Bambus w łapach Mei Dao wściekle ciął powietrze, ale siostra unikała go z gracją, cały czas trzymając swój kij za plecami. Za każdym razem uderzenie chybiało o włos, ale walka dwóch lamparcic nie ustawała. Może tym razem się uda, może teraz!

Młodsza kotka zamachnęła się mocniej niż powinna. Chybiła, a po chwili leżała na plecach z obolałą łapą i stopą. Mei Ling celowała bambusową bronią między jej oczy z tym swoim uroczym uśmiechem.

Przez to była jeszcze bardziej irytująca.

– Co źle zrobiłaś? – zapytała.

– Odsłoniłam się, potem zostawiłam nogę.

– Nie tylko. Przede wszystkim pozwoliłaś, by gniew przejął kontrolę. Może mogłaś sobie na to pozwolić na arenie w Jinzhou, ale ty chcesz być przecież lepsza.

Mei Ling wyciągnęła łapę, ale Mei Dao prychnęła i sprężyście podniosła się na nogi. Nie potrzebowała pomocy, mimo że szkoliła się w tak niegodnym miejscu jak arena babci.

– Nie musisz mi o tym ciągle przypominać – warknęła.

– Przepraszam, może masz rację – odrzekła poważnie.

Mei Dao aż przewróciła oczami. Mei Ling – zawsze uśmiechnięta, ułożona, wiedząca jak się zachować. Młodsza kotka przyjęła bojową pozycję.

– Jeszcze raz. Tym razem uda mi się cię trafić, zobaczysz!

Mei Ling jednak oparła kij o ziemię.

– Najpierw uspokój się. Lamparcice jak my nie mogą walczyć jak tygrysy, nie polegamy tylko na sile. Tu trzeba także domieszki spokoju smoka.

Lamparcica aż zadrżała na dźwięk ostatniego słowa. Choć minęło już sporo czasu, nadal pamiętała spotkanie ze smoczym wojownikiem. Bardzo się bała, gdy byli razem w szafie, ale potem z każdą chwilą strach zastępowała nić porozumienia. Nigdy wcześniej nie przeżyła czegoś podobnego.

– Ale tego chyba zawsze ci brakowało – dodała z uśmiechem Mei Ling.

Mei Dao także uniosła kącik ust. Mimo różnic, mimo tego że nie znały się jeszcze zbyt dobrze, niektóre rzeczy między sobą wyczuwały, choć nikt o nich nie powiedział. Naprawdę były siostrami. Czasem kotka żałowała, że nie była trochę starsza, może wtedy mama miałaby szansę także i ją oddać do szkoły kung-fu, jak potajemnie zrobiła to z Mei Ling.

Potem było już za późno, król po perypetiach siostrami Wu, Oogwayem i trzema mistrzami, dokładnie pilnował, by nikt z Jinzhou nie zaczął trenować kung-fu w szkołach związanych z Jadeitowym Pałacem. Ostatecznie mama zmarła, tata był nieznany, a biedna Mei Dao została z babcią. Nie mogła powiedzieć, by czegoś jej brakowało, a jednocześnie zawsze za czymś tęskniła.

Czy brakowało jej spokoju? Na pewno, bo jak miało go nie brakować? Odkąd przyszła do szkoły kung-fu i spotkała się z siostrą, robiła wszystko, by stać się mistrzynią kung-fu. Okazało się to jednak trudniejsze niż się spodziewała, wiele musiała się nauczyć. Gdzieś z tyłu głowy majaczyła myśl, że może już nigdy nie będzie wystarczająco dobra, że lata walk z oprychami, które często były tylko zabawą, zepsuły jej styl już na zawsze. Dlatego każdy upadek bolał mocniej niż powinien, a nawet cień zniecierpliwienia na pysku siostry, wywoływał poczucie winy.

Nie pomagały też legendy o smoczym wojowniku, który podobno już po kilku dniach treningu pokonał wielkiego Tai Lunga. Ciężko było się pogodzić z tym, że ją będzie czekać trudniejsza droga.

– Może rzeczywiście potrzebuję przerwy – przyznała.

Mei Ling skinęła z głową z uśmiechem. Wtedy przyleciał do nich cesarski posłaniec – niewielki krogulec o wyłupiastych, nieco niepokojących oczach.

– Mei Ling, cesarz chce cię widzieć natychmiast w zakazanym pałacu.

– Tak jest – odparła bez wahania, choć Mei Dao potrafiła rozpoznać jej zaskoczenie. Cesarz wzywał ją tylko w nagłych wypadkach, najczęściej, gdy potrzebował wzmocnienia ochrony.

Lamparcica została sama. Spojrzała na trenujących niedaleko uczniów. W stołecznej szkole kung-fu uczyło się ich dziesiątki. Lamparcica marzyła, by tu trafić od kiedy była dzieckiem. Miała nawet swoim pokoju ukrytą rycinę, na której były wielkie place, maszyny treningowe, a także biało-czerwony świątynie, w których uczniowie mogli się wyciszyć. Teraz jednak pragnęła opuścić szkolne mury i udać się do miasta za nimi.

To było ogromne – Jinzhou przy stolicy wydawało się nic nie znaczącą wsią, nawet z najwyższych wież klasztorów i świątyń nie dało się dostrzec wszystkich zabudowań. Mei Dao z racji swojego pochodzenia miała wstęp na dwory wielkich rodów, a niekiedy nawet i do zakazanego miasta, ale nie lubiła tych miejsc. Czuła, że nie pasowała do dystyngowanych dam i ich plotek, na przyjęciach w stroju ucznia kung-fu czuła się trochę jak brzydkie kaczątko. Zamiast tego wolała uliczne przedstawienia, nieraz też dosiadała się do oprychów, by ograć ich w kości bądź karty.

Szybko opuściła równe, brukowane uliczki oraz eleganckie sklepy i domy. Trafiła do obskurnej dzielnicy. Drewniane kamieniczki upchano tu gęsto zboczu chylącym się aż do podłużnego jeziora, które dzieliło całe miasto na dwie części. Mało kto z bogatszych dzielnic się tutaj zapuszczał, w obawie o swoje zdrowie bądź pieniądze. Mei Dao jednak nie miała się czego obawiać – może i nie potrafiła walczyć jak siostra, ale paru oprychów już przekonało się, że lepiej z nią nie zadzierać. Mei Ling na pewno tego by nie pochwaliła, ale z drugiej strony młodsza siostra potrzebowała kogoś, z kim mogła porozmawiać i nie uważać, by nie powiedzieć czegoś nie tak.

Najczęściej odwiedzała knajpę na parterze starej, drewnianej kamienicy. Wciśnięta była gdzieś między dwa wyższe budynki, lekko nachylała się ku wąskiej uliczce. Przychodziło tu wielu bywalców areny pani Han, tych z trybun, jak i tych, którzy tam walczyli.

W środku na jej widok wrzawę podniosła grupa nosorożców, jeden zaczął nawet gwizdać zapraszać do stołu. Kotka miała już się zgodzić, gdy zobaczyła w rogu pomieszczenia wielkiego niedźwiedzia, który wśród pozostałych wyglądał jak wielki dąb wśród niskich krzewów. Był to Xiang Mu, jeden z dwójki niedźwiedzi, których babcia przez lata wynajmowała od króla do ochrony. Dosiadła się do niego, nie czekając na pozwolenie. Były strażnik spojrzał na nią poważnie znad kufla, ale zaraz potem na pucołowatym pysku ukazał się serdeczny uśmiech.

– Kociczka! – powiedział tubalnym głosem. Od zawsze ją tak nazywał. – Co ty tu robisz?

– Jak to co? Uczę się kung-fu.

– O tym wiem. Pytam się co TU robisz? – Wielkich paluchem wskazał na blat stołu, przy którym siedzieli. – To nie jest miejsce dla dziewczynek, szczególnie tak małych i uroczych.

– Umiem o siebie zadbać. Poza tym już dawno nie jestem małą dziewczynką. A co do uroczości, to może jeszcze mi coś zostało.

Uśmiechnęli się. Zawsze lubiła tego ogromnego niedźwiedzia. W przeciwieństwie do innych oprychów, których znała wcześniej, nie był tak odpychający w obyciu, może dlatego udało mu się zostać aż gwardzistą u króla w Jinzhou.

– A co ty robisz w stolicy? – zapytała i poprosiła o kufel czegoś mocniejszego. – Myślałam, że będziesz teraz na usługach tego okropnego kruka.

– Chodzi ci Yin Yinga? To była krótka przygoda.

– Powiesz mi coś więcej? – zapytała po chwili ciszy. – Zawsze muszę z ciebie wyciągać takie rzeczy.

Niedźwiedź poprawił się na stołku, patrząc się gdzieś w bok. Wyraźnie nie chciał o tym rozmawiać.

– To nie jest dobry ptak, kociczko – powiedział w końcu.

– Od kiedy to ci przeszkadzało?

Wielki kompan wyprostował się.

– Może król i twoja babcia nie byli krystaliczni, ale nigdy nie chcieli, bym robił coś niezgodnego z prawem. O tym ptaku, a raczej ptakach, nie mogę tego powiedzieć, łagodnie mówiąc. Zresztą nie wiem już o kim mogę tak powiedzieć.

– Jeszcze są tacy. Choćby wojownicy z Jadeitowego Pałacu.

– Ta, oni na pewno – odrzekł niedźwiedź, masując żuchwę. W głowie musiał mieć jeszcze poprzednią potyczkę ze smoczym wojownikiem. Mei Dao zachichotała na ten widok. – Na razie zgłosiłem się do cesarskiej gwardii, czekam na odpowiedź twojej siostry.

– I dopiero teraz mi o tym mówisz? Przecież mogłabym powiedzieć o tobie parę ciepłych słów.

– Myślisz, że nie dostałbym się tam bez twojej pomocy? – zapytał poważnie. Mei Dao zrozumiała, że właśnie go obraziła.

– Nie. Ja po prostu chciałam pomóc.

Niedźwiedź skinął głową i wypił jednym haustem połowę kufla, który był większy niż głowa kocicy.

– Nic się nie stało, nadal jesteś moją ulubioną kociczką. Ja po prostu jestem głupim niedźwiedziem – rzucił. Potem schylił się i ściszył głos. – Nie powinienem o tym mówić, ale lepiej żebyś o tym wiedziała. Słyszałem, że twoje ciotki także są w stolicy. Naprawdę lepiej żebyś skończyła z wizytami w podobnych miejscach, nie każ mi się o ciebie martwić.

– Skąd o tym wiesz?

– Zwierzęta gadają. Ktoś widział je jak rozmawiały z krukami. Nie wiem czy wiesz, ale w tym mieście kruki służą przede wszystkim cesarzowi.

– Co to może znaczyć?

– Ja chcę być tylko prostym gwardzistą. – Podniósł łapy, w geście mówiącym, że nie chce mieszać się do podobnych spraw. – Tęgie głowy powinny się zastanawiać się nad takimi rzeczami, takie jak twoja. Zawsze byłaś bystra, mnie już męczy zastanawianie czy coś jest w porządku, czy nie.

– Jeśli o to chodzi, to zawsze byłeś leniwy. Pani Han karze, ja robię. Taki byłeś. Nie możesz wiecznie zrzucać odpowiedzialności za swoje czyny na kogoś innego.

– Może masz rację. A może myślałabyś o tym inaczej, gdybyś jednym nieopatrznym ruchem mogła zrobić krzywdę dziecku albo jakiejś staruszkę. Przydałoby mi się trochę spokoju.

– I szukasz go w takich miejscach? – Mei Dao uśmiechnęła się szelmowsko.

– Tu są tańsze lokale.

– Jasne – niedowierzała kotka. – I tylko przypadkiem niedaleko znajduje się podziemna arena walk? Nie idź tam, przez cały dzień nie widziałam tam ani jednej uczciwej walki.

– Może rzeczywiście porozmawiaj z siostrą – odrzekł niedźwiedź. – Jest jeszcze jedna rzecz, która może cię zainteresuje. Smoczy Wojownik przybywa dziś do stolicy. W obstawie cesarskiej gwardii – dodał z naciskiem na ostatnie dwa słowa.

– Naprawdę? I co w tym dziwnego, że przyjdzie w obstawie, przecież to ważny gość.

– Niby tak, ale gdyby jej chcieli, to poprosiliby, żeby towarzyszyła im już od Jadeitowego Pałacu. Nie chcę nic sugerować, kociczko, ale pomyśl – twoje siostry i smoczy wojownik pojawili się w tym samym momencie w mieście. Myślisz, że to może być przypadek?

– A co innego? – zapytała. Po chwili jednak nie była taka pewna. To rzeczywiście mogła być ważna informacja, Po powinien o tym wiedzieć. – O której Smoczy Wojownik ma przyjść do miasta?

– Nie wiem, może nawet już przechodzić przez zewnętrzne mury.

– Dziękuję – powiedziała i pocałowała go w policzek. – Muszę iść. I powiem o tobie siostrze.

– Uważaj na siebie – dodał niedźwiedź i zabrał się za kufel, którego nie dokończyła Mei Dao.