Tygryska podeszła bliżej okna, w którym brakowało okiennic. Chciała trochę odetchnąć świeżym powietrzem – pokój, w którym rozmawiała z Shongshu i Yun Yun, był zakurzony i ciemny.

Mimo to nadal dało się dostrzec, że musiała tu mieszkać bogatsza rodzina – meble, których jeszcze nie rozkradziono lub sprzedano, miały bogate zdobienia, ażurowe drzwiczki były tak delikatne, że zdawały się unosić w powietrzu pomimo warstwy kurzu. Naprzeciw okna także stała drewniana kamienica, którą częściowo strawił ogień. Całe miasto zdawało się balansować na krawędzi przepaści i kotka miała wrażenie, że upadek jest tylko kwestią czasu.

Słuchała wywodu Shongshu jednym uchem – i tak już dobrze wiedziała o co dwójka ją poprosi. Czy powinna mieszać się w życie tutejszych mieszkańców? Czy niewłaściwie rządzenie w trudnych dla tego miasta czasach mogło być powodem by interweniować? Nigdy nie rozumiała powodów, dla którego Oogway czy Shifu postanawiali działać poza murami Jadeitowego Pałacu. Czy kierowali się tylko własnym osądem? Jeśli tak, to Jadeitowy Pałac może czekać za parędziesiąt lat wiele pracy – jeśli Po stanie na jego czele, na co wszystko wskazuje, nie przepuści żadnej okazji by siać sprawiedliwość i naprawiać świat.

– Zaraz, bo powoli przestaję rozumieć – powiedziała wreszcie Tygryska. – Szukaliście w wieży informacji na temat zwojów z jakimiś sekretami jakiejś magii pięciu żywiołów, a Shandian robił za przynętę? I zgodził się na to?

– Daruj sobie drwiący ton. Magia żywiołów to taka sama sztuka walki jak kung-fu – powiedział Shongshu, siedząc na stole i bawiąc się jednym z ułamanych kolców ze swoich pleców.

Tygryska uśmiechnęła się pobłażliwie. Nie, mimo szczerych chęci nie potrafiła postawić znaku równości między sztuką walki uprawianą w całych Chinach odkąd zaczęto zapisywać historię, a magią pięciu żywiołów, o której mało kto z poza Chungdam słyszał.

– Shandian samemu zaproponował, że da się złapać – odpowiedziała Yun Yun.

– To dziwne z jego strony.

– W takim razie mało go znasz – odrzekła. – Jeśli coś mu wpadnie do głowy, to rzadko kiedy zastanawia się, czy dla innych jest to dziwne.

Tygryska uśmiechnęła się i skinęła głową. W zdaniu Yun Yun nie było nawet cienia skargi, tak muszą mówić o sobie zakochani.

– Dobra, to czego ode mnie chcecie? – zapytała.

Yun Yun i Shongshu spojrzeli po sobie. Jeżozwierz wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć – to był twój pomysł.

– Pomóż nam uwolnić Shandiana.

– Nie powinnam mieszać się w wasze sprawy – odpowiedziała Tygrysica. – Gian Jin Wei musiał mieć powód, by go zamknąć, podejrzewam, że całkiem słuszny. Poza tym dlaczego sami nie możecie tego zrobić?

– Daj spokój Yun Yun, damy sobie radę sami – powiedział Shongshu i złapał ją za ramię. Ta delikatnie odsunęła jego dłoń.

– Dzisiejsza sytuacja w wieży czegoś mnie nauczyła. Drugi raz nie mam zamiaru zgrywać bohaterki.

Tygryska wcześniej tego nie zauważyła, ale Yun Yun wyglądała na wyczerpaną. Nienaturalnie błękitnie oczy zdawały się wyblakłe, uszy przyklapnięte. Jeżeli faktycznie doleciała razem z tym jeżozwierzem do samej wieży, musiało ją to kosztować wiele sił. Z tego jak rozumiała moce Shandiana, nie mógł on podnieść wiele więcej niż umiał bez mocy – to samo musiało tyczyć się jego żony.

– Ale to nie znaczy, że musisz prosić o pomoc akurat ją – oponował dalej Shongshu.

– A kogo innego mogłabym? – warknęła.

Shongshu wzdrygnął się zaskoczony wybuchem złości. Wreszcie machnął ręką zrezygnowany.

– Rób jak chcesz.

Tygryska znała mistrzów, którzy zachowywali się jak jeżozwierz. Prowadzili własne klasztory, czy szkoły kung-fu, jednak zawsze pozostawali w cieniu Jadeitowego Pałacu. Wcześniej tego nie rozumiała, teraz wiedziała, że przemawiała przez nich zazdrość.

Yun Yun podeszła bliżej Tygrysicy, pulchne łapy złożyła w niemal proszącym geście.

– Bez Shandiana nie uda nam się założyć nowej szkoły magii. Bez niej nie będzie żadnej przeciwwagi dla Gian Jin Weia w mieście, a uwierz mi, on nie zadowoli się tylko Chungdam. Władza ma to do siebie, że chce więcej i więcej. Pomóż nam teraz, a zaoszczędzisz kłopotów sobie i innym mistrzom w przyszłości.

Na tę sugestię Tygryska także znała odpowiedź.

– Może zaoszczędzę, może nie. Jadeitowy Pałac nie może niestety podejmować działań na podstawie gdybań.

– Tak, bo wy wolicie działać, gdy jest już prawie za późno – burknął Shongshu. Yun Yun zgromiła go wzrokiem. – Dobra, dobra, siedzę cicho.

Yun Yun ponownie odwróciła się w stronę Tygryski.

– Tylko że ja nie proszę o pomoc Jadeitowego Pałacu. Proszę o pomoc ciebie. Może jest sposób, w jaki możemy się później zrewanżować? Z jakiegoś powodu zostałaś przecież w Chungdam, pomimo że zrobiłaś już wszystko co powinnaś.

Tygrysica oczekiwała na podobną propozycję. Może dałaby radę znaleźć bandę tygrysów, ale szukanie ich mogłoby zająć tygodnie. Ona nie miała zamiaru spędzić tu tyle czasu.

– Jest coś takiego. Chciałabym, żebyście pomogli mi odnaleźć tygrysy zza muru.

Po minach Shongshu i Yun Yun zrozumiała, że podała odpowiednią cenę, a może nawet ciut wygórowaną.

– Dobrze – powiedziała żona Shandiana. – Zgadzasz się, Shongshu?

Jeżozwierz zrobił skwaszoną minę i patrząc się w okno powiedział:

– Oczywiście mógłbym powiedzieć, że spotkanie z tygrysami jest niebezpieczne i nie ma najmniejszego sensu, ale nie wyglądasz, Tygrysico, na kogoś, kto słuchałby podobnych ostrzeżeń, szczególnie z ust maga pięciu żywiołów. Zgadzam się.

– W takim razie postanowione – skwitowała Yun Yun. Potem otworzyła jedną z szafek i wyciągnęła z niej opaskę z dziurami na oczy, a także długi, czarny płaszcz. – Lepiej żeby nikt cię nie rozpoznał.

– Kolejne przebieranki – mruknęła Tygryska, ale bez większych protestów założyła strój. Złamanie drugi raz zasady o niedziałaniu w ukryciu wydawało się już znacznie łatwiejsze.

Kilka chwil później byli już na dachu przy klasztornym kompleksie. Około pięćdziesięciu uczniów i nauczycieli zebrało się na placu przez główną wieżą klasztoru, stojąc w równych rzędach. Przy nimi stał Gian Jin Wei, jego synowie, najważniejsi mistrzowie klasztoru oraz Gao. Starzec przemawiał do zebranych, mówiąc o powrocie jakiegoś starego przyjaciela i o tym jak ważny jest dzisiejszy dzień.

– Zebrał chyba wszystkich gamoni – zdziwił się Shongshu. – Planują wymarsz.

Tygryska też to zauważyła. Każdy adept miał na plecach torbę, w której zmieściłyby się zapasy jedzenia na kilka dni.

– Tylko po co im to urządzenie? – zdziwiła się Yun Yun.

Stało obok placu i przypominało drewnianą machinę oblężniczą. Miała w środku otwór, a także sieć podwieszoną na czterech balach, ustawionych na rogach. Z pewnością można było coś tym podnieść i przewieźć.

– Będziemy musieli to sprawdzić – powiedział Shongshu.

– Później – powiedziała Yun Yun. – Są tu chyba wszyscy, nawet strażnicy z wieży. Jeśli spróbujemy teraz, może nikogo nie spotkamy po drodze.

– Nie wydaje wam się to zbyt dogodne? – zauważyła Tygryska. – Ten Gian Jin Wei na pewno się spodziewa, że będziecie chcieli odbić Shandiana.

– Stary dziad jest podstępny, to prawda – przyznał Shongshu. – Ale jest też pełen pychy. Nie pomyśli, że włamiemy się do celi, podczas gdy on prezentuje przed wieżą całą swoją siłę.

Tygryska nie była do końca przekonana, nie miała jednak zamiaru się wycofywać. Przedostała się razem z Yun Yun i Shongshu przez ogrodzenie. Dalej szli przytuleni do ścian, przechodząc pod oknami, kierując się w stronę wieży. Weszli do niej od tyłu, przez jedno z okien.

Znaleźli się w wąskim korytarzu, który na parterze tworzył okrąg wokół głównej sali. Nie było tu nikogo, Tygryska czuła się odrobinę jak w wieży Lorda Shena. Yun Yun szła przodem i poprowadziła ich do niewielkich drzwi. Wąskim przejściem zeszli na dół do kolejnego korytarza, kotka rozglądała się uważnie, próbując doszukać się jakiejś pułapki, jednak nie dostrzegła niczego podejrzanego w półmroku.

Pachniało wilgocią i stęchlizną. Na końcu korytarza znajdowały się złote drzwi, które zdawały się świecić wśród czarnych ścian.

– To tam – szepnęła Yun Yun. – Spróbuję otworzyć zamek.

– Ty także to umiesz? – zdziwiła się Tygryska.

– Nie tak szybko jak Shandian, ale tak.

Chwilę stali przed potężnymi drzwiami, a w korytarzu słychać było tylko ich oddechy i kliki zapadek w zamku, które wskakiwały na swoje miejsce. Yun Yun obracała dłońmi, ruszała drobnymi paluszkami, aż wreszcie zamek trzasnął i weszli do złotej sali oświetlanej przez pochodnię.

W jednej ze złotych cel leżał nieprzytomny Shandian, przed nim zaś Tygryska wypatrzyła jedyną kratę, która była stalowa, tak jakby złoto spłynęło z niej od gorąca.

– . Shandian, słyszysz mnie! Shandian! – zawołała Yun Yun.

– Próbował się wydostać – stwierdził Shongshu. – Błyskawicami stopił złoto, lecz stali pod spodem już nie dał rady

Weszli dalej, gdy z korytarza za nimi dało się usłyszeć cichy śmiech. Tygryska zrozumiała – to była pułapka. Ruszyła w stronę wyjścia, ale coś huknęło z góry i przejście zablokował wielki, spiżowy blok. Uderzała w niego z całych sił, ale żelazna przeszkoda nie uległa. Przestała dopiero, gdy Shongshu położył dłoń na jej ramieniu.

– Głupio mi to przyznać, ale chyba miałaś rację – mruknął. – Przepraszam.