Po przywykł już do hucznych powitań podczas oficjalnych wizyt. Zwierzęta zawsze przybywały tłumnie żeby go zobaczyć, przybijały mu piątki, skandowały jego imię i tytuł. Mimo to i tak nie był przygotowany na to co czekało go w stolicy. Po tym jak przekroczył mury miasta, cały czas towarzyszyły mu tłumy przepychających się zwierząt, matki z dziećmi starały się prześlizgnąć do niego, by panda choć na chwilę dotknął głowy małych szkrabów. Okrzyki zdawały się trząść posadami budynków, można było odnieść wrażenie, że gdyby nie eskortujące go wojsko, radosny motłoch stratowałby i jego, i Shifu.

Panda machał do nich z uśmiechem, kilka razy przyjął odpowiednio mocarną pozę dla fanów i rysowników.

– Wiem, że jestem sławny, ale to już chyba przesada – powiedział zdyszany do Shifu w chwili pomiędzy dotknięciem głowy jakiegoś prosiaczka i rubasznym śmiechem, który wywołała piątka małych wilków w spodenkach smoczego wojownika. Żołnierze czujnie obserwowali jak przechodził z jednej strony konwoju na drugą, ale na razie nie interweniowali.

– Mam świadomość, że to jak prosić rzekę o zawrócenie, ale czy mógłbyś się trochę opanować. Jesteśmy w mieście cesarza. Tylko on powinien odbierać tu cześć.

– Ale co ja poradzę, że mnie tu wszyscy kochają? – rzucił panda, tym razem podpisując się na jakimś bezcennym złotym półmisku.

– Nie ciebie, tylko twoją legendę – Shifu zaszedł mu drogę i ściszył głos. – Żaden z nich nie widział tego co zrobiłeś. Kto wie ile prawdziwych a ile wymyślonych historii o tobie usłyszeli. Jeden gest cesarza, a mogą pojawić się także inne historie, a ten tłum zamiast cię wielbić, postanowi cię spalić.

Po spochmurniał odrobinę.

– Mistrz to chyba zawsze chce zepsuć humor komuś, kto się dobrze bawi.

– Wolę to zrobić, niż zastanawiać czy ta zabawa nie będzie ostatnią.

Po przewrócił oczami, ale i tak nieco spoważniał. W słowach Shifu było pewnie trochę racji, a on przecież nie był już tym pandą co na początku pobytu w pałacu.

Szli więc dalej powolnym tempem, który nadawali żołnierze eskortujący mistrzów Jadeitowego Pałacu. Choć nie przeszli nawet połowy drogi, Po widział już dokąd zmierzają – na końcu szerokiej drogi znajdowało się Zakazane Miasto. Innym władcom i zarządcom często wystarczał gabinet i kilka pokoi w zamku ponad więzieniem. Cesarz jednak miał na własność całe miasto w mieście.

Otaczały je krwistoczerwone mury, dachy zabudowań w środku mieniły się złotem. Po na ich widok poczuł ukucie lęku. Właśnie szedł na spotkanie z właścicielem tego wszystkiego, najpotężniejszym zwierzęciem w całych Chinach. Ciężko było nawet zliczyć, ile to wszystko mogło być warte, ile zwierząt pracowało nad wzniesieniem pałaców, świątyń, murów i baszt. Po słyszał, że w budowlach wewnątrz murów znajdowało się dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć pokoi. Dziesięć tysięcy mogło już być tylko w pokojach bóstw – albo smoków, jeśli wierzyć zwojom, które wspominały o tym, że te magiczne stworzenia także mieszkały w swoich pałacach.

Nagle Smoczy Wojownik usłyszał pośród krzyków znajomy głos. Próbował wypatrzeć w tłumie do kogo należał, aż zobaczył Mei Dao na jednym z dachów. Wyglądała na dziwnie przejętą. Pomachał do niej, ale ta zaczęła krzyczeć coś o jakiś siostrach i wole, ale nie mógł jej zrozumieć. Gdy chciała podejść bliżej, strażnicy zagrodzili jej drogę. Shifu zabronił Po próbować się do niej zbliżyć.

– Ale to…

– Domyślam się kto to. Pamiętaj o tym co powiedziałem ci pod knajpą. Tylko oficjalnie jesteśmy gośćmi. Nikogo nie interesują zwykli mieszkańcy, ale rozmowa z kimś takim jak ona na pewno będzie zauważona.

Po skinął głową i spojrzał jak Mei Dao wycofuje się gdzieś miedzy budynki.

Eskortujący mistrzów oddział zatrzymał się wejściem do Zakazanego Miasta. Większość żołnierzy nie miała dziś prawa wejść na teren pałacu, przy Po i Shifu zostali tylko najdostojniejsi wojowie w złotych zbrojach. Szpiedzy, którzy znaleźli ich w knajpie, odłączyli się jeszcze zanim weszli do stolicy.

Po przeszedł przez jedną z trzech niezbyt dużych bram. Za nimi czekał dostojny paw, ubrany w tak delikatny i piękny jedwab poprzeszywany złotymi nićmi, że nowy strój Po wydał niewiele lepszy od starych spodenek.

– Cesarz chce, byście oczekiwali na niego w głównym pałacu – powiedział ptak. – Proszę za mną, pałac jest duży i łatwo się w nim zgubić.

Po uwierzył ptakowi na słowo.

W zakazanym mieście było bardzo cicho, mimo że znajdowało się w środku chyba największego miasta w Chinach. Przechadzało się tu wielu strażników – także wojowników kung-fu, spośród których wielu dyskretnie robiło ukłon w stronę Shifu – a także pracowników obsługi pałacu i mieszkańców dworu. Jeśli ktoś rozmawiał, to szeptem. Wszyscy stąpali, jakby unosili się tuż nad ziemią i tylko kroki Po odbijały się pogłosem od jaskrawych ścian pałaców i krzewów.

Kilka razy panda miał już wrażenie, że dochodzi do głównego pałacu, gdy okazywało się, że za nim znajdował się jeszcze większy.

– Daleko jeszcze? – zapytał.

Paw odwrócił się i zadowolony z siebie przyznał, że są już blisko.

Poza ptakiem nikt z dworu zdawał się nie zwracać na niego uwagi. Tak jakby obok nikt nie eskortował dwójki jednym z najpotężniejszych wojowników kung-fu w kraju. Pewnie coś takiego zdarza się tu codziennie – drwił w myślach Smoczy Wojownik.

Wreszcie wyszli na wielki plac, na którym mogłoby się zmieścić nawet dziesięciu tysięcy żołnierzy – tyle miała ich mieć armia cesarza. Teraz stał on pusty, a wyłożone białe płyty lśniły w słońcu. Na jego końcu stał główny pałac. Nie był może wyższy od Jadeitowego Pałacu, ale jego rozłożystych skrzydeł nie dało się ogarnąć bez obracania głowy. Za to na pewno prowadziło do niego znacznie mniej schodów, co panda przyjął z ulgą.

Żołnierze zaprowadzili ich do wielkiej sali, w której cesarz przyjmował oficjalnych gości. Po ostatnio odwiedził sporo podobnych miejsc i musiał przyznać, że nie umywały się one do tego pomieszczenia. Była ona wielkościa porównywalna z wnętrzem areny Pani Han, jednak tutaj wszystko było po prostu doskonałe. Czerwone kolumny nie miały najmniejszej skazy, wielkie płyty na podłodze lśniły czystością, tron zaś stał na wysokim podwyższeniu, które po prostu przypominało górę złota. Za tronem zaś znajdował się wielki złoty smok z ostrymi pazurami – symbol władzy cesarskiej.

Żołnierze oraz mistrzowie stanęli przed pierwszym stopniem – wejście wyżej mogłoby być obrazą dla cesarza. Po kilku minutach stania w bezruchu, Po znów pochylił się do Shifu.

– Co teraz?

– Teraz czekamy.

– Szliśmy tutaj dwa dni z knajpy, a i tak będziemy czekać?

– Tak. Cesarz na nikogo nie czeka, choćby faktycznie czekał.

Wystarczyła krótka chwila, by Po przestał zastanawiać się nad sensem słów Shifu.

– I będziemy to robić na stojąco?

– Tak. Chyba że ktoś na powie inaczej.

Mistrz uśmiechnął się, ale Smoczy Wojownik wiedział, że mówił poważnie. Wtedy rozległ się gong i głos nie wiadomo skąd oznajmił, że na salę za chwilę wejdzie władca Chin, cesarz i syn niebios o imieniu Chenxing. Przybyli żołnierze uklękli na jedno kolano, Po także chciał to zrobić, ale ku jego zaskoczeniu Shifu kazał mu stać.

– Szacunek, ale nie służalczość – powiedział cicho.

Po czuł już, że to spotkanie nie skończy się dobrze. Kim byli w stosunku do cesarza – sługą, jak wszyscy, czy jednak kimś innym. Jak powinien się zachować i czego Shifu nie dał mu praktycznie żadnych wskazówek.

Cesarz wszedł do sali i przeszedł obok tronu. Był potężnym wołem, ubranym w ciężkie czerwono-żółte szaty, w których poruszanie się musiało być upiornie trudne. Głowę zdobiła skomplikowana, wysoka korona, z której zwisały złote sznury, a także łańcuszki takich samych kulek. Po nie mógł z surowej twarzy króla odczytać żadnej emocji.

Władca Chin schodził do nich powolnym krokiem. Gdy był już na dole, zmierzył wzrokiem Po, a potem Shifu, aż wreszcie na jego twarz wstąpił szeroki uśmiech.

– Shiiifuuu – powiedział i uścisnął mistrza, prawie podnosząc go z podłogi. Potem poklepał Smoczego Wojownika po plecach. – Nie myślałem, że będę miał okazję was tu spotkać. Straż, wynocha stąd!

Żołnierze pośpiesznie wstali i opuścili pomieszczenie. Po jednak nie poczuł się nawet odrobinę swobodniej. Na pewno za ścianami czekali kusznicy, skoro pani Han mogła mieć podobną ochronę, to coś takiego na pewno miał cesarz.

Chenxing ściągnął koronę i włożył ją sobie pod pachę.

– Nawet nie wiecie jak ciężko się chodzi w tym ustrojstwie. Niestety, nie mogę się bez tego pokazywać strażnikom. Ciekawe czemu? Co, swojego cesarza nie rozpoznają? Co myślisz o tym Smoczy Wojowniku?

Po przeszył dreszcz, słysząc swój tytuł.

– W sumie to bez korony cesarz wygląda dość zwyczajnie, więc może być w tym trochę prawdy.

Cesarz popatrzył na niego przez chwilę, jakby miał go zabić i przy okazji spalić Jadeitowy Pałac i restaurację pana Pinga. Potem zaśmiał się tam gromko, że zadrżały złote zęby w paszczy smoka za jego plecami.

– Te głąby na pewno tak myślą – odrzekł i znów poklepał go po plecach.

Po odetchnął z ulgą i poprawił kołnierz swojego stroju, który wydał się teraz wyjątkowo blisko szyi.

– Synu niebios – powiedział Shifu, lekko się skłaniając – przybyliśmy tu, by razem z lordem Sunem omówić sprawę następcy króla Jinzhou. Proponujemy, by tak jak było to w Gongmen, przekazać władzę w ręce rady mistrzów kung-fu. Ich skład pozwoliłem sobie zapisać na tej liście.

Shifu wręczył zwój cesarzowi, ten tylko na niego spojrzał i oddał go z powrotem.

– Myślałem, że będziesz chciał by była tam Mei Ling.

– Nie miałem okazji z nią o tym porozmawiać. Pomyślałem…

– Na pewno się zgodzi, wpisz ją zamiast tego Ciang… o tego tu – wskazał paluchem pierwsze nazwisko. Potem zmienił ton na znacznie poważniejszy. – Z tego co wiem to będzie już drugie albo i nawet trzecie miasto pod kontrolą rady mistrzów. Nie myślicie czasem, by także mnie zastąpić jakąś radą?

Shifu popatrzył na niego na w pół zaskoczony, na w pół przerażony. Po także nie wiedział co powiedzieć. Wtedy król wybuchł gromkim śmiechem, mistrzowie także się zaśmiali, choć niezbyt pewnie.

– Gdybyście widzieli wasze miny. Mało przychodzi tu osób, z którymi mogę pożartować i nie zemdleją po pierwszym zdaniu. Omówimy te wszystkie nudne rzeczy wkrótce, Mei Ling i Sun czekają już w którymś z pokoi, posłałem już po nich, ale znając wielkość pałacu będą tu pewnie za pół godziny. W tym czasie chce wam coś pokazać.

Po posłał krótkie spojrzenie Shifu, ale ten tylko wzruszył ramionami. Syn niebios wydawał się bardzo podekscytowany, ale pomimo grzecznego pytania, nie chciał zdradzić dokąd prowadzi mistrzów. Szli korytarzem oświetlonym pochodniami, potem schodami na dół. Musieli znaleźć się teraz pod głównym placem.

Stanęli naprzeciwko wielkich drzwi, cesarz wyciągnął klucz z jednej z przepastnych kieszeni i przekręcił zamek w środku.

– Nikogo nie zapraszałem tutaj wcześniej. Ale też nikt nie był tego godny. Wy przodem.

Weszli do kompletnie ciemnego pomieszczenia. Po czuł woń jaskini, jego kroki odbijały się pogłosem od ścian, podziemna sala musiała być ogromna.

Cesarz wszedł za nimi z pochodnią i przyłożył go do jednego ze zbiorników z oliwą. Ta zapłonęła i wtedy Po zobaczył setki, nie, tysiące terakotowych żołnierzy. Zakute w zbroje wilki stały w równych rzędach z włóczniami wycelowanymi w górę.

– To moja armia – powiedział cesarz z dumą w głosie.

– Ale po co? – wymsknęło się Po, zanim zdołał ugryźć się w język. Cesarz spojrzał mu w oczy, w których zamiast poprzedniej wesołości ukazała się iskra szaleństwa.

– Pewnie myślisz, że mam przecież tu kilkuset strażników w pałacu, całą armię w mieście, po co mi więc jeszcze dziesięć tysięcy terakotowych żołnierzy? Otóż słyszałem co potrafisz i gdzie byłeś, smoczy wojowniku. Słyszałem też jak tłumy skandują twoje imię, może nawet bardziej niż moje. Nie powiem, żeby mi się to podobało. Chcę więc żebyś wiedział, że ta armia, choć nieruchoma tutaj, czeka na mnie w świecie duchów. Jeśli kiedyś nie będziesz mi posłuszny, wiedz, że i w tym, i w tamtym świecie będziesz musiał stanąć naprzeciwko dziesięciu tysięcy żołnierzom. Nawet ty, Smoczy Wojowniku, nie dasz rady takiej sile.

Po przełknął ślinę i spojrzał na milczących żołnierzy. Wtedy na pysk cesarza znów wrócił jowialny uśmiech.

– A teraz załatwmy formalności i ucztujmy. Naprawdę, umieram z głodu.