– Zawsze wiedziałem, że to całe kung-fu kiedyś zemści się na moim biednym synku – powiedział pan Ping, prowadząc przed sobą wózek załadowany talerzami i wielkim garnkiem z kluskami. – A przecież mógł zostać w restauracji, czy mu było źle? Sprzedawałby kluski w spokoju, a nie uganiał się za tymi całymi złoczyńcami. Cesarz pewnie nie wiedziałby nawet o jego… Auć!
Wózek podskoczył na kamieniu, uderzając gąsiora w dziób. Garnek z kluskami zsunął się niebezpiecznie, ale w porę złapał go Li Shan.
– Prawie mielibyśmy tragedię – rzucił panda i przesunął rondel bliżej środka blatu. – I nie martw się tak, Po na pewno sobie poradzi.
– O nie, nie, nie. Mój syn będzie miał choć jednego ojca, który się o niego troszczy.
– Ależ ja też się o niego troszczę. – Panda westchnął ciężko i opuścił ramiona. Powoli brakowało mu cierpliwości do uspokajania pana Pinga. – Po prostu wiem, że jeśli będzie miał problemy, to mu po prostu pomożemy. Tak jak w Wiosce Pand. Teraz bardziej mnie zastanawia po co w ogóle zabrałeś ten wózek ze sobą? Nie wleklibyśmy się tak bez niego i może wcześniej ostrzeglibyśmy małego Lotosa.
Ptak zatrzymał się i podparł skrzydłami pod boki. Trudno było stwierdzić, czy zdenerwowało go bardziej użycie starego imienia Smoczego Wojownika czy wypomnienie mu tego, że zabrał pół sprzętu z restauracji.
– Chcesz żebym został bez grosza przy duszy?! I tak idę z tym wózkiem szybciej niż wy, a Po – zaznaczył, wymownie unosząc jedno z piór – na pewno będzie głodny, gdy go już znajdziemy.
– Dobrze, już dobrze – powiedział zrezygnowany Li Shan. Wspomnienie o głodzie, poruszyło jedną ze strun w sercu pandy. – Czasem mam wrażenie, że Po nie je tyle co powinien. To niezdrowe być pandą i się nie przejadać.
Pan Ping także przytaknął niewesoło.
Fei fei, która przyglądała się wszystkiemu z boku, uśmiechnęła się nieśmiało. Nadal nie czuła się zbyt pewnie w towarzystwie pana Pinga, zdawał się jej zbyt krzykliwy, poza tym był ojcem Smoczego Wojownika, w dodatku jedynym, którego znała tylko z widzenia. Kilka razy odwiedziła jego restaurację i gąsior za każdym razem dąsał się za to, że zbyt długo zastanawiała się przy wyborze potraw. W ogóle zdawał się jej w ogóle nie rozpoznawać, dla niego pandy pewniej wyglądały niemal tak samo.
Obróciła się w stronę kolejnego skalistego wzgórza, obok którego mieli przejść. Wyrastały z równiny i były tak podobne do siebie, że z trudem potrafiła odróżnić je od tych, które mijała jeszcze godzinę temu. Chyba nigdy w życiu nie zrobiła tyle kroków w ciągu jednego dnia, nie chciała jednak dać znać po sobie, że jest zmęczona.
Gdy przyszła do Li Shana, nie musiała długo go przekonywać, że Smoczy Wojownik potrzebuje pomocy. Nie wiadomo skąd pojawił się też wtedy pan Ping i wspólnie podjęto decyzję, że trzeba wyruszyć do stolicy.
Ojcowie Po nie próbowali namawiać jej, by została w domu, Li Shan nawet docenił, że chciała razem z nimi ostrzec Po. Jednak wątpliwości wcale ją nie opuściły, gdy ruszyła w drogę. Po co w ogóle szli do stolicy? Czy mogli zrobić cokolwiek więcej niż dwoje mistrzów kung-fu, którzy na pewno dotrą do Po przed nimi? Starała się o tym myśleć jak najmniej, poza tym nikt, poza nią, nie miał takich rozterek.
Li Shan pochylił się nad wózkiem i powąchał zawartość garnka.
– Można spróbować?
Nabrał zupy do chochli i wypił w mgnieniu oka, gdy gąsior pacnął go po łapie.
– Najpierw zapłać!
– To nie wziąłeś tego także dla nas? – zapytał, rozmasowując łapę. – Gdybym wiedział, zabrałbym własne jedzenie. Poza tym chyba troszkę za dużo tu soli.
– O nie. Nikt, powtarzam, nikt mnie tak jeszcze nie obraził. Aż do tej pory…
Pan ping zaczął prawdziwą tyradę. W złości słowa padały tak szybko, że ledwie dało się go zrozumieć. Nie trzeba było jednak geniusza, by usłyszeć między wierszami, że gąsiorowi wcale nie chodziło o zupę. Po chwili usiadł zmęczony na ziemi i spojrzał smutno na Li Shana.
– Na pewno nic się nie stanie mojemu Po?
– Na pewno – odrzekł panda i poklepał ptaka po skrzydle.
Fei Fei odeszła trochę, skrępowana całą sytuacją. Udała zainteresowanie pobliską jabłonią, drzewo nie było specjalnie duże, gałęzie uginały się pod jabłkami. Zerwała jedno z niższych i odgryzła kawałek. Było tak kwaśne, że nie mogła się powstrzymać, by wykrzywić pyszczek w grymasie.
Czy jej tak samo zależało na Po? Zaskoczył ją tym w jaki sposób z nią rozmawiał, nie spotkała się z takim zrozumieniem. Pandy zwykle musiały rzucić jakimś żartem, jeśli choć na minutę zrobiło się zbyt poważnie. Oczywiście byłaby głupia, gdyby myślała, że może to przerodzić się coś więcej. Ale jeśli mogła mu pomóc, zrobi to.
Wtedy usłyszała oddalone wołanie.
– Przepraszam – powiedziała cicho, ale żaden z ojców Po jej nie usłyszał. Odkaszlnęła, spróbowała jeszcze raz, tym razem głośniej. – Przepraszam!
Pan Ping spojrzał na nią zaskoczony, jakby zapomniał, że w ogóle szła z nimi.
– O co chodzi, dziecko? – zapytał.
– Słyszycie?
Cała trójka zaczęła nasłuchiwać. Na początku zdawało się, że to tylko wiatr szumiał w gałęziach drzew, ale rozległ się skrzekliwy głos wołający o pomoc.
– To zza tych krzewów – powiedział Li Shan.
Pobiegli. Pan Ping nawet w takiej chwili nie rozstawał się z wózkiem i z największym trudem starał się nie zostać w tyle. Zeszli z traktu na łąkę, by zaraz przedzierać się między gałęziami krzaków. Li Shan szedł przodem, zaraz za nim Fei Fei, a potem gąsior z wózkiem. Głos stawał się coraz bardziej wyraźny i znajomy.
Panda pierwsza dostrzegła gąsiora z Jadeitowego Pałacu. Złapany był w sieć, która przytwierdzona była do ziemi. Znała tego ptaka, na imię miał Zeng.
– Całe szczęście! – rzucił z ulgą. – Uwolnijcie mnie stąd, proszę!
– To nie pułapka? – zapytała niepewnie Fei Fei, ale Li Shan nie zawahał się. Wziął nóż z wózka pana Pinga i zabrał się za rozcinanie sieci. Gdy ptak był już wolny, opowiedział co się stało.
– Sokoły mnie znalazły. Nadal gdzieś tu latają, muszą wiedzieć, że chcemy ostrzec Po.
– Niedobrze – powiedział Li Shan. – Wolę nie myśleć co zrobią, jeśli nas rozpoznają.
Pozostali przyznali mu rację. Fei fei chwilę przyglądała się panu Pingowi i Zengowi, a także wózkowi z zupą.
– Może znajdźmy sposób, by tego nie zrobiły – powiedziała.
Po czuł się na uczcie niemal tak samo, jak lata temu pod Jadeitowym Pałacem, gdy zamknięto mu przed nosem drzwi, za którymi miały odbyć się wybory Smoczego Wojownika. Stoły w Sali bankietowej było suto zastawione, ale z powodu etykiety Smoczy Wojownik nie mógł właściwie niczego zjeść. Pierożki Wonton można było brać jedynie pałeczkami, których jeszcze nie dostał. By choć spróbować ryżu z owocami morza należało poczekać, aż cesarz pierwszy poczęstuje się tym daniem, podobnie jak kuleczkami ryżowymi zanurzonymi w sosie ozdobionym kwiatkami lotosu. Bawół zaś jak na złość niczego nie jadł, większość więc w milczeniu oglądała kolejne występy połykaczy ognia czy mistrzów miecza ze wschodnich wysp, które odbywały się na podwyższeniu w rogu sali jadalnej.
Syn Niebios dopiero po czasie, który dla Po wydał się wiecznością, wziął kęsa szczupaka – nazywanego przez przybyszów z dalekiego zachodu królem wód. Panda nie pozwolił sobie długo czekać, choć danie było piekielnie ostre, w mgnieniu oka zjadł trzy ryby. Szybko tego pożałował, ponieważ język zaczął go parzyć jakby właśnie ktoś położył na nim gorące żelazo.
Mei Ling, która siedziała obok niego, uśmiechnęła się, gdy dopraszał się czegoś do picia u pomocników stolnika, starając się przy tym zachować wszystkie zasady dobrego wychowania. Wreszcie, nie bacząc na konwenanse, sięgnęła do złotego dzbanka i nalała z niego wody Smoczemu Wojownikowi. Ten wypił wszystko jednym haustem.
– Nie wiedziałem, że w tym jest woda. Przez to całe złoto trudno się połapać – szepnął panda. Szybko nalał sobie do złotego kubełka kolejną porcję. – Chyba rzeczywiście warto najpierw spróbować kęsa niektórych potraw, zanim zje się cały talerz.
– Mało kto je na ucztach cesarza – odrzekła równie cicho Mei Ling. Głośne rozmowy nie przystały przy cesarskim stole. – Syn niebios ma wielkie upodobanie do ostrych potraw.
– Zauważyłem – przyznał Po. Przybliżył się jeszcze bliżej, niemal szeptał jej do ucha. – Wiesz już o Jinzhou?
– Tak.
– I co o tym myślisz?
– Cesarz wyraził swoją wolę, a ja ją spełnię. Z radością dołączę do rady mistrzów w Jinzhou. – Nawet przez chwilę nie zdradziła tego, co naprawdę myśli o pomyśle wyprowadzki ze stolicy. Dostatnie się do rady mistrzów przez wielu mogło być uważane za awans, ale niektórzy wcale nie chcieli opuszczać Zakazanego Miasta. Mimo wszystko to właśnie tu było się bliżej najważniejszych decyzji, a nie w Jinzhou.
– Przestań, mi możesz powiedzieć. – Szturchnął ją łokciem. Kotka spojrzała na niego na w pół urażona, na w pół zszokowana. Panda szybko zrozumiał, że nieco za bardzo się spoufalił ze znajomą Żurawia. Nie mógł jej traktować jak kogoś z Potężnej Piątki, szczególnie przy cesarskim stole. Na szczęście chwila konsternacji trwała jednak krótko, bo kotka ostatecznie zdobyła się na delikatny uśmiech.
– Powiedzmy, że się cieszę.
Nietrudno było poznać, że ona także czuła się nieswojo przy cesarskim stole. Do tej pory zawsze stała gdzieś z boku i nadzorowała innych strażników. Nawet teraz nie potrafiła całkowicie zrezygnować z dawnych przyzwyczajeń i co rusz podejrzliwie spoglądała na kręcące się między stołem a kuchnią zwierzęta, czy coraz to nowych artystów występujących przed cesarzem.
Ten kompletnie nie interesował się pokazami, zamiast tego prowadził niezwykle żywiołową, oczywiście jak na standardy panujące przy cesarskim stole, konwersację z Sunem. Sokół co rusz rozbawiał Syna Niebios, jednak nie sposób było zrozumieć o czym rozmawiali. Podczas uczty ptak nie wziął nawet winogrona do dziobu. Trudno komuś takiemu zaufać – pomyślał panda. Poza tym nie mógł pozbyć się wrażenia, że ptak coś kombinuje. Raz, gdy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się szelmowsko, by zaraz wrócić do rozmowy. Było w tym coś niepokojącego.
Po spróbowaniu kilku innych potraw Po zrozumiał, że nie naje się na tej uczcie, pozostało mu więc czekać, aż władca Chin odejdzie od stołu – nie było mowy by mógł samemu odejść wcześniej. Nawet Shifu wyglądał, jakby chciał jak najszybciej ulotnić się z cesarskiej uczty. Usadowiono go dalej od króla niebios niż Po, tuż obok mnicha z cesarskiej świątyni, przy którym nawet Oogway pod koniec życia mógł się wydawać rześki i pełen wigoru. Szczęśliwie mistrz mógł zamienić parę słów także z Mei Ling i wypytać się o kilku znanych mu nauczycieli ze stołecznej szkoły kung-fu.
Słońce już zachodziło, więc Po oraz Shifu zostały zaoferowane kwatery, w których będą mogli przenocować. Po najchętniej wyruszyłby do Jadeitowego Pałacu jeszcze dziś, ale nie przyjęcie gościny mogłoby zostać źle odebrane przez cesarza. Panda wolał nie igrać z tym wołem. Groźba, którą usłyszał w podziemiach, nadal mroziła krew w żyłach.
Władca Chin odszedł od stołu po dłuższej chwili, a to znaczyło, że mogli to zrobić także mistrzowie. Stary szakal o futrze w kolorze szlachetnej siwizny powiedział, że posiłki będą czekać także w pokoju Smoczego Wojownika i zaoferował, że może go tam zaprowadzić już teraz. Odgłosy występów z jadalni powoli cichły, szakal pewnie prowadził przez labirynt schodów i korytarzy, w których Panda najpewniej zgubiłby się już na pierwszym zakręcie.
Trafił do części pałacu, w której najwyraźniej nikt nie mieszkał. Drzwi były pozamykane, promienie zachodzącego słońca rozjaśniały papierowe okna, ale próżno było na nich szukać jakichś postaci czy zarysów mebli wewnątrz pomieszczeń. Dopiero na końcu korytarza trafili na chyba pierwszy zapełniony pokój, który okazał się właśnie tym przygotowanym dla Smoczego Wojownika.
Szakal otworzył drzwi, wzrok Po od razu pokierował się w stronę wielkiego stołu zastawionego wszelkimi smakołykami jakie mógł sobie wyobrazić. Zaraz potem zauważył łóżko, cztery razy większe niż prycza, na której spał w barakach obok Jadeitowego Pałacu. Apartament z pewnością był godny króla, choć panda obawiał się, że może z niego nie trafić do wyjścia.
Szakal pożegnał się i zasunął drzwi. Po natychmiast zabrał się do jedzenia, ale szybko przypomniał sobie, że nie siedzi w spodenkach, a białym hanfu. Lepiej żeby go nie pobrudził, skoro pewnie jeszcze będzie się widział z cesarzem.
Wtedy do pokoju rozległo się pukanie, a Po zastygł z pierożkiem w dłoni. Kto mógł do niego przyjść o tej porze i dlaczego właśnie teraz? Shifu miał komnatę właściwie po drugiej stronie pałacu, czy chciałoby mu się fatygować aż stamtąd.
Po otworzył drzwi. Za nimi stała Mei Ling.
– Przepraszam, że przeszkadzam, ale Shifu poprosił mnie, bym ci przekazała, że oczekuje na ciebie w cesarskiej bibliotece. Myślę, że jest tam coś, co może was obu zainteresować.
Po westchnął zniechęcony.
– Raczej nie ma co liczyć, że będzie tam coś do jedzenia, co nie?
Kotka jedynie pokręciła głową z uśmiechem. Weszła do pokoju i przesunęła jedno z okien. Dwa piętra niżej znajdował się jeden z dziesiątków wielkich ogrodów.
– Nie idziemy korytarzami?
– Naprawdę jeszcze cię nie znudziły, Smoczy Wojowniku? – zapytała i zeskoczyła w dół na gałąź a potem popędziła alejką w stronę mostku na stawem.
Panda ruszył za nią i szybko zrozumiał jak bardzo brakowało mu ruchu po kilku godzinach spędzonych na uczcie niemal nieruchomo. Do cesarskiej biblioteki prowadziła alejka między skrzydłami pałacu, którą normalnym tempem szło się pół godziny, na szczęście pobiegli skrótem przez dachy pałacu, dzięki czemu trafili tam już po kilku minutach. Kilka zwierząt oczywiście było wzburzonych ich zachowaniem, ale ani Mei Ling, ani Po specjalnie się tym nie przejęli.
– I tak to moje ostatnie dni tutaj – powiedziała kotka.
Budynek cesarskiej biblioteki był niewiele mniejszy od Jadeitowego Pałacu. Wejścia do niej pilnowało dwóch strażników, z którymi rozmawiał Shfiu. Ukłonili się na widok Mei Ling i Smoczego Wojownika, po czym pozwoli im przejść. Wnętrze było wypełnione wielkimi regałami, w których każdy zwój miał swoją półkę i przypisaną tabliczkę. Wyglądało na to na marnotrawstwo miejsca i drewna, ale przynajmniej każde dzieło było łatwe do odszukania. Pomiędzy regałami chodzili jedynie pracownicy biblioteki, którzy pilnowali, by na zwojach nie osiadł nawet najmniejszy kurz, czy włos z sierści.
Po przyglądał się pobieżnie tytułom. Wejście Smoka. Wielki Mistrz Wu: Trzysta dwadzieścia dwie zakazane techniki. Wielka wojna Oogwaya i Kaia. Wyjście Żółwia. Właściwie każda pozycja wydawała mu się interesująca, ale Shifu zabronił czegokolwiek dotykać.
– Powiedziałem Mei Ling o tym, co przydarzyło się tobie i Tygrysice w Jinzhou. Uważa, że jest tu zwój, który może nas w związku z tym zainteresować.
– Co to za zwój? – zapytał kotkę.
– Nie wiem. Strażnikom nie wolno czytać zwojów. Nie to co mistrzom z Jadeitowego Pałacu.
– Skąd więc wiesz, że może być dla nas ciekawy?
Mei Ling zatrzymała się i sięgnęła po tubę na półce, wyjątkową nawet w cesarskiej bibliotece. Wieczko wyobrażało smoka o pysku w dwóch kolorach. Jedna część była biała o błękitnym oku, łagodna, a nawet nieco wystraszona. Druga miała wymalowaną wciekłość, a ślepie niemal jarzyło się czerwonym kolorem. Tytuł na etykiecie brzmiał: Kronika pisana pazurem. Jinzhou. Autor nieznany.
– Powiedzmy, że się domyśliłam – odparła kotka i wręczyła zwój Smoczemu Wojownikowi. Ten zdjął wieczko i ostrożnie wyciągnął zawartosć na jeden z dostępnych stolików. Szybko rozpoznał historię, którą wcześniej czytał w Jadeitowym Pałącu. Opowiadała o smoku, który starał się pomóc mieszkańcom Chin, ale ostatecznie doprowadził do kraj do ruiny. Jednak w przeciwieństwie do tej z Jadeitowego Pałacu, miała ona ciąg dalszy.
Kronika pisana pazurem. Część 3.
Jeśli większość z smoków ma jakąś cechę, to z pewnością jest to cierpliwość. U Houlonga objawiała się ona nie tyle w umiejętności powstrzymania się od działania, a raczej zawziętości i uporze.
Uwięziony na pustyni smok każdego dnia próbował przywołać deszcz i każdego wieczora padał bez sił, czując gorzki smak porażki. Nie potrafił zrozumieć lekcji, jaką chciał mu dać ojciec. Nie wiedział też za co właściwie otrzymał karę. Jaka była jego wina w tym, że chciał pomóc innym zwierzętom?
Nie ustawał jednak w próbach, a jego wysiłki napędzał gniew. Zawsze wydawało mu się, że był już niedaleko, że akurat z tej jednej małej chmury, którą udało mu się stworzyć, spadną upragnione krople. I za każdym razem odczuwał ten sam zawód, który był jeszcze gorszy, ponieważ smok czuł jak pod piaskiem sunął podziemne strumienie, jak pozostałości po jeziorze żyją po wydmami.
Musiał robić coś niewłaściwie. Rozumiał, że to on przyczynił się do powstania pustyni, ale nie rozumiał dlaczego. Pewnie dnia odpowiedź przyszła do niego sama. Była nią równowaga. W świecie od zawsze istniało dobro i zło, tak samo jak susza i urodzaj. Jeśli przechyliło się wagę jedną stronę, niedługo trzeba było oczekiwać odwrotnej odpowiedzi. Jak więc dać wodę i jednocześnie utrzymać równowagę?
Smok szybko znalazł odpowiedź, którą był ogień. Wtedy też wpadł w pułapkę rzuconą przez przeznaczenie. Przecież potrafił władać ogniem. Czy to nie znaczyło, że to właśnie on, a nie ktoś inny był stworzony by pomagać?
Houlong zrozumiał, ze musi zacząć działać ogniem. Nie miało to wiele wspólnego z równowagą, bardziej przypominało walkę, w której przeciwnik za każdym razem starał się rzucić większym kamieniem niż oponent, ale dla smoka nie miało to już znaczenia. W głowie zakiełkował plan. Zaczął kopać tunele, które z czasem przerodziły się w wielkie jaskinie. W nich zbierała się woda, która do tej pory była ukryta pod ziemią. Któregoś dnia smok zawalił sklepienie jaskini, tak że miedzy wydmami powstała wielka wyrwa.
Smok zaczął wtedy podgrzewać wodę płomieniami z pyska, sprawiając, że parowała niczym wrząca zupa. Po kilku dniach nieustannej pracy na pustynię pierwszy raz od lat spadł deszcz.
Pozostałe smoki nie wiedziały, że Houlong potrafił zionąć ogniem. Jego czyn wywołał wielkie poruszenie, narady trwały wiele dni aż wreszcie ojciec więźnia i większość ważniejszych smoków zdecydowali, że kara będzie trwać nadal. Po pierwsze Houlong zataił dar, a kłamstwo nie może być tolerowane. Po drugie, kara na pustyni miała być lekcją, której młody wciąż smok nie zaliczył. Ojciec powiedział mu, że deszcz powinien spaść na pustynie bez pomocy ognia i wody.
Tego dnia Houlong miał prawo czuć się oszukany. Stracił nadzieję, że kiedykolwiek będzie mu dane doczekać końca kary, gdy ojciec nie odpowiedział mu, gdy zapytał, czy w takim razie będzie na pustynie żył przez wieczność. Nikt, żaden ze smoków, nawet jego brat bliźniak, otwarcie nie sprzeciwił się planom ojca Houlonga, może licząc, że był w tym jakiś zamysł, może dla świętego spokoju.
Ognisty smok został więc sam ze swoim gniewem. Nienawidził swoich pobratymców, obiecał sobie, że zrobi wszystko, by sprawić by cierpieli tak jak on. By to zrobić, zaczął zdobywać wiedzę, nie obchodziła go już pustynia ani deszcz. W okolicy znajdował się szlak, którym kupcy przybywali do Chin. Smok handlował z nimi. Czytał ich zwoje w zamian sprzedając smocze sekrety. Pewnego dnia szlakiem podróżował borsuk, który później okazał się założycielem klasztoru pięciu żywiołów. Nie wiadomo jednak co takiego ofiarował Houlongowi w zamian za dar wiedzy o wszystkich żywiołach, ale była to wiedza, która mogła pomóc spełnić plany smoka.
Tego dnia spadł deszcz. O to chodziło ojcu Houlonga. Czasem wystarczy poczekać, by świat sam wrócił do równowagi. Dla młodego smoka było już jednak za późno, by nauczyć się tej lekcji. Nie miał zamiaru wracać, nie po tym jak go potraktowano. Zionął ogniem z całych sił i robił to tak długo, aż wszystkie chmury znikły. Dlatego to miejsce nadal jest suche jak wiór. Tamtego dnia Houlong opuścił pustynię i postanowił stworzyć armię.
Pierwszym miastem, które napotkał było Jinzhou. Wszedł tam pod postacią wędrownego czarownika. Nazwał się Zui hou, co oznacza ostatni, ponieważ uważał, że po wszystkim stanie się ostatnim Smokiem. Posługiwał się też imieniem Su Shi De, co oznacza ziemski, ponieważ zszedł z nieba na ziemię, by nieść pomoc. Mieszkańcy miasta jednak zawiedli go, okazali się podli i niewarci ratunku.
Smok, zawiedziony po raz kolejny, postanowił wykorzystać zdobytą wiedzę i rzucić klątwę na miasto. Każdy niegodziwiec miał zasilić jego armię, z której pomocą miał pokonać pozostałe smoki.
Houlong jednak nigdy nie był do końca zły, nie potrafił stłumić wyrzutów sumienia. By się usprawiedliwić dał szansę mieszkańcom na odkupienie – wystarczył jeden uczciwy mieszkaniec, by odczynić klątwę. Przez lata nikt taki się nie pojawiał, a armia demonów złożona z duchów niegodziwców rosła pod górą, którą z czasem zaczęto nazywać Górą Demonów. Do tej pory w Jinzhou krążą legendy o tych czasach, wiele w nich jest prawdy i wiele w nich kłamstw.
Houlong oczekując w ukryciu, widział wiele wojen i zrozumiał, że to przez ogień, a nie wodę i urodzaj, przychodzi oczyszczenie. Tylko na spalonej ziemi ma szanse zakwitnąć nowe życie, które nie powieli starych błędów.
Według niego Chiny potrzebowały oczyszczenia.
I gdy armia była już prawie gotowa, pojawił się lisek, który chciał uratować demony. Smok nie wiedział co czynić. Dwie jego natury objawiły się, ta która chciała pomagać ludziom i ta pragnąca zemsty. Wywiązała się miedzy nimi kłótnia, a wtedy do studni trafił ostatni demon, numer dziesięć tysięcy. Klątwa wypełniła by się, gdy sam Houlong nie zatrzymał jej działania. Chciał uwolnić demony, ale wtedy przeszkodziły mu smoki. Tym razem miały dla niego karę znacznie surowszą – postanowiły uwięzić go w górze zawieszonej między światami. Zaklęcie jednak się nie udało – w studni brakowało jednego demona, a lisek, który przyszedł do smoka gdzieś znikł. Smoki postanowiły go nie szukać. Zaklęły górę, tak by demon nie mógł wrócić i pomóc swojemu panu, a także zabrały perłę Houlunga i ukryły na północy Chin, także chroniąc je tym samym zaklęciem. Powiadają, że góra zniknie gdy ostatni demon odzyska wolność. Powiadają że smok wróci, gdy ktoś odnajdzie sposób, ukryty w kuli.
Jedno jednak jest pewne: Houlong zasłużył na swoją karę. Chciał pomagać, ale z samolubnych pobudek. Konflikt w nim był tak wielki, że w końcu go zniszczył. A wystarczyłaby jedynie odrobina cierpliwości, by temu wszystkiemu zaradzić.
