Trwali tak w ciszy i zgaszonych światłach nie wiadomo ile czasu. Po minutach, a może nawet godzinach, pokój się rozjaśnił. Zebrani tam zdążyli odwyknąć od blasku, więc oślepiło ich światło. Gdy się ogarneli spostrzegli, że z pokoju zniknął trup, a na jego miejscu, na posłaniach leży pistolet.

Weźcie go i przejdźcie do następnego pokoju! Może się wam przydać – złowrogi śmiech Moriarty'ego zabrzmiał w głośnikach.

Niezdecydowanym ruchem Sherlock wziął broń i szybko przewertował, jaki to model. Krótki Browning. Pod nim leżały jeszcze naboje. Je schował do kieszeni. Broń była naładowana. Wywnioskował, że nowa, z szykownego sklepu, droga. Jim się postarał.

Szybko otworzył drzwi do następnego pokoju i spojrzał na towarzyszy. Ruchem ręki pokazał im, aby przyszli.

To pomieszczenie było puste. Odstraszało szarymi ścianami. Aby się do niego dostać, trzeba było się czołgach. W środku jednak można było się wyprostować. Jak wszyscy weszli, drzwi zatrzasnęły się z hukiem. Mycroft miał złe przeczucia.

Och! Zapomniałem! Przepraszam, Sherlock, nie mam przycisku wyjścia. Sami się wydostańcie! - znowu ten zły śmiech.

Jedynymi drzwiami w pomieszczeniu były te, którymi weszli. Holmsowie zaczeli badać ściany.

Jak słodko! Myślę, że dodam wam trochę motywacji! - po tych słowach, pokój zaczął się skurczać, a ściany zbliżać. Sherlock przetarł oczy, ale to się działo naprawdę! Jego jeden z największych koszmarów!

Och, nasz młody Holmes chyba się boi! No cóż – Watsonie i Mycroft – wypluł to imię z odrazą. - Musicie znalęźć wyjście. Tik, tak! Tik, tak! - w przeciwieństwie do nich, czarny charakter świetnie się bawił.

Ściany nie przestawały się zbliżać, więc wkrótce wszyscy musieli kucnąć na podłodze. Detektyw skulił się z bronią w kącie i z rozpaczą patrzył na brata.

Proszę, wydostań mnie! - w myślach krzyczał. - Proszę!

Mycroft Holmes był wkurzony całą tą sytuacją! Chciał być w swoim domu. Plątanie się w kłopoty, to sprawa jego młodszego brata. Wracając do niego, Mycroft coraz bardziej się martwił. Wydawałoby się, że jego braciszek ma klaustrofobie. I to ciężką, obserwując sposób, w jaki oglądał ściany, kulił się. Do tego te oczy! Błagając go, aby coś zrobił. Tym razem nie zawiedzie brata!

John Watson nie miał pojęcia, co ze sobą zrobić. Nie wiedział, jak pomóc Mycroftowi, więc podszedł do Sherlocka i próbował mu pomóc. Pokój się ciągle zwężał.

Och! Chyba coś wam nie idzie? - szydził z nich porywacz. - No trudno, muszę zatrzymać pokój – znaleźli się w stanie, w którym siedzieli tuż obok siebie. - Spieszcie się. Przeczuwam, że drogi Sherlock nie za dobrze się czuje!

Starszy Holmes spojrzał na brata. W tej chwili siedział przy ścianie z zamkniętymi oczami, spanikowany, ciężko oddychając. Wymienił spojrzenie z Doktorem Watsonem i ponownie zaczął oglądać drzwi i przypominać swoje obserwacje! Nagle coś mu się przypomniało!

Doznał olśnienia dokładnie w tym czasie, kiedy jego młodszy brat skomlał:

Myc!

Dał dokładne instrukcje przyjacielowi Sherlocka, który zabrał się za przyciski u drzwi, a on sam kucnął obok brata.

Hej. Jestem tutaj, Lock.

Proszę, wydostań mnie stąd – on nie mógł dłużej znieść żebrania brata. Mimo tego, że minęło tylko kilka minut, zapytał lekarza, jak idzie:

Jestem przy czwartym guziku! - jego plan polegał na tym, że drzwi się obluzują, kiedy wyłamią guziki. Biorąc pod uwagę, że był to dopiero 4 z 15, nie malowało się zbyt dobrze.

Proszę, wyjdźmy stąd! Proszę wydostań mnie stąd – starszy brat, tylko kilka razu widział płaczącego członka rodziny, ale tym razem nie miał zamiaru mu tego wypominać.

Już, Sherly. Już za chwilę wyjdziemy – próbował uspokoić swojego brata słowami i ręką we włosach.

Nagle Sherlock przytulił się do niego i zaczął szlochać. Holmsowie nie byli przezwyczajeni do takich reakcji, lecz pomimo tego, oddał on uścisk. W końcu to był jego brat.

Jego refleksje przerwał radosny krzyk Johna:

Odczepione! - jak najszybciej wyszedł z tego koszmaru ze swoim bratem.

Kiedy młodszy Holmes zorientował się, że nie jest już w pomieszczeniu, odczepił się od Mycrofta i zaczął przepraszać:

Prze-przepraszam – powiedział, pociągając nosem i rozglądając się po ścianach.

Nic nie szkodzi - odpowiedział z uśmiechem rząd, czym zdobył nieufne spojrzenie towarzysza.

Bracia zabrali się do obserwacji. Znajdowali się w tym samym pokoju, co wcześniej, tyle, że ktoś wyniósł łózko i trupa, a na jego miejscu znajdowały się trzy, wyglądające podejrzanie przyjemnie krzesła. Na oparciu jednego z nich było opakowanie chusteczek.

Proszę, siądźcie! - z tonu Moriarty'ego wynikało, że był zadowolony. Najwyraźniej coś wymyślił. - Nie traćcie czasu!

Nieufnie siedli na obitych, czerwonych fotelach, które były ustawione w kręgu, tak, aby każdy widział każdego. Na środku był położony kolejny rewolwer. Identyczny, jak ten z pierwszej sali, tyle tylko, że stary i posiadający już swoją historię. Wszyscy niepewnie przyglądali się przedmiotowi.

Dobrze, to kolejna próba! Mycroft, Sherlock, co myślicie? - zapytał płynący z głośników głos. Sherlock miał sięgnąć po broń, ale powstrzymał go głos:

Nie, nie, nie! Na pierwszy rzut oka! - ich okupant był jedynym zadowolonym z zaistniałej sytuacji. - Co? Nic? - zapytał po chwili ciszy. - Aha... Musielibyście wejść do „Pałacu Umysłu"! No to śmiało!

Żaden z braci nie chciał jednak pozwolić sobie na taki błąd. Zaległa chwila ciszy. Przerwał ją odgłos odblokowanej broni. Sherlock poczuł na karku zimno lufy.

Wchodź, albo cię zastrzelę! - powiedział głos zza niego.

Młody Holmes popatrzył po jego towarzyszach.

Co mam robić? - zapytał siebie.

Tymczasem osoba stojąca za jego plecami rozpoczęła odliczanie. Pewnie do jego rozstrzelenia. Popatrzył na brata. Ten lekko kiwnął głową. Detektyw nie rozumiał, ale uznał, że może wejść. Zamknął oczy...

Nie, nie tak! - krzyknął Jim za nim. - Wprowadź tam ich!

Teraz nawet Mycroft nie mógł utrzymać poker face. Konsulant pamiętał pierwszą zasadę, którą usłyszał od starszego brata: Nie wpuszczaj nikogo do swojego Pałacu Myśli. On też nigdy go tam nie wpuścił. W tej chwili wyciągał do niego rękę. To było dziwne.

Pięć sekund! - usłyszał krzyk.

Złapał brata za rękę. Była szorstka, pewnie z przekładania papierów. Spojrzał na swojego przyjaciela, który też wyciągał rękę. Nie musiał się nawet pochylać, aby ją załapać.

No, już! - chyba ich kolega zaczynał być niecierpliwy.

Sherlock zamknął oczy i pozwolił sobie odpłynąć w znany teren.

Heja! Jak tam u was? Szczerze, mam już dość tej zdalnej nauki. Więcej zadań niż w roku szkolnym. Na pocieszenie przesyłam kolejny rozdział. Biedny Sherlock, ciągle go krzywdzę.