. – Ja sobie poradzę.
– Tak jak słyszeliście – odrzekł Gian Jin Wei, pewny siebie. – To są sprawy między mistrzem, a byłym uczniem. Zaproponowałbym wam nocleg w świątyni, ale wierzę, że macie pilniejsze sprawy od zwiedzania naszego skromnego miasteczka. Nie pozostanie mi więc nic innego jak się pożegnać.
Nie było to ciepłe słowa, równie dobrze mógł powiedzieć, że nie życzy sobie, by dłużej przebywali w mieście. Rośliny stwór, który więził Shandiana, podniósł się na swoich długich nogach i ruszył w stronę świątyni, zanim zaś udali się stary borsuk i jego świta.
Tygryska pierwszy raz była w podobnej sytuacji – z jednej strony nic się jej nie stało, co można było uznać za sukces, z drugiej zaś nic nie zrobiła. Nie chciała jednak wracać, miała tu jeszcze jedna sprawę do załatwienia, niezwiązaną z Gao czy Shandianem. Tym razem chodziło o nią. I tygrysy.
