Tygrysica, Żuraw i Małpa szli wąskimi uliczkami, kierując się w stronę bramy Chungdam. Inne zwierzęta schodziły im z drogi – w mieście musiały już rozejść się wieści o tym, że to właśnie oni byli mistrzami z Jadeitowego Pałacu.
– Nie odbijamy Shandiana? – zapytał Żuraw, mamrocząc przez niemal zamknięty dziób. Dziesiątki oczu patrzących na nich z ciemnych zakamarków uczyniły go nieco bardziej nieśmiałym.
– Nie – odrzekła Tygryska.
– I nie porywamy też Gao?
– Dokładnie.
– Czyli co? Po prostu wracamy do pałacu? – zapytał wreszcie zawiedziony Małpa, kompletnie nie zwracając uwagi na przysłuchujące się im zwierzęta.
– Wy wracacie – odparła Tygrysica.
Kompletnie zszokowani Małpa i Żuraw zatrzymali się w pół kroku z otwartymi ustami.
– Emmm, kiedy zamierzałaś nam powiedzieć? – zapytał Żuraw.
– Teraz mówię – odrzekła i skrzyżowała ramiona na piersi. Dla niej ta rozmowa trwała już za długo.
Małpa zrobił krok w jej stronę – nieśmiało, lekko zgarbiony, jakby już teraz spodziewał się ciosu.
– A masz może zamiar to nam jakoś, jakkolwiek, wyjaśnić?
Kotka westchnęła i wzruszyła ramionami.
– Mam tu do załatwienia pewną sprawę.
– To znaczy? – rzucił cicho Żuraw i uśmiechnął się niepewnie, jakby właśnie wykrzyczał jakieś obelgi pod smoczą jaskinią i właśnie uzyskał w odpowiedzi złowieszczy pomruk.
– Czy myślicie, że gdybym chciała wam o tym powiedzieć, to bym tego jeszcze nie zrobiła?
Stali chwilę bez ruchu, aż wreszcie pokręcili przecząco głowami. Tygrysica nie miała zamiaru uchylić nawet rąbka swojego planu. Nie była niczego pewna, ale jeżeli istniał choć cień szansy, że grasujące bandy tygrysów zza muru są jakoś z nią powiązane, to chciała o tym wiedzieć. Mogło się nawet okazać, że spotkałaby wśród nich jakiegoś krewnego. Albo chociaż kogoś, kto po prostu wyjaśniłby jej dlaczego rodzice oddali ją do domu dziecka?
Ta nadzieja wydawała jej się naiwna. To dlatego nie chciała nikogo mieszać w poszukiwania. Przecież już dawno pogodziła się, że nie ma rodziny, poza tą w Jadeitowym Pałacu. Mimo to chciała wiedzieć. Sama zmierzy się ze swoimi demonami. Zrobi tak, jak powiedziała Po.
Małpa westchnął jako pierwszy.
– Dobra, idziemy – powiedział i prychnął wzniośle, gdy ominął Tygryskę. Ta mimo wszystko spodziewała się większego oporu.
– Naprawdę? – zapytał zaskoczony Żuraw. Potem ominął niepewnie kocicę i dołączył do Małpy. Ten na koniec odwrócił się.
– Tak w ogóle to nie wiem co on w tobie widzi.
– Kto?
– Po. Dziwne, że w ogóle pytasz. Do zobaczenia.
– Do zobaczenia.
Poczekała, aż zniknął za rogiem niskiego hutonga. Spodziewała się, że będą ją śledzić – chwilę im na to pozwoli. Krążyła chwilę po mieście i myślała gdzie powinna zacząć poszukiwania. Może pójdzie do zarządcy? To nie był dobry pomysł, szczególnie po tym jak lekceważąco go potraktowali. Ten stary mag za to nie wyglądał na kogoś godnego zaufania, Shandian zaś siedział u niego w celi i chyba on sam nie wiedział, czy chce być uwolniony, czy nie.
Uznała, że spróbuje zasięgnąć języka na głównym targu – jeśli ktoś miał narzekać na grasujące bandy tygrysów, to robił to tam. Weszła na dach kilkupiętrowej pagody i z najwyższego dachu odszukała targ.
Teraz sprawdzimy, jak jesteście szybcy – pomyślała, spodziewając się, że Żuraw i Małpa ruszą za nią.
Zeskoczyła w dół, potem popędziła wąską uliczką przed siebie. Przeskoczyła nad kramem z jabłkami, który zajmował niemal całą ścieżkę, potem śmignęła podwórkiem, wskoczyła pod zdobionym pawilonem – który był tak naprawdę bardzo szeroką bramą – do parku, by zaraz zawrócić, uciekając koronami drzew i znów ruszyła wąskimi uliczkami.
Gdy była już przy samym targu, zatrzymała się w ciemnym zaułku i chwilę nasłuchiwała.
Wtedy usłyszała obok siebie kroki. Jakim cudem tak szybko ją znaleźli?
Rozczarowana, że nie udało się jej uciec, spojrzała w tamtą stronę, ale nie zobaczyła Żurawia i Małpy, a dwójkę zdyszanych zwierząt.
– Na władcę Wschodniego morza – powiedziało jedno. – Ja już jestem za stary na takie gonitwy.
Był to podstarzały jeżozwierz z medalionem w kształcie przekrojonego pnia drzewa. Towarzyszył mu ktoś bardzo przypominający Shandiana, ale ubrany w damskie ciuchy. Tygrysica sięgnęła pamięcią do dawnych słów znajomego myszoskoczka. Zaraz, czy to mogła być Yun Yun?
– Jesteś z Jadeitowego Pałacu, prawda? – zapytała właśnie ona. – Shandian mówił mi o tobie.
– Czego chcecie? Śledziliście mnie? – odrzekła.
– Raczej goniliśmy – burknął stary borsuk. – Krzyczeliśmy jeszcze przy pawilonie w parku.
Yun Yun spojrzała na niego karcąco.
– Tak naprawdę chcielibyśmy cię prosić o pomoc.
Shandian siedział prawdopodobnie w najdroższej celi w całych Chinach.
Każdy element, od krat, po pryczę i ściany, był pokryty warstwą złota lub srebra. Jako że były to metale szlachetne, niwelowały zdolności magiczne magów żywiołów, nawet tych używających magii metalu. Niektórzy mówili, że wiele pomieszczeń monarchów pokrytych było złotem właśnie w obawie przed magami, którzy kiedyś siali znacznie większy postrach, niż teraz.
Mistrzowie Klasztoru od lat więzili tu krnąbrnych uczniów, do czasu aż ci nie spokornieli albo nie zakończyli żywota. Gian Jin Wei także miał wkład w wystrój tego miejsca – zamiast używać zwykłego zamka na klucz, postanowił zastawiać drzwi wielkim, pozłacanym kamieniem. Przestawić go mogło dopiero dziesięciu uczniów – przynajmniej tylu doliczył się Shandian, gdy go zamykano. Myszoskoczek od zawsze podejrzewał, że to na wypadek, gdyby i jemu przyszło kiedyś posiedzieć w złotym pokoju zadumy – zamek w kratach nie stanowiłby dla niego wielkiego wyzwania.
Wcześniej nie miał pewności czy aby na pewno dobrze robi, kierował nim instynkt, który nieraz pchał go w niebezpieczne miejsca, ale odwdzięczał się możliwością zdobycia nowych wieści. To z jego pomocą przecież znalazł żonę, dlaczego znów nie miał zaufać swoim przeczuciom.
Teraz jednak, gdy zobaczył tego małego, denerwującego sokoła, wiedział już, że stary Gian Jin Wei ma w planach coś bardzo niedobrego, coś co mogło się okazać ważniejsze niż zwoje dotyczące Magii Pięciu Żywiołów.
Shandian oparł się o złote kraty i postanowił uporządkować, co wiedział. W końcu i tak musiał coś zrobić z czasem.
Gao był w mieście i Gian Jin Wei coś od niego chciał. Ptak za wiele nie umie, ale z jakiegoś powodu jego ucieczka była na tyle problematyczna, że szukała go nawet Tygryska. Tylko że najwyraźniej nawet ona nie była świadoma jak ważne jest znalezienie i sprowadzenie sokoła z powrotem. Miał ją za bystrzejszą od Smoczego Wojownika, ale czasem trudno zgadnąć kiedy trzeba nagiąć zasady, by nie dopuścić do późniejszej tragedii.
To zawsze był problem czy z wojownikami kung-fu czy magami – nie dostrzegali oczywistości. Jeśli ktoś wysyła jednego z najpotężniejszych mistrzów kung-fu w kraju po jakiegoś ptaka, to nie po to, by ten wrócił z niczym.
Tylko co sokół z Jinzhou robił w Chungdam? Jedna rzecz łączyła te dwa miasta – Góra Dziesięciu Tysięcy Demonów i demon, który niedawno szukał czegoś w tych okolicach oraz przez którego o mało nie zginęła Yun Yun. Shandian wyobraził sobie armię dziesięć tysięcy podobnych istot i dreszcz przeszedł mu plecach.
Złote drzwi na zewnątrz krat skrzypnęły, wpuszczając więcej światła. Shandian usłyszał bardzo ciche kroki i skrobanie pazurów o kamień. Gao nie zmienił się od ostatniego spotkania, może poza jednym szczegółem – wcześniej pycha w jego oczach była podszyta niepewnością, teraz jednak wyglądał niczym zwycięzca.
– Chciałem tylko zobaczyć jak wygląda zniewolony Shandian – rzucił z półuśmiechem. – Pasują ci te kraty, choć ich kolor jest nieco pretensjonalny. Stara rdza na czarnym spiżu lepiej spełniłaby swoje zadanie.
– Mały z ciebie ptak, Gao – odparł mu Shandian.
– Już niedługo, szczurze. – Uśmiechnął się.
– Dlaczego, zamierzasz zjeść więcej ryżu? – Myszoskoczek podniósł się i chwycił łapami kraty. – A może postanowiłeś wziąć się za siebie i ciężką pracą naprawisz wyrządzone krzywdy i ułomności swojego charakteru? – zapytał drwiąco. – Nie, to nie w twoim stylu, prawda? Co planujesz? Czego chce od ciebie Gian Jin Wei?
– Niedługo dowiesz się wszystkiego. Ty i twoja żonka. Wiesz, że odwiedziła mnie w wieży?
– Pewnie skopała ci tyłek, więc musisz sobie poprawić humor.
Tym razem uśmiech sokoła był nieco bardziej wymuszony.
– Kogo chcesz nabrać na te drwiny. Wiesz co, skoro i tak jesteś tu zamknięty, powiem ci coś. – Podszedł bliżej. – Rozmawiałem ze smokiem. Tym uwięzionym w górze. I nawet sobie nie wyobrażasz, co mi obiecał, jeśli tylko znajdę coś, co należy do niego.
Shandian zapragnął chwycić ptaka telekinetyczną mocną i przyciągnąć go jeszcze bliżej krat.
– Jeśli chcesz, mogę obiecać ci dwa razy więcej – rzucił Shandian, udając spokój. – Obietnica to żadna waluta.
– Obaj wiemy, że to nie zawsze prawda.
Ptak pokierował się schodami na górę. Shandian dopiero po chwili zdał sobie sprawę jak mocno zaciska kraty. Wszystkie jego obawy się potwierdziły, musiał się stąd wydostać. I chyba miał pomysł jak to zrobi. Oby miał w sobie wiele błyskawic.
